Back Home Up Next

Absolute Friends


"Przyjaźń absolutna" Johna le Carrégo

 
Jacek Szczerba, Gazeta Wyborcza 19-03-2004

byłaby kolejną świetną sensacyjno-psychologiczną książką o grze wywiadów, gdyby nie publicystyczne zakończenie

John le Carré (wł. David Cornwell, ur. 1931) zawsze był mistrzem w pisaniu o tym, co to w istocie znaczy być szpiegiem. Sam zresztą jakiś czas oddawał się podobno temu zajęciu.

Szpiegowanie to u niego nie tyle efektowne akcje w stylu Jamesa Bonda, ile ciągłe rozterki. Jakie wyższe racje stoją za tą parszywą robotą, jakie są jej koszty ("Jesteśmy jak karmelici (...) Nie wolno nam mówić o tym, co robimy, nie awansujemy w widoczny sposób. No i można zapomnieć o normalnym życiu. Nasze żony muszą udawać, że wyszły za nieudaczników, niektóre zresztą święcie w to wierzą"). Czy szpiegujący (zwłaszcza tzw. podwójny czy potrójny agent) nie traci w końcu pewności, dla kogo właściwie szpieguje? A może oszukuje wszystkich?

Tropem Kandyda

W najnowszej powieści le Carrégo wszystkie te problemy odnoszą się do Brytyjczyka Teda Mundy'ego. Jest trochę niczym wolterowski Kandyd albo bohater "Zmierzchu i upadku" Evelyna Waugh (ten pisarz niejako patronuje tej powieści) - wędrując przez świat (od lat 60. po współczesność), poznaje "dziwaczne obyczaje", jakie w nim panują. Jest stypendystą zafascynowanym kulturą niemiecką (podobnie jak sam le Carré), dziennikarzem, politycznym agitatorem, nauczycielem angielskiego, opiekunem trupy teatralnej przemycającej uciekiniera zza żelaznej kurtyny...

Te skomplikowane perypetie dźwiga bezboleśnie misterna powieściowa konstrukcja. Le Carré jest przenikliwy i odrobinę ironiczny. Oddaje bieg myśli bohatera tak plastycznie i drobiazgowo, byśmy mogli weń uwierzyć.

Jest to (jak informuje już tytuł) także książka o przyjaźni. Przeniósłszy się z Oksfordu do Berlina Zachodniego, Ted poznaje młodego Niemca Saszę. To porywający ideolog (anarchista), tyle że słaby ciałem (jest drobny, prawie jak karzeł, utyka na nogę). Ted go podziwia i jednocześnie chce się nim po bratersku zaopiekować.

Ta przyjaźń to sól ich życia, ale jednocześnie balast. Nawet największe głupstwa Saszy Ted będzie interpretował na jego korzyść. Przyjdzie mu, oczywiście, za to zapłacić.

Wszędzie obcy

"Przyjaźń absolutna" jest jak katalog "szlachetnych złudzeń" światowej lewicy. Ale co połączyło bohaterów poza marzeniem o nowym, wspanialszym świecie? Poczucie wykorzenienia.

Ted urodził się w Pakistanie, gdy był on jeszcze w rękach Brytyjczyków. Ojciec - oficer szaławiła - okłamał go, mówiąc, że jego matka (zmarła podczas porodu) była arystokratką. Docierając do Anglii, Ted nie ma ani ziemi ojczystej, ani jasnej wizji najbliższych.

Rodzina Saszy jest ofiarą rozbicia Niemiec. Ich szamotanie się między landami wschodnimi i zachodnimi pociąga za sobą rozdarcie ideowe (ojciec Saszy, pastor, to skrajny prawicowiec).

Nic dziwnego, że obaj przyjaciele lubią fantazjować. Dojrzały Ted zostaje przewodnikiem na zamku w Linderhofie postawionym przez Ludwika Bawarskiego, króla szaleńca. Plecie o nim androny turystom.

Piana na ustach

Czy z tych opisów nie wynika, że "Przyjaźń absolutna" to powieść finezyjna i piętrowa? Broniłbym tej tezy bez zastrzeżeń, gdyby nie finał traktujący o naszych czasach.

Wyłazi w nim, że le Carré, tak jak i jego bohaterowie, nie znosi George'a Busha, jego "polityki konserwatywno-demokratycznego imperializmu" i że jest przeciwnikiem wojny w Iraku.

Mundy wzdycha: "Pół wieku po upadku Imperium Brytyjskiego ten fatalnie rządzony kraj (...) musi iść na wojnę, by tłumić nieposłusznych dzikusów na podstawie steku kłamstw po to tylko, by przypodobać się wiarołomnemu supermocarstwu, któremu wydaje się, że może traktować cały świat jak własne podwórko".

Le Carré posuwa się do stwierdzenia, że ludzie Busha i terroryści, choć są wrogami, to jakby "dwa konie z tej samej stajni".

Skąd ta wściekłość i ból? Ano stąd, że świat w takiej wersji czyni życiowe dokonania bohaterów "Przyjaźni absolutnej" daremnymi, a może i bezsensownymi. To, czy zgadzam się z polityczną diagnozą le Carrégo, nie ma tu znaczenia. Boleję tylko nad tym, że odmienia ona krańcowo styl pisarza - dystyngowany analityk ustępuje miejsca pamfleciście i politycznemu furiatowi.

Kto nie wierzy, niech przeczyta ostatnie strony, na których do akcji wkraczają "agenci samozwańczej junty waszyngtońskich teologów neokonserwatyzmu zbliżonych do tronu prezydenckiego".

http://serwisy.gazeta.pl/ksiazki/1,19970,1978076.html


© Jan Rybicki 2005