Rozmowy |
|||
| Student numer jeden
Marzena Stawczyk:
Józef Olchawa:
Jak wspomina Pan czas nauki w Studium? Czy są postaci, wydarzenia, które szczególnie utkwiły w Pana pamięci? - Okres studiowania to jeden z najlepszych w moim życiu. Spotkałem wielu mądrych, wspaniałych ludzi, którzy wzbogacili moją wiedzę nie tylko z zakresu dziennikarstwa. Promotorem mojej pracy magisterskiej był prof. Bolesław Faron, ówczesny minister oświaty i wychowania. Proszę sobie wyobrazić, że wiele zajęć w ramach seminarium magisterskiego odbywało się w... ministerialnym gabinecie w Warszawie, dokąd zawsze chętnie jeździliśmy. Proszę mi wskazać innych studentów, oprócz naszej grupki, mających zajęcia w gmachu ministerstwa na dodatek z ministrem - ja o takich nie słyszałem. Gdy wspomniałem o tym Profesorowi na uroczystości z okazji 20-lecia Studium, to na jego twarzy zauważyłem wzruszenie. W Studium mieliśmy doskonałych wykładowców. Pragnę tu wspomnieć barwną postać Macieja Szumowskiego, ówczesnego redaktora naczelnego najlepszego chyba w Polsce w tym czasie dziennika "Gazety Krakowskiej", Jana Pieszczachowicza, Krzysztofa Kasprzyka i innych. Do dzisiaj wspominam zajęcia z redagowania programu telewizyjnego z nieżyjącym już posłem SLD, Andrzejem Urbańczykiem, którego uwielbialiśmy, choć wielu "pięknie się z nim różniło". Zajęcia odbywały się w studiu TV na Krzemionkach. Andrzej Urbańczyk, ówczesny szef krakowskiej TV, przyjął nas kiedyś w swoim gabinecie, a zawołany do telefonu, opuścił na chwilę pomieszczenie. Jako ciekawi świata i trochę wścibscy studenci, przewertowaliśmy papiery leżące na jego biurku. Dowiedzieliśmy się wtedy, jak była tłamszona wolna informacja, jakie wiadomości docierały tylko do szefów mediów. Dużo wiedzieliśmy o cenzurze, ale dopiero wtedy po raz pierwszy naocznie się o niej przekonaliśmy. Karmieni codziennie oficjalną papką informacyjną, boleśnie doświadczyliśmy wielkiego kłamstwa; mocno nas to zszokowało. Mogę powiedzieć, że Studium dało nam wtedy niezaplanowaną przez nikogo lekcję manipulacji opartą na konkretnych przykładach. Czas studiów dziennikarskich to także duża doza humoru. Pamiętam do dzisiaj, jakim zainteresowaniem, szczególnie dziewczyn, cieszył się Bogusław Sobczuk, prowadzący z nami zajęcia z redagowania programu radiowego. Pewnego razu przyszedł z umieszczonym w klapie marynarki olbrzymim opornikiem! Wielu nosiło wtedy miniaturowe oporniczki, toteż byliśmy zaskoczeni tym rozmiarem. Pan Sobczuk zapytany o powód noszenia tak okazałego elementu elektronicznego odparł, iż rozmiar opornika adekwatny jest do oporu, jaki on w sobie nosi, przeciw temu co się dzieje! Buntownikami byli więc nie tylko studenci, co tworzyło między kadrą a nami swoiście bliski klimat. Czy jakieś znajomości przetrwały do dzisiaj? Czy wie Pan coś o losach ludzi, którzy z Panem uczęszczali do Studium? - Przyznam, że nasze drogi szybko się rozeszły. Ludzie pozakładali rodziny, a dzisiaj każdy pewnie mile wspomina ten młodzieńczy czas tylko jako epizod. Sporadycznie utrzymuję kontakty tylko z Michałem Noconiem, który mieszka w Niemczech i prowadzi tam teatr. O ile pamiętam, z pierwszego dziennikarskiego rocznika tylko ja pracuję w mediach. Intrygująca zbieżność: posiadacz indeksu numer jeden jako jedyny zostaje w mediach. Jak potoczyły się zatem Pana losy po ukończeniu Studium? Wiem, że pracował Pan m.in. w "Dzienniku Polskim". - Po studiach pracowałem przez cztery miesiące w Szkole Podstawowej w Bolechowicach, w gminie Zabierzów. Później przez rok byłem w wojsku, a już po powrocie zająłem się dziennikarstwem. Na początku mojej zawodowej drogi pisywałem do "Wieści", pisma o profilu ludowym. Później długo pracowałem w "Dzienniku Polskim", byłem tam korektorem, reporterem, publicystą. Odkryłem wtedy sporą aferę, dotyczącą handlu psimi skórami. Szajką hycli działających na terenie podkrakowskich miejscowości zainteresowała się później prokuratura i ogólnopolskie media. Publikowałem w nieistniejącym już kwartalniku "Kraków" i "Echu Krakowa". Pisałem także do "Tygodnika Kulturalnego", w którym redaktorem naczelnym był Tadeusz Nowak, znakomity polski pisarz, mój serdeczny przyjaciel i czasami srogi recenzent moich wierszy. Wcześniej w czasach studenckich miałem również krótki epizod z radiem Centrum, które miało swoją siedzibę w Miasteczku Studenckim. Przygotowywałem reportaże, byłem też tam odpowiedzialny za dział zajmujący się życiem literackim w Krakowie. Pisywał Pan także w prasie polonijnej. Jak przebiegała ta współpraca? Czy dostrzega Pan jakieś wyraźne różnice między dziennikarstwem w Polsce i za granicą? - Mój pierwszy kontakt z prasą za granicami kraju miał miejsce w pierwszej połowie lat 90. Przez pół roku przebywałem w Holandii, gdzie nawiązałem kontakt ze stowarzyszeniem polsko-holenderskim i pisałem artykuły dla ich gazety. Przygotowywane przeze mnie materiały dotyczyły Polski, jej obyczajowości i wzajemnych kontaktów obu krajów. W drugiej połowie lat 90. wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Związałem się tam z m.in. z "Kurierem Codziennym" - gazetą Związku Klubów Polskich. Pracowałem półtora roku, będąc jednocześnie korespondentem "Dziennika Polskiego" z Chicago. Tworzyliśmy gazetę żywo reagującą na to, co dzieje się w środowisku polonijnym i w Polsce, nastawioną na aktualne wydarzenia. Jako kontrast chcę tu przywołać "Dziennik Związkowy", który - abstrahując od jego pięknej historii - jest w tej chwili według mnie pismem martwym i sztywnym, w którym przedstawia się przede wszystkim punkt widzenia Kongresu Polonii Amerykańskiej i niewiele porusza się drażliwych kwestii dotyczących życia polonijnego w USA i przede wszystkim jego patologii. Generalnie nie różnimy się od naszych kolegów zza oceanu, ani w sposobach zdobywania materiału, ani przelewania go na papier. Stara amerykańska zasada The shoes in the door, czyli "buty w drzwi" nie jest wykorzystywana prawie nigdy. Obecnie jest pan redaktorem naczelnym miesięcznika "Nafta & Gaz Biznes". Mam rozumieć, że ciągnie wilka do lasu? - Zdecydowanie tak! Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych przez pewien czas nie miałem pracy. Starałem się cały czas poszukiwać czegoś, w czym byłbym dobry i co przynosiłoby mi satysfakcję. Jest to miesięcznik branżowy, ukazuje się w objętości stu stron, na pięknym kredowym papierze i ma wysokie notowania wśród ludzi związanych z tymi dziedzinami przemysłu. Sądzę, że mamy szansę wzmocnić swoją pozycję na rynku wydawniczym. Staram się, by gazeta była interesująca, wprowadzam nowe rubryki, wciąż poszerzam zakres tematyczny. Jestem zdania, że do utworzenia dobrego pisma trzeba nie tylko specjalistów, ale i serca. Czy poza dziennikarstwem znajduje Pan czas na jakieś dodatkowe zajęcia, hobby? Wspominał Pan o poezji. - Przyznam, że praca bardzo mnie absorbuje, a czasu wolnego mam niewiele. Uważam, że to ważne, by lubić to co się robi. Mówiąc o poezji, od młodych lat była dla mnie czymś bardzo ważnym. Jak wspomniałem, przyjaźniłem się z Tadeuszem Nowakiem, który czytał i recenzował moje wiersze. Wygrałem kilka turniejów ogólnopolskich i konkursów jednego wiersza. Wydałem tomik. W moich wierszach staram się odwracać sens utartych powiedzeń, przysłów, słów-kluczy. Lubię zabawę słowem, ironię. Ostatnio napisałem cykl wierszy o Chicago, o Ameryce, niekoniecznie o Polonii. Zawarłem w nim teksty refleksyjne, podsumowujące mój pobyt w USA. Pyta pani o wolny czas. Mam trzynastoletniego syna i ośmioletnią córeczkę. Staramy się wraz z żoną poświęcać im jak najwięcej uwagi, by wychować ich na prawych ludzi. Pochodzimy z domów, w których nasi rodzice podobnie z nami postępowali. Takie wzorce przenosimy do naszego domu, choć zdajemy sobie sprawę, że w obecnie jest to o wiele trudniejsze. Z okazji dwudziestolecia Studium Dziennikarstwa odbyła się debata na temat: Jak kształcić dziennikarzy? Co Pan o tym sądzi? - Nie mnie o tym sądzić, bo mamy przecież w Polsce wielkich teoretyków i praktyków dziennikarstwa, ale uważam, że obecnie kształcenie młodych w tej dziedzinie powinno wyglądać zupełnie inaczej, niż wyglądało jeszcze kilka lat temu. W procesie edukacji nie powinniśmy oczywiście zapomnieć o wpajaniu takich zasad jak piękno języka, lapidarność słowa, jednakże dzisiejszy czas wymaga od młodzieży nastawienia bardziej rynkowego. Obecnie dziennikarz powinien być bardziej wszechstronny i przede wszystkim, jak to się mówi: "być na bieżąco", co nie przeszkodzi mu oczywiście zgłębiać wybranej przez siebie dziedziny. Ekonomia, orientacja w kursach giełdowych, w kraju i świecie, to dla mnie podstawy. Dzisiaj potrzeba nam ludzi renesansu, otwartych, ciekawych wszystkiego, a nie wyrobników nastawionych na jakąś wąską dziedziną. Para się Pan poezją, krytyką literacką - jako recenzent wierszy młodych ludzi w "Dzienniku Polskim" i do dzisiaj pozostaje Pan wierny swemu dziennikarskiemu powołaniu. Poeta, dziennikarz, krytyk literacki redaktor - czy nie za dużo tego? - Chyba nie. Na razie sobie jakoś radzę. Tego mnie przecież nauczono na Studium Dziennikarskim, które dwadzieścia lat temu wymyśliliśmy z Michałem Noconiem. Wiem, że coś po nas zostało. Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę dalszych sukcesów. Rozmawiała Marzena Stawczyk | ![]() | |
Copyright © "Konspekt". Kraków, grudzień 2001 | |||