Recenzje 

 

Następny artykuł

Strona główna

Poprzedni artykuł



 
Krzysztof Kłosiński

Ryszard Kapuściński - reporter niewyrażalnego

 

Zacznijmy od końca, od gestu, który zamyka książkę Zbigniewa Bauera poświęconą pisarstwu Ryszarda Kapuścińskiego. Gestu dosyć dwuznacznego, bo będącego ponowieniem tylekroć dawanego temu korespondentowi, redaktorowi, reportażyście, zlecenia: ruszaj w drogę. Ruszaj - kończy swą monografię Bauer - "na dawne ścieżki".

Z. Bauer
Zbigniew Bauer

Zanim do tego ostatecznego gestu dojdzie, tuż pod koniec książki autor cytuje spore fragmenty rozmaitych wyznań Kapuścińskiego z LapidariówHebanu. I nagle w tym zestawieniu jaskrawo ukazuje się, że mamy przed sobą pisarza najdosłowniej modernistycznego, bez żenady i bez cudzysłowu posługującego się takimi określeniami, jak: "tajemnica istnienia", "tajemnica bytu" - w dodatku "najbardziej mroczna i przerażająca", "groza", którą może wywołać "przeczucie czegoś niewyobrażalnego". Pisarza, który marzy, by napisać książkę, jakiej nikt nie napisał, jakiej nie ma, która bez oparcia w archiwach (bo rzecz dotyczy Afryki) daje swemu autorowi możliwość stworzenia, jak to mówi Kapuściński, historii w jej "najczystszej, krystalicznej postaci", czyli w postaci mitu.

Zastanówmy się chwilę, co by było gdyby. Gdyby Kapuściński mówił to z perspektywy - powiedzmy - Manueli Gretkowskiej, czyli współczesnej, ponowoczesnej, multimedialnej pisarki. Odebralibyśmy te gesty jako parodystyczne. Mimowolnie powtarzające Witkacowskie frazy bez wiary w ich tonację serio. Jako pisarz Kapuściński jest modernistą, należy do minionej epoki, staje w rzędzie epigonów złotej ery literatury. Od podobnych zarzutów chroni Kapuścińskiego "zawód-reporter", a więc owa odcierpiana, odchorowana (o czym Bauer nie szczędzi szczegółów) obecność tam, gdzie jest "inny świat": wojny, głodu, choroby, nędzy, upodlenia, pogardy i przemocy. Owo bycie reporterem legitymizuje metafizyczne balony, które u salonowego pisarza wieńczono by salwami zasłużonego śmiechu.

Komentując te i podobne wyznania modernistycznego reportera albo reporterskiego modernisty Zbigniew Bauer powiada, że zawierają "podsumowanie wieloletnich poszukiwań" autora. Następuje zainscenizowana w zgodzie z tym stanowiskiem, które osiągnął w końcu Kapuściński jako pisarz, konfrontacja "reguł myśli zachodnioeuropejskiej", wyrastającej z écriture, ze światem Afryki, w którym - wedle cytatu z Hebanu - "rzecz nabiera wagi symbolicznej, metafizycznej", przeniesiona "w inną sferę bytu - do transcendencji". Jak słusznie konstatuje Bauer: "Jest to poniekąd powrót do poglądów, które w czasach strukturalistycznych zostały odrzucone". Skąd się tu wziął strukturalizm? Z etnologii Lévi-Straussa przyjmującej przekładalność kultur najodleglejszych w czasie i przestrzeni, jako że "myśl dzika" (La pensée sauvage przetłumaczono przez litotes jako "myśl nieoswojoną", antycypując tym samym dużo późniejsze zasady politycznej poprawności) ma ten sam mechanizm, tę samą logikę, co myśl cywilizowana.

Kapuściński Bauera marzy o napisaniu książki o Afryce (i o Związku Radzieckim) przedzierającej się poprzez zasłonę inności, decydującej o tym, że doświadczenia obcych światów są nieprzetłumaczalne. Odrzuca strukturalizm, odrzuca ufność w moce poznającego rozumu. Dlatego w tym miejscu rozważań musi pojawić się ni stąd ni zowąd (choć przecie koniecznie) Mircea Eliade, nie etnolog, a powieściopisarz, autor Majtrei, żeby zabrzmiały słowa jednoznaczne: "To świat żywy", ze wskazaniem na ów pozaeuropejski "inny świat", oraz: "Nasz świat jest martwy", z myślą o białym kontynencie. Kapuściński dąży do owego nieosiągalnego "innego świata" i to ściganie mirażu (który jest niewątpliwie wytworem jego "białej" myśli) nie kończy się powodzeniem. I o Imperium i o Hebanie powie więc w końcu Bauer, że "nie przyniosły obfitości nowych obserwacji, nowych faktów", że "nie stały się syntezami wiedzy autora", że więc nie stały się ani objawieniem jakichś niewyrażalnych prawd (czyli w języku Bauera "epifanią"), ani objawieniem jakichś nowych prawd (czyli rewelacją). Na czym więc polega ich - bezwzględnie aprobowana - zaleta? Autor książki odpowiada: "dały Kapuścińskiemu istotne doświadczenie nie tyle w zakresie języka opisu świata, ale przeciwnie: w zakresie niemożności sformułowania takiego języka". I tu nasuwa się Wittgensteinowska zasada, że "O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć" tylekroć w trakcie książki Bauera o Kapuścińskim przywoływana, trawestowana i przedrzeźniana.

Bauer odwołuje się raz za razem do takich tradycji, jak: epifania czy Zen, a więc do tradycji ujawnienia się tego, co inne, pod warunkiem wyciszenia symbolicznej furii buzującej w głowie cywilizowanego Europejczyka. I dokładnie w tym samym kierunku idą - jak rozumiem - wskazówki zamykające książkę. Wobec niewyrażalności jako niezdolności do usymbolizowania w języku tego, co radykalnie inne, pozostaje "powrót na dawne ścieżki", ponowne zanurzenie się w inność. "To droga do pełni" - kończy patetycznie Bauer. Wysyła więc Kapuścińskiego w świat tyleż inny, co groźny, jakoś w obliczu owej grozy odnajdując "zbawienie" dla tego pisania, które bez owej grozy zdać się może nużąco staroświeckie. Bauer jest mistrzem dwuznaczności. Kiedy analizuje, co zresztą czyni rzadko, ale nader "smacznie", drobne epizodziki z Kapuścińskiego (jak te z gramofonami na korbkę, czy ten z kozą), to mimo aprobatywnego tonu, jaki czuć w porównywaniu owych anegdotek do przypowieści nauczyciela Zen, pozostaje wątpliwość, czy aby nie zostały one zakomponowane (tym bardziej, że się powtarzają na antypodach), czy wręcz wymyślone. Czy - słowem - nie są fikcją, literaturą? Bo jako literatura muszą się podpierać owym "byciem-wewnątrz", "byciem-wobec" reportera, o których - nawiązując do Heideggera - mówi Bauer na przedostatniej karcie książki. Owo "bycie-tam" okazuje się zatem gestem zarówno wybrania świata pulsującego życiem ("To jest świat żywy") przeciw martwemu "naszemu światu", jak i swoistym zesłaniem pisarza do jego - nieliterackich - (by tak rzec) "kolonii", w których musi odsłużyć sobie prawo do bycia owym "zwyczajnym" modernistą, który nie wywoływałby śmiechu.

Zamykający książkę gest wysłania jej bohatera w drogę jest rzeczywiście najbardziej symptomatycznym gestem autora. Paralelę do niego tworzy inny, rozpoczynający książkę gest Bauera: zdefiniowanie reportażu Kapuścińskiego jako "antymedialnego". Z całym, niezwykle starannym, drobiazgowym udokumentowaniem tego wszystkiego, czym proza Kapuścińskiego nie jest. Imponując erudycją, znajomością przedmiotu, niesamowitym profesjonalizmem wykładowcy "studium dziennikarskiego", Bauer zadaje sobie tak wiele trudu, by dać właściwie negatywną odbitkę swego obiektu. Czyli charakterystykę reportażu, a nawet wszelkiego "tekstu" medialnego, którym - jak twierdzi - uprawiany przez Kapuścińskiego reportaż nie jest. Jest to wszak zabieg wielce celowy, gdyż - powtórzmy - wyjęty z kontekstu (tym razem multimedialności) reportaż Kapuścińskiego mógłby się wydawać staroświecki w swej ostentacyjnej literackości, narracyjności, sensoproduktywności. W swoim historyzmie, w swoich metafizycznych apetytach. Postawiony wszelako po drugiej stronie multimedialnego przełomu w masowej komunikacji nabiera zupełnie innego sensu. Ale Bauer idzie dalej: ukazuje jak owa odrzucona multimedialność wkomponowana jest w strukturę wypowiedzi Kapuścińskiego, którą to strukturę rozpoznaje jako swego rodzaju dekonstrukcję "komunikowania medialnego" (momentalnego, aktualnego, transmitującego).

Książka Zbigniewa Bauera sięga więc, próbując scharakteryzować swego bohatera, do strategii wciąż igrającej paradoksem, sprzecznością, a w planie retoryki posługującej się z lubością figurą litoty. Dlatego więcej w niej - objętościowo - wszystkiego tego, wobec czego sylwetka twórcza Kapuścińskiego rysuje się jako alternatywa. Bauer nie zalewa czytelnika strumieniem cytatów ze swego bohatera, nie rozbiera drobiazgowo książek Kapuścińskiego. Posługuje się sztuką montażu: pokazuje otocze, aby w nim potem drążyć takie miejsca, w które dałoby się wpisać to, co inne, co niesprowadzalne do znanego i rozpoznawanego. I dlatego, jak myślę, zasłużył sobie na ów gest aprobaty, jaki stanowią słowa Ryszarda Kapuścińskiego na okładce. Słowa opatrzone sygnaturą pisarza.

Krzysztof Kłosiński
Instytut Nauk o Literaturze Polskiej
Uniwersytet Śląski
  

 

Zbigniew Bauer, Antymedialny reportaż Ryszarda Kapuścińskiego. Warszawa 2001, Wydawnictwo PAP, 216 s.

Rozmiar: 4333 bajtów

Początek strony

Copyright © "Konspekt". Kraków, listopad 2001
Statystyka