Studencki ruch naukowy 

 




 
Katarzyna Przebinda

Wyznania starego poety, czyli sylwiczny tren miłości
Tadeusza Różewicza Matka odchodzi

 

Książka o miłości - matki do syna i syna do matki - książka o czasie i próbach jego przezwyciężenia, książka o pisarzu i trudnej sztuce pisania poezji - tak w skrócie można by scharakteryzować utwór, którym Tadeusz Różewicz żegnał XX wiek. Wiek, który zachwiał jego zaufaniem do formy i w którym on, szczęśliwie "ocalony" szukał swego nauczyciela i mistrza.

Matka odchodzi - nie tylko poezja, ale i proza; żałobny tren, ale i coś więcej. W czym tkwi tajemnica utworu, magiczna siła jego przyciągania, niemożność oderwania się od lektury i stała chęć powrotu do niej? Spróbujmy przyjrzeć się bliżej temu kolejnemu dziełu "starego poety" (bo co do tego, że jest to prawdziwe dzieło nie miało wątpliwości ani jury literackiej nagrody Nike 2000, ani też sami czytelnicy), jego tematyce i warsztatowi Różewicza, a wtedy odpowiedzi powinny nam nasunąć się same.

"Poeta! Zestarzał się, stoi u progu śmierci" i pisze z suchymi oczami te swoje żebracze treny i wie, że w chwili pisania, jak i w każdej innej chwili swego życia nie jest sam, bo oczy matki spoczywają na nim, pytają: co cię martwi synku?, wszystko widzą, patrzą na urodziny, patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z tamtego świata.

Poeta! Ma wyrzuty - nie zabrał matki do Krakowa, nie zawiózł jej do Warszawy, nie pokazał gór ani morza.

Poeta! Wie, że osiągnął wiele, że dane mu było wejść piechotą w krainę poezji, jak w światło i że teraz zbliża się chwila do wyjścia z tego świata w nieznaną ciemność. I u kresu tej długiej drogi po raz kolejny zadaje sobie pytanie: Kto to jest poeta? Czy to człowiek, który pisze z suchymi oczami treny, bo musi dobrze widzieć ich formę? Musi całe serce włożyć w to, aby forma była doskonała? Czy poeta to człowiek bez serca?"

Matka odchodzi - literatura, czy może jeszcze bardzo osobisty dokument? Prywatne wspomnienia, czy też obrosły wielowiekową tradycją gatunek żałobnego lamentu?

Przez całe życie pisał Różewicz różne treny: "na śmierć wartości, Boga, poezji, moralności, cywilizacji, człowieka zniszczonego przez nienawiść" - twierdzi Helena Zaworska. Teraz, u p r o g u swego życia pisze tren o miłości, żebraczy tren, przybrany w niezwykłą formę, jakże różny od "wszytkich żalów" Kochanowskiego, ale jednak tren.

O tym, że Matka odchodzi mocno wrasta w tradycję literatury funeralnej świadczy kilka faktów: po pierwsze tematyka - śmierć autentycznej postaci, osoby najważniejszej dla autora - matki; po drugie estetyka wzniosłości przenikająca cały utwór, a także skala emocji mówiącego podmiotu, odczuwana w każdym wersie wstępnego eseju Teraz (którego fragmenty pozwoliłam sobie sparafrazować na początku tej wypowiedzi), w każdym z wierszy, w każdej z miniatur epickich, ale przede wszystkim na kartach niezwykle intymnego Dziennika gliwickiego.

Ale tren od wieków kojarzył się z "pieśnią lamentacyjną o charakterze elegijnym, wyrażającą żal z powodu czyjejś śmierci, rozpamiętującą czyny i myśli zmarłego, zawierającą pochwałę jego zalet i zasług" (Słownik Terminów Literackich, pod red. J. Sławińskiego). A to, że utwór Różewicza trenem w takim znaczeniu nie jest, można zauważyć już po pierwszej lekturze, a nawet tylko po pobieżnym przekartkowaniu książki. Treść - jak już wcześniej zauważyłam - nie odbiega od tematyki literatury żałobnej. Ale forma? To na pewno nie elegia i nie pieśń lamentacyjna. W takim razie co? Wielu krytyków i znawców Różewicza wypowiadało się przez ostatnie dwa lata (od ukazania się tego utworu w 1999 r.) na ten temat. Sytuowano to dzieło m.in. wśród antologii, jednak wydaje się, że najtrafniej ocenił je Jacek Łukasiewicz, umieszczając tom Matka odchodzi w obrębie form sylwicznych. Żeby pokazać celność takiego stwierdzenia, pozwolę sobie króciutko przypomnieć, czym są i skąd się wzięły sylwy.

W Słowniku Terminów Literackich czytamy, że "Silva rerum (las rzeczy) to zbiór utworów różnych autorów i różnej treści. W okresie staropolskim do tekstów tego typu zaliczano tzw. księgi domowe, w których znajdowały się różne rodzinne zapiski". Dla literatury wieku XX charakterystyczne są zaś sylwy współczesne, czyli dzieła nierespektujące jednolitych zasad gatunkowych, odwołujące się do różnorakich wzorów. Dokładnej analizie poddał te formy Ryszard Nycz w Sylwach współczesnych stwierdzając m.in.: "istotnymi cechami sylw są intensywność i jawność nawiązań międzytekstowych i świadome włączenie indywidualnej wypowiedzi w intertekstualny dialog odbywający się w obszarze wypowiedzianego" a to właśnie "oparcie tekstu na strukturach już ukształtowanych, gotowych formach językowych i wyspecjalizowanych gatunkach mowy nadaje całości charakter metatekstowy". Według Nycza "są sylwy także metaliteraturą, ponieważ literatura jest tu systemem odniesienia, ważnym przedmiotem wypowiedzi nadawcy i jednym z tematów umożliwiającym odbiorcy lekturowa integrację tekstu". I wreszcie "sylwy należą do form metagatunkowych - tradycyjna problematyka genologiczna zostaje w nich praktycznie zneutralizowana a spójność gwarantuje tematyka literackiej biografii piszącego". Zauważamy także zatarcie granicy między językiem i metajęzykiem, między czytaniem tekstu jako dokumentu a czytaniem go jako fikcji. "W sylwicznej koncepcji literatury nie ma niczego innego, jest jednak zupełnie inaczej".

Tyle o samych sylwach. Wróćmy do tekstu Różewicza i przyjrzyjmy się mu pod kątem realizacji tych nietypowych, ale coraz popularniejszych w naszej najnowszej literaturze form.

Z pewnością tom Matka odchodzi charakteryzuje amorficzność, wielogłosowość i wielogatunkowość. Wydaje się, że autor proponując powielanie śladów "powstrzymuje się przed tworzeniem całości stawiającej sobie za cel ujęcie i wyczerpanie przedmiotu. Wie, że utwór żałobny to raczej zbiór ułomków po tym, co rozbiła śmierć" (T. Żukowski, Non omnis moriar?, "Res Pub. Nowa" 2000). Wybiera więc fragment - ale to przecież lubił zawsze. Bowiem "połączenie słów i zdań dokonuje się w pisaniu fragmentarycznym, które jest ściśle powiązane ze stosunkiem Różewicza do całości, dlatego jego ostatnie tomy nazywają się Zawsze fragment", pisze Maria Janion. A cech sylwiczności możemy dopatrzyć się i we wcześniejszych jego utworach. A skoro fragment, kilka fragmentów, to musi być i kolaż. I jest, gdyż technika kolażu nieodłącznie wiąże się z sylwami. A skoro kolaż, to musi być i cytat, kilka cytatów. I są - nawet nie ukrywane, jawnie oznaczone jako tytuły podrozdzialików. Bo Matka odchodzi to w zasadzie jeden wielki zbiór cudzych słów, kontaminowanych z tekstem własnym autora.

Do takich cytatów należą zajmujące sporą część utworu wspomnienia tytułowej matki, czyli Stefanii Różewicz, ujęte w dwóch fragmentach zatytułowanych Wieś mojego dzieciństwa i Rok 1921, 9 października. Wspomnienia świadomej, patrzącej krytycznie na świat młodej kobiety. Wspomnienia, w których odnaleźć możemy coś z Orzeszkowej. Wspomnienia przesiąknięte emocjonalną powściągliwością, zaskakujące taką sugestywnością i rzeczowością opisów, że po ich przeczytaniu rodzi się pytanie: czy pisała je rzeczywiście Stefania, czy to tylko zgrabna stylizacja syna, który zauroczony opowieściami matki postanowił uwiecznić je i nadać im taki kształt? A jeżeli do tego weźmiemy pod uwagę, że "istota stylizacji sprowadza się do faktu sfingowania i cudzysłowu i metatekstu" jak pisze Stanisław Balbus, wariant drugi może wydawać się zupełnie prawdopodobny.

I czym, jeśli nie cytatami wchodzącymi w ten Różewiczowski wielogłosowy i wielogatunkowy kolaż, są fragmenty listu brata Janusza, tego, o którym w tomie Matka odchodzi pisze Tadeusz tak:

   w roku 1944
   został zamordowany
   przez gestapo mój starszy brat

   skryliśmy jego śmierć
   przed matką

   ale ona nas przejrzała
   i ukryła to
   przed nami

Fragmenty listu nie mającego konkretnego adresata. To pozbawienie jednostkowego odbiorcy przydaje temu krótkiemu tekstowi, zatytułowanemu Droga ze szkoły do domu mocy uogólnienia.

Nieco inny charakter ma kolejny obszerny cytat, którym jest bardzo osobiste wspomnienie najmłodszego z braci Różewiczów - Stanisława W kalejdoskopie. Tu, w tym napisanym pamiętnikarskim stylem fragmencie możemy przeczytać: "To, co w naszym domu było najdroższe i najpiękniejsze, to właśnie mama".

Wszystkie wymienione teksty włączył Różewicz w słowną sferę intertekstualnych nawiązań do swoich autorskich wypowiedzi, z których jedyną zupełnie nową, oryginalną jest impresja Teraz.

Immanentną część utworu stanowią liczne autentyczne fotografie, którymi przeplatane są teksty. Możemy zobaczyć Stefanię jako młodą dziewczynę uczęszczającą na kurs gospodarstwa domowego, jako młodą mężatkę, matkę jednoczącą rodzinę przy stole, matkę cieszącą się z chwilowego powrotu syna z wojny. Możemy spojrzeć w te jej spokojne oczy, które patrzą na nas z okładki książki. Możemy także poznać wygląd surowego, zapracowanego i jakże kontrastującego z postacią czułej matki ojca, o którym wiemy m.in. to, że po pytaniu Tadeusza - "Tato, powiedz mi, czy warto jest żyć?":

   (...) przyglądał się
   kółkom dymu
   strząsał popiół z papierosa
   i powiedział
   "pewnie, że warto!"
   potem spojrzał na syna
   "co z tobą... Tadziu!..."

Wszystkie te zdjęcia - stare, autentyczne pokazują ludzi a jednocześnie przez tę swoją staroświeckość i staranne upozowanie także minione już konwencje. Ożywiają tekst i czynią go bardziej prawdziwym. Pozwalają nam, nieustannie zabieganym, pooddychać na chwilę klimatem tamtych lat, zatrzymać się, westchnąć i pełniej zjednoczyć z Różewiczem - synem. Bo przecież chyba każdy z nas ma w swoich albumach takie wyblakłe zdjęcia bliskich, którzy już odeszli.

Matka odchodzi - kilka wzruszających wspomnień, prawie 30 wierszy o matce i ojcu, z których "każdy ustanawia inny dystans autora wobec siebie i rodziny, wobec intymności i zbiorowości" (O książce T. Różewicza "Matka odchodzi", Dekada Literacka 2000, nr 2/3, s. 8-9), osiem miniatur epickich, które możemy zaliczyć do kręgu story i spośród których wybija się fragment Do poprawki (jakby sugestia, że "cała książka to próba uporządkowania kilku ważnych spraw już z perspektywy całego życia"), bardzo intymny Dziennik gliwicki i wreszcie wspomniany już esej Teraz. I to wszystko spięte wymowną klamrą - motywem oczu matki spoczywających na synu. I to wszystko połączone razem w zupełnie "nową jakość w dorobku poety", w jeden, wielki, wzruszający, sylwiczny tren miłości.

Zaskoczył nas Różewicz po raz kolejny. Zadziwił tematem. On, "wstydzący się banalnych uczuć, ironista skrzywiony na świat, cywilizację, Boga, tu przemawia jakby na przekór sobie. (...) Różewicz liryk zdaje się występować tutaj przeciwko Różewiczowi oschłemu awangardziście" - stwierdził Józef Baran. Pisząc książkę sercem, "stary poeta" afirmuje człowieka, ocala to, co ludzkie. Oddaje hołd matce, czyniąc z niej prawie świętą, ale jednocześnie robi rachunek sumienia ze swojej niedoskonałej miłości, ze swojej twórczości i wreszcie ze swojego długiego życia. Pisze: "podnoszę głowę, otwieram oczy... nie mogę znaleźć drogi, upadam, podnoszę się, słowa wypełnione nienawiścią, trupim jadem wybuchają rozszarpują miłość wiarę nadzieję... otwieram usta żeby coś powiedzieć... człowieka trzeba kochać..."

Zadziwił nas Różewicz także gatunkiem. W jednej z recenzji przeczytać możemy: "Prawodawca nowego języka w poezji, prekursor wytyczający nowe drogi, formy i style i tym razem zaskoczył nietypową książeczką - kolażem - antologią, która musiała zostać uznana jako samoistne dzieło autorskie". Czytając o formach sylwicznych, w Problemach poetyki Dostojewskiego natknęłam się na takie zdanie Michała Bachtina: "Tam, gdzie pisarzowi brak adekwatnej formy do bezpośredniego wyrażenia swych myśli musi ukazać je przez cudze słowa". Czy jednak wielkiemu Różewiczowi mogło zabraknąć formy? Czy też przez przywoływanie cudzych słów, poprzez wykorzystanie formy sylwicznej pragnie nas poinformować o czymś innym? Warto przywołać tutaj jego własne słowa z 1966 r.: "Nie mam już koncepcji. Oczywiście w ciągu 25 lat miałem różne koncepcje. A teraz może być rym i może nie być rymu, może być metafora i może nie być metafory, może być obraz i może nie być obrazu, może być pomysł i może nie być pomysłu... jednego pilnuję: słowa. Nie przez jąkanie, rozbijanie, torturowanie słów, sylab, dźwięków... ale przez słowa i przez zdanie - zupełnie normalne można zawiadomić zainteresowanych o zgonie tzw. Poezji".

Tak pisał w Sezonie poetyckim 35 lat temu. A teraz? Wydaje się, że mieszając różne teksty jakże bliskich mu autorów pragnie pokazać wszystkim zainteresowanym "skąd się wziął, w jakiej atmosferze wyrastał, jak kształtował się jego charakter i hierarchia wartości. (...) Odbywa podróż do czasów dzieciństwa i młodości, ale nie jest to podróż sentymentalna" pisze - Janusz Drzewucki. Po lekturze tej książki wiele nam się rozjaśni, zrozumiemy znane z wiersza Powrót słowa:

   Tu w niebie matki robią
   zielone szaliki na drutach

   brzęczą muchy

   ojciec drzemie pod piecem
   po sześciu dniach pracy

   Nie - przecież nie mogę im
   powiedzieć że człowiek człowiekowi
   skacze do gardła

Sylwiczny tren miłości na koniec wieku przesiąkniętego nienawiścią. Sylwiczny tren starego poety wśród literatury młodego pokolenia, wśród postmodernistów. I oczywiście rodzące się natychmiast pytanie: Skąd Matka odchodzi na tej konferencji poświęconej prozie postmodernistycznej? Czy jest w tym utworze coś takiego, co pozwoli połączyć go z postmoderną, czy nie będzie to przypadkiem wrzucenie do jednego worka z napisem "postmodernizm" wszystkiego, co ukazało się w ostatnich latach i odniosło sukces?

Gdyby postmodernizm odnosił się tylko do formy, myślę, że nie mielibyśmy większych problemów z włączeniem utworu Różewicza w ten nurt, bo i znajdziemy tutaj tak popularną u młodych prozaików tworzących w nurcie ponowoczesności intertekstualność, zarówno w płaszczyźnie słownej jak i ikonicznej, dojrzymy tak modne u postmodernistów zneutralizowanie problematyki genologicznej, zbiór cytatów - kolaż i nieodłącznie związaną z postmoderną sylwę. I wreszcie samo poruszanie się poety w sferze osobistych, bardzo intymnych przeżyć może nasuwać skojarzenie z młodą postmodernistyczną prozą (choć daleko Różewiczowi do zagłębiania się w prywatność obserwowaną u M. Gretkowskiej czy I. Filipiak). Jeżeli jednak spojrzymy na ten utwór całościowo, okaże się, że Różewicz nie dał się wkręcić w ten wciągający ostatnio wszystko wir ponowoczesności, że nadal pozostaje sobą - wielkim poetą, prozaikiem a także dobrym redaktorem, potrafiącym umiejętnie połączyć kilka różnych tekstów w taką książkę, o której prawie każdy czytelnik może powiedzieć, że to jego książka. I myślę, że nie należy się smucić, że Różewicz nie jest postmodernistą.To raczej wielu młodych, debiutujących na rynku wydawniczym, chcących pozyskać sobie czytelników prozaików powinno się czegoś od niego nauczyć.

Bo już sam sukces tego utworu sugeruje, że odbiorcy mają dosyć fikcji, że poszukują prawdy o sobie samych i o otaczających ludziach. A prawdę najlepiej znaleźć przypatrując się innym, podglądając, czytając intymne zwierzenia. Dlatego taką popularnością cieszy się w ostatnich latach literatura dokumentu osobistego, utrwalająca doświadczenia życiowe znanych osób. Myślę, że wszyscy zaliczający się do grona postmodernistów o tym doskonale wiedzą. Wydaje się jednak, że dzieło Różewicza przemawia w jeszcze inny ważny sposób: stroniąc od brutalności, obnażania się na siłę, zwraca uwagę na to, że w pisaniu o sprawach intymnych, osobistych ważna jest subtelność i delikatność. Czytelnicy chyba szybciej zapominają utwory, które wzbudziły w nich niesmak, pamiętają zaś dłużej o tych, które ich zaciekawiły, obudziły pozytywne emocje, wzruszyły. Dlatego, kiedy mówimy o tomie Matka odchodzi, tak naprawdę nie mamy ochoty go interpretować - i myślę, że ja też już za dużo tutaj powiedziałam - gdyż ta książka ma w sobie coś z niezwykłej ciszy, a jej lektura skłania do refleksji, medytacji. Takie książki należą dzisiaj do rzadkości.

I jestem przekonana, że Matka odchodzi spodoba się nawet najbardziej zatwardziałym zwolennikom postmodernizmu. W tym - według Stanisław Gębala - "tkwi tajemnica Różewicza, że to, co najbardziej prywatne, intymne przekształca się natychmiast za dotknięciem jego pióra w uniwersalne, dotyczące każdego".

Katarzyna Przebinda  

 

Referat przedstawiony na studenckiej konferencji naukowej Proza końca XX wieku. Postmodernizm?

Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów

Początek strony

Kraków, lipiec 2001
Statystyka