Esej 

 




Przeczytaj także artykuł:

Jubileusz Profesora Stanisława Grzybowskiego

 
Stanisław Grzybowski

Byję, byjesz, byje
- czyli normatywna forma języka

 

Rozwój naszej ukochanej polszczyzny nie skąpił nam ostatnio zaskakujących doświadczeń. Pamiętamy jeszcze dobrze czasy, gdy w sklepie, pragnąc zakupić "tą kiełbasę na pięćdziesiąt tysięcy" (oczywiście z hiperdokładną wymową "ęćdz") dowiadywaliśmy się, że "w tym temacie należy póki co rozwinąć w obecnym okresie czasu skuteczną akcję, bo w miesiącu styczniu kiełbasy za wyjątkiem importowanych podrożeją". Dziś pewne realia uległy zmianie - choć "za wyjątkiem", "okres czasu" i "miesiąc styczeń" trzymają się twardo, wszystko to jednak dzieje się w "mini-" czy "hipermarkecie". Gdy zaś pragnąc na chwilę odetchnąć inną polszczyzną udajemy się na zebranie zwane - z niejasnych powodów - naukowym, słuchamy tam o "teleologii sukcesji paradygmatów", o "morfologicznych zmiennych korelatów substancjonalnych prakseologicznie skorelowanych w syndromie" czy o "przepływach merytorycznych antropopresji". Wszystkie te autentyczne, skrupulatnie w ostatnich latach zanotowane przykłady, niemałą radość sprawiłyby mojemu ukochanemu autorowi, księdzu Chmielowskiemu, który pierwszy chyba we wstępie do Nowych Aten wyraził życzenie "aby ta Polska Xięga nie od Polsczyzny skąpej w słowa wyboryczne ile scientyficzne, przynajmniej a Latinitate miała okrasę".

Chciałoby się zapytać, "a gdzie humaniści, literaci, poloniści?" Pytanie to nie tylko retoryczne. Wśród literatów najliczniejsi się zdają ci, co korzystają z nowej swobody wypowiedzi nie tyle wyrażając zakazane dotąd idee, co używając zakazanych dotąd słów. Wśród polonistów natomiast najwięcej hałasu robią tropiciele wyjątków, które należy potępić i odrzucić w imię świętości normy językowej. Tego rodzaju norma nie jest bynajmniej nową, lecz jej rodowód polityczny jest oczywisty. To kardynał Richelieu, grafoman z ambicjami, pierwszy spostrzegł, że podporządkowanie kultury, to przede wszystkim podporządkowanie języka. Stworzył Akademię Francuską, której podstawowym celem było uporządkowanie i zunifikowanie francuskich norm językowych. Tak położył podwaliny pod normatywną teorię języka, która nakazuje jego podstawową funkcję - porozumiewania się ludzi między sobą - zastąpić inną: wzorca posłuszeństwa regułom, tak pożytecznego przy sprawowaniu władzy. Odtąd to nie "język giętki" miał wyrazić "wszystko co pomyśli głowa" ale raczej język drętwy miał pokazać głowie, co jej myśleć wolno. Nie przypadkiem więc i u nas w okresie panowania czerwonych kardynałów kryterium poprawności językowej stanowiła zgodność z regułami a odstępstwo od nich, choćby uzasadnione wiekową tradycją - może właśnie dlatego, że uzasadnione narodową tradycją - było potępione. Cóż z tego, że przez wieki mówiono "studiuję na uniwersytecie" a nie "w", cóż z tego, że mieszkaniec miasta Moskwy był "Moskwiczaninem" a poddany cara Moskwy "Moskalem" skoro kazano nam pisać i mówić "Moskwianin" i "Rosjanin", cóż z tego, że po polsku przyjęła się forma "unikalny" skoro znalazł się besserwiser forsujący formę "unikatowy"? Nieświadomi (czy zawsze?) naśladowcy pewnego pana, który mawiał, że dość objaśniania świata, czas go zmieniać, wychowani za czasów kultu innego Wielkiego Językoznawcy, zmieniali więc z zapałem język, którego objaśnić i zrozumieć nie potrafi - bo nie rozumieli jego historii, żyjącej właśnie w wyjątkach i odstępstwach od reguł. Aż dziw, że dotąd nam wolno mówić "jestem, jesteś". Przecież prawidłową odmianą od "być" powinno się stać "byję, byjesz, byje".

Parę przykładów z konkretnych dziedzin. Szczególnie więc znęcano się nad geografią. Fundowano więc nam różne "Kampucze", "Kirgistany", "Tajlandie", "Mołdowy", że już o oficjalnej nazwie Cejlonu nie wspomnę, bo tekst mogą czytać panie, a ja takich słów przy paniach nie używam. Oczywiście część winy spoczywa tu i na ustępstwach wobec pełnych kompleksów przedstawicieli pewnych państw i nie jest to rzecz nowa: już niejaki Mussolini walczył ze wstrętną nazwą "Włochy", żądając by mówiono i pisano tylko "Italia". Nie wydaje mi się jednak aby ideowym - a często i politycznym - następcom Benita należało w tej mierze ustępować. Bądźmy jednak sprawiedliwi: włodarze naszych losów nie są lepsi. To dzięki nim mamy "Małopolskę" bez Lublina, Sandomierza, Żywca i Częstochowy - bo Żywiec i Częstochowa są na Śląsku pozbawionym za to Wrocławia i Opola, to dzięki nim mamy województwo "kujawsko-pomorskie" bez skrawka historycznego Pomorza. Ale nie tylko przeciw tym nonsensom historyk, obrońca tradycji, musi zaprotestować. Zbrodnią dla poprawiaczy naszego języka jest również pisanie o "Puszczy Niepołomskiej", "sejmiku proszowskim", "powiecie kościerskim". Nawet Kościół uległ temu trendowi, fundując sobie "diecezję drohiczyńską", mimo że prawidłowa, historyczna, tyle mówiąca o źródłach naszego języka forma to "drohicka".

Przypomnieć tu należy znamienną opowieść Grzymały-Siedleckiego. W rozmowie z Józefem Weyssenhoffem użył on przymiotnika "skierniewski". "Skierniewicki" - poprawił go rozmówca. Od słowa do słowa postanowiono powołać jako autorytet służącą Grzymały, wieśniaczkę spod Skierniewic. "A dyć skierniewski" orzekła i Weyssenhoff skapitulował przed głosem ludu. Podobnie Ludwik Hieronim Morstin, człowiek o gołębim sercu, nie tylko gorąco protestował, gdy używano przy nim nowego przymiotnika "proszowicki", ale również pięknie tłumaczył, dlaczego poprawną historycznie jest stara forma "proszowski". Dodać trzeba, że tam gdzie weszła w użycie nowa forma, na przykład "myślenicki", historyk widzi dowód późnego osadnictwa, z czasów, gdy już zapomniano o patrymonialnym pochodzeniu podobnych nazw miejscowych i tworzono je mechanicznie. Ale dotyczy to i innych prób ujednolicenia. Mieczysław Karaś stwierdził kiedyś autorytatywnie, że lokalna forma "w Lubniu" jest błędna i pisać należy "w Lubieniu". Nie przypadkiem to stwierdzenie wypowiedział językoznawca partyjny. Młoda Polska otwierała nam bogaty skarbiec zamrożonych a pięknych klejnotów ludowej polszczyzny. Polska "Ludową" zwana demonstracyjnie wyrzucała je na śmietnik, zakazując nawet dzieciom w szkole mówić po kaszubsku i podhalańsku. I pomyśleć, że we Włoszech istnieje bogata literatura w wielu dialektach - sam Pier Paolo Pasolini zaczynał pisać w swej gwarze rodzinnej - że w Cambridge słyszałem jak chwalono profesora, który wykładał swym "szerokim yorkshirem", a u nas chyba tylko ksiądz Tischner bronił ostatnio samotnie podhalańskiej tradycji językowej.

Istnieje legenda, że to nie ustrój zawinił, a spór dogmatycznych językoznawców krakowskich, z Nitschem na czele, z liberalnymi warszawskimi. Sięgnijmy do Nitscha. To on przecież w swoim czasie powiedział, że "zupełne wyzbycie się cech lokalnych, gdyby nawet było możliwe, nie byłoby pożyteczne, bo prowadziłoby do szablonu i martwoty". To on potrafił nieraz z tolerancyjnym uśmiechem przyjąć własną nawet niezasłużoną porażkę, jak choćby w sprawie swojej ulicy: Gontyna. To on właśnie miał zrozumienie i sentyment dla wszelkich archaizmów. Napotkawszy wkrótce po wojnie moją Matkę, po kilku zamienionych zdaniach stwierdził: "Pani to zupełnie nie jest podobna do swojego ojca". "Dlaczego?" spytała ze smutkiem. "Nie zachowuje Pani e pochylonego" stwierdził profesor. Toteż powoływanie się na jego autorytet, gdy już się bronić nie może, jest wyrabianiem sobie fałszywego alibi.

Proces usztywniania kryteriów językowych ma bowiem rodowód odmienny. Zaczął się od wydawców. W latach pięćdziesiątych, pracując kilkanaście miesięcy w PAN, przyglądałem się jak Konrad Olchowicz, redaktor kompetentny i znakomity, przekładał elukubrację różnych bonzów partyjnych "z awansu" na język polski, jak uparcie starał się nadać im sens i logikę. Nie widziałem jeszcze wówczas niebezpieczeństw, które się za tym kryły. Nie dość bowiem, że nobilitowało to ludzi, którzy nigdy nie powinni byli chwytać za pióro. Więcej, ci ludzie właśnie - odtąd decydenci - kształtować mieli cały system wydawniczy, polegający na kontroli autora przez wydawcę. Wykorzystywano naturalne skłonności (sam muszę je stale zwalczać czytając prace swoich seminarzystów) do narzucania innym swojego języka i stylu. Redaktor stawał się władcą tekstu. Do woli mógł poprawiać "i" na "oraz" a "prędki" na "szybki". Ale jego rolą stało się głównie wychowanie posłusznego Urzędowi autora. Oczywiście musiał sam być posłuszny. Musiał pamiętać, że Marx pisze się przez "ks", a zamiast "przed Chrystusem" pisze się "p.n.e." - niestety pamięta często o tym do dzisiaj. Musiał przestrzegać dziesiątków innych bzdurnych przepisów. Musiał przede wszystkim eliminować każdą dowolność. Regionalizmy, archaizmy, oboczności były wykluczone. "Szablon i martwota", których tak obawiał się Nitsch, zapanowały powszechnie. Dozwolono, nawet popierano, odgórne wprowadzanie zmian językowych, a nawet ortograficznych, zabraniając bezprawnie pisania dużymi literami nazw zakonów (z wyjątkiem Krzyżaków!) i nazw pochodzących od miast (uprzedzam, że jestem Krakowianinem przez duże K i każdemu, kto mnie napisze przez małe, przyślę sekundantów). Chodziło oczywiście o okazanie demonstracyjnej pogardy więziom wyznaniowym i lokalnym. Tak rodziła się nowomowa. Miała pomóc w fałszowaniu rzeczywistości, miała również wychować autorów, pokazać im, że władza ma zawsze rację a przepis jest ważniejszy od człowieka.

Część językoznawców dała się wciągnąć w pułapkę. Naturalna skłonność do przeforsowania swoich "jedynie słusznych" poglądów nie pozwoliła im na zmarnowanie tej okazji. Ale byli chyba i tacy co działali świadomie, realizując politykę partii i czasem nawet przyznawali to otwarcie. Sądzę, że należał do nich między innymi Mieczysław Karaś. Jedni i drudzy dążyli do usztywnienia słowników, eliminowania oboczności językowych, potępienia regionalizmów. W epoce, gdy większość nowej inteligencji i większość decydentów politycznych pochodziła ze wsi, wydawać się to mogło paradoksem. Mało jednak było wśród nich "krzoków", ludzi twardo wrosłych w kulturę wiejską i do niej przywiązanych. W większości były to "ptoki", ludzie, których wieś wypluła i którzy swego pochodzenia się wstydzili. To oni właśnie forsowali "szablon i martwotę" językową, to oni swoje nieporadne próby opanowania języka ogólnego czynili motorem narzucanych z góry zmian.

To jasne, że język musi się zmieniać, choć zbyt pospieszne zmiany groźne są dla ciągłości tradycji i należy zastanowić się przed ich zalegalizowaniem. Ale w żadnym wypadku nie wolno językoznawcy zmian takich samemu wymyślać i narzucać. Zawiniła tu już częściowo ortografia z 1936 r. tworząc pewne groźne precedensy, zmieniając na przykład końcówkę przymiotników rodzaju żeńskiego i nijakiego liczby mnogiej ("dobrymi" zamiast "dobremi kobietami") wbrew ówczesnej wymowie. Największą zaletą tej ortografii było jednak zatwierdzenie jej dekretem prezydenta, co miało położyć kres nieustannym zmianom, bo tylko sejm mógł ją zmienić. Tak się niestety nie stało i słownik ortograficzny w Peerelu stał się obiektem kpin zrozpaczonych redaktorów, którzy wkuwając wciąż nowe przepisy mawiali, że za każdym razem autorom słownika szło o honorarium za "wydanie nowe poprawione" (5% zmian).

Torturowani przez językoznawców i decydentów politycznych redaktorzy wyżywali się na autorze i czytelniku. Autor musiał walczyć o swoje racje - albo kapitulować. W swoim czasie recenzując jedną za znakomitych książek Karola Górskiego, szczególnie wysoko oceniłem język i styl, oryginalne i niebanalne. Otrzymałem od Profesora miły list z podziękowaniem: opisał jak właśnie to, co pochwaliłem, wydawcy jego tępili, jakie boje, nie zawsze zwycięskie, musiał staczać w obronie swoich racji. Czytelnik nie liczył się w ogóle. Pamiętam jak pewna miła pani redaktor, której zresztą wiele zawdzięczam, zakwestionowała proponowany przeze mnie atrakcyjny tytuł książki popularnonaukowej, bo "wtedy młodzież będzie to chciała czytać". Stanowisko podobne zresztą było jak najbardziej w duchu ustroju. Gdy Karol Estreicher zaproponował ustawienie kamiennej ławy pod Wieżą Ratuszową, zaoponował ówczesny prezydent z awansu społecznego, niejaki Waligóra: "ależ profesorze, ludzie będą chcieli siadać!" (Ława zresztą dzięki uporowi Estreichera stanęła i ludzie oczywiście siadają). A mnie samemu partyjny dyrektor PKO, na propozycję jak usprawnić obsłużenie klientów, odpowiedział: "Mnie Partia postawiła tutaj nie po to, bym szedł na rękę każdemu leniowi, któremu się nie chce stać w ogonku!"

Ustrój się zmienił, słowniki i redaktorzy pozostali. Pozostały również nawyki - nie tylko w wydawnictwach. Gdy w poważnych czasopismach czytam, że to nie autor odpowiada za błędy recenzowanej książki a redaktor, widzę, że niewiele się zmieniło. Sami jesteśmy winni: oddajemy wydawnictwu niechlujny tekst w przekonaniu, że redaktor i tak poprawi, a jak - nawet nie sprawdzamy. Inny rodzaj niechlujstwa - egzotyka werbalna - to wynik radosnej twórczości tak zwanych "specjalistów", którzy tworzą różne słownictwa fachowe, branżowe itp. zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych. Mniejsza o to jeśli to robią specjaliści od marginalnych dyscyplin, fakt jednak, że słownictwo naszych ustaw, niezrozumiałe dla nawet nieźle wykształconych obywateli, woła o pomstę do nieba: jakżeż w tej sytuacji można wymagać poszanowania prawa? Raz trzeba powiedzieć wyraźnie: żadna instytucja, choćby najszacowniejsza, nie ma prawa nazwać konia krową, a Częstochowy Śląskiem. Lecz fakt, że przywykliśmy do niechlujstwa językowego naszych instytucji i naszych miłościwych władców, mniej winien nas martwić, niż fakt, że przywykliśmy do językowej urawniłowki. Bogactwem kultury jest jej różnorodność, a różnorodność niemożliwa jest bez wolności. Uwolnić zatem od dyktatury polonistów racz nasz język, Panie.

Stanisław Grzybowski  

 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów

Początek strony

Kraków, lipiec 2001
Statystyka