Książka, którą czytam  

 




 
Z. Bauer
Zbigniew Bauer

Książka, którą czytam

 
 

Czytam i odkładam, sięgam po gazety, oglądam telewizję, słucham radia i płyt. Nie pamiętam od dawna, bym z tak niewielką, tak pozornie nieskomplikowaną powieścią miał aż tyle problemów. Wracam do partii przeczytanych i rozumiem je inaczej niż przed chwilą. Ta książka to "Lektor" Bernharda Schlinka

Twórczość Schlinka jest w Polsce praktycznie nieznana, tymczasem ów 56-letni niemiecki prawnik-konstytucjonalista, profesor uniwersytetów w Bonn, Frankfurcie n/Menem i berlińskim Uniwersytecie im. Humboldta (w 1993 roku również visiting professor w Yeshiva University w Nowym Jorku) jako prozaik osiągnął w swojej ojczyźnie popularność zdumiewającą. Wielkie nakłady, specjalne wydania (książkowe i na kasetach magnetofonowych) dla młodzieży świadczą same za siebie. Liczba przekładów jego najgłośniejszej powieści Lektor (Der Vorleser) opublikowanej po raz pierwszy w 1995 roku osiągnęła doprawdy rekordowe, jak na rynek zachodni, piekielnie trudny dla podobnych książek, wielkości.

Teraz ta niewielka powieść ukazuje się również u nas i to w czasie z jednej strony sposobnym dla zrozumienia jej przesłania - z drugiej mocno owo rozumienie komplikującym. Wyczytałem gdzieś, że jest to książka o holocauście. Mogę powiedzieć dziś: owszem, także o holocauście. To raczej powieść o niemożności jednoznacznej oceny faktów, które są z holocaustem związane. O bezradności prawa wobec zbrodni, a raczej - by użyć sławnego określenia Hanny Arendt - o "banalności zła". Motywem centralnym dla etycznej wymowy Lektora jest sprawa makabrycznej śmierci w płomieniach dużej grupy kobiet, żydowskich więźniarek jednego z podobozów KL-Auschwitz. Śmierci tej można było zapobiec, ale grzech zaniechania, popełniony przez główną bohaterkę powieści prowadzi wprost do tragedii. Problem tkwi jednak w tym, że owa bohaterka, Hanna, była jedną z nadzorczyń tego podobozu (prawdopodobnie chodzi o Jaworzno). Co nam to przypomina?

Powieść Schlinka początkowo zupełnie nie zdradza w niczym swego głównego tematu. Zaczyna się jak klasyczny romans. Kilkunastoletni chłopak przypadkowo poznaje znacznie od niego starszą kobietę - konduktorkę tramwajową, przeżywa z nią inicjację seksualną, która stopniowo przeradza się w erotyczną obsesję. Jest to - mimo skrótowości i powściągliwości narracji - również odmiana tak charakterystycznej dla literatury niemieckiej powieści o dojrzewaniu. Schlink nie wykorzystuje tu jednak typowej dla tego gatunku moralistycznej perspektywy narracyjnej. w narracji więcej pytań, wątpliwości, wahań niż jednoznacznych ocen. Dotyczy to zarówno pierwszej części powieści, zbudowanej według reguł romansowych, jak i następnych, w których następuje stopniowe odsłonięcie strasznej tajemnicy związanej z Hanną.

W ten sposób Schlink po mistrzowsku konstruuje nierozstrzygalne z jednej tylko perspektywy opozycje: miłości i nienawiści, miłości i kłamstwa, prawa i moralności, prawa i wierności, zbrodni możliwej do oceniania przez prawo i zbrodni wymykającej się jakimkolwiek prawnym kwalifikacjom. Wyposażając swego bohatera - czyli powieściowy obraz samego siebie - w coraz większą świadomość społecznej odpowiedzialności za własne czyny, pogłębia w nim poczucie niemożności etycznej i psychologicznej oceny tych czynów. Pytaniu o to, dlaczego człowiek przystaje do zbrodniarzy towarzyszy pytanie - czy można kochać zbrodniarza? Czy można mu współczuć - skoro przeżyło się z nim najpiękniejsze chwile wczesnej młodości? Jak można pojąć strach współwinowajców zbrodni - i wyniosłość tej, na którą chcą oni przelać swoje grzechy? z czego bierze się w człowieku osobliwa duma w obliczu prawa? Dlaczego odmawia on aktu pokory? i dlaczego odmawia on sobie prawa do rozgrzeszenia, kiedy już - zgodnie z wyrokiem prawa - odpokutował za grzech?

W tej powieści wszystko jest zagadką - a jej symbolem okazuje się sama Hanna Schmitz. Jej fascynacja młodym chłopcem - jego naiwnością, czystością i zarazem erotycznym pobudzeniem - stawia powieść Schlinka w pobliżu historii opowiedzianych niegdyś przez Gottfrieda Kellera w Romeo i Julii na wsi czy nawet przez Nabokova w Lolicie. Ale Schlinkowi udaje się połączyć znakomicie pierwiastki psychologiczne czy romansowe wątki z głęboką refleksją o niemieckiej przeszłości, o pokoleniowej konfrontacji między antyfaszyzmem ludzi urodzonych zbyt późno, by zbrukać się zbrodniami hitleryzmu, a głębokim - choć niekiedy przysłoniętym obronną powłoką - poczuciem winy tych, których niemiecka historia zagarnęła, wchłonęła i zamieniła w zbrodniarzy.

Zagadka Hanny odsłania powoli kolejne swoje warstwy i wcale nie zmierza przez to do wyjaśnienia: przeciwnie - coraz bardziej się komplikuje. Im więcej o niej wiemy - tym wiemy coraz mniej o motywach, które nią kierowały, gdy zdecydowała się przystać do faszystowskiej organizacji. Coraz mniej wiemy o przyczynach, dla których w obliczu zdarzeń z 1945 roku, świadomie zdecydowała się skazać więźniarki żydowskie na śmierć w płonącym kościele. Coraz mniej wiemy też o powodach, które skierowały ją ku młodemu chłopcu, którego świadomie wciągnęła w swoje życie, a potem brutalnie z niego wyrzuciła, jakby nie chcąc, by zatracił się w nim, aby wyzbył się własnej, naiwnej młodości.

Prawo - osobliwie prawo RFN: pedantyczne, maksymalistyczne i sformalizowane - okazuje się wprawdzie sprawne wobec przypadków takich jak sprawa Hanny, niemniej im bardziej jest sprawne, tym bardziej odsłania się jego etyczna i psychologiczna bezradność wobec problemu całej generacji. Zgoda - nie możemy osądzać generacji: możemy osądzać konkretne czyny pojedynczych ludzi. Dotyczy to nie tylko zbrodni nazistowskich, ale i stalinowskich: dotyczy to wszystkich, którzy kiedyś, tak czy owak, wiązali się ze Złem. Ale pozostaje wciąż bolesna pustka, to dręczące nas pytanie: ci ludzie mogli kochać, dawać miłość, dawać złudzenie bezpieczeństwa. Mogli rodzić dzieci, wychowywać je na porządnych ludzi. Mogli także tworzyć rzeczy, które stały się wartością uniwersalną. Mogli nawet tworzyć prawo. Więc jak to z nami jest?

Schlink świetnie umie wykorzystywać paradoksy: mnoży je, zestawia ze sobą, buduje ich kolejne piętra. Czyni to środkami niesłychanie skromnymi, perfekcyjnie prostymi: narracja nie szuka tu żadnych formalnych zawiłości, przypominając naiwnie sklecony pamiętnik (Schlink zresztą przy jakiejś okazji nie szczędzi sobie ironicznych uwag o tzw. powieści eksperymentalnej). Nie wyobrażam sobie zresztą, by tę niewiarygodną historię można było opowiedzieć inaczej. Jakikolwiek eksperyment formalny, jakakolwiek "literackość" sprawiłaby wrażenie, że mamy oto do czynienia z życiem "papierowym" - pustym i gotowym na czystą kreację.

W tej powieści nie ma kreacji. Są natomiast straszne, podszyte głęboką prawdą o naturze człowieka i naturze człowieczeństwa pytania. Niemcy te pytania zadają sobie od lat. Wiedzą, że trudno na nie odpowiedzieć: prawem, powieścią, wierszem, autobiografią. Boję się, że Polacy postawieni przed tymi samymi pytaniami zechcą odpowiadać na nie tylko gorączkową wściekłością. Dlatego dobrze, że Lektor ukazał się po polsku. I właśnie teraz.

Zbigniew Bauer  

 

Bernhard Schlink, Lektor, przeł. Maria Podlasek-Ziegler, Wydawnictwo Polsko-Niemieckie, Warszawa 2001.

Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów

Początek strony

Kraków, lipiec 2001
Statystyka