Rozmowa Konspektu - Reforma szkoły wyższej w Polsce i na świecie | ||
| | Henryk W. ŻalińskiPrzyszłość szkoły wyższejZaproszenie do dyskusji KonspektuWielkim wydarzeniem w życiu naszej uczelni istniejącej od 11 maja 1946 r. było nadanie jej w roku 1973 imienia Komisji Edukacji Narodowej. Przyjęcie przez szkołę zaszczytnego imienia tego naczelnego urzędu, pierwszego tego typu w Europie, utworzonego na mocy uchwały sejmu z 14 X 1773 r. zobowiązuje naszą kadrę akademicką do aktywności intelektualnej, nie tylko w dziedzinie swoich specjalności naukowych, ale także w zakresie szerszym - dotyczącym wizji całego szkolnictwa polskiego.
Komisja Edukacji Narodowej była bowiem wielką reformatorką szkolnictwa w Polsce epoki stanisławowskiej. Przeprowadziła całościową reformę szkół elementarnych, średnich i wyższych. Stworzyła system szkolny, którego zazdrościła Polsce cała Europa. W czasach KEN funkcjonowały w Polsce dwie uczelnie wyższe: Akademia Krakowska przekształcona w Szkołę Główną Koronną i Akademia Wileńska zmieniona na Szkołę Główną Wileńską. Pierwszą zreformował ksiądz Hugo Kołłątaj, przeistaczając zacofany uniwersytet w nowoczesną szkołę wyższą, zaś drugą Marcin Poczobutt-Odlanicki. W obu uczelniach połączono zadania dydaktyczne z szeroko zakrojonymi pracami naukowymi, ze śmiałą myślą badawczą oraz z merytorycznym nadzorem nad szkolnictwem średnim. W dobie obecnej, gdy mamy w Polsce tak dużą ilość szkół wyższych o różnorodnym trybie i profilu kształcenia, posiadających różne uprawnienia w zakresie nadawania stopni i tytułów naukowych, przeprowadzenie sensownej reformy jest sprawą o wiele bardziej skomplikowaną niż w czasach KEN. Tutaj nie wystarczy pomysł jednego, nawet genialnego człowieka, tutaj powinno wypowiedzieć się całe środowisko naukowe i przyjąć najlepsze rozwiązania. W ostatniej dekadzie w polskim szkolnictwie wyższym dokonała się rewolucja ilościowa. W 1990 r. mieliśmy 390 tys. studentów w 112 uczelniach publicznych na wszystkich typach i kierunkach studiów i plasowaliśmy się na 22 miejscu w Europie, tuż przed Albanią. Mieliśmy w Europie najniższy wskaźnik ludzi z wyższym wykształceniem: wynosił on zaledwie 6%, podczas gdy na świecie w krajach rozwiniętych osiągał ponad 20%, a w niektórych dochodził nawet do 40%. Pięć lat później liczba uczelni wzrosła do 179, a kształciło się w nich 794 tys. studentów. W 1998 r. szkół wyższych było już 266, a studentów 1,273 mln. W roku akademickim 1999/2000 - jak podaje GUS - w 287 szkołach kształciło się 1,431 mln studentów. Ten ogromny wzrost ilościowy był możliwy w dużej mierze dzięki wyższym szkołom prywatnym, których przedtem nie było oraz nadmiernej niestety rozbudowie studiów zaocznych i wieczorowych w szkołach publicznych. Wzrost ilościowy odbył się w dużej mierze kosztem jakości kształcenia. Jeżeli natomiast spada poziom wykładanej wiedzy na uczelniach, to spada również prestiż wyższego wykształcenia. Za rewolucją ilościową w szkolnictwie wyższym winna iść jak najszybciej rewolucja jakościowa. Dzisiaj dyplom uczelni wyższej jest niekiedy tylko dokumentem stwierdzającym, że jego posiadacz uczęszczał przez pięć lat na zajęcia dydaktyczne, że wykuł określoną ilość formułek i napisał pracę dyplomową lub magisterską, mającą często formę kompilacji kilku lub kilkunastu dzieł naukowych. Ten dyplom wcale jeszcze nie świadczy, że jego właściciel opanował i zapamiętał przerabiany na studiach zasób wiedzy, że potrafi samodzielnie rozwiązać problemy, z którymi zetknąć się może w przyszłej pracy zawodowej. Ten dyplom nie świadczy jeszcze, że absolwent wyższej uczelni potrafi zdobytą na studiach wiedzę odpowiednio wykorzystać, a także twórczo ją wzbogacić. Dyscyplina studiów, przy dużej ilości egzaminów, zmusza studentów do uczenia się "na krótki dystans", którego metą jest egzamin. Wiedza w ten sposób przyswajana szybko się ulatnia. Należałoby więc zmodernizować obecny system dydaktyczny, zweryfikować dotychczasowe sposoby i metody kształcenia. Istotną sprawą jest nauczenie studentów samodzielności. W tym celu należałoby przebudować dotychczasowe programy i siatki studiów, większy nacisk położyć na konwersatoria, seminaria, konsultacje i ćwiczenia, niż na wykłady, zwłaszcza tam, gdzie są odpowiednie podręczniki. Nie należy jednak całkowicie eliminować wykładu, bowiem sugestia żywego słowa profesora-specjalisty, nie tylko pomaga zrozumieć przedstawiane zagadnienia, ale także działa emocjonalnie na słuchaczy, pobudza ich zainteresowania i skłania do refleksji. Wchodząc w struktury Unii Europejskiej, Polska musi być krajem ludzi wykształconych. Absolwenci uczelni wyższych powinni być przygotowani do pracy w nowych i zmieniających się warunkach cywilizacyjnych. Muszą sprostać przyszłym wyzwaniom, rozumieć znaczenie nowych technologii, umieć je tworzyć i wykorzystywać. Taki stan wykształcenia absolwentów można uzyskać jedynie po przeprowadzeniu reformy jakościowej szkolnictwa wyższego, a nie tylko ilościowej. Na taką reformę należy przeznaczyć nieporównywalnie większe środki z budżetu państwa, niż czyni się to obecnie. Zwiększenie ilości szkół wyższych nie obciążyło nadmiernie budżetu państwa, bowiem główny ciężar ponieśli sami studenci, płacąc za każdy rodzaj studiów na uczelniach prywatnych oraz za studia zaoczne i wieczorowe w szkołach państwowych. Doceniając kwestię podniesienia nakładów na szkolnictwo wyższe Rada Główna Szkolnictwa Wyższego, po zapoznaniu się z projektem budżetu Państwa na rok 2001, wystosowała 14 grudnia 2000 r. Apel do Rządu i Parlamentu RP. Z dezaprobatą i olbrzymim niepokojem Rada Główna odnotowała fakt, że w propozycji budżetu Państwa na rok 2001 nie tylko nie nastąpił niezbędny wzrost, lecz przeciwnie - proponowany był spadek nakładów na szkolnictwo wyższe z 0,89% PKB w 2000 r. do 0,82% PKB w roku 2001. Rada Główna Szkolnictwa Wyższego postulowała w swoim Apelu, aby w roku 2001 udział środków na szkolnictwo wyższe wzrósł do wysokości 1% PKB, co odpowiadałoby 4,35% budżetu kraju. Należy dążyć do tego - stwierdzała Rada - aby nasz kraj przeznaczył w przyszłości 1,5-2% PKB na szkolnictwo wyższe, czyli mniej więcej tyle, ile wydają państwa członkowskie Unii Europejskiej. Przy obecnych kłopotach finansowych Państwa, trudno będzie w najbliższych latach podwoić wydatki na uczelnie wyższe, ale decydenci powinni mieć świadomość, że bez odpowiednich nakładów nie uda się przeprowadzić żadnej sensownej reformy szkolnictwa i uczynić z Polski kraju ludzi naprawdę wykształconych. Przygotowywana reforma mająca na celu modernizację systemu dydaktycznego powinna zostać skorelowana z programem rozwoju szkolnictwa wyższego i nauki, który mógłby objąć okres np. najbliższych 10-15 lat. Program taki opracowano we Francji w latach 80., kiedy ministrem edukacji był Lionel Jospin. Poprzedzono go wnikliwą analizą przeprowadzoną na prowincji francuskiej. Analiza ta dała odpowiedź jakiego typu absolwenci mają szansę na zatrudnienie w poszczególnych regionach kraju. Dopiero potem francuskie ministerstwo edukacji stworzyło siatkę proponowanych szkół wyższych. Dzięki podobnym zabiegom można i w naszym kraju dostosować szkoły wyższe do rynku pracy, uniknąć produkcji bezrobotnych z dyplomami. W Polsce w ciągu ostatnich dwóch lat liczba bezrobotnych z wyższym wykształceniem wzrosła z 30 do 70 tys. Daje to nam, pracownikom wyższych uczelni, wiele do myślenia. Może powinniśmy się częściej zastanawiać, jaki odsetek kształconych przez nas studentów znajduje pracę w wyuczonym zawodzie? Henryk W. Żaliński | ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
Kraków, maj 2001 | ||