Rozmiar: 45 bajtów                              Książka, którą czytam  

 

Następny artykuł
 
Strona główna
 
Poprzedni artykuł
 
 

 
St. Burkot

Stanisław Burkot

 

 
 
 

We Francji w drugiej połowie XIX wieku było dwóch braci Daudetów - Ernest i Alphonse. Pierwszy należał do postaci wpływowych w polityce, próbował swych sił w literaturze; drugi był bardzo popularnym autorem powieści i opowiadań, stworzył postać śmiesznego drobnomieszczanina, Tartarena z Tarasconu, bohatera trylogii powieściowej. Francuzi na pytanie - kto to jest Ernest Daudet - odpowiadali nieodmiennie: "Ach, to ten, który ma sławnego brata". Kto to jest Kajetan Kraszewski?...

Co bardziej wtajemniczeni mogą powiedzieć - młodszy brat sławnego Józefa Ignacego. A przecież drzemały w Kajetanie ambicje szersze: tworzył i wydawał swoje kompozycje muzyczne, założył w Romanowie obserwatorium astronomiczne (sprowadził z Jeny odpowiednie przyrządy, co wywołało prawdziwą złość ojca: do starszego syna pisał, że Kajetan marnotrawi pieniądze i należy umieścić go "u Bonifratrów", to jest w szpitalu dla psychicznie chorych), wyniki jego obserwacji publikował Jan Baranowski, dyrektor Obserwatorium Astronomicznego w Warszawie i profesor Szkoły Głównej. Kajetan chciał dorównać bratu; pisał opowiadania historyczne, uczestniczył w życiu publicznym (był m.in. członkiem - korespondentem Towarzystwa Rolniczego, brał udział w obradach jego Komitetu w burzliwych latach manifestacji przed powstaniem 1863 roku, potępiał organizatorów itd). Nie należał jednak do grupy zapyziałych prowincjonalnych hreczkosiejów. Ambicje literackie wywoływała po części zawiść. Ale bracia różnili się wyraźnie nie tylko skalą talentu, także - a może przede wszystkim - modelem duchowym, stylami i sposobami myślenia. W istocie tylko o Kajetanie w rodzinie Kraszewskich można powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Z biegiem lat wygasały w nim szersze ambicje, stawał się podobny do swojego ojca, Jana, który - niekiedy trochę per fas et per nefas - dbał przede wszystkim o powiększenie majątku: największą radość sprawiły mu nie sukcesy literackie najstarszego syna, lecz to, że w pewnym momencie po przejęciu przez żonę pisarza Kisiel, znakomicie zagospodarowanego majątku, syn stał się "milionowym panem", i że dostąpił później w Żytomierzu zaszczytu bezpośredniej rozmowy z carem, a w okresie warszawskim - z Namiestnikiem. Sam "milionowy pan" mówił o sobie, że jest "prijmakiem" - ubogim parobkiem w służbie u bogatej żony. Zamienił więc gospodarowanie w Kisielach najpierw na mieszkanie w Żytomierzu, a później na redaktorstwo "Gazety Codziennej" w Warszawie.

Niestrudzony badacz, edytor i autor, rozpoznający nasza kulturę duchową XIX wieku, dodajmy - kulturę szlachecką, Zbigniew Sudolski, przygotował do druku "pamiętniki" (po części także "dzienniki") Kajetana Kraszewskiego i nadał im - ze względu na charakter zapisków - właściwy tytuł: Silva rerum. Muszę stwierdzić, że czytam tę niezwykłą książkę nie tylko jako "lekturę nadobowiązkową" (zazdroszczę autorce znanego cyklu recenzji - felietonów). Nie piszę - przeczytałem, bo tekst ma ponad 500 stron. Ostatnie to - być może - tak obszerne silva rerum szlacheckie. Lektura - ze względu na wymieszanie informacji wszelkiego typu - wymaga co chwilę odpoczynku - aby się nie zrazić, i aby nie zgłupieć kompletnie. Jak w lustrze odbija się w tych zapiskach polska mentalność XIX w. W opracowaniach historyków i historyków literatury odczytujemy ten czas przez wielkie wydarzenia polityczne, zrywy narodowe, przez dokonania wybitnych twórców (muzyków, malarzy, poetów, powieściopisarzy, uczonych) itd. Powstaje wersja wzniosła, krzepiąca, wyraźnie uszlachetniona. Gotowi jesteśmy - przez porównanie z XX wiekiem - dowartościowywać fakty i wydarzenia. Ale jaka była codzienność? Nie chodzi tylko o sprawy przyziemne - kłopoty gospodarcze, domowe, stosunki sąsiedzkie, życie towarzyskie, plotki i skandale, ograniczenia polityczne. Jaką cenę płaciło społeczeństwo za samo zniewolenie? Jaki wykształcił się wówczas model duchowy Polaka, a ściślej - typ mentalności, dominujący w środowisku ziemiańskim. A trudno zaprzeczyć, że Kajetan należał do ludzi światłych. Silva rerum (jako stary gatunek piśmiennictwa) jest emanacją szlacheckiej mentalności - trudno odnaleźć w niej ślady jakiegoś intelektualnego ładu, racjonalnego porządku: w przypadku Kajetana istnieją niejako obok siebie pasje astronomiczne (i to nie na poziomie "wykładu" Wojskiego o astronomii w Panu Tadeuszu), a z drugiej - powtarzanie i "dowodzenie" przeświadczenia o wytaczaniu krwi z chrześcijańskich dzieci przez Żydów; z jednej strony różnego typu deklamacje patriotyczne, a z drugiej - legalizm, niekiedy wręcz serwilizm w stosunku do zaborcy i niechęć do "burzycieli porządku społecznego" (uczestników powstania), zmieniająca się z czasem w zapiekłą nienawiść.

O twórczości starszego brata Kajetan pisze ogólnikowo i raczej rzadko. "Kronika domowa" Kajetana dopełnia biografię Józefa Ignacego o drobne szczegóły, często mylące, bo przetworzone przez "pamięć domową". To zrozumiałe - Kajetan był młodszy od Józefa Ignacego o 15 lat, nie dorastali razem, ale obaj szanowali więzy rodzinne. Dla Kajetana były one częścią całości większej - rodu czy klanu stanowego. Zaczął swoje pisarskie prace od Monografii rodu Kraszewskich vel Kraszowskich herbu Jastrzębiec (1861); wspomagał go w tym starszy brat, ale bez entuzjazmu i przekonania. Wiedział bowiem dobrze, że ród, choć w XVII wieku skoligacony i rozgałęziony (linia wielkopolska i podolska), wywodził się z szaraczkowej szlachty mazowieckiej, że niejeden z przodków w służbie u możnych dorabiał się majątku, że ojciec pozbawiony środków do życia od krewnych dostał małą posiadłość itd. W Monografii... Kajetana o owych mazowieckich przodkach i krewnych, którzy później schłopieli, raczej się milczy. Nie dodawali blasku rodowi. Dodawał blasku Józef Ignacy, ale przecież przez to przede wszystkim, że pogardził szlachecką tradycją; ojciec, kiedy syn w młodości chwytał za pióro, uważał nawet, że hańbi nazwisko, a szlachta wołyńska, kiedy porzucił gospodarowanie w Kisielach i podjął się pracy w gazecie zakupionej przez Kronenberga, uznała go za odszczepieńca. Silva rerum Kajetana ma wartość prawdziwie dokumentarną: nie chodzi jednak o zapis faktów historycznych, lecz mentalności szlacheckiej w drugiej połowie XIX wieku - powolnego obumierania kultury dworu szlacheckiego, narastającego marazmu. Morituri nos salutant. Konserwatyzm. Niechęć do nowych sił społecznych, które pojawiły się na arenie dziejowej, pogłębia izolację grupy. Kajetan z upodobaniem zapisuje "bon moty", które powtarzano w towarzystwie, w salonach i salonikach; w ich układaniu kryły się ostatnie satysfakcje tych, którzy czuli się przegranymi; były okazją do zaprezentowania swej wyższości. Szczególną przyjemność sprawiało żartowanie z bankierów i kupców, wskazywanie na żydowskie pochodzenie tych, którzy chętnie kupowali tytuły i patenty szlacheckie. Ta miazga myślowa, niekiedy żałosna, w której trudno dopatrzyć się jakiejś scalającej idei - społecznej, narodowej czy politycznej - wyrazić się mogła tylko w sylwie. Można powiedzieć, że w środowisku Kajetana przeważały umysły sylwiczne.

Na tym tle lepiej zrozumieć można postępowanie Józefa Ignacego: od początku dążył do wyrwania się z tego środowiska. Nie interesował go "żywot szlachcica poczciwego"; nawet wówczas kiedy stał się z losowego przypadku "milionowym panem", trzymał twardo w ręku nie ster gospodarstwa, lecz pióro: pisał, malował i rysował, komponował i grał na fortepianie, zapraszał do swojego domu wybitnych muzyków, gromadził zbiory polskiej grafiki, zabytki archeologiczne, redagował czasopisma, pisał korespondencje do wielu gazet, wydawał pamiętniki i teksty staropolskie. Pod koniec życia w Genewie, już ciężko chory, w nieustających kłopotach finansowych, zamiast obiadu (nie mógł już jeść przy pogłębiającej się chorobie żołądka) kupował starą książkę: była pierwszą potrzebą - ważniejszą od obiadu i spodni. Kajetan komentował te fanaberie starszego brata jednym zwrotem - Józef Ignacy był zawsze rozrzutny. Kajetan za złe miał swoim sąsiadom, że kupują nowe meble (bo meble szybko się psują i jest to tylko "strata pieniędzy"), ale "rozrzutność" brata była jeszcze gorsza...

Józef Ignacy i Kajetan byli do siebie niepodobni: starszy brat wyrwał się z ciasnych ścian dworu szlacheckiego, ze swojej kasty, wszedł w krąg kształtującej się wówczas inteligencji, stał się "zawodowym pisarzem", utrzymującym się z pracy umysłu i pióra. Towarzyszyło temu dziś trudne do wyobrażenia rozszerzenie horyzontów umysłowych, kręgu zainteresowań intelektualnych. Dopowiedzieć warto do zapisków w Silva rerum, bo o nich nie ma mowy, konflikty między braćmi. Kajetan w działach spadkowych nie należał do zbyt szczodrych zarówno w stosunku do Józefa Ignacego, jak i Lucjana, "średniego z braci", ale animozje na tym tle nie zmieniły "słabości" najstarszego do najmłodszego. Kiedy jednak dochodziło do sporów ideowych, Józef Ignacy stawał się bezwzględny. Preferujący badania terenowe znakomity etnograf, archeolog i historyk, Zygmunt Gloger znalazł się w Romanowie; przedłużył swój pobyt, bo zyskał sympatię córki Kajetana, oświadczył się o jej rękę, ale ojciec odmówił, bo córka wyszłaby za "mieszczanina". Józef Ignacy zwymyślał brata od głupców, uprzytomnił mu, że ród Glogerów jest może nawet bardziej starożytny niż Kraszewskich, bo ma swoją tablicę epitafijną wmurowaną w ścianę Kościoła Mariackiego w Krakowie. Liczyły się zasługi dla kultury, a nie urodzenie. Prawdziwą złość Józefa Ignacego wywołały Hetmańskie swaty, gawęda historyczna Kajetana, w której w korzystnym świetle przedstawiał targowiczanina, hetmana Branickiego.

"Ta powolność - pisał w liście z 17 VI 1876 roku - dla takiego łotra, bo nim był, ściągnie na Ciebie nieochybnie krytykę. Według mnie jest to charakterystyka niepełna, ale nie fałszywa. Ogół go zna inaczej i inaczej sądzi. Zaś gdy naród cały w swych tradycjach uświęca postać lub potępia, ja skłaniam głowę. Nigdy nie dopuszczę, aby ś. Stanisława nazywano zdrajcą, gdy vox populi wyniosło do dostojności reprezentanta wielkiej idei - i nigdy nie będę rehabilitował, co potępił ogół. Ogół na grobach stawi posągi, nie pytając, co leży w grobie. Co on stworzył na pożytek duchowy, to trzeba poszanować. Choćby historia przeczyła i miała rację, od historii prawdziwsza jest bajka, którą wieki z ducha swojego stworzyły. Zostawmy świętych na podnóżkach, a łotrów na szubienicach. Roma locuta est - rzekł naród i wyrok nieodwołalny".

Jest to wypowiedź rzucająca zaskakujące światło na myśl historyczną Kraszewskiego: jego "dokumentaryzm", wierność źródłom, okazują się podporządkowane ostatecznie "pożytkowi duchowemu" narodu w niewoli. Ale były horyzonty myślowe, których właściciel Romanowa nie obejmował.

Co wynika z lektury Silva rerum? W naszym życiu publicznym, we współczesnej świadomości zbiorowej, w młodej, postmodernistycznej literaturze, trwa uparcie sylwiczny "rozum" szlachecki? Dźwigamy ciągle bagaż przeszłości? Może to nasza tajemnica? Główne źródło wielu niepowodzeń?

Stanisław Burkot  

 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów
 
 
 
Rozmiar: 5333 bajtów

Początek strony

Kraków, maj 2001
Statystyka