Rozmowa Konspektu - Reforma szkoły wyższej w Polsce i na świecie | ||||
| | Jacek ChrobaczyńskiDopóki uczeni będą w rządzie i parlamencie, raczej nie powinniśmy spodziewać się poprawy naszej sytuacji
Nie jest to pierwsza dyskusja poświęcona miejscu i roli oraz kondycji polskiej nauki i szkolnictwa wyższego, w której uczestniczę. I z doświadczenia wiem, iż zazwyczaj nic z tych dyskusji nie wynika. Nikt nas po prostu nie chce słuchać, by nie powiedzieć jeszcze drastyczniej - rządzący się nami specjalnie nie przejmują To jałowy dyskurs, a raczej monolog jednej tylko strony. Ta druga zazwyczaj nie słucha. Sądzę jednak, że każda okazja jest dobra, by zwrócić uwagę na rzeczy najważniejsze i dramatyczne zarazem, których doświadczamy. Chciałbym zasygnalizować trzy spośród wielu problemów dręczących naukę i środowisko akademickie, również społeczność naszej Akademii. Po pierwsze hipokryzję. Oto na poziomie werbalnym i deklaratywnym, w programach partii politycznych wszyscy, lepsi lub gorsi politycy i tzw. działacze zapewniają, że nauka i edukacja to "fundament rozwoju", to "inwestowanie w przyszłość", "wyrównywanie szans" itp. komunały. Gdy jednak te deklaracje, przecież ogólnie najsłuszniejsze z możliwych, są przenoszone na rachunek ekonomiczny (budżet), to zazwyczaj się okazuje, że wszystko jest ważne, tylko nie nauka. Górnicy i hutnicy, stoczniowcy, nasza armia, a przede wszystkim sami politycy i samorządowcy, marszałkowie, wojewodowie, prezydenci i burmistrzowie, radni itp. itd. Dowodem jest zawsze budżet. Wystarczy też porównać średnią płacę w poszczególnych działach gospodarki, w tym przede wszystkim w dziale administracja, ze średnią płacą w nauce. To właśnie owa hipokryzja. Osobiście boli mnie to jeszcze bardziej, dlatego, iż w Sejmie i Senacie, rządzie, ciałach samorządowych i społecznych zasiada wciąż pokaźna grupa ludzi wykształconych, często przedstawiciele naszego środowiska. Dzieje się to w czasie, gdy na czele rządu stoi dwu profesorów, kilku ministrów posiada tytuły naukowe, a na czele jednej ze związkowych central jest przewodniczący ze stopniem doktora - chwalący się tym (wystarczy przywołać w pamięci jego plakaty wyborcze), gdy powołano Komitet Obrony Nauki Polskiej. Ta sama władza (rząd), znajdując najprostsze z możliwych wytłumaczeń, zabrała uczelniom ostatnią dotację 2000 roku: "bo wpływy do budżetu były mniejsze niż zaplanowano". Zastanawiające, że w tym samym czasie przyznano administracji i posłom znaczące podwyżki, nie mówiąc już o premiach samorządowców. Ta hipokryzja to również i inny, zauważalny fakt; trudno np. znaleźć w stenogramach sejmowych donośny głos posłów z tytułami, np. prof. Stefana Niesiołowskiego, prof. Józefa Kalety, prof. Bronisława Geremka, prof. Alicji Grześkowiak, dr. Tadeusza Syryjczyka w sprawie nauki, tak jak głośno i namiętnie wypowiadali się w sprawie aborcji, lustracji czy zwrotu "zagrabionej przez komunistów" własności. Czy ktoś z państwa słyszał, aby dr Marian Krzaklewski powalczył o środowisko, z którego się wywodzi? a czy np. prof. Leszek Balcerowicz uczynił to kiedykolwiek? Pomijam prof. Jerzego Buzka, jako że ten wszystkim wszystko obiecuje, często też informując o dniach "ważnych dla Polski i Polaków". Czy ktoś z państwa słyszał, aby w tej sprawie ostatnio zabierał głos, również przecież profesor, prezydent miasta Krakowa? Nie! a dlaczego? Otóż odważę się postawić diagnozę następującą: już pierwsza pensja na nowym stanowisku tych osób po wielokroć przewyższa dotychczasowe profesorskie uposażenie. To zapiera oddech w piersiach, a kolejne miesiące wypłat to zjawisko utrwalają. Stąd szybko zapomina się, skąd się wyszło, a że koledzy tam pozostali? Trudno. Gdzieś tutaj zapewne tkwi istota tabeli hierarchii zawodów - według społeczeństwa miejsce pierwsze zajmuje profesor, a jedno z ostatnich w tym rankingu polityk. Więc być może tę konfuzję powinna rekompensować istniejąca różnica finansowa? I drugi kontekst; przecież większość spośród profesury na stanowiskach polityczno-samorządowych zaprzestała pracy naukowej, a to oznacza, że za bardzo pasją badawczą nie byli porażeni. Bo - tak uważam - prawdziwy uczony, z autentyczną pasją badawczą nie zostaje premierem, wicepremierem, ministrem, nawet posłem czy prezydentem miasta. Pozostaje w laboratorium, gdyż tam jest jego rzeczywiste miejsce, do tego się przecież przez lata przygotowywał, zazwyczaj za państwowe pieniądze. Ale uczony prawdziwy. Zderzenie tych dwu czynników upoważnia do dramatycznej konkluzji: dopóki uczeni będą w rządzie i parlamencie, raczej nie powinniśmy spodziewać się poprawy naszej sytuacji. Pozostaną po naszej stronie tylko w ogólnikowym dyskursie o ważności sprawy nauki i edukacji, ale rzeczywistość się nie zmieni, także i ta, że do kas ustawiać się będziemy różnych. Jeżeli 40-milionowy kraj stać na horrendalne topienie pieniędzy w dziwnych przedsięwzięciach typu odprawy górnicze, fundusze pozabudżetowe nie podlegające zazwyczaj kontroli itp. przedsięwzięcia, a nie stać na godne utrzymanie kilku tysięcy swoich profesorów, to zawsze będę uważał, że profesorowie-ministrowie, profesorowie-parlamentarzyści, profesor-premier nie są moimi reprezentantami, i to bez względu na opcję polityczną.
Po drugie, nasze własne środowisko. Nie jesteśmy bez winy! Przede wszystkim mamy złą ustawę o szkolnictwie wyższym. Nieśmiało przypomnę, że jej kolejne projekty były ze środowiskiem konsultowane. Wybrano wariant wygodny, ciepłego uczelnianego miejsca etatowego i ciepłej, źle, co prawda, opłacanej, ale bezpiecznej socjalnie, posadki. Posadki właściwie bez rzetelnej i wnikliwej oceny merytorycznej, bo trudno za takie uznać tzw. przeglądy kadrowe, w tym również, unikanej, oceny środowiska studenckiego. Dotyczy to także niebotycznie długiego czasu tolerancji w związku z awansem naukowym itp. itd. Wybrano też, na fali kompletnej nieodpowiedzialności, niewątpliwą hucpę z tworzeniem tzw. prywatnych szkół wyższych. Podkreślam tzw., bo zdecydowana ich większość nie odpowiada niemal żadnemu kryterium przyzwoitości naukowej i dydaktycznej, a publiczne kłótnie profesury czy żenujące okupacje budynków, to sytuacja amoralna, której nie potrafię sobie wyjaśnić. Długo, jako środowisko, będziemy z tej organizacyjnej i moralnej hucpy wychodzić. I wreszcie, po trzecie, my sami, środowisko akademickie. Też mielibyśmy się z czego spowiadać. i to nie tylko tzw. przeterminowani adiunkci, ale przede wszystkim profesura. Te pozorne recenzje i opinie, te - tolerowane - nijakie prace, to marnotrawienie pieniędzy na pozorowanie badań awansowych, turystyczne wyjazdy naukowe itp. Bo przecież jeżeli odchodzący na emeryturę profesor pozostawia w katedrze niemal równego sobie wiekiem adiunkta, który od trzydziestu bez mała lat zgłasza ten sam wniosek, że pracuje nad rozprawą habilitacyjną, to jest to nie tylko śmieszność i klęska tego adiunkta, ale przede wszystkim profesora! Wiem, że te uogólniające oceny bolą i ranią tych, którzy ciężko i rzetelnie pracują, awansują, wykładają zgodnie ze świętą zasadą, że w szkole wyższej dydaktyka powinna być zawsze funkcją badań naukowych, a nie streszczaniem podręcznika. Ale ich jest, niestety, mniejszość. Także i w naszej uczelni. a ja chciałbym, świadomie, problem wyostrzyć.
Zatem, to reasumpcja, jeżeli mamy odwagę krytykować "onych" za to, co robią, jak rządzą, czy myślą o środowisku, jak nam płacą, to miejmy też odwagę uderzyć się we własne piersi i powiedzieć - zgrzeszyłem. Idą ciężkie czasy dla środowiska akademickiego i dla naszej uczelni - niż demograficzny, system akredytacji, system punktowy studiów, system ocen, limity kwotowe. a pieniędzy nie przybędzie. Powinni w tej grze o wszystko ostać się najlepsi. Obyśmy, jako uczelnia, znaleźli się wśród nich. Ale nie w formie, w jakiej obecnie jesteśmy - jeden wydział z pełnymi akademickimi uprawnieniami, dramat adiunktów, rozdymane do granic umysłowej wytrzymałości siatki dydaktyczne, godziny płatne lepiej i gorzej, niby-badania i niby-awanse. Jeżeli nie zmienimy się sami, świadomie i odpowiedzialnie w dobrym kierunku, to żadne pseudo-reformy i pseudo-pomysły w rodzaju "zlikwidować habilitacje"(na marginesie, jeżeli już, to powinno to objąć tylko tych, którzy dopiero, jako adiunkci, rozpoczynają, bo dla starych brzmi to podejrzanie, głównie jako próba zajęcia miejsca i płacy, a w perspektywie i emerytury zupełnie nienależnej) itp. nam nie pomogą. Padniemy. Nie chciałbym się znaleźć na tym AP-owskim "Titanicu". Jacek Chrobaczyński | ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() | ||
Kraków, maj 2001 | ||||