Dyskusje | ||||||
| Istotne w nauceRozmowa z profesorem Marianem GrabowskimNie stracić poczucia tego, że świat, który badamy, nas naprawdę przerasta - to jest zachwycające, a nie przygnębiające. Od czasu do czasu podnieść głowę znad klawiatury komputera i myśleć o komplikacji świata. To przywraca świadomość własnego miejsca - mówi profesor Marian Grabowski Bogusław Gryszkiewicz: Marian Grabowski: - Cieszę się, że nie odczytujecie Państwo mojej książki jako pamfletu na środowisko naukowe, bo rzeczywiście ona nim nie jest. Nie jest to też apel, bo w skuteczność apeli do sumień, to ja nie wierzę. W książce stawiam tezę, że w nauce współczesnej narasta fala rezultatów bez istotnego znaczenia poznawczego, że coraz w niej więcej wyników przyczynkarskich, drugorzędnych - banalnych. Dla ludzi, którzy uważają działalność naukową za wartościową z definicji, teza taka jest szokująca. Wyostrza ją dodatkowo sposób prezentacji. Próbuję typologizowować aktywność naukową, która do banału prowadzi. Opisuję banał na tle obrazu nauki, w której chodzi nie o wynik użyteczny, ale o poszukiwanie prawdy. Pojęcie banału naukowego pojawia się w języku aksjologii, która uznaje obiektywne istnienie wartości poznawczych i prawdę jako ideę regulatywną. Banał zjawia się więc na tle idealnego, ale nie idealistycznego obrazu aktywności naukowej i na tym tle szczególnie razi. Jak ocenić skuteczność oddziaływania Istotnego i nieistotnego w nauce? Mogę powiedzieć, że była bardzo źle dystrybuowana i chyba nie dotarła do wielu ludzi, którzy by ją przeczytali. Naukowcowi, który po nią sięgnie, daje szansę zrobienia rachunku sumienia z jego "naukowego chałturzenia". To jest głęboko wewnętrzna sprawa. Nie mam tu wglądu i mieć nie chcę. Przed laty sam robiłem taki rachunek sumienia i wiem, jak jest trudny. Gdybym go sam nie zrobił, nie ośmieliłbym się tej książki napisać. Nie jest łatwo przyznać się przed sobą, że odpowiada się za porcję naukowego śmiecia, którą się osobiście wyprodukowało. Nie można mieć do nikogo pretensji, że mu taki rachunek sumienia kiepsko idzie. We współczesnej nauce są z pewnością tacy, którym nie wystarcza wrażliwości aksjologicznej, by uchwycić rzecz całą. To fakt i nie ma sensu się na niego obrażać. Osobiście wolałbym, żeby moją książkę przeczytali i uznali jej tezę ci, którzy recenzują prace naukowe, projekty grantów, dają ciężko przez innych zapracowane pieniądze na badania niż rzesza producentów banału - rzesza ludzi, która albo nie umie, albo boi się krytycznie odnieść do jakości naukowego wyniku i swojego, i cudzego. Istnieją standardowe kryteria oceny aktywności naukowej. Z Pańskiej książki wynika, że jednym z czynników sprzyjających powstawaniu banału jest system, w którym działalność naukową podporządkowuje się karierze zawodowej. Czy istnieje możliwość stworzenia takich mechanizmów instytucjonalnych, które sprzyjałyby realizacji autotelicznych wartości poznania? Jakich zmian w życiu naukowym i działalności szkoły wyższej wymagałoby urzeczywistnienie bliskiego Panu ideału nauki? Czy w ogóle możliwe jest instytucjonalne stymulowanie istotnej twórczości naukowej, takiej, która opiera się na bezinteresowności, entuzjazmie, zaangażowaniu osobistym? - Instytucje takie jak uniwersytet, kościół, wymiar sprawiedliwości są na tyle zdrowe, na ile ludzie, którzy w ich ramach funkcjonują, są przejęci wartościami, wokół których te instytucje powstały. Sprzedajny sędzia, adwokat szukający za pieniądze sofistycznych argumentów prawnych, zgnuśniały duchowny, który nie bardzo wierzy w to, co głosi, profesor szkoły wyższej, który jest niezbyt zgrabnym rzemieślnikiem w swym fachu, miast miłośnikiem i poszukiwaczem prawdy, niszczą instytucje, w ramach których działają. To chyba oczywiste. Jeśli szuka się bata na leniwego profesora, na miałkość jego pomysłów, nieudolność jego zabiegów poznawczych w postaci "mechanizmów instytucjonalnych", to znak, że takich ludzi jest w instytucji już sporo i ona przez nich marnieje. Poznanie naukowe zawsze najlepiej się udaje, gdy powstaje wspólnota zdolnych poznawczo pasjonatów. Nauka w niedawnym jeszcze rozumieniu była elitarna. Gdy z tej elitarności się rezygnuje, ale ciągle stawia się jej cel poznawczy, to musi narastać fala wyników miałkich. Myślę, że współcześnie mamy taką rezygnację z elitarności. Dbać o tę elitarność, to dbać o nabór ludzi najbardziej utalentowanych i zafascynowanych wartościami poznawczymi. Oznacza to bardzo szczególny etos u tych, którzy przygotowują swoich następców. Muszą umieć wybrać utalentowanego i pasjonata, a potem go ukształtować. Tymczasem najczęściej relacja mistrz-uczeń nie istnieje i nie sądzę, by jakieś mechanizmy instytucjonalne mogły ją zastąpić.
Lawiny nie sposób zatrzymać, a umasowienie nauki to taki lawinowy proces. Zwiększa się nieustannie liczba osób przeciętnie uzdolnionych tu aktywnych. Teraz masowe zaczynają być studia doktoranckie i doktoranci zastępują w procesie kształcenia uniwersyteckiego asystentów. To kolejny krok w tym samym kierunku. Wiele osób reflektujących nad stanem współczesnej nauki widzi, że ulega ona radykalnej metamorfozie pod wpływem czynników, które ze zdobywaniem wiedzy i poszukiwaniem prawdy nie mają wiele wspólnego, a nawet stoją w jaskrawej do nich opozycji. Tu nie jestem specjalnie odkrywczy. Czy nie obawia się Pan, że postulowany przez Pana rygoryzm i maksymalizm w ocenie aktywności poznawczej jako norma mógłby mieć negatywny wpływ na subtelne, psychologiczne mechanizmy twórczości naukowej? - Nie postuluję żadnego rygoryzmu. Maksymalizm jest chyba też nietrafnym określeniem. Z tej książki wynika, że w życiu naukowym jest niebezpiecznie i ryzykownie jak na wojnie, albo na drogach. Angażujesz własny wysiłek, życie, a możesz niczego cennego nie odkryć, niczego wartościowego poznawczo nie uzyskać. Stopnie naukowe się zyskuje, ale one nie są miarą gwarancji sukcesu poznawczego. Dostaje się je zasadniczo za zdobycie pewnych sprawności poznawczych, za opanowanie warsztatu badawczego, za rzetelność i wnikliwość postawy, za pracowitość, bardzo rzadko zaś za istotne wyniki poznawcze, chociaż zwykle recenzje na kolejne stopnie naukowe są bez umiaru naszpikowane superlatywami o "wybitnych osiągnięciach". Większość tych "osiągnięć" umiera przed ich twórcą. Nie mają kontynuatora, nie oddziałują na innych. Rośnie tylko ilość zadrukowanego papieru.
Tej książki nie powinni czytać młodzi adepci nauki. Przygnębia ich. Widziałem takie reakcje. Nie powinni tym bardziej, że nie czytają starannie i nie czytają do końca. Ostatni rozdział jest tak samo ważny jak pierwszy. Oni jakoś nie bardzo wierzą, że w nim jest opisane prawdziwe lekarstwo dla kogoś, kto szuka prawdy, jest naukowym pasjonatem, chce być w nauce uczciwy, ale na nic doniosłego poznawczo nie było mu dane się natknąć. W jaki sposób radzić sobie z myślą, że bezwiednie przyczyniamy się do powstawania naukowego śmiecia? - Pod koniec książki zamieściłem krótką receptę. Po pierwsze: nie chałturzyć świadomie. Gdy czuję, że ktoś zachęca mnie do aktywności naukowej poniżej moich możliwości, to się na to nie godzę, chociaż byłoby to intratne, chociaż przyspieszałoby moją naukową karierę, wzbogaciło mój "dorobek". Po drugie: nie wyobrażać sobie zbyt wiele na temat własnych zdolności. Trochę pokory i zdrowej autoironii bardzo dobrze robi. Nie stracić poczucia tego, że świat, który badamy, nas naprawdę przerasta - i to jest zachwycające, a nie przygnębiające. Po trzecie: od czasu do czasu podnieść głowę znad klawiatury komputera i myśleć o komplikacji świata. To przywraca świadomość własnego miejsca. Myślę, że jeśli ktoś świadomie nie produkuje "naukowego śmiecia", a naprawdę fascynuje go nauka, stać go na autentyczne zaangażowanie i poświęcenie, jest tutaj kimś uczciwym, pracowitym, to nie powinien się specjalnie zamartwiać. Gniewa natomiast i to bardzo zadufane przekonanie o własnej wielkości, brak samokrytycyzmu i fałszywe wynoszenie własnych osiągnięć. Rzecz nawet nie w tym, żeby wyeliminować producentów wyników miałkich, ale w tym, by mieli oni jasną świadomość tego, na jakim poziomie funkcjonują. Wtedy życie w nauce staje się trudniejsze, ale prawdziwsze. Pisałem tę książkę, bo tej atmosfery prawdy mi bardzo brakowało. Pańska książka akcentuje negatywne skutki umasowienia wiedzy. Pojawia się w związku z tym pytanie o kształt szkoły wyższej w społeczeństwie globalnym, w którym nauka traktowana jest bardziej jako dobro podporządkowane praktycznym celom człowieka, niż jako środek rozumienia świata. Czy zdaniem Pana szkoła wyższa zdolna jest w tych warunkach do utrzymania ponadczasowego ideału nauki jako dziedziny bezinteresownej aktywności poznawczej? - Szkoła wyższa jest w tych warunkach instytucją wyższej użyteczności publicznej, w której przetrzymuje się w dość przyzwoitych warunkach bezrobotną młodzież. W efekcie unicestwia się dotychczasowy kształt uniwersytetu. Dotąd wartością regulatywną była w nim prawda, teraz staje się jakiś rodzaj dobra społecznego. Na poziomie wykształcenia wyższego też rezygnuje się z elitarności opartej na wstępnym wyborze ludzi o odpowiednich kwalifikacjach poznawczych. Ceną umasowienia jest obniżenie poziomu nauczania, które dostosowuje się do zaniżającego się poziomu intelektualnego słuchaczy. To jest zjawisko uderzające na polskich uczelniach. Na ile bezpiecznie można ten poziom zaniżać? Poniżej pewnej granicy o pewnych sprawach nie da się mówić. O iluś subtelnościach poznawanego przedmiotu nie ma dzisiaj sensu uczyć, bo brak jest zrozumienia po stronie większości studentów. W wielu sytuacjach oznacza to rezygnację z tego, co w danej dyscyplinie najwartościowsze, co ją bez mała stanowi.
Gdy instytucje naukowe zaczniemy traktować tak, że ponad cel stricte poznawczy przedłożymy tu tylko jakiś rodzaj pożytku, to one nieodwracalnie przeewoluują w coś na kształt żłobka dla młodzieży po maturze, zakładu usprawniającego urządzenia i technologie. Potrzebny jest i ten "żłobek" i zakład usprawniający urządzenia, ale to nie ma nic wspólnego z uniwersytetem, politechniką. Wartości poznawcze domagają się chociaż odrobiny bezinteresowności, powinny porywać chociaż kilku z populacji. Tacy zawsze są w ludzkim gatunku, ale przy takim podejściu, o którym Państwo mówicie, nie będą chcieli być w tym przytułku dla młodych bezrobotnych, w który zamienia się szkoła wyższa. Oni chcą poznawać. Myślę, że jeszcze trochę a powstanie jakaś nowa forma wspólnoty badaczy tych doświadczonych i tych dopiero startujących, w której znajdzie swój instytucjonalny wyraz ludzki pęd do poznania świata. Umasowienie nauki ma też swoją dobrą stronę. Umożliwia rozwiązywanie zagadnień, do których nie trzeba geniuszy, ale wielu ludzi przeciętnie uzdolnionych i pracowitych. Żmudne, pracochłonne badania genetyczne, biochemiczne są tu chyba dobrym przykładem. Mamy tam niebywale skomplikowane obiekty, których elementy muszą badać całe zespoły. Samotny badacz, nawet najbardziej uzdolniony, nie ma tutaj szans, ale zespół ludzi poradzi sobie z tym rodzajem komplikacji. Masowość nauki nie jest z zasady szkodliwa. Może także być poznawczo owocna, ale pod warunkiem, że ta masa ludzi autentycznie chce poznawać, a nie mistyfikuje poznania. Rozmawiał Bogusław Gryszkiewicz | ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() | ||||
Kraków, styczeń 2001 | ||||||