


|
Przeczytaj także:
Henryk Czubała Zdanie długie jak oddech
Andrzej Dróżdż urodził się w Krakowie w 1954 r. Ukonczył filologię polską w Uniwersytecie Jagiellońskim Po kilkunastu latach pracy w szkolnictwie
kilku latach spędzonych we Włoszech, gdzie był stypendystą Instytutu Polskiego-Kultury Chrześcijańskiej, Fundacji: Einaudi w Turynie i fundacji IPE w Neapolu; w 1996 r. obronił na UJ pracę doktorską na temat włoskiego bibliofilstwa VIII wieku. Od trzech lat pracuje w Katedrze Historii Książki Instytutu Bibliotetekoznawstwa i Informacji Naukowej AP. Żonaty, dwoje dorosłych, dzieci tomiki wierszy Wyznania (1978), Osad (1978), Dzicy lokatorzy (1984). Najwazniejsze prace naukowe:
Gli amanti della giustizia. Un parroco giacobino
e la sua biblioteca nella societa' napoletana del XVIII
secolo (1999), Mity i utopie pedagogiczne (2000).
|
|
Andrzej Dróżdż
Wiersze
List
Do okna zlatują się owady, których nie potrafisz nazwać.
Wieczory nadciągają z różnych części nieba równocześnie.
Zalegam milczeniem. Pamięć nie chce rozmawiać ze mną
Nawet po cichu. Niema staje się każda rzecz, której dotykam.
Usiłuję przypomnieć sobie ów brzeg, jakże znajomy,
Brzeg twoich warg, które całowałem. Minione dni z pomocą
Przybywają dziesiątkami i łączą się w setki. Sprzyja im mus
Światła, który dźwigam. Widzę w nim, jak bardzo marny jest
Ten inwentarz. Zdradził cię mały uśmiech - świat cię wcale nie
Boli. Jak cebulka tulipana gotowa jesteś poczekać do następnej
Wiosny. Teraz już wiem, na twoich ustach jest plamka, która pamięta
Dzieciństwo. Czy jest jeszcze na nich zapach poziomkowego tortu?
Twoje lato jest na wsi, a moje się tuła w jesieni. Wiem na pewno,
Że słońce pokryło ci policzki trwalszym rumieńcem. To dla niego
Zdejmawałaś sukienkę. Jestem zazdrosny. O świcie, gdy śpisz jeszcze.
Drzewa zbierają się na jutrzni. Pomiędzy gałęzie, nabierając powietrza,
Strącone listowie spada. Czym jesteś, że przechodzisz przeze mnie
Stamtąd tak bez przeszkód? Wirując, z szeleszczącej piersi wylatują ptaki.
Nie jesteś zmyślona, ani też nie wymyślasz prawdy o sobie samej.
Kim więc jesteś, która śpisz jeszcze?
* * *
Oblepiona smarami mewa płynie kanałem portowym
tak samo my, wieków całych padliną.
Wieczorem rybacy powracają kutrami z łowisk,
my jednak dopiero zarzucamy sieci.
We wspólnej mogile leży czas, który minął,
ale nie wiemy, czy można go nazwać czasem przeszłym.
Rybacy zarzucają sieci z grubych węzłów zrobione,
a morze targa je na strzępy, wplata w długie wodorosty i
wyrzuca na piasek, jako ostrzeżenie dla żywych.
Chcemy zostać przyjaciółmi - ja i młody pastor z Hiddensee.
Idziemy kamienistym wybrzeżem okryci gumowymi płaszczami.
Morze wytrąca nam każde słowo z ust,
gdy próbujemy przekrzyczeć jego łoskot.
Rzuca nam pod nogi połamane muszle w kiściach wodorostów.
O czymś się zapewniamy nawzajem, nawzajem się nie słysząc.
List z Werony
Cała jesteś jak najlepsze zdanie i mógłby cię wymyślić
Marcel Proust, dotknąwszy pozłacaną stalówką. A to zdanie
tworzy we mnie nieustanny zamęt, bo nie potrafię sobie przypomnieć,
gdzie już je słyszałem.
Byłaś w nim jak dziewczyna do wzięcia i jak rubinowa wnęka.
Widziałem cię nad stawem, gdy zrzucałaś z ramion czaple pióra.
Na szczęście nikt nie wydrapał twego imienia w chiostro Cappucinich,
gdzie skośnookie, negroidalne i nordyckie Giulietty uwieczniały się
z zapałem na marmurowych kolumnach.
Zdanie na twój temat pozostanie bez interpretacji, jak czujna
kuropatwa z różanobrązowej intarsji w Santa Maria in Organo:
Na tle płynącego orzechowym nurtem Adige odwraca zgrabnie łebek
W stronę, skąd dolatuje podejrzany szelest; jakby z zakrystii, gdzie
skrzypnęły drzwiczki otwieranego kredensu. W tym czasie
zgrabiałymi z zimna palcami może mocujesz się właśnie z
zamrożonym kurczakiem. | 


 |