Wspomnienia | ||
| | Irena BurkotSpojrzenie wstecz
Zawód bibliotekarza nie był dla mnie zawodem z wyboru. Naprzeciw mojego domu rodzinnego stała szkoła jako jedyny dostępny horyzont. Przetrwała wojnę, chociaż dom rodzinny spłonął. Ta szkoła zadecydowała o moich wyborach życiowych. Nauka w liceum pedagogicznym w Sandomierzu a potem studia polonistyczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, gdzie słuchałam wykładów profesorów m.in. Wincentego Danka, Jana Nowakowskiego, kierowały mnie w stronę zawodu nauczycielskiego. Realizację tych zamierzeń zniweczyły komplikacje zdrowotne. Głęboko w sercu schowałam własne pragnienia i życzliwe opinie nauczycieli o moim talencie pedagogicznym. W nowym zawodzie zaczęłam szukać tego, co było najbliższe dydaktyce. Po odbyciu praktycznego doświadczenia we wszystkich prac bibliotecznych, rozpoczęłam przygotowania do państwowego egzaminu na bibliotekarza dyplomowanego. Egzamin zdawałam w Łodzi w grudniu 1968 roku. Sprawdzianem dla wiedzy fachowej była praca dydaktyczna: zajęcia fakultatywne z bibliotekoznawstwa, a później (w latach siedemdziesiątych) roczna praca na nowo powstałym w WSP kierunku - bibliotekoznawstwie, gdzie prowadziłam cztery przedmioty. Ten trud nauczania sprawił, że okrzepłam zawodowo. W mojej pracy w Oddziale Informacji Naukowej zaczęłam szukać elementów, które były bliskie niezrealizowanym planom naukowo-dydaktycznym. Zdobyłam orientację w ogromnej ilości źródeł zgromadzonych w naszej bibliotece i doświadczenie w zakresie udostępniania ich czytelnikom. Najczęstszymi gośćmi w Oddziale Informacji są humaniści: studenci pedagogiki, polonistyki, historii. Wielką przyjemność sprawia odnajdowanie śladów własnej pracy w ich rozprawach magisterskich, podziękowaniach za pomoc w zrozumieniu tematów. Szczególne znaczenie ma praca informacyjna dla studiujących zaocznie, przeważnie zagubionych i niepewnie stawiających pierwsze kroki w poszukiwaniach bibliograficznych. Ci studenci potrafią docenić pomoc, jaką tu otrzymują. Moimi częstymi gośćmi są także pracownicy nauki, profesorowie: Maria Jędrychowska, Czesław Majorek, Feliks Kiryk, Jerzy M. Kreiner, dr Andrzej Gurbiel i inni. Miło jest usłyszeć z ich ust, że dzięki moim wskazówkom źródłowym ich własny wkład pracy w przygotowanie tematu znacznie się zmniejszył. Zawsze będę pamiętać zadowolonych czytelników wracających do nas, szczególnie powroty absolwentów Uczelni. Są to drobne satysfakcje, które angażują emocjonalnie i nadają mojej pracy sens. Jeśli bowiem własne odczucia nie rozmijają się z oceną korzystających z informacji, to można powiedzieć, że właściwie spełnia się swoją powinność zawodową. Maria RajmanZ moich wspomnień
Z tych czasów utkwił mi w pamięci wiec polityczny w 1956 roku. Pamiętam, jak staliśmy późnym wieczorem w ogromnym tłumie studentów i przez megafony słuchaliśmy przemówienia "Wiesława" - Władysława Gomułki. Ileż nadziei wzbudziło w nas to wystąpienie, cieszyliśmy się, że to już koniec stalinizmu, że będziemy wolni... Od II roku studiów mieszkałam w domu studenckim przy ulicy wówczas Bohaterów Stalingradu 7 (dziś Starowiślnej). Mieliśmy tam wspólną stołówkę ze studentami Wyższej Szkoły Teatralnej i Wyższej Szkoły Muzycznej. Przy długich stołach siadaliśmy razem do posiłków. Przysłuchiwaliśmy się rozmowom studentów tych uczelni i z czasem wszystkich znaliśmy z widzenia. Ich nazwiska poznaliśmy później z afiszów i programów teatralnych. Byli wśród nich: Jerzy Bińczycki, Wojciech Pszoniak, Janusz Zakrzeński, Marek Walczewski, a z muzyków Joachim Grubich. Jakże sympatycznie oglądało się ich później w Teatrze Starym i słuchało w Filharmonii. A moja praca zawodowa? - Od 1959 roku przez 5 lat pracowałam w dawnej bibliotece Studium Zaocznego, zdobywając pod fachową opieką Stanisławy Wolańskiej podstawowe umiejętności bibliotekarskie. Następnie pracowałam w Oddziale Udostępniania Zbiorów, gdzie miałam pod opieką katalogi. Aby je prawidłowo prowadzić (szczególnie katalog rzeczowy), przechodziłam szkolenie pod kierunkiem Alicji Tabakowej. Pracowałam też później w Oddziale Informacji Naukowej i odbyłam miesięczną praktykę w Bibliotece Jagiellońskiej. W okresie przeprowadzki naszej biblioteki do nowego gmachu przy ul. Podchorążych zostałam przez dyrektora dra Edwarda Chełstowskiego powołana na kierownika Oddziału Magazynów i pod jego kierunkiem pracowaliśmy wszyscy przy racjonalnym ustawianiu wielotysięcznych zbiorów. W latach 1974-76 uczęszczałam na podyplomowe studia z Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej w Uniwersytecie A. Mickiewicza w Poznaniu. W grudniu 1976 r. zdałam egzamin na bibliotekarza dyplomowanego we Wrocławiu. W styczniu następnego roku, dzięki staraniom ówczesnej dyrektorki mgr Ireny Burkotowej, awansowano mnie na kustosza dyplomowanego, a w rok później na kierownika Oddziału Opracowania Zbiorów. W latach 1983-84 byłam dyrektorem Biblioteki Głównej, a później wróciłam na swoje poprzednie stanowisko w Oddziale Opracowania Zbiorów. Bardzo sobie cenię to, że wszyscy moi najbliżsi współpracownicy są także absolwentami WSP. Moje koleżanki Alicja Gemrot, Stanisława Wolan, a także Ryszard Szybowski pracują w Oddziale ok. 30 lat. Pracują z nami także dorosłe już dzieci pracowników WSP: córka naszego nieodżałowanego Kolegi Małgorzata Dziechciowska i jedyny biolog w naszej grupie, Joanna Zamachowska-Zięba. Do wspomnień tych chciałabym dodać, że moje mocne więzi z Akademią Pedagogiczną zawdzięczam ludziom otwartym na innych, z którymi pracowałam i pracuję do dnia dzisiejszego. Jan SzumiecJest najstarszym, dzisiaj już na emeryturze, portierem w naszej uczelni. W ciągu 37 lat pracował najpierw w domu studenckim przy ul. Bohaterów Stalingradu 7 (dzisiaj Starowiślnej); następnie, od 1976 r. w gmachu przy ul. Ingardena 4; wreszcie w budynku przy ul. Studenckiej 5. ![]() Zachował w pamięci wiele szczegółów z życia studentów i pracowników Uczelni od początków jej istnienia. Pamięta, że kiedy rozpoczynał pracę w 1962 r. na portierni w żeńskim DS., studentki mieszkały w pokojach od 5- do 20-osobowych, gdzie były piętrowe łóżka. Kierowniczka, Władysława Szczepańska wprowadziła w akademiku żelazną dyscyplinę, a pozwolenia na dłuższe (po godz. 22) odwiedziny w pokojach wydawała Rada Mieszkańców. Mimo to - opowiada Pan Jan - zdarzały się późne powroty studentek do akademika, zwłaszcza w soboty i niedziele, oraz nietypowe wizyty studentów, co ułatwiała mieszcząca się na parterze stołówka. Telefon był dostępny dla studentów tylko na portierni po godz.15, a gdy dzwonił ktoś z zewnątrz, ogłaszano to przez głośniki. O sobie mówi: "Ja między studentkami byłem wtedy jak ojciec i one wszystkie mnie lubiły". Praca przy ul. Ingardena nie pozostawiła tak miłych wspomnień. Do mieszczącego się tam klubu "Bakałarz" przychodziły "różne bandy z dzielnic, a naszych studentów można było policzyć na palcach. Kiedy zdarzały się chuligańskie wybryki wymagające interwencji, to strach było wychodzić z portierni". Z pracy w budynku filologii rosyjskiej przy ul. Studenckiej najmilej wspomina profesora Janusza Henzla, człowieka o wielkiej kulturze osobistej i wyjątkowym poczuciu humoru. "Przez tyle lat - mówi Pan Jan - ilu to ludzi człowiek widział. Teraz też ciągle ktoś zwraca się do mnie, poznaje, a mnie wiele nazwisk już zamazało się w pamięci. Władze Uczelni widocznie doceniły mój poważny stosunek do pracy, bo otrzymywałem dyplomy i podziękowania, a na 25-lecie Srebrny Krzyż Zasługi". Mimo przejścia Pana Jana na emeryturę związki rodziny Szumców z Akademią Pedagogiczną trwają. Podtrzymują je pracujący u nas: żona Zofia, synowa Lucyna, synowie Marian i Krzysztof oraz wnuk Łukasz, który jest słuchaczem Studium Informatyki. Spisał Michał Zięba | ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
Kraków, grudzień 2000 | ||