Jak powiedział Jean Paul, niemiecki pisarz okresu romantyzmu: „Wspomnienie jest rajem, z którego nikt nas nie może wypędzić”. Jubileusz Uczelni to czas sprzyjający wszelakim wspomnieniom. Dlatego redakcja „Konspektu” postanowiła zebrać ich garść od absolwentów rozsianych po całym kraju, którzy wśród codziennych spraw znaleźli czas, by podzielić się z nami swoimi przeżyciami i refleksjami z okresu studiów w krakowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej
Jerzy Myśliński
Elżbieta Lecznarowicz
Józef Baran
Jerzy Kłeczek
Janina Wilkosz
Agata Jędrzejczyk-Dyląg
Dorota Rojek
Arkadiusz Fularski

Prof. dr hab., historyk dziejów politycznych oraz mediów XIX i XX w. Doktoryzował się i habilitował na Uniwersytecie Warszawskim, związany z Instytutem Badań Literackich PAN. w latach 1974-1994 redaktor naczelny „Rocznika Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego” i „Kwartalnika Historii Prasy Polskiej”, członek redakcji „Rocznika Historii Prasy Polskiej”. Jego dorobek naukowy obejmuje historię polityczną XIX i XX wieku, historię prasy polskiej, radiofonii i telewizji.
yłem w kilkunastoosobowej grupie słuchaczy ostatniego roku studiów, którzy jesienią 1955 r. - po likwidacji kierunku historycznego w warszawskiej WSP - znaleźli się w analogicznej uczelni w Krakowie. Obok naszego rocznika do Krakowa przeniesiono też znaczą część roczników młodszych. Początkowo traktowaliśmy przenosiny jako zesłanie.
W nadmiernie rozpolitykowanej szkole warszawskiej mało było czasu na studia; znaczną część dnia zajmowały uciążliwe dojazdy, rozliczne zebrania, autentyczne i fasadowe „prace społeczne”, obowiązkowe uczestnictwo w liczniejszych w stolicy imprezach propagandowych. Co nas zaskoczyło w Krakowie, poza faktem, że znaleźliśmy się w pełnym zabytków innym centrum kulturalnym kraju, zupełnie niezniszczonym przez działania wojenne? Przede wszystkim życzliwe przyjęcie przez kadrę naukową, która, jak się wkrótce okazało, poziomem naukowym i sposobem bycia znacznie odbiegała od standardów warszawskich. Mniej życzliwi byli początkowo koledzy - studenci bardziej od nas wyciszeni, zapewne pracowitsi, mniej rozpolitykowani - a pamiętać trzeba, że nadciągała już „odwilż”. Zaskoczyły nas też skromne warunki studiów, główny budynek szkoły przy ul. Straszewskiego (w Warszawie dysponowaliśmy nowoczesnym gmachem „Batorego”), prowizoryczne domy studenckie. Po warszawskich - liczonych w godzinach - codziennych przejazdach, nagle znaleźliśmy się w centrum miasta, po którym ze swobodą można się było poruszać spacerem; kilkunastominutowych przemieszczeń wymagało dostanie się do znakomitych bibliotek z Jagiellonką na czele. Studenckie stołówki okazały się skromnymi, ale raczej domowymi miejscami spożywania posiłków, a i „na mieście” można się było tanio pożywić w lokalach, w których personel pamiętał jeszcze lata przedsocjalistyczne.
Podobnych refleksji można snuć wiele - reasumując trzeba stwierdzić, że znalazłem się w innym świecie, zdecydowanie bardziej przyjaznym dla studiujących, w którym historyczna ciągłość cywilizacyjna nie została tak brutalnie przerwana jak w stolicy. w przeciwieństwie do studentów dużych uczelni, wobec których stale mieliśmy nie w pełni uzasadniony kompleks niższości, w ówczesnej WSP nie byliśmy cząstką molocha, lecz rozpoznawalnymi jednostkami; nawet studenci różnych wydziałów znali się między sobą, a co ważniejsze, byliśmy bardzo blisko profesorów i asystentów, którzy stale służyli nam radami i wskazówkami. Rozpoznawalni i sympatyczni dla studentów byli też pracownicy administracji szkoły (zwłaszcza kwestury, wszak większość z nas była stypendystami!), dziekanatów, także bibliotekarze czy kierownicy domów studenckich.
Wiele dobrego mógłbym powiedzieć o ówczesnych seminariach magisterskich, które przez cały okres własnej późniejszej aktywności naukowodydaktycznej były dla mnie istnym wzorem. Piszę to po kilkuletnich doświadczeniach własnej pracy dydaktycznej w Krakowie (do 1960 r.) i tym bardziej utwierdzam się w wysokiej ocenie poziomu dydaktycznego szkoły. Podkreślę, że studia i praca w Krakowie dały mi możność zetknięcia się z uczonymi i dydaktykami znanymi już w dwudziestoleciu międzywojennym, co było zasadniczo odmienne od sytuacji, w której dorobek poznawało się tylko z lektury ich dzieł. Posłużę się jednym przykładem w tym zakresie: do dziś pozostała mi fascynacja umiejętnościami dydaktycznymi i sposobem myślenia, jaki prezentował podczas wykładu monograficznego z pedagogiki ówczesny rektor, prof. Zygmunt Mysłakowski.
Większość profesorów prowadzących zajęcia na kierunku historycznym była wówczas „dwuetatowcami” - łączyli tę pracę z zajęciami uniwersyteckimi lub w oddziale PAN. Wcale nam to nie przeszkadzało, a wprost przeciwnie, raczej imponowało. Nie wydawało nam się także, iżby przez to mieli dla nas mniej czasu. Przypomnę tu przede wszystkim swego krakowskiego Mistrza - prof. Józefa Garbacika, promotora mojej pracy magisterskiej, od którego nauczyłem się warsztatu naukowego, ale także dystansu do zjawisk bieżących. Drugim moim Mistrzem był ówczesny docent Józef Buszko, z którym w następnych latach łączyła mnie współpraca i przyjaźń. Wiele nauczyłem się od przeuroczego prof. Tadeusza Słowikowskiego, który - w przeciwieństwie do przemądrzałych ówczesnych dydaktyków warszawskich - zaczynał edukowanie od spraw najprostszych. Do dziś nie zapomniałem jego wskazówek, w stylu: „Gdy piszesz na tablicy, nie zasłaniaj jej studentom!”.
Prof. Garbacik był aktywny na niwie ogólnopolskiej, toteż gdy otworzyła się możliwość przełamania barier centralizacyjnych, doprowadził do przeniesienia do Krakowa redakcji „Wiadomości Historycznych”, czasopisma dla nauczycieli historii, którym sam zaczął od tego momentu kierować. Byłem przy nim sekretarzem technicznym, co m.in. zmuszało mnie do przebywania w drukarni przy ul. Wielopole i opanowania tajników sztuki drukarskiej, a co było także świetną okazją do poznania ostatniego przedwojennego pokolenia towarzyszy sztuki drukarskiej. Gdy przez ponad 30 lat byłem w Warszawie sekretarzem redakcji, a potem redagowałem czasopismo naukowe, doświadczenia szkoły krakowskiej okazały się bezcenne.
Do dziś pozostało mi wrażenie niezwykłej życzliwości nieco starszych koleżanek i kolegów asystentów, którzy najpierw nas edukowali, a potem wprowadzali w tajniki pracy dydaktycznej. We wdzięcznej pamięci pozostali mi zwłaszcza Agnieszka Winiarska i Zbigniew Tabaka z historii, ale także koledzy z innych kierunków, z którymi stale stykaliśmy się w różnych okolicznościach, np. na Studium Wojskowym, w bibliotekach, w stołówkach, podczas znacznie mniej licznych niż w Warszawie zebrań. Tu ciąg nazwisk byłby bardzo długi, dlatego wymienię tylko kilka tych, z którymi pozostawałem dłużej w kontaktach i przyjaźni, jak Jerzy Jarowiecki, Stanisław Burkot (i ich małżonki), Bolesław Faron, Zbigniew Białek i liczni inni.
W Krakowie przeżyłem nie tylko epokę „odwilży”, ale także październikowy przełom 1956 r.
Do tej pory mam w domu dyskutowany w uczelni tajny referat Chruszczowa wygłoszony podczas XX zjazdu KPZR na temat zbrodni Stalina. Byłem w tym czasie w kontaktach z niektórymi kolegami ze studiów, którzy pozostali na uniwersytecie w Warszawie. Tak się złożyło, że w szczytowych dniach Października przebywałem w Warszawie, gdzie odbywał się pamiętny walny zjazd Polskiego Towarzystwa Historycznego. Nie byłem delegatem, więc mogłem uczestniczyć w wiecach na Politechnice i oczywiście raportować systematycznie „swoim”, co się w kraju dzieje i jak daleko od Warszawy są radzieckie czołgi. Informacje te stale przekazywane były do kolegów w Krakowie - ich odbiorcą był m.in. wykładowca ekonomii politycznej, nasz starszy kolega - Juliusz Jasieński. Dopiero wtedy dowiedziałem się, kim był pochodzący z tej samej rodziny Bruno Jasieński.
To ówczesny rektor WSP, prof. Wincenty Danek, zmienił mi, na wniosek prof. Józefa Garbacika, wystawiony w czerwcu 1956 r. ministerialny nakaz pracy do wiejskiej szkoły w Opolskiem na asystenturę w Krakowie. Rektor umożliwił mi zdobycie w Magistracie nakazu kwaterunkowego na pokój (przechodni!) przy ul. Loretańskiej, który używaliśmy wspólnie z Feliksem Kirykiem przez kilka kolejnych lat. Już jednak w zespole młodszych pracowników naukowych finalizowaliśmy formalności związane z budową spółdzielczej kamienicy z kilkunastoma mieszkaniami przy ul. Miechowity. Przyszłe moje w niej mieszkanie przejął potem za butelkę szampana Henryk Kocój.
Po czterech latach pracy w Krakowie przeniosłem się do Warszawy, choć Krakowa nie mogłem odżałować. Kiedy powiedziałem żartem Stanisławowi Burkotowi, że chętnie przeniósłbym się znów do Krakowa, bo tam jest lepsze pieczywo (odpowiadały mi zwłaszcza solone „sztangle”, znane jeszcze w CK Monarchii), po kilkunastu dniach otrzymałem od Magnificencji stosowną propozycję.
Bardzo wiele zawdzięczam krakowskiej Alma Mater! i nie chodzi tylko o instytucję, ale przede wszystkim o tych wszystkich mistrzów, znajomych i przyjaciół, bez których dalsze doskonalenie zawodowe byłoby znacznie trudniejsze. w takiej atmosferze, spośród około czterdziestu studentów mojego rocznika, czterech zdobyło potem tytuł naukowy profesora.
Jerzy Myśliński
Były Małopolski Kurator Oświaty w Krakowie, poprzednio dyrektor Zespołu Szkół Ekonomicznych nr 1 w Krakowie; pełniła różnorodne funkcje kierownicze w oświacie.
aździernik 1967 r. Krakowski rynek. Stara kamienica. Po skrzypiących schodach wspinała się na piętro grupa około 70 studentów pierwszego roku. Wstępowałam w progi Uczelni z obawą przed nowym wyzwaniem, ale równocześnie z przekonaniem, że Uczelnia ta dobrze mnie przygotuje do wykonywania wybranego już wówczas zawodu nauczyciela. z radością mogę dziś stwierdzić - po 40 niemal latach od tamtej chwili - że moje nadzieje zostały przekute w jasną rzeczywistość, a zdobyta wiedza i umiejętności umożliwiły mi wędrówkę po ścieżkach małopolskiej oświaty z sukcesem. Pragnę jednak podkreślić, że na wybór tej Uczelni miało również wpływ niezwykle życzliwe przyjęcie w dziekanacie w czasie rekrutacji. Przyciągała nas niezwykle ciepła atmosfera, życzliwość i wypracowana przez wykładowców metoda pracy ze studentami, która już od pierwszego dnia pozwoliła nam czuć się niezwykle ważną częścią społeczności uczelnianej. Niewątpliwie ogromnie ważną rolę w tym procesie odgrywał opiekun roku, traktujący po ojcowsku każdego z nas.
Został nim wówczas dr Sławomir Piskorz, który od pierwszego spotkania do końca studiów z żelazną konsekwencją i życzliwością wytykał błędy, dodawał otuchy i wskazywał drogi 42 wyjścia z trudnych sytuacji, a także docierał pod każdy adres studenta, gdy uznał, że jest taka potrzeba. To właśnie jemu miedzy innymi zawdzięczam, że nie pozwoliłam sobie na urlop dziekański, który mi się „marzył” po drugim roku studiów. Serdeczne przyjęcie przez kadrę nie uchroniło nas od zimnego prysznica starszych studentów, którzy powitali nas takimi słowami: „dzień dobry studencie” mówimy nowoprzyjętym dopiero po zdaniu egzaminu u mgr S. Czeppe (z kartografii), a „witaj u progu magistra” po zdaniu egzaminu z geografii fizycznej u doc. dr. J. Flisa. Istotnie: „mierzenie” w Parku Jordana było żmudne, pracochłonne; rysunki wielokrotnie poprawiane, egzaminy o dużym stopniu precyzji i trudności, ale progi te okazały się do pokonania. Najwięcej trudności napotykaliśmy w geografii fizycznej, bowiem ta dominowała w programie; na 20 egzaminów 10 zdawaliśmy z różnych dziedzin geografii fizycznej (2 z regionalnej, 3 z geografii ekonomicznej, 2 z dydaktyki geografii i 3 z innych przedmiotów). Większość egzaminów zdawaliśmy ustnie i spotkania te trwały często dość długo, bowiem egzaminatorzy pozwalali studentom wykazać się zdobytą wiedzą i przedyskutować z wykładowcą wątpliwości. Czasem, niestety, nie była to najszczęśliwsza metoda dla studenta.
Najwięcej radości dostarczały nam jednak ćwiczenia terenowe, wycieczki naukowe i praktyki. Przemierzaliśmy wiele kilometrów w podkrakowskich rejonach (Tyniec był moim ulubionym miejscem). Zajęcia te prowadzili dr S. Bukowy, mgr J. Lach, czasem dołączał dr B. Pydziński lub obserwował nasze prace doc. dr T. Ziętara. Chociaż podczas wycieczek było wesoło i spełniały one niezmiernie ważny cel integracyjny, mgr J. Lach z rozbrajającym uśmiechem stwierdzał „nie ma zmiłuj się”, i zaliczał zadanie dopiero po spełnieniu wszystkich wymagań.
Dr Z. Zioło z żelazną konsekwencją analizował zebrane przez nas materiały z fabryki kłódek ze Świątnik Górnych, a dr W. Nowak z niezwykłą precyzją podejmował trud nauczenia nas trójkąta sferycznego. Chociaż była to syzyfowa niemal praca - jakoś się udało. Miałam niezwykłą możliwość pisania pracy magisterskiej u prof. A. Michalika. Imponujące było dla mnie, iż sam profesor znalazł czas, by przeprowadzić instruktażowy, praktyczny pokaz w terenie pomiaru wydajności źródeł Kluczwody - aby badający ten problem nie popełniał błędu. Przykładów takich można by przytoczyć wiele.
Niestety nie prowadziłam pamiętnika, a czas wymazał wiele wspomnień, dlatego przytoczyć mogę jedynie nieliczne epizody. Jednak niemal każda chwila studiów w Wyższej Szkole Pedagogicznej miała wpływ na moje późniejsze wybory życiowe. Tu zdobyłam pierwsze szlify zawodowe, tu dano mi przykład umiejętności organizacyjnych, tu też codziennie spotykałam się z praktycznym stosowaniem nauk pedagogicznych, a to wszystko wywarło pozytywne piętno na moich losach zawodowych i osobistych.
Nie mogłam spotkać na drodze wszystkich wykładowców Wydziału Geografii. Miałam szczęście spotkać i kształtować się pod wpływem nauczycieli, których pragnę tu wymienić podając tytuły, których w owym czasie używali. Pragnę w tej formie podkreślić, że to właśnie trud i wysiłek tych wykładowców przełożył się szczególnie na moje późniejsze dokonania.
Geografię fizyczną pamiętam jako wspaniałe, wypełnione ciekawymi dyskusjami spotkania z:prof. dr. J Flisem, prof. A. Michalikiem, prof. T.Skawiną, doc. dr. T. Ziętarą, dr. B. Pydzińskim, dr. J. Nowakiem, mgr E. Janikowską, mgr. J. Lachem, mgr. Z. Zioło.
W dydaktykę geografii wdrażali mnie, wskazując ciekawe praktyczne rozwiązania, a jednocześnie dając własny osobisty wzorzec postępowania: doc. dr W. Dyner, dr J. Kozłowska, dr S. Piskorz, dr A. Prochownik.
Wiedzę z geografii ekonomicznej zawdzięczam prof. K. Zającowi, doc. dr T. Jarowieckiej, doc. dr. L. Pakule, dr. B. Gorzowi, mgr A. Krakowskiej.
Po regionach świata wędrowałam pod kierunkiem doc. dr. hab. A. Mariańskiego i dr A. Hornig.
Dziś, patrząc z dystansu wielu lat, wspominając okres edukacji w murach naszej Uczelni i analizując, w jaki sposób mogłam korzystać z wpojonej tu wiedzy, danego mi przykładu i udzielanych mi ojcowskich rad - mogę stwierdzić, jak bardzo były pomocne w mojej karierze w oświacie. Pragnę za nie gorąco podziękować.
W głębi serca zachowuję zawsze wspaniałych nauczycieli, opiekunów i wychowawców oraz radość, że wybrałam właśnie tę Uczelnię na miejsce swojej edukacji.
Poeta, dziennikarz, felietonista w „Dzienniku Polskim”
indeksów, które zachowałem, dowiedziałem się, że studiowałem najpierw zaocznie w WSP dwa lata. Po licencjacie zacząłem pisać pracę dyplomową u profesora Farona o problematyce erotycznej w utworach Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. To był rok 1973, a później jeszcze dwa lata i studia magisterskie, czyli praca naukowa o grupie Tylicz, a więc także - w jakimś sensie - o sobie samym, u prof. Stanisława Sierotwińskiego, autora Słownika terminów literackich. Dyplom obroniłem 28 czerwca 1975 r. Studiowałem trybem zaocznym, najpierw jako nauczyciel w szkole podstawowej w Olszynach koło Tarnowa, później także jako nauczyciel w Skawinie. Po obronie dyplomu szybko znalazłem pracę jako dziennikarz w tygodniku „Wieści” i tym samym - już po pięciu latach - zakończyłem swą karierę nauczycielską. Od tamtego momentu właściwie nieprzerwanie, bo już trzydzieści parę lat, pracuję w dziennikarstwie.
Wśród wykładowców, którzy zrobili na mnie wrażenie, wypada mi wymienić przede wszystkim dr. Ferdynanda Reichmana, który wykładał literaturę powszechną. To była niezwykła postać. Nie dbał np. o to, by zyskać tytuł profesora, miał za to w głowie wiedzę kilku naukowców. Starszy kawaler, choć już wtedy pod siedemdziesiątkę, który - rzecz niezwykła - ożenił się z dużo młodszą studentką, bodajże ze studiów zaocznych, być może też nauczycielką. Pięknie mówił o literaturze powszechnej i jego wykłady były jednymi z najlepszych. w jakieś dziesięć lat później odnowiłem z nim kontakt, spotkałem go podczas spaceru: miał taki zwyczaj, że dwie, trzy godziny dziennie chodził po Krakowie - chyba lekarz mu to zalecił w celach zdrowotnych. w ten sposób się rozpoznaliśmy - okazało się, że czytał moje książki, że bardzo śledził moją twórczość; a że był to stary, mądry Polak-Żyd, rozmawialiśmy dużo o innym Polaku-Żydzie, też wielkim krytyku polskim, Arturze Sandauerze. Ta przyjaźń dwóch perypatetyków trwała parę lat, potem pożegnaliśmy się i zniknął we mgle. Później usłyszałem o jego śmierci.
Dalej przypominam też sobie Antoniego Jopka, świetnego wykładowcę. Prawdopodobnie też nie miał tytułu profesora, ale pamiętam jego wykłady; nawet kiedy szedł korytarzem, było go słychać, bo wciąż mówił. Gorzej szło mu pisanie, o czym przekonałem się wiele lat później czytając jego teksty. Ale pisanie i mówienie nie zawsze idą w parze. z kolei Bolesław Faron, mój przyjaciel po latach, wykładowcą może nie był porywającym, ale za to świetnie pisał i pisze. z profesorem Faronem miałem zajęcia chyba na drugim roku, kiedy wykładał literaturę współczesną; pamiętam - kiedy mówiliśmy o twórczości Sławomira Mrożka - aż korciło mnie, aby się pochwalić, że otrzymuję od niego listy z Paryża. Nie odważyłem się jednak. Wtedy nie byliśmy w tak zażyłych stosunkach; nasza przyjaźń zaczęła się właściwie po latach, gdy spotkałem profesora po jego powrocie z Wiednia. Często rozmawialiśmy, okazał się dla mnie bardzo ważną postacią. Niedawno ukazał się zbiór pracy krytycznoliterackich prof. Farona, gdzie znalazły się dwa eseje o mojej twórczości. Szczególnie drugi - o dzienniku Koncert dla nosorożca - bardzo mi przypadł do gustu.
Ważną postacią był Stanisław Sierotwiński. Zajęcia jego polegały na tym, że zwiedzaliśmy krakowskie kościoły, a on opowiadał o architekturze; bardzo żywa postać - pamiętam jak mnie obsztorcował, gdy po dwóch miesiącach od zadania mi tematu pracy magisterskiej o Grupie Tylicz wciąż nie miałem żadnej dokumentacji, żadnych materiałów. Potem szybko się zabrałem i tę pracę napisałem. Dostałem piątkę. Trzeba przypomnieć, że profesor nie bardzo się orientował we współczesnych nurtach, był raczej zanurzony w literaturze staropolskiej czy w Młodej Polsce.
Oczywiście z wykładowców trzeba też wspomnieć o znakomitym profesorze Burkocie. Można go było „puścić jak kasetę” w magnetofonie i przez godzinę czy dwie słuchać jak mówił wspaniale, z dużą elokwencją, o literaturze współczesnej. Na pewno dużo wyniosłem z jego zajęć; pamiętam, że zdałem na piątkę. Było to interesujące choćby z tego względu, że wykładowcy oczywiście nie zdradzali, że znają mnie jako poetę, a przecież już w 1974 r. opublikowałem tom Nasze najszczersze rozmowy, za który dostałem nagrodę im. Andrzeja Bursy - ale żaden z profesorów o tym nie wspominał. Drukowałem w „Tygodniku Powszechnym”, w prasie ogólnopolskiej; dopiero później okazało się, że paru wykładowców znało moją twórczość, śledziło ją.
Może jeszcze spróbuję odnaleźć w pamięci parę nazwisk- przypominam sobie np., że jedyną ocenę niedostateczną „oberwałem” u pani Schabowskiej. Wykładała bodajże językoznawstwo czy frazeologię. w każdym razie najpierw dostałem ocenę niedostateczną, później poprawiłem ją na bardzo dobrą. Poza tym licencjat skończyłem z oceną dostateczną, zaś studia magisterskie - także z bardzo dobrą.
Trzeba powiedzieć jedno - ja tam dużo nie przebywałem na zajęciach. Bo to było właściwie zdawanie egzaminów, zjeżdżaliśmy się co jakiś czas, nie pamiętam, na dwu- i trzydniowe zjazdy, potem miesiąc sesji; tutaj muszę się przyznać, ze wstydem, że nie chodziłem na wszystkie wykłady. Korzystałem z tego, że przyjeżdżałem do Krakowa ze wsi, jako nauczyciel wiejski, i odnawiałem tutaj kontakty z moimi przyjaciółmi, przy piwie na przykład. Do niektórych wykładowców znakomitych nie uczęszczałem - byłem zaocznym studentem, cóż.
Jeśli idzie o moje kontakty z Uczelnią - wciąż jestem z nią jakoś zaprzyjaźniony, biorę udział w pracach jury, bowiem co roku przez klub „Bakałarz” organizowany jest konkurs dla młodych talentów literackich: O złoty kałamarz i złamane pióro. Często byłem zapraszany na spotkania autorskie - albo przez profesora Farona, albo przez doktora Henryka Czubałę, też krytyka, który o mnie pisał - a więc dobre mam stosunki z Akademią Pedagogiczną, nie zapominającą o mnie jako o swoim studencie. a i ja nie zapominam o niej.
Można by dodać, jeśli chodzi o twórczość, że wydałem pierwszy tom w 1974 r. w Wydawnictwie Literackim, później w 1975 drugi tomik. Pierwszy nazywał się Nasze najszczersze rozmowy, drugi Na tyłach świata i to był czas właśnie, kiedy kończyłem studia na Uczelni. To jest interesujące o tyle, że - jak sobie przypominam - napisałem wówczas dużo dobrych wierszy, mimo że uczyłem w szkole, a więc miałem wtedy zajęte po dwadzieścia parę godzin i wciąż studiowałem. Ci, którzy mówią, że nadmiar zajęć przeszkadza w pracy pisarskiej, są w błędzie.
Warto jeszcze dodać, że - jeśli idzie o poezję - w trakcie studiów byłem już praktykiem; studia pozwoliły mi zaś rozwinąć wiedzę i „doteoretyzować się”.

Dziennikarz „Gazety Wyborczej”
Gdyby ktoś powiedział mi w młodości, że z wykształcenia będę nauczycielem i bibliotekarzem, a z zawodu. dziennikarzem, popukałbym się w czoło. a jednak...
o istnieniu kierunku Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie wiedziałem już w szkole średniej - studiowała tam dziewczyna mojego brata.
- Są tam same dziewczyny - podkreślała - będąc facetem masz duże szanse.
Bardzo chciałem iść na studia, choć - przyznaję - tytuł magistra nie był moim jedynym celem. Przypomnijmy - była to połowa lat 80., kryzys polityczny i gospodarczy, puste półki w sklepach, strach przed przyszłością. Internetu przecież jeszcze nie było, w całym Krakowie knajpy dało się policzyć na palcach dwóch rąk, a w telewizji nadawano tylko dwa programy. Nie liczyło się wykształcenie, ale znajomości i spryt w czas nudy i beznadziei.
Ale właśnie to studenci należeli do „kasty”, która jako jedyna grupa społeczna bez problemów otrzymywała paszporty. a paszport oznaczał wyjazdy, przygody i - w konsekwencji - pieniądze. Było się więc o co bić.
Na egzamin wstępny poszedłem z duszą na ramieniu. Czterech kandydatów na jedno miejsce. i „aż” sześciu facetów. Udało się: zdało nas czterech (na ponad 30 dziewczyn), ale naukę ukończyłem jako „rodzynek”.
To były „dziwne” studia. Takie. kameralne, bo w głównym budynku, przy ul. Podchorążych 2, bywaliśmy najwyżej raz w tygodniu i to głównie na dwóch pierwszych latach. Cała edukacja odbywała się w oficynie przy ul. Grodzkiej 60.
Było tam zawsze ciemno i zimno. Tak zimno, że czasami „wyciągaliśmy” prowadzącego zajęcia „na herbatę” do pobliskiej knajpy, żeby się zagrzać. i wielu szło z nami chętnie. Od października do kwietnia przerwy wyglądały tak samo: w salach wszyscy tulili się do ciepłych, kaflowych pieców; palacze na korytarzach - nie chcąc rezygnować z nałogu - bili rekordy prędkości w zaspokajaniu się nikotyną, byle jak najszybciej wrócić do ogrzewanych miejsc.
Budynek był mały, ale funkcjonalny. Niektóre sale miały nieduże katedry, nadające pomieszczeniu „zabytkowego” charakteru. w ogóle miałem czasami wrażenie, jakbym stał się bohaterem książki Wiktora Gomulickiego Wspomnienia niebieskiego mundurka. Ale sama nauka nie była już „przestarzała”. Złośliwa plotka panosząca się po „naszym” budynku niosła, że wykładowcy dlatego tak strasznie „dokręcają nam śrubę” i gonią do nauki, by załatać kompleks „mało poważnego” kierunku.
Bibliotekoznawstwo - jak to brzmiało i z czym się do dziś kojarzy? z cichą staruszką w okularach, bezszelestnie krzątającą się między regałami pełnymi książek. Tymczasem. musieliśmy wiedzieć więcej niż na bardziej renomowanych kierunkach, nie tylko naszej Uczelni! Szczególnie literaturoznawstwo było trudnym przedmiotem. Bogu dzięki, że akurat lubiłem ten przedmiot. Jednakże to dopiero bibliotekarstwo stało się dla większości prawdziwym utrapieniem. Do egzaminów nie wystarczało samo „wkuwanie” ogromnych ilości wiedzy i definicji, trzeba było jeszcze wykazać się niezłą inteligencją w kojarzeniu niektórych faktów. Mało tego - ten ciężki przedmiot ciągnął się przez sześć długich semestrów!
Zadziwiającą postacią był również szef katedry - profesor Jerzy Jarowiecki. Baliśmy się go wszyscy na egzaminach, ale na niejednym wykładzie można się było zasłuchać w jego opowiadaniach. Szczególnie, gdy opowiadał o swoim ulubieńcu - Józefie Ignacym Kraszewskim, który (ulubione powiedzenie profesora) „popełnił tak wiele książek.”
Za to panikę żeńskiej części roku (czyli niemal wszystkich) wywoływał przedmiot związany z drugą częścią naszego kierunku: „informacja naukowa” - informatyka. Trudne niuanse pisania programów w języku Basic (kto to dziś pamięta?) wykładał nam siwy pan, cierpliwie rysując skrzypiącą kredą kolumny wyrazów na tablicy.
Komputera na oczy nie widzieliśmy, ale proste programy musieliśmy pisać. i co z tego? i tak nasi koledzy i koleżanki z innych kierunków przezywali nas „regałami”.
Nauczycielem nie mogłem zostać: wiedziałem, że już w pierwszym roku pracy zostałbym skazany na dożywocie za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem na jakimś nieletnim, który by za bardzo rozrabiał. Jako bibliotekarz - szczególnie przy moim charakterze - rozniósłbym zapewne w strzępy nawet szacowną „Jagiellonkę”, powodując większy skandal niż wyniesienie stamtąd kilku inkunabułów. Co więc mogłem robić? Na szczęście WSP zapewniło mi specjalizację - „edytorstwo”, które bardzo mnie interesowało.
Z dyplomem magistra trafiłem więc do wydawnictwa „Znak”, gdzie pakowałem książki w tamtejszej księgarni wysyłkowej. Na szczęście szybko przeniesiono mnie do działu marketingu. Tam wreszcie zobaczyłem komputer.
- To nic, że nie ma programu; co trzeba, sami sobie dopiszemy - to stwierdzenie dumnego ze swojego wykształcenia młodzieńca weszło do historii „Znaku”. Tym bardziej, że powiedziałem to, nie wiedząc nawet, co to jest mysz komputerowa. Ale znajomość podstaw informatyki miała swoje korzyści: najszybciej z działu opanowałem zbyt prosty dla dzisiejszych przedszkolaków program Frames, który długo służył nam jako baza danych.
Koleje losu rzuciły mnie potem do „Gazety Wyborczej”. Niestety - stanowisko pracownika działu marketingu, na jakie miałem chrapkę, ciut wcześniej objęła koleżanka. Zostałem więc... researcherem. Jak w bibliotecznych katalogach na studenckich praktykach, wyszukiwałem w innych źródłach informacje dla dziennikarzy, a potem pozwolono mi napisać pierwszy tekst. i tak już zostało. Przez 12,5 roku.
Co dały mi studia w mojej pracy dziennikarskiej? Systematyczność, dokładność w zbieraniu danych, analizę zebranych materiałów. i ogólną wiedzę, która okazała się wcale pokaźna. Otoczony głównie absolwentami prestiżowych kierunków Uniwersytetu Jagiellońskiego, nie miałem żadnych kompleksów.
Do dziś, gdy przechodzę lub przejeżdżam obok swojego byłego instytutu przy ul. Grodzkiej (dziś szkoła została przeniesiona) lub głównego gmachu przy ul. Podchorążych 2, ogarnia mnie nostalgia i tęsknota za młodością, którą spędziłem na WSP.
Uczelnia dała mi jeszcze jedną ważną rzecz. Koleżanka z roku przyjęła moje nazwisko, zamieszkała ze mną, urodziła nam dwójkę chłopców i do dziś jest najważniejszą osobą w moim życiu.
Dyrektor Gimnazjum im Jana Matejki w Zabierzowie
kończenie tych studiów spełniło moje marzenia o pracy z młodzieżą, z którą miałam już kontakt jako instruktor harcerski. Studia geograficzne rozbudziły też moje zainteresowania ekologią, dlatego następne były studia podyplomowe z Ochrony Przyrody i Środowiska w Akademii Rolniczej w Krakowie, po czym wróciłam na WSP kończąc tu studia podyplomowe z Organizacji i Zarządzania Oświatą. Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Krakowie była więc początkiem ścieżki mojej kariery zawodowej, bo w roku 1997 zostałam dyrektorem Szkoły Podstawowej w Zabierzowie, zakładając w niej Szkolną Ostoję Przyrody, a w wyniku reformy oświaty, od 1999 r. do chwili obecnej, kieruję Gimnazjum im. Jana Matejki - także w Zabierzowie. Praca w gimnazjum okazała się dużym wyzwaniem. Pomoc uczniom, rodzicom i nauczycielom w zakresie edukacji dla orientacji zawodowej i samo doradztwo zawodowe jest na obecnym, dynamicznie zmieniającym się rynku pracy nieodzowne. Doradztwo jest zresztą tym, co poza zarządzaniem szkołą najbardziej mnie pasjonuje.
Studia na WSP w Krakowie to była wielka, edukacyjna przygoda. Programowe wycieczki krajoznawcze i zajęcia terenowe w czasie ćwiczeń dostarczały, oprócz wiedzy i doznań estetycznych, autentycznego przeżywania geografii. Mile wspominam zajęcia z prof. Bronisławem Górzem z rolnictwa. Profesor był postacią wzbudzającą nasz szacunek i podziw. Teraz mogę się przyznać, że w czasie egzaminu z rolnictwa, kiedy już odpowiedziałam na swoje pytania i miałam wpisaną ocenę bardzo dobrą, profesor odpytywał moją koleżankę. Zadał jej pytanie, na które ja zupełnie nie znałam odpowiedzi. Koleżanka również. Krew odpłynęła mi do stóp, ale na szczęście profesor przeszedł do innych zagadnień. Dziś mogę jednak zapewnić Profesora, że douczyłam się tego już po egzaminie.
Z perspektywy czasu widzę, że za mało było wówczas zajęć z psychologii i pedagogiki, dotyczących pracy z uczniem o specjalnych potrzebach edukacyjnych, niedostosowanym społecznie, a także dotyczących pracy wychowawcy klasowego (w tym kontaktów z rodzicami). AP jest uczelnią kształcącą nauczycieli - po jej ukończeniu nauczyciel staje twarzą w twarz z codziennością życia szkolnego i samo przygotowanie przedmiotowe - to za mało. Obserwuję to jako dyrektor szkoły. Młodzi nauczyciele czasem niepotrzebnie muszą przechodzić krętą drogę, aby uporać się z napotykanymi w tym zawodzie problemami.

Dziennikarka prasowa i telewizyjna. Zajmuje się tematami społecznymi, kulturalnymi
i obyczajowymi. w 2001 r. otrzymała pierwszą nagrodę na Ogólnopolskim Konkursie Programów
Regionalnych za najlepiej zrealizowany materiał informacyjny. w 2003 r. przyznano jej tytuł phil epistemoni
(przyjacielowi nauki) za popularyzację wiedzy i rzetelne informowanie o problemach szkolnictwa wyższego
nie wiesz, mała, co to jest chryzelefantyna?
i choć pytanie brzmiało niemal
jak z księżyca, u profesora Reichmana wstydem
było nie wiedzieć, że to połączenie złota
i kości słoniowej, stosowane przez starożytnych
rzeźbiarzy. Podobnych pytań było wiele. Gdy
udało się odpowiedzieć (niestety nie zdarzało
się to często) dostawało się cukierka. Przechowywaliśmy
je jak najdroższe talizmany. To były
wspaniałe zajęcia, bo autentyczna była miłość
i zachwyt profesora dla dzieł literatury obcej.
Przekonywał nas, że trzeba je czytać w języku
ich autorów i sam dla przykładu cytował z pamięci
obszerne fragmenty. Choć nie rozumieliśmy
ani słowa, wspaniale płynęła melodia Iliady w języku Greków. Swojej miłości do literatury
nam nie narzucał, z ogromnej listy lektur do
egzaminu kazał wybrać sobie tylko trzydzieści
pięć wybranych przez siebie tytułów. Po prostu
nie wypadało przyjść nieprzygotowanym.
A skoro o egzaminach. największy postrach wzbudzały chyba te u profesora Jana Okonia. Słynne były, wymyślane na poczekaniu motywy w literaturze staropolskiej, inspirowane często osobą egzaminowanego lub konkretną sytuacją. Przed egzaminem spojrzałam więc w lustro i wyszukałam motyw niebieskich oczu we wszelkich znanych mi utworach. Dostałam jednak inny temat. Za to kolega, który wbiegł na egzamin spóźniony i zdyszany, nie zdążył odsapnąć, gdy dostał temat: Motyw sportu w literaturze staropolskiej. Myślał, że profesor sobie z niego żartuje. Kto wtedy pisał o sporcie? Wydawało się, że nikt. „Kochanowski, proszę pana. Poemat Szachy” - nie bez satysfakcji sam odpowiedział na swoje pytanie profesor. Ten egzamin niestety nie skończył się dobrze.
Pasjonatów wśród wykładowców nie brakowało... Nie brakowało ich również wśród moich przyjaciół z roku. Geniusz objawiał się zwykle około trzeciej nad ranem, gdy przygotowywaliśmy się razem do egzaminów. Wtedy to miały miejsce nagłe olśnienia - gdy wydawało się, że zrozumieliśmy istotę fenomenologii Romana Ingardena. Wtedy też powstawały niezwykle nowatorskie, acz nieco ryzykowne, interpretacje utworów.
I było jeszcze coś... spotkania wykładowcy z grupą na kawie w mieście - zamiast na uczelni. Zdobywana wtedy wiedza była bezcenna. „Pamiętajcie, żeby książki nie przesłoniły wam urody świata. Wykorzystajcie czas studiów dobrze, wykorzystajcie to, że jesteście w Krakowie. Chodźcie do teatru, kina, na koncerty, poznawajcie nowych ludzi, rozmawiajcie z nimi” - udzielał bezcennych rad dr Mączyński. Do dziś pamiętam te zajęcia...
To chyba rozbudzona wtedy chęć poznawania świata zadecydowała, że parę lat później postanowiłam zaryzykować i spróbować pracy dziennikarza. w podjęciu decyzji pomogło mi też Studium Dziennikarskie. Krzysztof Mroziewicz, Jadwiga Rubiś, Franciszek Palowski i Krzysztof Miklaszewski zarazili mnie dziennikarską pasją. Nie mogę się z tej choroby wyzwolić od jedenastu lat. i chyba nie chcę...
Dziennikarka „Kroniki” (TVP 3). w roku 2004 za cykl programów poświęconych problemom osób niepełnosprawnych (prezentowanych w „Kronice” oraz „Małopolsce i Europie”) otrzymała wyróżnienie Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych
racuję w TVP 3 od dwunastu lat. Trafiłam do telewizji będąc studentką WSP. Studiowałam na studiach dziennych i bardzo ciężko było mi pogodzić pracę z zajęciami na Uczelni. Dziś wiele osób jednocześnie studiuje i pracuje, ale dwanaście lat temu nie było to zbyt popularne, a w dodatku dość trudne do zaakceptowania i zorganizowania. Kiedy przyjmowano mnie na staż do telewizji, musiałam nieco minąć się z prawdą. Na pytanie, ile zostało mi do ukończenia studiów, powiedziałam, że już piszę pracę magisterską, a w rzeczywistości dzieliły mnie od tego jeszcze dwa lata. Pogodzenie pracy ze studiami nie byłoby możliwe, gdyby nie pomoc wykładowców z Uczelni. Umożliwili mi przejście na indywidualną organizację studiów, co nie było wówczas praktykowane. w moim przypadku wyglądało to tak, że nie chodziłam na obowiązkowe wykłady i ćwiczenia, ale musiałam je zaliczać indywidualnie.
Wykładowcy bardzo szli mi na rękę, czego nie mogę powiedzieć o koleżankach, które dość niechętnie pożyczały mi notatki. Trzeba podkreślić, że gdyby nie przyjazne podejście ówczesnych wykładowców do moich planów, ukończenie studiów stanęłoby pod znakiem zapytania. Jestem im za to bardzo wdzięczna.

Sekretarz w Urzędzie Gminy Nowe Brzesko, jest również redaktorem naczelnym „Gazety Nowobrzeskiej”
aukę w AP w Krakowie podjąłem mając 38 lat. Pracowałem już wtedy kilkanaście lat w administracji samorządowej, a w momencie rozpoczęcia studiów - na stanowisku inspektora w Urzędzie Gminy Nowe Brzesko. Studiowanie w tej Uczelni było moim marzeniem. Dlatego zawsze będę pamiętał słowa, które na egzaminie wstępnym wypowiedział do mnie prof. Andrzej Jaeschke: „Panie Arkadiuszu, może się pan czuć przyjęty na studia”. Sprawiły mi one ogromną radość.
Przez pięć lat nauki na kierunku politologia miałem okazję uczestniczyć w wielu zajęciach prowadzonych przez wspaniałych i wybitnych ludzi. Na wszystkie przychodziłem z prawdziwą przyjemnością.
Wówczas, na egzaminie wstępnym w lipcu 1999 r., nie wiedziałem jeszcze, że z prof. Jaeschke będę miał zajęcia, ani że w 2001 r. zostanie obdarzony przez wyborców z Krakowa godnością senatora RP. Kiedy broniłem pracę magisterską, był dyrektorem Instytutu Politologii. Zajęcia z profesorem były zawsze bardzo ciekawe. Spośród wielu jego powiedzeń, zapamiętałem też takie: „W polityce ma się tyle pola do popisu, ile się go wywalczy”.
Na i roku studiów mieliśmy zajęcia z historii Polski. Pamiętam, że kiedyś na ćwiczeniach pewien profesor, opowiadając o jakimś historycznym wydarzeniu, zamknął oczy i. przysnął sobie na minutkę, może dwie. Cała grupa siedziała cichutko i czekała.
Studia bardzo pomogły mi w karierze. Po obronie pracy licencjackiej u dr. Tadeusza Ślęzaka uzyskałem wykształcenie, które pozwoliło mi ubiegać się o wymarzone stanowisko w pracy zawodowej, czyli sekretarza Urzędu Gminy. Praca ta umożliwiła mi m.in. wydanie monografii Ziemia Nowobrzeska, a następnie jej osobiste wręczenie Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II w Watykanie, w listopadzie 2004 r. Pracując nadal w Urzędzie, jestem równocześnie redaktorem naczelnym „Gazety Nowobrzeskiej” i portalu gminnego www.nowe-brzesko.iap.pl.
W pracy społecznej zostałem wybrany przez strażaków-ochotników na prezesa Zarządu Powiatowego Związku OSP RP w Proszowicach, członka Prezydium Zarządu Wojewódzkiego ZOSP RP w Krakowie, członka Głównego Sądu Honorowego ZOSP RP w Warszawie oraz Delegata na Zjazd Krajowy ZOSP RP. Przez 6 lat pełniłem też funkcję przewodniczącego Rady Rodziców w Szkole Podstawowej Nr 1 w Proszowicach, do której uczęszcza 850 dzieci. Od 14 lat pełnię też funkcję prezesa Ligi Obrony Kraju w Nowym Brzesku, prowadząc z młodzieżą zajęcia strzeleckie i modelarskie.
Studiując w AP w Krakowie nauczyłem się wytrwałości. Aby osiągnąć coś w życiu trzeba być bardzo pracowitym i niestrudzonym. Tylko wtedy ma się szansę na sukces.
Z perspektywy czasu widzę jednak, że w programie nauczania zbyt mało było informacji o instytucjach Unii Europejskiej, o zakresie ich działania i kompetencjach. Kończyłem studia tuż przed wejściem Polski w struktury Unii Europejskiej. Odczuwałem niedosyt, jeśli chodzi o tę tematykę. Brakujące wiadomości uzupełniałem samodzielnie z literatury.