Rozmowy „Konspektu”

Nie lubię słowa „fikcja”…

Rozmowa z Bogusławem Wołoszańskim

Bogusław Wołoszański - dziennikarz, autor telewizyjnego cyklu programów popularnonaukowych Sensacje XX wieku, licznych książek faktograficznych o tematyce II wojny światowej i czasów powojennych (m.in. Ten okrutny wiek – cz. 1 i 2, Tamten okrutny wiek, Tajna wojna Hitlera, Tajna wojna Stalina, Władcy ognia) a także powieści sensacyjnych: Twierdza szyfrów i Operacja Talos

B. Wołoszański
B. Wołoszański

Piotr Krywak: – Pojawił się Pan w Krakowie jako gość Drugiego Festiwalu Kryminału, mimo że przecież Pan kryminałów nie pisze. Nawet „Twierdza szyfrów” jest raczej powieścią sensacyjną, thrillerem, niż utworem takim, jakie tworzyli Agatha Christie czy Raymond Chandler. Jak więc wytłumaczyć Pana obecność na tym festiwalu?

Bogusław Wołoszański: – Bardzo prosto – każda okazja jest dobra, by odwiedzić Kraków. Staramy się z żoną co najmniej trzy razy w roku tutaj przyjeżdżać, głównie po to, aby odetchnąć atmosferą tego miasta. Wyrwać się z Warszawy, z codziennego kołowrotu, jest niezmiernie trudno. Festiwal stał się właśnie taką okazją, zatem z prawdziwą przyjemnością przyjąłem nań zaproszenie, wiedząc, że będę mógł przyjechać do Krakowa, poznać ciekawych ludzi, spotkać się z panem Witoldem Beresiem. i jestem.

P.K.: – Właściwie to, co Pan robił przed napisaniem „Twierdzy szyfrów”, można uznać za popularyzację wiedzy historycznej, za literaturę faktu, teatr faktu, widowiska faktu. i tu pojawia się pytanie: do jakiego stopnia Pana opowieści są prawdziwe? Gdzie i czy w ogóle jest w nich miejsce na zmyślenie, na fikcję? a może literackość, która wydaje się być cechą nawet Pańskich książek popularnonaukowych, to tylko kwesta formy?

Fikcja kojarzy mi się z fałszem lub z pewną nierzetelnością, może nawet niezamierzoną, ale jednak będącą jej siostrą. w swoich książkach beletrystycznych uprzedzam czytelnika, że dając mu powieść, daję mu fikcję. To jest dla niego zabawa. Chcę, by on tym tropem poszedł dalej

B.W.: – To też jest popularyzacja historii. Trzeba ją popularyzować na najrozmaitsze sposoby, poczynając od formuły bardzo elitarnej – rozmowy czy dyskusji historyków – aż po powieści sensacyjne. Swoje utwory staram się oprzeć na faktach i one są bardzo twardo w realiach minionego czasu osadzone. Jeżeli natomiast pojawiają się w nich postacie fikcyjne, to zostają wpisane w bardzo wiernie odtworzoną rzeczywistość historyczną. Akcja Twierdzy szyfrów trwa od stycznia do maja 1945 r. i jest dokładnie wpleciona w to, co ówcześnie działo się na Dolnym Śląsku, gdzie trwała ofensywa Armii Czerwonej, gdzie działała Grupa Armii „Środek” Schörnera… i to właśnie jest historia. Tyle, że uprzedzam czytelnika dużym napisem na okładce: to powieść oparta na faktach, a nie same fakty. To jedna z form popularyzowania historii, wciągania w nią czytelnika. Uważam, że im więcej dusz uda się wciągnąć do „piekła historycznego”, tym Polska będzie silniejsza.

Marcin Kania: – Odnoszę wrażenie, że w swoich wypowiedziach unika Pan słowa: „fikcja”, zastępując je terminem: „hipoteza”. w jaki sposób w Pana powieściach kształtuje się linia demarkacyjna pomiędzy fikcją a jej oprawą faktograficzną?

B.W.: – Tak, wolę termin: „hipoteza”. Fikcja kojarzy mi się z fałszem lub z pewną nierzetelnością, może nawet niezamierzoną, ale jednak będącą jej siostrą. w swoich książkach beletrystycznych uprzedzam czytelnika, że dając mu powieść, daję mu fikcję. To jest dla niego zabawa. Chcę, by on tym tropem poszedł dalej, żeby zaczął odkrywać, iż rzeczywiście był Howard Compaigne, rzeczywiście toczyły się boje o Lauban (Lubań). Bo co to jest fikcja? Weźmy chociażby postać z mojej powieści, oficera Andrzeja Czernego. On właśnie jest fikcją. Być może istniał człowiek o tym nazwisku, ale ten, o którym opowiadam, został stworzony tylko przeze mnie. Jego osobowość jest fikcją, jego skąpstwo jest fikcją. Natomiast historia, w którą zostaje wprowadzony – począwszy od wymiany więźniów pomiędzy NKWD a Gestapo, poprzez drogę do Londynu, która była drogą dziesiątków tysięcy polskich żołnierzy – to fakty niepodważalne. Konstruując tę postać sięgam po rzeczywiste przykłady z historii, np. przywołuję osobę pani Haliny Szymańskiej i jej kontakty z admirałem Wilhelmem Canarisem. Biorę autentyczne kamienie, i osadzam je w murze, który jest już powieścią. Czy to jest fikcja? Jeśli powiemy: Andrzej Czerny nie istniał – tak, to jest fikcja. Jeśli stwierdzimy: w czasie II wojny światowej działał oficer, którego Rosjanie jako jeńca oddali Niemcom, i który później został włączony do gry, jaką prowadził Canaris – stwierdzimy: to jest fakt.

P.K.: – Zna pan na pewno określenie: praesens historicum – wypowiedź o przeszłości w gramatycznym czasie teraźniejszym. Czy typ popularyzowania historii w formach literackich i w widowiskach historycznych, jakie Pan tworzy, można w jakiś sposób do tego pojęcia odnieść? Czy w grę wchodzi unaocznienie historii? w średniowieczu pisywano kroniki, wprowadzając do nich elementy fikcji, cytowano na przykład niewygłoszone w rzeczywistości mowy autentycznych wodzów. Może, więc jest to współczesna wersja takiej kroniki epoki multimediów?

B.W.: – Praesens historicum – ja tego nie lubię. Czystość odbioru wymaga, żeby wszystko miało swoje miejsce i żeby czytelnik, czy też widz się nie gubili. To, co jest historią, niech historią pozostanie, gdyż postępując w inny sposób można zakłócić wnioski, do jakich może dojść czytelnik. Zawsze staram się prowadzić grę z widzem i czytelnikiem; grę, która zaczyna się od pewnego manewru: przede wszystkim od „schwytania” czytelnika, zwłaszcza młodego. Już sam tytuł Sensacje XX wieku to haczyk, celowe zagranie. Gdybym ten program nazwał: Dyskusje na temat historii, nikt by nie włączył telewizora. Proszę jednak pamiętać, że termin „sensacje” 20 lat temu miał inny odbiór. Najważniejsza jest walka o wciągnięcie. Następnie rzetelnie pokazuje się pewne mechanizmy historyczne, aż w końcu zostawia czas na refleksję – na zabawę widza z własnym umysłem. i sądzę, że mi się to udaje.

Czystość odbioru wymaga, żeby wszystko miało swoje miejsce i żeby czytelnik czy też widz się nie gubili. To, co jest historią, niech historią pozostanie, gdyż postępując w inny sposób można zakłócić wnioski, do jakich może dojść czytelnik. Zawsze staram się prowadzić grę z widzem i czytelnikiem; grę, która zaczyna się od pewnego manewru: przede wszystkim od „schwytania” czytelnika

P.K.: – Mówi pan o faktach, o ludziach, ale też o wykorzystywanej przez tych ludzi technice. To są bardzo różne zjawiska. Panu się to doskonale udaje.

B.W.: – Od momentu, w którym człowiek ułamał gałąź, istnieje technika. Myślę, że nie wolno mówić czy pisać o człowieku, równocześnie jej nie pokazując. Realizujemy nasze zamiary, plany, właśnie za pomocą techniki. Takie są nasze możliwości, jaką mamy technikę. Bez zrozumienia techniki, bez zrozumienia, czego dokonano, dokąd zmierzano – prezentacja historii jest po prostu niemożliwa. Dlatego w moich książkach faktografi cznych zamieszczam rysunki, zdjęcia i opisy czołgów, samolotów, rakiet, aby czytelnik nie słyszał tylko pustych nazw, np. V-2, ale żeby zobaczył tę rakietę, przeczytał o niej, żeby zrozumiał, czym ta broń była w planach politycznych. Najważniejsza jest polityka, ideologia, ale ideologia bez techniki zawsze musi polec.

M.K.: – Dokonał Pan rzeczy niezwykłej – pokazał Pan młodzieży oblicze historii od najciekawszej strony. Ale na pewno istnieje grono historyków, które krytykuje sposób jej prezentowania, oskarżając Pana na przykład o populizm czy brak obiektywizmu…

Historię trzeba popularyzować na najrozmaitsze sposoby, poczynając od formuły bardzo elitarnej – rozmowy czy dyskusji historyków – aż po powieści sensacyjne. Swoje utwory staram się oprzeć na faktach i one są bardzo twardo w realiach minionego czasu osadzone

B.W.: – Oczywiście… Jakże by nie. Jesteśmy w Polsce proszę pana, zatem nie można inaczej. Są ci, z którymi współpracuję, a którzy okazują się bardzo pomocni, pomagają rozwiązać wiele problemów, np. wspaniały profesor Tadeusz Rawski. Są też tacy, którzy nienawidzą mnie, bo uważają, że odniosłem sukces, którego oni nie odnieśli. To też jest część ludzkiej psychiki. Są również i tacy, którzy mnie atakują, kopiąc po kostkach… Dzieje się tak w momencie, gdy wychodzi się gdzieś wyżej, gdy staje się obok tłumu. Wtedy natychmiast ktoś nam coś zarzuca. Traktuję to jako rzecz normalną, choć to przykra strona mojej działalności. Ale – niestety – konieczna. Nie przejmuję się tym. Każdy popełnia błędy, każdemu może zdarzyć się pomyłka, a tytuł naukowy o niczym nie przesądza. Błąd jest rzeczą ludzką. Ja także się mylę. Chciałbym jednak zawsze spotykać się z konstruktywną krytyką, przed którą chylę głowę. Gdy widzę złośliwość i głupotę, po prostu jest mi przykro i idę dalej.

P.K.: – W jaki sposób udaje się Panu gromadzić równie atrakcyjny materiał historyczny, dotyczący tak różnych dziedzin: człowieka, zdarzenia, przedmiotu?

B.W.: – Powiem tak: nie ja to robię – zrobiła to za mnie historia. Ja tylko sięgam po gotowe. Uważam, że to sprawa wyczucia. Tak jak z lekarzem – przychodzi pan do jednego, który dysponuje takim samym aparatem diagnostycznym jak jego kolega, ale pierwszy dokładnie określa, co panu jest, natomiast drugi błądzi. Ja po prostu czuję, że coś jest istotne, ciekawe i warte drążenia; że warto się tym zająć. i to jest początek drogi, którą zmierzam.

P. Krywak i B. Wołoszański
P. Krywak i B. Wołoszański

P.K.: – Można powiedzieć, ze wypracował Pan własną metodę ukazywania historii. Czy widzi Pan w Polsce swoich naśladowców bądź konkurentów?

B.W.: – Bardzo chciałbym. Miałem kilku współpracowników, być może jednak jestem lepszym popularyzatorem niż pedagogiem, gdyż nie udało mi się wychować naśladowców, którzy zajmowaliby się tym, co ja. Uważam, że im większe będzie zainteresowanie historią, im więcej programów o tematyce historycznej, takich jak Sensacje XX wieku, tym lepiej dla nas, Polaków. Szkoda, że tak nie jest, szkoda, że na antenie TVP nie ma żadnego programu, który dotykałby ostatnich czasów PRL-u. Nie widzę żadnych cyklicznych programów dotyczących Polski powojennej, lat, w których rodził się komunizm, a które wciąż są wielką, białą plamą. Bardzo liczę na to, że takie programy powstaną.

M.K.: – Mamy nadzieję, że wróci Pan do telewizji...

B.W.: – Odszedłem z telewizji, której byłem pracownikiem etatowym od 1971 r., w proteście przeciwko biurokracji. Straszliwej biurokracji. Czy mój protest coś zmieni – nie wiem, w każdym razie z telewizją nadal współpracuję, ale na innych zasadach, bo serial oparty na fabule Twierdzy szyfrów, który aktualnie realizuję, jest tworzony dla Telewizji Polskiej i za jej pieniądze. Natomiast rozmowa, jaką przeprowadziłem z prezesem Dworakiem, wskazywała, że mniej więcej we wrześniu 2006 r. Sensacje XX wieku wrócą na antenę.

P.K.: – Serdecznie dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Piotr Krywak
i Marcin Kania


początek strony


Konspekt nr 4/2005 (24))
   Copyright © „Konspekt”. Kraków, maj 2006.  Statystyka

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna