Literatura popularna

Piotr Krywak

Fikcja jako ilustracja hipotezy

Kilkanaście kilometrów od Gryfowa Śląskiego, o godzinę marszu od leżącej na zachód stąd Leśnej, na cyplu z trzech stron otoczonym wodą, wznosi się okazała, z dala widoczna budowla. Skaliste stoki wzniesienia, na którym ją posadowiono, zdają się naturalnie przedłużać część ścian, opadając stromo ku tafli Jeziora Leśniańskiego – sztucznego rozlewiska spiętrzonej zaporą Kwisy. Zachowane do dziś mury obronne, wieża, most, łukowe bramy i rozległy dziedziniec sprawiają, że obiekt, mimo późniejszego przekształcenia go w pałac, wciąż robi wrażenie tego, czym pierwotnie był: średniowiecznej warowni. To jedna z najsłynniejszych polskich twierdz: zamek Czocha

Zamek Czocha
Zamek Czocha

Powstał najprawdopodobniej w II połowie XIII w.[1]. Był wtedy fortyfikacją broniącą granicy Czech, ale szybko, bo w XIV w., przeszedł we władanie Piastów śląskich, później zaś – w ręce niemieckie. w wyniku licznych modernizacji, jakim poddawano go w kolejnych stuleciach, stał się tworem eklektycznym, z dominacją cech gotyckich i renesansowych. Zachowany w doskonałym stanie (tylko wyposażenie wnętrz zdewastowano i rozszabrowano po wojnie) wciąż imponuje. Lecz jego dzisiejszy, budzący romantyczne nastroje kształt, tyleż jest skutkiem długiej i barwnej historii, co i gruntownej przebudowy, jakiej sędziwe zamczysko uległo na początku XX w.

Świetnie wkomponowany w malowniczy, z lekka pofałdowany teren Pogórza Izerskiego, zdaje się dziś być wymarzoną sceną dla wydarzeń niezwykłych, dramatycznych i tajemniczych, a doskonale wyczuwalny, znany miłośnikom powieści gotyckich klimat tego miejsca, wzmacnia legenda o duchu Białej Damy. Nic zatem dziwnego, że miejsce to trafiło do filmu. Tu i w najbliższej okolicy Tadeusz Chmielewski realizował sceny wojennej komedii Gdzie jest generał.

W czasie II wojny światowej zamek był rezydencją rodziny von Gutschow. Mówi się, że odwiedzał go wtedy twórca niemieckich rakiet V-2, Werner von Braun, późniejszy projektant amerykańskich pojazdów kosmicznych. Krążą wieści, że właściciel pałacu, Ernest von Gutschow, oddał mu na biuro część pokoi, gdyż w pobliskiej Leśnej prowadzono rzekomo badania nad pociskami V-1 i V-2, bronią uranową, a może tylko nowymi silnikami lotniczymi. Eksperymentom miało towarzyszyć powstawanie tak silnego pola elektromagnetycznego, że w czasie ich trwania w samochodach gasły silniki[2].

[Rozmiar: 37676 bajtów]

Jeśli więc szukać w Polsce miejsca, w którym mogłaby toczyć się akcja rodzimego thrillera, osadzonej w historycznych, choć nieodległych realiach, sensacyjnej powieści, to Ziemie Odzyskane, a zwłaszcza Dolny Śląsk nadają się do tego najlepiej. To przecież u podnóża Gór Sowich, w okolicach Walimia znajdują się – zatopione i wciąż niezbadane – podziemne budowle o tajemniczym przeznaczeniu. Zawalone gruzem korytarze pod zamkiem w Książu koło Wałbrzycha świadczą o prowadzonych tu kiedyś z wielkim rozmachem pracach budowlanych i nadal czekają na tego, kto rozwiąże ich zagadkę. Takich miejsc jest na Dolnym Śląsku co najmniej kilka, a wśród nich Czocha, stary zamek, nie wiadomo dlaczego chroniony w latach wojny przez liczne stanowiska artylerii przeciwlotniczej. z pewnością nie strzeżono go tylko dlatego, że był zabytkiem, a i pozycja rodu von Gutschow sprawy dostatecznie nie tłumaczy… Coś ważnego się w nim działo… Ale co?

Na to pytanie usiłuje odpowiedzieć w swym powieściowym debiucie Bogusław Wołoszański, znany dotąd jako świetny popularyzator historii najnowszej, autor telewizyjnego cyklu widowisk Sensacje XX wieku i licznych książek z kręgu literatury faktu. w Twierdzy szyfrów (Warszawa 2004) podejmuje się nowego wyzwania: po raz pierwszy próbuje swych sił jako beletrysta.

Opowieść Wołoszańskiego wyrasta ze skojarzenia ze sobą dwóch zdarzeń. Pierwsze z nich wiąże się z przełomem lat 40. i 50. minionego stulecia, kiedy to amerykańskie służby kontrwywiadowcze wykryły i w krótkim odstępie czasu aresztowały wielu radzieckich szpiegów działających na terenie Stanów Zjednoczonych. Drugie – to ukazanie się wspomnień oficera wywiadu USA, komandora Howarda Compaigne’a. Znalazła się w nich szokująca, nieznana dotąd informacja, iż wiosną 1945 r. w niemieckiej miejscowości Rosenheim Amerykanie zdobyli urządzenie dekodujące tajną, radziecką korespondencję radiową. Aparat, nazywany „rybą-mieczem”, umożliwiał niemożliwe, gdyż Rosjanie używali tzw. szyfrów jednorazowych, z założenia więc nie do złamania.

Jak mogło do tego dojść? Szyfr jednorazowy, co wyraźnie sugeruje nazwa, tworzy się po to, by utajnić jeden tylko dokument i właśnie niepowtarzalność kodu zapewnia sekretowi bezpieczeństwo. Sukces kryptologa zależy bowiem od istnienia materiału porównawczego: innych depesz zakodowanych w taki sam sposób. Tylko wtedy można dostrzec regularności w sekwencjach znaków i – analizując je – odtworzyć klucz. Skoro jednak nie ma czego porównywać...

W tym miejscu otwiera się pole do snucia hipotez. Wołoszański tłumaczy to w sposób następujący: po zerwaniu paktu Ribbentrop-Mołotow i ataku hitlerowskich Niemiec na ZSRR szyfry jednorazowe, używane dotąd tylko w dyplomacji, zaczęła stosować także Armia Czerwona. Zapotrzebowaniu na nie twórcy kodów nie mogli sprostać. Bałagan, lekceważenie zasad bezpieczeństwa, a może wynikająca z niedostatecznej podaży konieczność doprowadziły do tego, że identycznych szyfrów poczęto używać wielokrotnie, co umożliwiło ich złamanie.

Niezwykle pomocny dla uprawdopodobnienia owej teorii okazał się fakt trzeci: przejęcie przez Niemców archiwum NKWD w Charkowie. w zdobytym mieście działał bowiem uprzednio radziecki ośrodek łączności. Przechowywano tam kopie zaszyfrowanych depesz wysyłanych do Moskwy przez radzieckie przedstawicielstwa dyplomatyczne jeszcze w latach trzydziestych. Pojawiła się więc szansa porównania ze sobą bieżącej korespondencji radiowej Rosjan z pochodzącą sprzed kilku – kilkunastu lat. Charkowskie archiwa trafi ły zrazu do siedziby RSHA w Berlinie, lecz gdy bezpieczeństwo stolicy Niemiec zostało zagrożone, ewakuowano je do Fürstenstein Schloß (Książ), który od Leśnej (w tamtych czasach Marklissy) i zamku Czocha (Tzschocha) dzieli zaledwie 100 kilometrów. Droga do sukcesu niemieckich kryptologów stanęła otworem.

Wystarczy teraz, oddawszy wodze wyobraźni, złączyć wszystko ze sobą, by wniosek nasunął się sam: przejęty w Rosenheim niemiecki aparat uruchomiono zaraz po wojnie w USA i przy jego pomocy odczytano treść korespondencji dyplomatycznej ZSRR z ostatnich kilkunastu lat. Nakreślona hipoteza tłumaczy logicznie, skąd wzięły się nagłe sukcesy Amerykanów w walce z rosyjskimi szpiegami, ale też i wydarzenia o znacznie większym znaczeniu historycznym, jak zaostrzenie się stosunków między Wschodem i Zachodem u progu lat 50. minionego wieku: zawartość rozszyfrowanych dokumentów, obnażywszy rzeczywiste plany, brak lojalności i obłudę niedawnego sojusznika, zdeterminowała kształt przyjętej wobec Związku Radzieckiego polityki.

Dorzućmy jeszcze nieco fikcji: kilka postaci wzorowanych na autentycznych ludziach lub tylko ich wojennych losach i kilka innych, znanych z historii. Powiążmy je ze sobą i zaplączmy w skomplikowaną grę wywiadów, prowadzoną w ostatnich tygodniach II wojny światowej na Dolnym Śląsku, w strefie przyfrontowej, na krótko przed, w trakcie i tuż po kwietniowej ofensywie Armii Czerwonej z 1945 r. Grę, której celem jest bezcenny dla zachodnich aliantów wynalazek: dekoder radzieckich szyfrów, uruchamiany właśnie przez niemieckich kryptologów w zamku Tzschocha. Zaangażujmy w intrygę polski, przedwojenny wywiad i cichociemnych. Czegóż więcej trzeba, by stworzyć atrakcyjny, wolny od niezamierzonej śmieszności thriller z patriotycznymi akcentami? By zrobić coś, co nikomu się dotąd nie udało, bo sukcesy rodzimych, literackich herosów na tle tych, jakie odnoszą w dreszczowcach agenci prawdziwych mocarstw, wyglądają zawsze żałośnie, okazując się kompensacją narodowych kompleksów i odbiciem megalomańskich „snów o potędze”?

Szansę na uniknięcie błędów, jakich dopuszczali się polscy naśladowcy Toma Clancy’ego, Wołoszański niewątpliwie wykorzystał, choć – takie odniosłem wrażenie – tylko częściowo. Miał świetny pomysł i bez wątpienia znakomity materiał na powieściową fabułę. Spójrzmy jednak, co z nich powstało, gdy zamieniły się w książkę.

Podczas lektury Twierdzy szyfrów nieodparcie nasuwa się pytanie: co właściwie czytamy? z pewnością nie literaturę faktu, choć takie skojarzenie zrazu się narzuca: za wiele tu fikcji. a zatem – powieść. Tylko jaką? Może historyczną, bo prawie wszystko, o czym opowiada narrator, opiera się właśnie na sprawdzonych, udokumentowanych faktach? Nie, bo wizja historii, jakkolwiek sugestywna, a nawet przekonująca, pozostaje niedowiedzioną hipotezą: tak mogło być, lecz bynajmniej nie musiało. a może to odmiana fantastyki, historia alternatywna? i na to pytanie należy odpowiedzieć przecząco, gdyż żadne ze znanych zdarzeń opisanych w utworze nie przebiega w fikcyjnym świecie inaczej niż w realnym. Proces dziejowy zachowuje niezmienioną postać, zaskakuje tylko efektowne połączenie jego ogniw: interpretacja. z kolei, jak na klasyczny dreszczowiec, trochę za mało tu dramaturgii, suspensu i widowiskowych scen, które – współdziałając ze sobą – czynią thriller lekturą atrakcyjną dla czytelnika.

Wobec trudności ze sklasyfikowaniem utworu Wołoszańskiego porzućmy refleksje genologiczne. Powieść lokuje się najwyraźniej na styku literatury faktu, beletrystyki historycznej, fantastycznej historii alternatywnej i dreszczowca, nie będąc do końca ani jedną z wymienionych form. By jednak precyzyjniej wskazać, na czym polega jej odmienność, umieśćmy ją na chwilę w nietypowym kontekście.

Ewolucja różnych odmian fantastyki zdaje się ujawniać następującą prawidłowość: o powodzeniu nowego gatunku decyduje zrazu odmienność przedstawionego w nim świata od rzeczywistości obiektywnej. z biegiem czasu, gdy odbiorca do konwencji przywyknie, owa inność zaczyna go jednak razić, twórcy szukają więc metod skutecznie osłabiających wrażenie dziwności i nieprawdopodobieństwa. Cuda z baśni tradycyjnej, magia i czary zostają tedy we współczesnej fantasy uprawdopodobnione dzięki odwołaniu się do realizmu. Jego zasady determinują psychikę bohaterów, stosunki między nimi, obyczajowość itp. Skutkuje to ograniczeniem dydaktyzmu baśniowej poetyki, podporządkowanej dotąd regule: postacie muszą być moralnie jednoznaczne, a dobro winno zwyciężyć. Autor niby buja w obłokach, lecz tu i ówdzie wraca do rzeczywistości. Fantastyka grozy przeszła podobną metamorfozę i dziś albo straszy dzięki niedopowiedzeniu, sugerując tylko istnienie sił nadprzyrodzonych, lecz ich nie ukazując, albo kieruje się w stronę science fiction i tworzy dla nich pozornie naukowe motywacje. Jak zaś radzi sobie z problemem fantastyka naukowa, wie doskonale każdy czytelnik Lema, który w Opowieściach o pilocie Pirxie, SolarisNiezwyciężonym do perfekcji doprowadził system uwiarygodniania tego, co jest owocem wyobraźni.

Wyraźnym sygnałem, świadczącym o zawracaniu gatunków fantastycznych w stronę realizmu jest tendencja znajdująca dziś wyraz w formach zwanych „fantastyką bliskiego zasięgu”, tj. takich, których czas akcji nie odbiega zbyt daleko od współczesności i pozwala budować wizję przyszłego świata ze składników niesprzecznych z ludzkim doświadczeniem. Jej przykładem jest choćby Lemowy Katar, ale także liczne książki z kręgu political fiction, swoiste historie przyszłości w rodzaju Kotła Larry’ego Bonda, czy równie modne historie alternatywne, reprezentowane np. przez Wodza i przeklętych Colina Forbesa lub Vaterland Roberta Harrisa. w tych ostatnich, ukazujących niezgodne z prawdą warianty procesu historycznego, przeinaczone fakty zostają zepchnięte na dalszy plan i uprawdopodobnione dzięki naciskowi, jaki kładzie się na psychologiczne i obyczajowe realia oraz dynamikę i dramaturgię zdarzeń. „Inna historia” jest dla nich tylko tłem.

Wołoszański nie opisuje wszakże alternatywnych dziejów, nie opowiada o tym, co by było, gdyby... Mówi za to, jak mogło być. Zdarzenia autentyczne są dlań niepodważalne. On je tylko interpretuje, sugerując istnienie między nimi oficjalnie nieuznawanych, lecz możliwych i zarazem ważnych powiązań. Robi więc niemal to, co – nie układając fabuł – od lat czyni van Däniken: tworzy hipotezę, choć mniej ryzykowną. Hipotezę, której ilustracją okazuje się powieść. Do tego potrzebuje fikcji. Ta jednak, podobnie jak fantazja, jest – co by nie powiedzieć – zmyśleniem, które kojarzy z fałszerstwem. To mu się, jako poszukiwaczowi historycznej prawdy, nie podoba. Mniema więc, że tak jak w fantastyce fantastyczność domaga się uprawdopodobnienia, tak do niego woła o nie fikcja. i ulega jej woli. Środkiem zaś, do którego się w tym celu ucieka, jest granicząca z pedanterią, perfekcyjna dbałość o każdy szczegół historyczny. Dbałość miłośnika dziejów, biografa, popularyzatora wiedzy. Człowieka, któremu o to idzie, by autentyzm osłabił ułudę fikcji. Gdy więc wprowadza nową postać, natychmiast wchodzi w rolę biografa i opowiada jej życiorys. Nie zawsze potrzebny i być może fikcyjny... Ale osadzający bohatera w konkretnych i ponad wszelką wątpliwość zgodnych z wiedzą o przeszłości realiach... By była wiarygodna.

Cóż z tego, że Andrzej Czerny a zapewne i Hugo Jörg nie są postaciami autentycznymi, skoro ich biografi e odzwierciedlają aż nazbyt typowe, wojenne losy Polaków? Cóż z tego, że naprawdę nie było Joanny, skoro można się w niej doszukać rysów Haliny Szymańskiej, agentki polskiego wywiadu, uczestniczki sekretnych rozmów między aliantami a szefem Abwehry, admirałem Wilhelmem Canarisem? Był za to Howard Compaigne, był Meredith Gardner, istnieli komandosi, działali cichociemni... Stał zamek Tzschocha i Schloß Fürstenstein, istniały Marklissa i Hirschberg (Jelenia Góra). Był kwiecień 1945 r. i ofensywa Armii Czerwonej, toczyły się boje o Lubań (Lauban), kontratakował Schörner, a tuż za przesuwającym się frontem trwało wielkie polowanie na niemieckie wynalazki, technologie, specjalistów. To wszystko historia.

Miłośnik i popularyzator dziejów najnowszych, jakim niewątpliwie jest Wołoszański, walczy w powieści z beletrystą. Pierwszy ma wiedzę i czuje powołanie do roli jej krzewiciela, drugi – pomysł, pasję i entuzjazm odkrywcy. Jeden chce prawdy i tylko prawdy, drugi zaś czuje, że nie da się jej ujawnić bez fikcji. Na to znów zżyma się pierwszy... Dodajmy: silniejszy.

W tej sytuacji fikcja, najważniejszy składnik powieści, sprowadzona zostaje do roli narzędzia i jej znaczenie maleje. Dla autora okazuje się – wobec historii – drugorzędna. Widać to zwłaszcza w scenach o walorach widowiskowych i większym dramatyzmie, jak choćby te, w których ukazano tragedię komandosów na polu minowym pod Czochą czy atak „szturmowików” na niemiecki konwój wojskowy.

Twórca specjalizujący się w thrillerach zbudowałby je i wykorzystał inaczej. Dobrze to, czy źle? Wszystko zależy od intencji autora. Jeśli Bogusław Wołoszański chce zostać beletrystą i pisać dreszczowce, nie może lekceważyć fikcji, przewidując dla niej tylko role drugoplanowe. Jeśli natomiast szuka nowej formy, „powieści opartej na faktach”, jak Twierdzę szyfrów nazywa się w reklamowych anonsach, jest na dobrej drodze, choć celu jeszcze nie osiągnął, skoro między historyczną prawdą a literackim zmyśleniem widać napięcie i brak równowagi. Jej znalezienie jest jeszcze przed nim.

Nie mam zamiaru wybrzydzać. Twierdza szyfrów nie zasługuje na złą ocenę. Sądzę jednak, że znakomity zamysł nie do końca się pisarzowi powiódł. To powieściowy debiut, a popularyzatorowi i twórcy literatury faktu trudno z dnia na dzień wystąpić w nowej roli. Przywykł do dawnej i ta daje o sobie znać. Musi pokochać fikcję, bo bez niej nie ma powieści... a co z hipotezą? Prawdę autor głosi, czy mami czytelnika? Póki dla historyków niedostępne są archiwa, jednoznacznej odpowiedzi nie będzie. Za właściwy komentarz do przypuszczeń Wołoszańskiego niech więc posłuży tytuł, jaki fragmentowi Muzy dalekich podróży nadał Teodor Parnicki; cóż – Mogło być tak właśnie...

Piotr Krywak

1 Informacje, jakie znalazłem o Zamku Czocha, określają czas jego powstania na pierwszą lub drugą połowę XIII stulecia. Są jednak i takie, w których mówi się o początkach XIV w. Nie ma też zgody, co do osoby jego fundatora. Najczęściej wskazuje się króla czeskiego Wacława II, jakkolwiek brani są także pod uwagę książęta świdnickojaworowscy. 
2 Bednarek, J. (2003-2005) Leśna. Zamek Książęcy Czocha (http://www.zamkipolskie.com/czocha/czocha.html). 


początek strony


Konspekt nr 4/2005 (24))
   Copyright © „Konspekt”. Kraków, maj 2006.  Statystyka

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna