Od redakcji
B. Faron

Bolesław Faron

List z „krainy kangurów”

Wśród absolwentów WSP w Australii

 

1

Podczas krótkiego pobytu na tym kontynencie – przełom lata i jesieni 2005 – spotkałem ich czworo: w Sydney (Nowa Południowa Walia) Mariannę i Bronisława Łacków, absolwentów geografii (1961-1966); w Adelaidzie (Południowa Australia) księdza Krzysztofa Matałę, po pedagogice opiekuńczej (1989-1993) oraz polonistkę Lilę Pukiewicz (1966-1971), moją magistrantkę. Pokazują mi swoje indeksy i dyplomy ukończenia uczelni, zabrane ze sobą w daleką drogę do Australii. Wszystkim się przydały. Przetłumaczone na język angielski wywierały wrażenie na tutejszych władzach oświatowych i uniwersyteckich. Nawet „kultura języka”, przedmiot, który wówczas obowiązywał w szkolnictwie wyższym na różnych kierunkach, wpisany przed lektoratem z angielskiego spowodował, że magister geografii Marianna Łacek uczy z powodzeniem Australijczyków języka angielskiego w państwowej szkole, a jej mąż - języka polskiego w tzw. szkole sobotniej.

Lila Pukiewicz przed dwoma laty otrzymała etat nauczyciela-bibliotekarza w tamtejszej szkole, pracuje również w komisjach egzaminacyjnych z języka polskiego, zaś ksiądz Krzysztof Matała został bez problemu przyjęty na studia doktoranckie na jednym z uniwersytetów w Adelaidzie, okazując dwa dyplomy: z seminarium duchownego i z Wyższej Szkoły Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. w innym przypadku (brak dyplomu z uczelni nauczycielskiej) musiałby przejść odpowiednią procedurę kwalifikacyjną.

W domu Marianny i Bronisława Łacków
W domu Marianny i Bronisława Łacków

Z rozrzewnieniem wspominają czasy spędzone na Straszewskiego 22, w Rynku Głównym nad Hawełką, na Podchorążych 2 czy Ingardena 4 (wówczas ul. Karasia). Pokazują wyblakłe już, biało-czarne zdjęcia z rajdów i domów studenckich (m.in. na ul. Mazowieckiej, gdzie dzisiaj mieści się Instytut Sztuki). Pytają o swoich profesorów – czy żyją?, czy pracują? Wśród wymienianych padają m.in. nazwiska: prof. Jana Flisa, dr. Tadeusza Ziętary, dr. Władysława Nowaka, prof. Józefa Kuźmy, mgr Magdy Szpyrko, dr Romy Kwiecińskiej, doc. Antoniego Jopka, prof. Wincentego Danka, prof. Stanisława Sierotwińskiego i doc. Władysława Szyszkowskiego. Uczelnia – w tym są zgodni – poza solidnym przygotowaniem merytorycznym dała im dobrą wiedzę metodyczną, która się przydaje nawet tu, w innych warunkach cywilizacyjnych, kulturowych i oświatowych.

 

2

22 sierpnia, z 20 minutowym opóźnieniem (około 15.30 tutejszego czasu) ogromnych rozmiarów Boening 777 ląduje na lotnisku w Sydney. Jestem w nim chyba jedynym pasażerem z polskim paszportem, gdyż bardzo zainteresowałem swoją osobą służby celne (może miała w tym udział również moja żółta walizka, która już kiedyś –w Izraelu – została szczegółowo zbadana. Zostałem zatem poddany szczegółowej kontroli: najpierw torba podręczna, potem owa nieszczęsna waliza. Celnik dokładnie dotykał jakimś aparatem każdego przedmiotu kosmetycznego, wkładał ręce do kieszeni garnituru. Kartkował książki, czasopisma i puste notatniki, aż dotarł do tomu opowiadań Bezdomne psy, australijskiego pisarza, wydanego po polsku w Krakowie przez Wydawnictwo Edukacyjne. – Kto to napisał, skądś znam to nazwisko? – zapytał –Wasz pisarz, Peter Skrzynecki. – a te słowa na okładce, to pana? – Tak. – Co pan robi w Polsce? – Jestem profesorem literatury. – OK. – stwierdził. Odstąpił od kontroli i skrzętnie spakował walizkę.

– Jest pan w porządku – mruknął na pożegnanie. w holu niecierpliwie oczekuje na mnie Bronisław Łacek. Jako znak rozpoznawczy trzyma książkę: Powrót do korzeni. u nich mam zamieszkać podczas pobytu w Sydney. Zamiast do domu, który znajduje się w dzielnicy Ashfield przy ul. Elizabeth 16, proponuje mi rundę samochodem po mieście. Jestem mocno zmęczony podróżą (ponad dwadzieścia godzin lotu z Wiednia), nie mogę jednak ominąć okazji rzutu okiem na miasto malowniczo położone nad zatoką. Jedziemy przez centrum. Kolonialne i federalne niskie domy z końca XIX i początku XX wieku, w które wtapiają się monumentalne wieżowce z boomu budowlanego w latach osiemdziesiątych. Nad morzem słynny gmach Opery i stary metalowy most Harbour. Naszym celem jest punkt widokowy Dover Highst, skąd można zobaczyć miasto w promieniach zachodzącego słońca. Moją uwagę od miejskich krajobrazów raz po raz odrywa barwna opowieść pana Bronisława o ich emigracyjnych losach, o emigracji nie tyle z wyboru, co z przypadku.

Zadecydowały o niej w pewnym sensie studia geograficzne na WSP. Kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych wuj Marianny, od wojny zamieszkały w Australii, odwiedził po raz pierwszy Kraków, spotkał się z ówczesną studentką geografii. Podczas rozmowy przy obiedzie u Hawełki okazało się, że bardzo dużo wie ona o tym kontynencie. Był zaskoczony. – Musisz zobaczyć to, czego cię nauczono. Dotrzymał słowa. w 1971 r. Marzanna otrzymuje zaproszenie. Po sześciu tygodniach rejsu włoskim statkiem dociera do Sydney. Rok później wysyła zaproszenie do kolegi ze studiów, Bronisława Łacka. Dokładnie w swoje imieniny otrzymuje list z Australii. Znajomości w ówczesnych urzędach pomogły, dostaje paszport i urlop ze szkoły.

Ona pochodzi z Olkusza, on z Łady na Lubelszczyźnie (ojciec – „kułak” w tamtejszych czasach, posiadał 15 hektarów ziemi). Oboje na studiach byli aktywni społecznie. Wtedy nawet nie sympatyzowali ze sobą, gdyż Bronisław opiekował się dziećmi swojej siostry i dziewczyny sądziły, że ich kolega jest żonaty, albo podąża do parku krakowskiego ze swoim nieślubnym dzieckiem. Do partii nie należeli, udzielali się w ZSP i w Kole Naukowym Geografów wraz ze Zbyszkiem Reguckim i Arkadiuszem Pilarzem.

Po studiach oboje podjęli pracę nauczycielską i wychowawczą w internacie Technikum Budowlanego w Nowej Hucie. Marianna została potem zatrudniona w I Liceum Ogólnokształcącym im. Nowodworskiego w Krakowie, a Bronisław w Szkole Podstawowej nr 102 w Nowej Hucie. Tak wiedli spokojny nauczycielski żywot, który był ich pasją. Po maturze ruszył „w świat”, trafił do Kamienia Pomorskiego, gdzie objął posadę nauczyciela, nie mając żadnych kwalifikacji. Uzupełniał je w Szczecinie, w Liceum Pedagogicznym. Po paru latach znalazł się w Krakowie dzięki siostrze, która tu pracowała jako pielęgniarka. Długo po terminie zgłosił się na studia geograficzne. Rozumny dziekan, prof. Jan Flis, zainteresował się jego nauczycielską przeszłością i mimo opóźnienia papiery przyjął.

Nie zamierzali emigrować. Ich celem było zwiedzić Australię, podreperować nieco nauczycielską kasę i wrócić do Polski. Początkowo nie otrzymali tutaj zgody na pracę, natomiast przyznano im pozwolenie na stały pobyt. Rozpoczęły się trudne dni i miesiące na obczyźnie, pogłębione brakiem znajomości języka angielskiego. Okazało się jak mało dał, lekceważony przez studentów, lektorat. Bronisław musiał porzucić ambicje nauczycielskie. Zajął się malowaniem mieszkań i porannym roznoszeniem mleka w dzielnicy Ashfield. Tutaj się pobrali. Urodziło im się trzech synów i jedna córka. Marianna pracowała najpierw na taśmie w wytwórni telewizorów, po czterech latach, intensywnych staraniach i konsekwentnej postawie otrzymała etat nauczyciela. – Oczywiście – wspomina – pamiętam tamten pierwszy dzień w szkole. Szczególnie utkwiło mi w pamięci zdumienie, że mówię do nich po angielsku, a uczniowie mnie rozumieją. Aha, jeszcze jedno! Zapomniałam sprawdzić w słowniku, jak nazywa się znak równości. Zapytałam więc uczniów: Słuchajcie, to jest lewa strona równania, to jest prawa strona, a w środku? – Sign of equality - odpowiedzieli chórem.

Uczyła matematyki, później geografii, a obecnie języka angielskiego i polskiego w szkole sobotniej. Początki były – jak widać – trudne. Najpierw wynajmowali pokój w starym domu z początku XX w., u wuja Marianny, potem, kiedy urodziło się pierwsze dziecko, dwa pokoje, a w końcu kupili cały budynek, spłacając go przez jakiś czas.

Dom przy Elizabeth Street 16 – jak wspomniałem – liczy ponad sto lat. Parterowy, otoczony tutejszą roślinnością, z korytarzem przez środek, od którego są wejścia do poszczególnych pokoi. – Wygodny – śmieje się syn Piotr – skoro rodzice wychowali w nim naszą czwórkę.

Ma swoją „duszę”. Stare urządzenia sanitarne, zabytkową wręcz umywalkę, solidne meble, ale to, co mnie zainteresowało szczególnie, to mocne akcenty polskie: reprodukcje obrazów Stanisława Wyspiańskiego, kilimy z motywami Krakowa, ze wzorami góralskimi, akwarela z widokiem na Giewont i góralem na pierwszym planie, fotografia Jana Pawła II, a przede wszystkim mnóstwo polskich książek, od literatury pięknej przez opracowania historyczne, po przegląd podręczników do nauczania języka polskiego w kraju (m. in. To lubię!) i za granicą (wydawnictwa Universitas).

Do kraju Łackowie postanowili wrócić na początku lat osiemdziesiątych. w Krakowie wpłacili odpowiednią kwotę na mieszkanie spółdzielcze. Paszport konsularny, a może inne okoliczności, stanęły na przeszkodzie, że należnego im lokalu nie otrzymali. Wypadki sierpniowe i późniejszy rozwój wydarzeń - stan wojenny - spowodowały, że w Australii pozostali niejako wbrew swojej woli.

Synowie, wykształceni na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu w Sydney, zajmują poważne stanowiska audytorów finansowych w różnych przedsiębiorstwach. Znakomicie władają językiem polskim, działają w harcerstwie, w zespołach artystycznych, są wychowani według tradycyjnych zasad patriotycznych. Znają historię i kulturę ojczystego kraju rodziców, odwiedzają Kraków, Warszawę i inne miejsca w Polsce. – Świadom naszych wad – powiada ojciec – starałem się przekazać dzieciom pozytywny obraz kraju, uczyć ich szacunku dla naszej przeszłości, dumy z tego, że są Polakami. To nam się udało. Efekty? m.in. to, że Ewa, urodzona i wychowana w słonecznym Sydney, wyszła za mąż za Polaka i od roku mieszka na Śląsku, tuż obok parku w Chorzowie. Uczy w Katowicach języka angielskiego. Marianna podkreśla, że córka w Australii przerwała karierę muzyczną, by wyjechać do Polski i chociaż czasem tęskni za morzem i słońcem Sydney, w kraju czuje się szczęśliwa. Teraz namawia braci, by poszli w jej ślady. Trochę są tą perspektywą strwożeni. Czyżby, o ironio, mieli tutaj pozostać sami? Chyba jednak najstarszy syn Tomek do Australii przywiezie żonę znad Wisły.

– A może myśmy nigdy z kraju nie wyemigrowali? – zastanawia się Marianna – Fakt, wyjechaliśmy! Ale, czy między wyjazdem a emigracją można postawić znak równości? Gdyby mi ktoś powiedział w ten styczniowy mroźny wieczór 1971 roku, że wyjeżdżam z Polski na stałe, to pieszo bym wróciła z pierwszej stacji, na której zatrzymał się pociąg relacji Warszawa - Wiedeń, do którego wsiadłam w Katowicach. w Australii żyje się o wiele łatwiej, to prawda. Ale o ileż ciekawiej żyje się w Polsce! – powiedziała Ewa w wywiadzie radiowym dla polskojęzycznego programu w Sydney.

 

3

Do Adelaidy przyleciałem 2 września. Z księdzem Krzysztofem Matałą spotykam się pierwszy raz. – Jak się rozpoznamy? – zapytałem przez telefon. – Mam czarną brodę. Sądzę, że nie będę miał w tym względzie na lotnisku konkurentów – odparł żartobliwie. Potwierdziło się. Zanim poznałem tego wysokiego, korpulentnego, 40-letniego mężczyznę, wiedziałem od jego znajomych, że się urodził w Zagórzanach koło Gorlic, że jego ojciec był wiertniczym naftowym, że pisał pracę magisterska u prof. Józefa Kuźmy na temat Praca jako czynnik wychowawczy w poglądach Bronisława Markiewicza. Po studiach założył Dom Dziecka w Pawlikowicach koło Wieliczki i podobną placówkę w Prankowcach pod Przemyślem.

Ksiądz Krzysztof Matała
Ksiądz Krzysztof Matała

Rozmawiamy w jego mieszkaniu przy lampce wyśmienitego australijskiego wina, którego Krzysztof jest smakoszem i największym znawcą jakiego tu poznałem. Na pytanie o motywy studiów odpowiada szczegółowo o swoich doświadczeniach szkolnych, koleżeńskich z uczniami z okolicznego domu dziecka.

– Imponowali mi swoją postawą, martwiła ich samotność. To był pierwszy etap mojej decyzji życiowej, studia w Seminarium Michalitów, a więc zakonu, którego celem jest m.in. niesienie pomocy dzieciom. – Kiedy rozpocząłem naukę w seminarium, postanowiłem uzupełnić wiedzę na temat wychowania w uczelni świeckiej, stąd wybór pedagogiki opiekuńczej. Wspomina, że ówczesny prorektor – prof. Michał Śliwa – potraktował jego i kolegę życzliwie, że nie przeszkadzała mu ich kapłańska droga życiowa. – a praca misyjna za granicą?

– Jej motywy sięgają chyba mojego dzieciństwa. Naczytałem się wówczas książek podróżniczych, m.in. o Papuasach. Postanowiłem ujrzeć ten świat na własne oczy. Podróże zresztą zawsze były moją pasją. Napisałem zatem pismo do władz kościelnych i w odpowiednim czasie otrzymałem zgodę. Najpierw była Australia. Tu, w Brisbane roczna nauka języka angielskiego, potem dwa lata Papua–Nowa Gwinea, gdzie pracowałem w parafii Minj, małym miasteczku, które zamieszkiwało 12000 katolików.

Oprócz głównego kościoła miał jeszcze 30 kaplic, do których trzeba było dojeżdżać. Kontakty z tubylcami bardzo dobre. Jedyne niebezpieczeństwo, napady rabunkowe na białych, go ominęło. Do jego obowiązków należało uczenie o Bogu, nauczanie higieny, prac ogrodniczych, pomoc w szkole, m.in. w organizacji cystern na wodę. Po dwóch latach wraca do Australii.

Mimo rozlicznych zajęć udaje mu się wygospodarować trzy dni, by pojechać ze mną do Mount Gambier, gdzie przez trzy lata pełnił posługę kapłańską. – Warto z autopsji poznać warunki naszej pracy – powiedział na zakończenie wieczornej pogawędki. Wyjazd, zaplanowany na niedzielę w południe, opóźnia się nieco. Ojciec Matała otrzymuje bowiem nagły telefon od przyjaciela Polaka. Zmarła mu niespodziewanie w szpitalu 47-letnia siostra, potrzebna pomoc w zorganizowaniu pochówku.

Do Mount Gambier jest ponad 450 km. Droga szybkiego ruchu, przy ograniczeniu prędkości do 110 km, której tu nikt nie przekracza i prawie pustej szosie, to tylko niecałe 4 godziny. Krajobraz urozmaicony, im bliżej morza tym bardziej równinny, z wszędobylskimi eukaliptusami. Mamy przegląd różnych form uprawy roli: najpierw rozległe winnice z kantynami, w których degustuje się wino, później pastwiska ze stadami krów i owiec, tuż przed celem naszej podróży gospodarka leśna, ogromne połacie sosny – sprowadzonej ze Stanów Zjednoczonych.

Mount Gambier, główne miasto i ośrodek handlowy regionu, wybudowano na zboczach wygasłego wulkanu o tej samej nazwie. w dwóch kraterach powstały jeziora. Odwiedzamy Błękitne Jezioro (Blue Lake), które podczas tutejszego lata jest niebieskie, a od marca do listopada przyjmuje szarą barwę. Mamy szczęście, również dzisiaj, na początku września, widać błękitne refleksy. Obok park dzikiej przyrody, kilkukilometrowa promenada, na której urządzamy codziennie poranne marszobiegi. Jeszcze dwie jaskinie w środku miasta, spacer prawie pustymi ulicami tej, liczącej 22 tysiące mieszkańców, aglomeracji. Życie toczy się tu wolno, leniwie. Później szybka wycieczka nad morze do Port Macdonnell, rzut oka na poszarpane klifowe wybrzeże, na zatopioną jaskinię i powrót do miasta, gdzie wraz z Krzysztofem udajemy się do jego parafian.

Wie o nich wszystko. Często odwiedzał ich w domach, w szpitalu, rozmawiał, spowiadał, pocieszał. Najpierw zachodzimy do Antonio, Włocha ożenionego z Holenderką. Oboje witają nas bardzo serdecznie. Ksiądz przywiózł im z Adelaidy wianuszek wiejskiej kiełbasy, wykonanej domowym sposobem przez jakiegoś Polaka. Częstują nas kaczką z boczkiem, a przede wszystkim znakomitym winem, które Antonio sam produkuje. Pokazuje nam swoją Cantine, w której, z zakupionych winogron, wytwarza co roku około 800 litrów wina, zresztą nie tylko wina, również różnego rodzaju grappy z ziołami. Antonio jest już na emeryturze, jego żona przyjęła włoską kulturę i obyczaje. Są bardzo gościnni, zachęcają, wręcz zmuszają do jedzenia. Widać, że ksiądz Krzysztof jest przez nich lubiany i szanowany. Ze wzruszeniem nas żegnają.

W następnym domu atmosfera podobna. Tym razem u Polaka, mojego imiennika, urodzonego w okolicach Łucka na Kresach Wschodnich. w wieku 15 lat został wywieziony na roboty do Niemiec. Po 1945 r. służył w kompanii wartowniczej u Amerykanów, chciał wyjechać do USA. Po wojnie ożenił się z Niemką. Jakieś biurokratyczne przeszkody – bodajże zbyt małe dziecko (kilka miesięcy) uniemożliwiły ten wyjazd. Wyemigrował więc do Australii z nadzieją na spokojne życie. Swoje – jak powiada – tutaj przeszedł. Teraz jest szczęśliwym emerytem. Kiedy przed dwoma laty żona uległa wypadkowi (wybuch oleju w kuchni) i cudem dało się ją uratować, to właśnie ojciec Krzysztof odwiedzał ją w szpitalu, udzielał sakramentu komunii, rozmawiał, pocieszał, podtrzymywał na duchu. Są mu za to bardzo wdzięczni. Na pożegnanie Bolesław wyjmuje z lodówki „wyborową”. – Musicie się ze mną napić... – proponuje.

Od „wyborowej” rozpoczyna się też wizyta u kolejnego Polaka, Ignacego. Życiorys bardzo podobny do Bolesława, z jedną tylko różnicą. Urodził się w okolicach Szczekocin na Kielecczyźnie. w tym samym roku i w tym samym wieku, co poprzednik został wysłany na roboty do Niemiec, pracował u dwóch bauerów. Robota była ciężka. Traktowali go jako tako. Po wojnie krótki pobyt we Włoszech i... Australia. Tu przeszedł podobną drogę jak wszyscy emigranci dipisi. Określenie to odnosiło się do Europejczyków, którzy po wojnie nie chcieli lub nie mogli wracać na tereny zajęte przez ZSRR, czy będące pod jego wpływem. Znajdowali się oni głównie na terenie Niemiec i Austrii. Najpierw pobyt w obozie, praca w mleczarni, potem przy wyrębie drzewa. Pierwszą robotę wspomina bardzo przykro. Australijczyk pochodzenia angielskiego źle odnosił się do Polaków. Z księdzem rozmawiają o nieżyjącej od roku żonie, o jego pasjach: wędkowaniu i myślistwie. Opowiada o pladze królików, która w latach pięćdziesiątych nawiedziła Australię. Ze wzruszeniem żegna księdza. Namawia Krzysztofa do powrotu do Mount Gambier.

Kangur

Kolacja w restauracji „Bon Giorno” u kolejnej parafianki, tym razem Włoszki Marii, urodzonej tutaj, wpatrzonej w księdza jak w obrazek. Towarzyszą nam jej trzy córki i miejscowy lekarz. Włoska kuchnia i australijskie wino. Atmosfera jak w Cantinach na obrzeżach Rzymu, choć konsumentów Włochów stosunkowo mało. Ksiądz czuje się tutaj jak ryba w wodzie. Przy każdym stoliku ma znajomych parafian. Jest rozrywany. Każdy chce z nim zamienić parę słów. Widać, że jest z nimi zżyty. Traktują go jak brata.

 

4

Jeszcze jedna krótka wizyta na obrzeżach Adelaidy. Tym razem u Lili Pukiewicz z domu Zimląg. Mieszka wraz z mężem 50 km od centrum, w miejscowych górach, w buszu. Obszerny, solidny dom z przeszklonymi ścianami, przez które widać eukaliptusy i nieprzebrany las. Cisza absolutna, przerywana od czasu do czasu głosem papug. Nocą obejście, chyba dwuhektarowy busz, odwiedzają kangury. Ich ślady co rano odnajdujemy tuż przed domem. Deszcz nie pozwala nam na większe wyprawy, więc całe niedzielne przedpołudnie poświęcamy na zwiedzanie ich posiadłości. Dariusz ze znawstwem opisuje mi każde drzewo (twierdzi, że eukaliptusów jest w Australii ponad 300 odmian), każdego ptaka, każdy krzew i trawę. z dumą mówi o swoich ekologicznych działaniach (niszczy jeżyny, które zabijają busz, sadzi natomiast tutejsze rośliny). Na pytanie, kiedy upora się z tym zadaniem odpowiada – Liczę na czas emeryta. Wówczas bez reszty poświęcę się kontaktom z przyrodą.

Lila Pukiewicz
Lila Pukiewicz

Długie nocne rozmowy prowadzimy przy wybornym winie. Lila we wspomnieniach wraca do czasów studiów na WSP, pokazuje indeks, m.in. z moimi podpisami, przypomina koleżanki – Ninę Zdyb, Ewę Łubieniewską, Andrzeja Gurbiela. Opowiada o swojej pracy nauczycielki w Nowym Targu, w Krośnie Odrzańskim na Śląsku i w Siedlcach. Wyemigrowali z Polski w 1997 r., najpierw do Niemiec, potem do Australii. Po siedmiu latach bez stałej pracy (okazjonalnie uczyła m.in. języka hiszpańskiego), obecnie otrzymała etat nauczyciela bibliotekarza, pracuje też w komisjach egzaminacyjnych z języka polskiego. Są sami. Dorosła córka wyjechała w podróż dookoła Australii. Ukończyła wydział prawa na tutejszym uniwersytecie. Przez jakiś czas była adwokatem. Mąż Lili pracował w Polsce jako sędzia, później radca prawny. Tutaj jest zatrudniony w jakimś przedsiębiorstwie w dziale informacji. z zaciekawieniem pyta o przypadający w 2006 r. jubileusz 60-lecia WSP (AP). Chętnie wybrałaby się na te uroczystości, gdyby odbywały się jakieś zjazdy absolwentów...

Bolesław Faron


początek strony


Konspekt nr 4/2005 (24))
   Copyright © „Konspekt”. Kraków, maj 2006.  Statystyka

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna