Rozmowy „Konspektu”

Staram się zawsze
iść swoją drogą…

Rozmowa z Jerzym Engelem

Stanisław Skórka: – Chciałbym zacząć od problemu terminologicznego. Często, kiedy oglądamy transmisje z meczów, okazuje się, że na boisku mamy do czynienia nie tylko z piłkarzami czy sędziami, ale też z menedżerem, trenerem, selekcjonerem. Jaka jest różnica pomiędzy tymi funkcjami?

J. Engel
J. Engel

Jerzy Engel: – Olbrzymia. Jeśli chodzi o selekcjonera – jest to termin praktycznie zarezerwowany tylko i wyłącznie dla jednego trenera w Polsce, który prowadzi reprezentację narodową. Sama zaś reprezentacja, to jedyny zespół, gdzie nie trenuje się piłkarzy, lecz wybiera ich spośród najlepszych, opracowuje dla nich taktykę i przygotowuje do kolejnego meczu jedynie pod względem taktycznym i psychologicznym. w pracy selekcjonera nie ma sterowania treningiem. Trener to człowiek, który prowadzi cały proces szkoleniowy tak, by pomóc zawodnikowi uzyskać mistrzostwo sportowe – pojedynczo lub zespołowo. Menedżer natomiast odpowiada w klubie za szkolenie i za kompletowanie zespołu, a więc również za transfery i politykę kadrową.

S.S.: – Pytam o to nie bez powodu: byłem zdziwiony, gdy dowiedziałem się, że Jose Mourinho, słynny menedżer Chelsea Londyn, nigdy nie grał w piłkę nożną, a osiąga takie sukcesy…

J.E.: – Może tak być. Są osoby, które nigdy dobrze nie grały w piłkę nożną, a osiągnęły sukcesy jako trenerzy z tego tylko względu, że są odpowiednio przygotowani. Mourinho wyszedł z domu piłkarskiego – jego ojciec był trenerem, a więc nasiąkał od dziecka tematyką piłkarską. Mój syn podobnie. Już jako dzieciak siedział w szatniach, kiedy były odprawy zawodników, bo on to uwielbiał – był w szatniach, kiedy się przegrywało i wygrywało; chłonął wszystkie napływające informacje o piłce nożnej. i chyba dzięki temu został szkoleniowcem. Mourinho musiał zaczynać podobnie.

Zawód trenera jest szalenie trudny, a to z tego względu, że tak naprawdę tego zawodu w Polsce zupełnie się nie szanuje. Jest za to ceniony za granicą. U nas osoby, które rządzą klubami, nauczyły się, że bez względu na trenera i tak niewiele się zmieni – zawodnicy raz zagrają lepiej, a raz gorzej – a przecież to zupełnie nie na tym polega. Musi być ciągłość szkolenia, ciągłość pewnej myśli szkoleniowej

S.S: – W takim razie jakie cechy powinny charakteryzować trenera, a jakie menedżera drużyny?

J.E.: – Trener musi być człowiekiem fantastycznie wyedukowanym, jeśli idzie o metodykę szkolenia, a to z tego względu, że dostaje najróżniejszych piłkarzy do kształcenia. Trener szkoli ich właściwie od najmłodszych lat; mamy przecież grupy młodzieżowe: nastolatków i seniorów. i na każdym etapie potrzeba zupełnie innego rodzaju nauczania i szkolenia. Jest to działanie wielokierunkowe, na jednym spotkaniu niemożliwe jest omówienie wszystkich aspektów treningu. Wystarczy powiedzieć, że trzeba nauczać i techniki, i taktyki. Ponadto należy właściwie kształcić poszczególne cechy motoryczne, zauważone u konkretnych zawodników, bo budowa każdego mięśnia jest inna i każdy mięsień posiada inne predyspozycje – albo szybkościowe, albo wytrzymałościowe.

W związku z tym dla każdego zawodnika musi być dobrany indywidualny rodzaj treningu. Dlatego trener musi mieć olbrzymią wiedzę. Jeśli natomiast chodzi o menedżera – ten musi mieć przede wszystkim fantastyczne oko, które pozwoli mu wyłapać najlepszych piłkarzy spośród obserwowanych i dopasować ich do powstającego zespołu. On odpowiada za politykę kadrową klubu, w związku z tym wie, kogo w najbliższym czasie trzeba będzie się pozbywać, a kogo i gdzie będzie można znaleźć, aby cały zespół zrobił kolejny krok naprzód. Bez wątpienia są to dwie zupełnie inne profesje.

S.S: – Czyli wygląda to tak, że trener przygotowuje zawodnika, wykonuje tę „czarną robotę”, natomiast menedżer zwyczajnie korzysta z jego pracy – słowem „spija śmietankę”?

J.E: – Tak, zgadza się. Także w Polsce trenerzy wykonują pracę Syzyfa. Nauczamy, szkolimy, przygotowujemy, a kiedy zawodnik jest gotowy – ucieka za granicę, gdzie interesują się nim lepsze kluby. Tak stało się z zawodnikami Wisły Kraków. Przecież oni wszyscy wyjechali i teraz trzeba tworzyć nową Wisłę od początku, nauczając, szkoląc i przyjmując takich piłkarzy, jakich mamy dzisiaj – póki co – niedouczonych. Za parę lat będą grali tak, jak ich poprzednicy, ale wtedy będą się nimi interesowały zupełnie inne kluby.

Marcin Kania: – Jako trener jest Pan nauczycielem kolejnych pokoleń zawodników. Ale jako nauczyciel sam Pan posiadał swoich mistrzów. Właśnie o nich chciałbym zapytać: kim byli, jak skłonili Pana do obrania tej drogi życiowej?

J.E: – Muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o piłkę nożną, nie miałem dobrych nauczycieli. Wychowywałem się w międzyszkolnym klubie sportowym Junak Włocławek. Chodziłem wtedy do Liceum im. Marii Konopnickiej, gdzie graliśmy z grupą zdolnych chłopaków. Był to biedny klub, zresztą jak wszystkie uczniowskie. Mieliśmy tylko dwie piłki, a więc nie było mowy o szkoleniu, ale i tak zaszliśmy bardzo wysoko, bo graliśmy w finałach mistrzostw Polski. Jako Junak Włocławek zajęliśmy siódme miejsce, a wspaniałe było to, że sami na ten wynik zapracowaliśmy, bez pomocy żadnego nauczyciela. Później, kiedy znalazłem się w trzecioligowym Kujawiaku Włocławek, trafiłem na Kazimierza Gurtatowskiego, rzeczywiście dobrego trenera. Ale to były zupełnie inne czasy, futbol spełniał całkiem odmienną rolę niż dzisiaj. Uczyłem się współpracować z zawodnikami, którzy na co dzień byli murarzami, cieślami, wykonywali tysiące innych rzeczy, a piłkę nożną traktowali jako dodatek do życia i do zarobków. i dopiero, kiedy zjawiłem się na AWF-ie, który miał wtedy trzecioligową drużynę w Warszawie, zaczęło się bardziej poważne traktowanie futbolu. Także wtedy złapałem bakcyla, który jest niezbędny, aby zakochać się w swoim zawodzie. Piłka nożna rzeczywiście mnie pochłonęła. Jerzy Talaga nauczył nas, żeby wszędzie szukać informacji na temat futbolu, ale póki co – a było to dobrych trzydzieści lat temu – nie w Polsce. Ponieważ mówiłem płynnie paroma językami – rodzice dbali bardzo o moją edukację – chłonąłem tematykę niemiecką, bo książki stamtąd było nam dostać najłatwiej. Ówczesnym europejskim guru piłki nożnej był Helmuth Schoen, trener niemiecki, który prowadził najlepszą chyba reprezentację w historii Niemiec. Wygrywała ona wszystko, co było do wygrania – więc to na nim z początku wszyscy się wzorowaliśmy. Potem przyszła szkoła węgierska i tłumaczenia na język angielski podręczników węgierskich. Trzecią szkołą stała się szkoła rosyjska, na której najwięcej się uczyliśmy, bo – co tu oszukiwać – najwięcej materiałów szkoleniowych przysyłali nam właśnie Rosjanie. Ja sam jestem po takiej „ciężkoatletycznej” szkole, która uczyła nas przede wszystkim szybkiego budowania tkanki mięśniowej. Wyraźny zwrot w edukacji piłkarskiej miał miejsce – moim zdaniem – w momencie, kiedy za granicę zaczęli wyjeżdżać pierwsi nasi zawodnicy. Wracając przywozili zupełnie nowe teorie i materiały szkoleniowe. i rzeczywiście, od tego czasu powoli rysował się obraz systemu nauczania, który musiał być powiązaniem Wschodu z Zachodem, bo przecież polskiej szkoły nauczania nigdy nie było.

Pracujemy pod wielką presją mediów: one kreują pewne zachowania i ustawiają przeciwko trenerom kibiców, zawodników, a czasami kluby i zarządy. W związku z tym, jeśli ktoś raz ulegnie mediom i odejdzie ze swojej ścieżki, to już nigdy na nią nie wróci. Ja staram się iść zawsze swoją drogą

M.K.: – Ale czy dzięki temu nie wytworzyła się specyficzna szkoła, powiedzmy, „szkoła środka”?

J.E.: – Polska była zawsze „papugą narodów”, tak więc chwytaliśmy trochę tu, trochę tam. Byliśmy oryginalni i nadal jesteśmy, jeśli chodzi o teorię. Nasi naukowcy rozpracowali metodologię kształtowania poszczególnych cech motorycznych wydolności człowieka, dzięki czemu polscy trenerzy są bardzo szeroko wykształceni z tej dziedziny. Polskie uczelnie – co zawsze podkreślam – przygotowują świetnych fachowców. Byłem na paru konferencjach międzynarodowych, gdzie prowadziłem wykłady, i sądzę, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić.

M.K.: – W swojej książce: „Prosta gra. Mistrzostwa Świata w piłce nożnej 2002” napisał Pan: „Życie trenera jest jak bolid pędzący z ogromną szybkością do mety”. Proszę powiedzieć, w jaki sposób radzi Pan sobie z takim pędem, z takim życiem?

J.E: – Zawód trenera jest szalenie trudny, a to z tego względu, że tak naprawdę tego zawodu w Polsce zupełnie się nie szanuje. Jest za to ceniony za granicą. U nas osoby, które rządzą klubami, nauczyły się, że bez względu na trenera i tak niewiele się zmieni – zawodnicy raz zagrają lepiej, a raz gorzej – a przecież to zupełnie nie na tym polega. Musi być ciągłość szkolenia, ciągłość pewnej myśli szkoleniowej. Najszybciej zrozumieli to Anglicy, którzy właśnie wokół trenera skupiają cały rozbudowujący się sztab szkoleniowy i klub. w Wielkiej Brytanii trenerzy pracują po kilka, kilkanaście lat z jednym zespołem, mając znakomite wyniki. U nas, niestety, tak nie jest. Wystarczy przegrać jeden, dwa mecze i... To jest właśnie ten bolid, który pędzi i nie wie, czy już jest na mecie, czy ta meta jest jeszcze daleko przed nim. w związku z tym musimy się spieszyć. Ze wszystkim, co robimy. Nie możemy myśleć, że coś zostawimy na jutro. w naszym zawodzie tego nie ma – musimy pracować „na wczoraj”, a dziś muszą być wyniki, bo tego się od nas wymaga. To nie jest właściwe. Pracujemy pod wielką presją mediów: one kreują pewne zachowania i ustawiają przeciwko trenerom kibiców, zawodników, a czasami kluby i zarządy. w związku z tym, jeśli ktoś raz ulegnie mediom i odejdzie ze swojej ścieżki, to już nigdy na nią nie wróci. Ja staram się iść zawsze swoją drogą. Był taki czas, kiedy prowadziłem reprezentację narodową, wprowadzałem nowe metody szkolenia i w ogóle cały system pracy z kadrą, co nie było łatwe – i przez osiem miesięcy spotykałem się z ciągłą krytyką…

S.S.: – Wtedy przegrywaliśmy…

J.E.: – Ale nigdy nie zszedłem nawet na centymetr z raz obranej drogi. To, że codziennie ma Pan tysiące „doradców”, nie znaczy wcale, że trzeba ich słuchać. Wszyscy wiedzą lepiej, ale są to zawsze tzw. „trenerzy poniedziałkowi” – bo w poniedziałek każdy doskonale wie, co trzeba było zrobić na sobotnim czy niedzielnym meczu. Gdyby raz człowiek zaczął słuchać kogokolwiek, gdziekolwiek, i uległ podpowiedziom, to rzeczywiście już nigdy nie wróciłby do tego, co robił. Staram się realizować słowa Mourinho: „Jestem taki, jaki jestem i koniec. Jak się komuś to nie podoba, to jest jego sprawa. Ja się nie zmienię”. Ja też się nie zmienię, bo po prostu wiem, co jest najlepsze dla poszczególnych graczy, wiem, co jest najlepsze dla zespołu, wiem, w jakim momencie jestem z zespołem i czego nam brakuje. Tego na pewno nie wiedzą ludzie, którzy oglądają mecz, który jest tylko wynikiem pewnej pracy, natomiast nikt nie ocenia, na jakim etapie rozwoju znajduje się zespół. Ale takim już społeczeństwem jesteśmy, że właściwie nic nam się nie podoba. Wszystko jest u nas złe, a jeżeli ktoś zrobił coś lepiej od nas, trzeba go zmieszać z błotem. Nie jest to normalne, dlatego trzeba walczyć z chamstwem, z tym, że ludzie bez powodu starają się innemu zrobić krzywdę, poprzez najróżniejsze, pozasportowe historie.

S.S.: – Skoro mowa o mediach... Po Mistrzostwach Świata w Korei prasa zaczęła domagać się Pana odejścia. Prezes PZPN początkowo zapewniał, że nie zamierza zmieniać selekcjonera. Wkrótce jednak Pana dymisja stała się faktem, niewątpliwie pod naciskiem mediów. Eliminacje do Mistrzostw Europy - prowadzone już pod wodzą Zbigniewa Bońka - wykazały, że był to zły ruch, bo nagle zmieniła się koncepcja przygotowań i gry, a na to, by przyniosła sukces, zabrakło czasu...

J.E.: – Zbigniewowi Bońkowi też się wydawało, że czeka go proste zadanie: zespół łatwo zwyciężał, pięknie grał, eliminacje do Mistrzostw Świata przeszły fantastycznie, bo choć grupa była trudna, poradziliśmy sobie. Boniek sądził, że w eliminacjach Mistrzostw Europy damy sobie radę, ponieważ wylosowaliśmy słabszych rywali. Myślał, że już nauczył się wszystkiego, co obserwował w mojej pracy przez te kilka lat. Słyszałem, jak mówił w radiu, że chciał się sprawdzić jako selekcjoner, ponieważ we Włoszech mu nie wyszło. No i sprawdził się. Zobaczył, że to nie jest proste. Bo żeby prowadzić zespół na poziomie reprezentacji narodowej, trzeba jednak minimum dwadzieścia pięć lat spędzić „przy murawie”, zgromadzić bagaż doświadczeń… Kadra narodowa to wielkie wyzwanie…

S.S.: – Nasza reprezentacja zakwalifikowała się trochę szczęśliwie, ale zasłużenie, do Mistrzostw Świata w Niemczech. Jednak słyszy się wszędzie, że mamy w piłce nożnej kryzys, zresztą już Pan o tym wspominał. Jak wytłumaczyć, że w czterdziestomilionowym kraju, gdzie na podwórkach i boiskach szkolnych bez przerwy gra się w piłkę, nie możemy doczekać się następców Laty, Deyny, choćby nawet Żurawskiego. Jak uzdrowić polską piłkę nożną? Jaką miałby Pan na to receptę? Czy lekarstwem może być zatrudnienie zagranicznych trenerów do pracy z polską młodzieżą, czy może zwiększenie klubów, ognisk sportowych zajmujących się kształceniem? a może wszystko – zwyczajnie – opiera się na pieniądzach?

J.E.: – Ludzie nie rozumieją, że sami zabijamy polski futbol. Zniknęło bardzo wiele małych klubów, które szkoliły młodzież. Po prostu nie stać dzisiaj nikogo na to, żeby takie kluby prowadzić. Kiedyś ktoś za to płacił. Teraz już nikt tego nie robi, bo wszystko musi być prywatne. a jeśli nie ma być prywatne i chcemy stworzyć inny system, to muszą zająć się tym samorządy. Jeżeli problemu szkolenia piłkarskiego młodzieży nie rozwiążą, polską piłkę nożną czeka poważny kryzys, chociażby dlatego, że coraz trudniej jest przyciągnąć młodzież do klubu. Dawniej, kiedy robiłem nabór do warszawskiej Legii, przychodziło około 1500 chłopców. Dzisiaj przychodzi 20–25, maksymalnie 50, a połowę z nich zmuszają do tego rodzice. i co najważniejsze – dawniej młodzież ćwiczyła za darmo. Chłopcy wszystko dostawali z klubu. Dzisiaj rodzic musi płacić od 30 do 50 zł, plus obozy po 500 zł itd. Tym samym godzimy się na to, że uciekają nam z klubu tysiące chłopców, których rodziców nie stać na związane ze szkoleniem wydatki. To kolosalny problem. Jeśli już zdarzy się, że ktoś prowadzi drużynę, robi to za naprawdę małe pieniądze, więc często nie zajmuje się tym poważnie.

Mam stronę internetową, którą odwiedzają tysiące dzieciaków. Piszą, żeby im pomóc, bo sami trenują, sami ćwiczą, ale nikt się nimi nie opiekuje. Ale jak można im pomóc w całej Polsce? Dlatego uważam, że musi wreszcie zostać stworzony system, w ramach którego lokalne samorządy zatrudniać będą szkoleniowców prowadzących 20–30 osobowe grupy, skupiające młodzież w różnym wieku. i w takich grupach powoli będą się szkolić. w miastach, gdzie dominują blokowiska, nie ma już w ogóle małych boisk. Na szczęście opamiętano się i rozpoczęto akcję tworzenia maleńkich boisk: o wymiarach 3x3 lub 5x5 – żeby młodzież mogła gdzieś grać. To jednak zdecydowanie za mało, żeby mówić o systemie, który stworzy młodzieżowe zaplecze współczesnej piłki, takie, z którego można będzie w przyszłości wyselekcjonować najciekawszych zawodników.

S.S.: – A czy problem nie zaczyna się też w samej szkole? Mam na myśli redukcję godzin z wychowania fizycznego…

J.E.: – Był już taki minister edukacji, który zredukował godziny wychowania fizycznego w szkołach. Sport musi być zaszczepiany od najmłodszych lat, żeby człowiek od dziecka przywykł do aktywności fizycznej. w Polsce zmiany mentalności zachodzą powoli; czasy komuny dawno minęły i ludzie znów próbują jakoś zagospodarować czas wolny. i to nie tylko, jeśli chodzi o sport, bo wydaje mi się, że rozwija się ogólna kultura społeczeństwa. a im wyższa kultura społeczeństwa, tym wyższy poziom kultury fizycznej.

S.S.: – Podobną sytuację mamy na uczelniach, gdzie godzin wychowania fizycznego też jest niewiele. Ponadto wielu studentów nie uczęszcza na zajęcia, stara się czas zagospodarować inaczej; myślę więc, że przyszli nauczyciele już mają tę wadę – kończą studia z wykształceniem, w którym na sport nie zwraca się uwagi.

J.E.: – Zdecydowanie tak! Ja w ogóle jestem przerażony, kiedy pomyślę, że kiedyś środowiska akademickie utrzymywały najwyższy poziom sportowy. Mało tego – oprócz faktu, że sportowiec był świetnym zawodnikiem, posiadał wykształcenie. To wszystko zostało zabite i zredukowane do zera. Dzisiaj Ministerstwo Sportu winno odbudować całą strukturę. Oby jak najszybciej.

M.K.: – Często się słyszy, że nasi sportowcy są nadmiernie rozpieszczeni, stają się medialnymi kukiełkami, a nie zawodnikami zdeterminowanymi do walki. Czy mógłby Pan dokonać porównania dawnego piłkarza, na przykład z drużyny Kazimierza Górskiego, i współczesnego?

J.E.: – Niewątpliwie czasy się zmieniły. Zupełnie inaczej żył Górski i jego ekipa, inaczej żyjemy my. Tamci sportowcy też byli rozpieszczani, tylko w zupełnie inny sposób. Dostać w latach siedemdziesiątych mieszkanie w Warszawie, to było coś, a przecież najlepsze zespoły takimi metodami przyciągały najlepszych graczy. Piłkarze byli rozpieszczani zawsze, bo to jest zawód, który trwa krótko, maksimum 10 lat, więc co człowiek zarobi – to jego. Tamta ekipa była o tyle łatwiejsza do prowadzenia, że miała zakaz wyjazdu za granicę. Górski robił zgrupowania po 14 dni, zbierał chłopaków, a na ten czas przerywano ligę i były świetne przygotowania do meczów reprezentacji narodowej. w tej chwili selekcjoner ma tylko 48 godzin na mecze towarzyskie, a na mecze o punkty – cztery dni. a więc jest to zupełnie inna praca selekcyjna.

S.S.: – Czy nasi piłkarze są przygotowani do transferu – do pracy za granicą, czy np. uczą się języków? Przypominam sobie sprawę Kazimierza Deyny – legendy światowego futbolu, który dopiero po trzydziestce przeszedł do klubu zagranicznego, ale nie mógł się w nim odnaleźć, między innymi przez barierę językową.

J.E.: – Z tym jest różnie – jedni tak, inni nie. Dobrze pan powiedział o Deynie, że poszedł, jak miał trzydzieści lat, ale właśnie takie były przepisy. Był zakaz wyjazdów w ogóle, potem wolno było wyjechać po skończeniu 27 lat, ale i tak państwo nie zezwalało na opuszczenie kraju przez najlepszych sportowców. Niektórzy uciekali, tak jak Andrzej Rudy, który „zniknął” podczas wyjazdu z kadrą. Nie było to ładne. Ale wszystkie obostrzenia, żelazna kurtyna – to był zupełnie inny świat, inne życie. Sport opierano na ideologii narodowościowej, mówiło się, że trzeba, bo my Polacy, musimy się wykazać... Teraz jest inaczej, ponieważ Europa stała się jedną wielką wioską. Dzisiaj bez paszportu można jeździć po całej Europie. Młodzi ludzie nie rozumieją, że kiedyś, aby dostać paszport, trzeba było różnych cudów dokonywać. a gdy drużyna gdzieś jechała, to miała większą ekipę pilnującą niż liczbę zawodników. Stąd, grając przeciwko Anglikom, Holendrom czy innym drużynom narodowym, niektórzy z naszych zawodników cierpią na polski kompleks; sądzą, że nie potrafią sprostać tym osławionym drużynom. i myślę, że to jest właśnie powód wielu porażek.

S.S.: – Tak, właśnie ten „kompleks angielski”, chyba daje się nam mocno we znaki przez ostatnie dwadzieścia lat…

J.E.: – Każdy z tych chłopców marzy, żeby trafić do ligi angielskiej. Gdy ogląda gwiazdy grające w niej na co dzień, to grę w angielskim klubie uważa za szczyt marzeń.

Sport musi być zaszczepiany od najmłodszych lat, żeby człowiek od dziecka przywykł do aktywności fizycznej. W Polsce zmiany mentalności zachodzą powoli; czasy komuny dawno minęły i ludzie znów próbują jakoś zagospodarować czas wolny

S.S.: – Proszę nam opowiedzieć o swoim najważniejszym meczu w karierze.

J.E.: – Było takich parę, nie można mówić tylko o jednym. Kiedyś, na przykład, grałem z Legią ważny mecz, w pucharze UEFA, z Interem Mediolan na Saint Siro. Wynik bezbramkowy, mimo że w skład Interu wchodziło siedmiu reprezentantów Włoch, dwóch reprezentantów Niemiec i jeden Argentyńczyk. To była niesamowita drużyna. Uzyskaliśmy wtedy wynik 0:0 i w Warszawie – tak samo – ale na minutę przed końcem dogrywki straciliśmy gola. Na długo pozostał mi w pamięci. Inne, już z reprezentacją Polski, okazały się równie ciężkie, ale zakończyły się sukcesem; pierwszy był eliminacyjny mecz w Kijowie, nasi chłopcy nawet nie myśleli o porażce – i wygraliśmy 3:1 z Ukrainą. To rozpoczęło nasz marsz do Mistrzostw Świata. Fantastyczny mecz. Drugi, z Norwegami, graliśmy w Warszawie. Chociaż ludzie przypominają mi jeszcze wcześniejszy, wyjazdowy, zakończony wynikiem 3:2 dla Polski, to jednak w Warszawie ostatecznie przesądziliśmy sprawę: 3:0. Chyba najcenniejszy z nich wszystkich. Równie ważne były dwa mecze w Korei: pierwszy, przegrany z Portugalią 0:4, bo praktycznie kończył nasz udział w mistrzostwach, i drugi wygrany w świetnym stylu – ze Stanami Zjednoczonymi (3:1). Ciekawy był też dwumecz z Panathinaikosem w Krakowie. Szkoda, że nie wyszedł do końca, ale zagraliśmy rzeczywiście na poziomie Panathinaikosu i to było dobre.

S.S.: – Jak się Panu pracowało w Krakowie?

J.E.: – Trudno. Krakowskie środowisko nie jest łatwe. Głównie z powodu „trenerów poniedziałkowych”. i to jest przedziwne, bo tutaj ludzie nie żyją na co dzień tak bardzo blisko siebie. Powiedziałbym, że w Warszawie żyje się bliżej, ludzie spotykają się znacznie częściej, są serdeczniejsi. Natomiast Kraków jest nieco zdystansowany, tutaj każdy czuje się wielkim indywidualistą, stąd trudno zintegrować środowisko sportowe.

S.S.: – Na zakończenie jeszcze jedno pytanie. Jak Pan sobie radzi ze stresem? Grał Pan mecze o wielką stawkę, z jednej strony ciężar odpowiedzialności i kibice, z drugiej pracodawca, oczekujący wyników i media, które – zdarza się – są nieprzychylne trenerowi...

J.E.: – Przede wszystkim nie wolno być monotonnym, to znaczy nie wolno robić tylko jednej rzeczy. Staram się nie myśleć tylko o futbolu. Trzeba mieć wiele innych dziedzin zainteresowań, które pozwalają całkowicie odejść od tego, co się robi. Ja uwielbiam dobry film, lubię pójść na dobrą sztukę teatralną, przeczytać ciekawą książkę... Sam je przecież piszę – ale już typowo szkoleniowe. Poza tym jestem hodowcą koni. Mam konie pełnej krwi angielskiej. Gdy rodzą się źrebaki, jeździmy z żoną do stadnin, staramy się być blisko nich, potem ścigają się na Służewcu. Jest więc mnóstwo dziedzin, którymi staram się odizolować od futbolu, bo gdybym cały czas żył w tym „kotle”, myśląc, że: wygrało się mecz, przegrało się mecz, napisali to czy tamto, a tutaj jeszcze prezesi – to rzeczywiście człowiek by zwariował. Życie natomiast jest piękne i tylko jedno, niestety, dla każdego z nas. Nie wolno tracić czasu na zmartwienia. Bo mamy ich za dużo w życiu. Ja również mam poważne zmartwienia z moimi rodzicami, którzy jeszcze są, że tak powiem, razem ze mną, ale już oboje w podeszłym wieku – mama prawie dziewięćdziesiąt, ojciec już po dziewięćdziesiątce – to są najpoważniejsze, życiowe zmartwienia, reszta się nie liczy. Trzeba powiedzieć, że to jest tylko sport. Tak samo jak teatr, kino, jak wszystkie inne rzeczy, które robi się dla ludzi. Bo my robimy widowisko dla ludzi, z tą tylko różnicą, że nasze widowisko, jest nieprzewidywalne do końca. Nawet Hitchcock by tego nie wymyślił, co my potrafimy pokazać czy w Atenach, czy gdziekolwiek. Trzeba umieć od tego odejść. Po ostatnim gwizdku sędziego mecz się kończy. Moja rodzina wie o tym doskonale, więc nie rozmawiamy już o futbolu; odjeżdżamy i koniec, zaczynamy myśleć o czymś innym. w czasie kolacji z przyjaciółmi rozmawiamy na zupełnie inne tematy.

Rozmowa z J. Engelem (od lewej): S. Skórka, M. Kania
Rozmowa z J. Engelem (od lewej): S. Skórka, M. Kania

S.S.: – Czy Pana przyjaciele też dostosowują się do tych reguł i nigdy nie mówią o ostatnim meczu?

J.E.: – Bardzo rzadko. Bez względu na wynik. Albo się cieszymy, albo się smucimy, ale i tak szybko odchodzimy od tematu, bo już wszyscy to przeżyliśmy i nie ma potrzeby wracać. Oczywiście, nie jest to takie jednoznaczne i takie proste, bo to w człowieku siedzi, jednak gdzieś tam zawsze tę analizę rozpoczyna się od samego siebie i pierwsze pytanie, jakie pan sobie zadaje następnego dnia, brzmi: gdybym miał zagrać ten mecz jeszcze raz, to czy zagrałby tym samym składem, tym samym systemem, czy te same zadania dałbym zawodnikom? itd. Wtedy zastanawiam się, czy zrobiłem jakieś błędy. Dopiero potem zaczynam analizę zawodników i zespołu. Dlatego zwycięstwo czy porażkę rozkładam zawsze na wszystkich. Rozpoczynając od siebie, kończąc na zawodnikach.

S.S.: – Serdecznie dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Stanisław Skórka
i Marcin Kania
Fot. M. Więcławek


początek strony


Konspekt nr 4/2005 (24))
   Copyright © „Konspekt”. Kraków, maj 2006.  Statystyka

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna