Debiuty 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Joanna Żyła

Bliżej poranka

E welinka ma zgrabny, maleńki nosek, powieki zakończone długimi rzęsami rzucającymi cień na policzki, różowe, lekko rozchylone usteczka i ciemne, prawie czarne loki. Do kogo jest podobna? Na pewno nie do mojej córki. Ponad dwadzieścia lat temu, kiedy przyglądałam się śpiącej Anecie, zachwycała mnie bijąca od  niej jasność barw. Nie znam ojca wnuczki, prawie nic nie wiem o niej samej, poza tym, że jej matka bardzo chciała ją mieć. Musiała być dla Anety światłem tych czterech ostatnich lat, jednak światłem niewystarczającym.

Zaraz wstanie dzień. Już niedługo.

Mrok boli. Czuję to teraz lepiej niż kiedykolwiek, mimo że tak często usiłowałam sobie to cierpienie wyobrazić. Moja córka często powtarzała: „ mamo, ja nosze w sobie noc.” Dziś, po raz pierwszy od dawna, jestem naprawdę blisko niej.

* * *

Jest noc św. Jana. Stoję na kraju wysokiego rusztowania, obok roześmiane koleżanki, w dole chłopcy z szeroko rozłożonym kocem, głośno zachęcający do skoku. Oto ja; świeżo upieczona pani magister, ogłupiona sporą dawką alkoholu, lecz ciągle świadoma swych poczynań. Za te zachowane resztki świadomości będę przeklinać samą siebie do końca swych dni. Rozbiłam policzek, zwichnęłam rękę; tylko tyle. Wbrew oczekiwaniom, nie pojawiły się skurcze ani krwawienie, za to obficie popłynęły łzy, przeplatane bolesnymi okrzykami ulgi, poczytane przez znajomych za reakcję na upadek. Wtedy wiedziałam już, że więcej tego nie spróbuję - dziecko przyjdzie na świat.

Wraz z tą świadomością musiałam zaakceptować jeszcze inne fakty. W pierwszej kolejności, z ręką na temblaku, udałam się do  dyrektora instytutu archeologii, by powiadomić go, że nie zamierzam zdawać w tym roku na studia doktoranckie. Potem było już tylko czekanie; smutne, przepełnione lękiem, niepewnością i nienawiścią do człowieka, którego kiedyś kochałam, nienawiścią do wszystkiego i wszystkich - ciężkim brzemieniem nieumiejętności przyjmowania darów.

Nie odpowiadałam na listy ani telefony rodziców, widywałam się jedynie z trzema najbliższymi przyjaciółkami, ciągle przyjmowałam pieniądze i upominałam się o kolejne. Ojciec Anety szafował banknotami bez słowa sprzeciwu. Zależało mu tylko na tym, by żona nigdy nie poznała prawdy, gdyż, jak twierdził, chciał oszczędzić jej bólu.

Podobnie jak czas oczekiwania na dziecko, tak i okres bezpośrednio po jego narodzeniu okazał się bardzo trudny. Aneta spała w dzień, zaś ożywała, kiedy tylko zapadał zmierzch. Jako niemowlę wrzeszczała niemal bez przerwy, a później było już tylko gorzej. Niszczyła wszystko, co tylko wpadło w jej ręce, znajdowała dziwne upodobanie w kreśleniu ścian, rozdeptywaniu moich kosmetyków, targaniu ubrań. Z  przerażeniem zatrzaskiwałam drzwi naszego mieszkania, odpędzając tym samym kolejnych zainteresowanych mną mężczyzn. Nie chciałam, by ktoś na to patrzył. Płakałam w samotności, często w spazmach siłą przyciągałam ja do siebie i przemocą zmuszałam do przyjęcia niechcianej czułości.

Do lekarza zgłosiłyśmy się dopiero, gdy w wieku sześciu lat, z pełną premedytacją, przy pomocy mojego pantofla, zabiła swojego chomika.

To był już drugi wyrok w moim życiu; drugi związany z Anetą. Obydwie dostałyśmy leki; ona antydepresanty, ja uspokajające i nasenne. „Moja córka choruje na cyklofrenię” - pobrzmiewał cicho refren, świdrujący na wylot wszystkie możliwe struktury mózgu. Musiałam przyzwyczaić się do jej naprzemiennych stanów wycofania i pobudzenia, do agresji powodowanej potrzebą unicestwiania. Freud nazwał to destrudo - popędem śmierci, ja - karą za zakrwawiony policzek i zwichniętą rękę.

Psychiatra twierdził, że za kłopotliwe nastroje mojej córki odpowiedzialne są wahania poziomu serotoniny i wierzył w to całą swoją naukową istotą, ja jednak wiedziałam: ledwie poczęte dziecko nie chce umierać; zdrowe geny dążą do  ewolucji. To ja, wraz z życiem, ofiarowałam jej śmierć.

Po kilku latach spędzonych w izolacji, nadszedł w końcu dla nas obu czas zmierzenia się ze światem. Rozpoczęłam pracę jako nauczycielka historii w publicznej podstawówce, Anetę natomiast zapisałam do prywatnej szkoły, której dyrektora cechowała pewna ciekawa zależność; jego wyrozumiałość dla wybryków kłopotliwej uczennicy wzrastała proporcjonalnie do  wysokości moich rekompensat za wyrządzone przez nią szkody. Mnie zaś, podczas godzin spędzonych w pracy, nie opuszczała męka zazdrości, spowodowana świadomością jak miłe, mądre, kochane potrafi ą być obce dzieci. Ale nie moja córka.

Pierwszy raz rozbiła sobie głowę w wieku dziesięciu lat. Po wejściu do pokoju, zastałam ją uderzającą zakrwawionym czołem w ścianę. Niezniechęcona wymierzonymi mi bolesnymi razami, długo i uparcie kołysałam ja w ramionach.

- To pająk! - płakała - Muszę zabić pająka! On mi zjada mózg. Pomóż mi, mamo!

Po podobnych epizodach, spędzała zwykle wiele dni przy biurku, z metodyczną precyzją zaczerniając flamastrem kolejne kartki bloku rysunkowego. A ja ciągle kołysałam. Nie wiem już czy bardziej ją, czy siebie, jedno jest pewne: ten autystyczny gest nieco nas uspokajał. Gest miłości? Raczej rozpaczy, substytut zduszonego siłą woli okrzyku, że ja też pragnę być kochana. Wiedziałam, iż nie mam na to szans.

Czy mogłabym skazać kogokolwiek na życie z Anetą? Czy mogłabym wymagać, by ktoś pokochał takie dziecko?

Pozwalałam szarpać się za włosy, wylewać kawę na moje ubrania, przytulać się do  siebie, by potem, niespodziewanie zostać uszczypana lub ugryziona.

Na koniec postanowiłam zapomnieć o swoim własnym autyzmie.

Dziś, kiedy czytam w Ewangelii, że Jezus Chrystus nie przyszedł żądać ofiary, lecz miłosierdzia, ze wstydem uświadamiam sobie, iż wówczas stać mnie było jedynie na ofiarę.

W dniu swoich czternastych urodzin, Aneta postanowiła popełnić samobójstwo. Znalazłszy ją w łazience, podczas pospiesznych oględzin, stwierdziłam nacięcia tętnic, obrażenia klatki piersiowej, utratę dużej ilości krwi. Zamiast jechać do szpitala, powierzyłam ją opiece sanitariuszy, sama natomiast postanowiłam oddać się czynności usilnego szorowania podłogi. Wtedy właśnie zawładnął mną paniczny lęk przed jej odejściem. Łkałam do utraty tchu z bólu i ze szczęścia. Plamy jej krwi na kafelkach stały się moim wyzwoleniem; dopiero, kiedy sama podniosła na siebie rękę, zrozumiałam jak bardzo chcę, aby żyła.

Po tamtej tragedii lekarze zwiększyli jej dawkę litu i przez jakiś czas było naprawdę lepiej. Dostała się do liceum, naukę podjęła eksternistycznie. Terapeutka radziła, by  szukać kontaktu z rówieśnikami, wiec spróbowałyśmy, ale nie udało się.

Aneta była inna; zauważali to wszyscy, którzy zdążyli choćby powierzchownie zaznajomić się z nią. Wyróżniała się inteligencją, lecz stroniła od ludzi. Podczas gdy zdrowe nastolatki zwierzały się matkom z pierwszych porywów serca, moja córka, popijając naszą ulubioną malinową herbatę, mawiała:

- Mój świat jest czarny; ty to rozumiesz, mamo, ale nawet ty nie wiesz jak bardzo boję się czerni. A skoro ty nie wiesz, to kto?

Przyszedł wreszcie czas pierwszej miłości, muzyki Dżemu, wierszy Poświatowskiej, niebieskiego cienia do powiek i bladoróżowej pomadki, czas nadziei. Jednak noc zwyciężyła; Aneta nie potrafiła przyjąć odrzucenia.

Od tamtej pory miałam przyzwyczaić się do częstych pobytów w szpitalach, widoku wyspecjalizowanej maszynerii, rozmaitych rurek, przymocowanych do jej nadgarstków. Dwukrotna dłuższa hospitalizacja wypełniona szczegółowymi badaniami psychiatrycznymi właściwie nie przyniosła poprawy, zawsze znajdował się jakiś powód, który nie pozwalał żyć. Kolejna miłość, ciemna ściana w głowie, pająk, czyhający, by ją pożreć.

Podczas godzin spędzonych w pracy, czekałam na wiadomość, że wreszcie dopięła swego. Nie było to już pragnienie jej śmierci, lecz rachunek prawdopodobieństwa; kiedyś w końcu musi się udać.

Po ponad półrocznym okresie owocnych spotkań ze słynnym psychoterapeutą, Aneta postanowiła opuścić naszą twierdzę, by  wyjechać na studia. Jej ojciec zapłacił za naukę, ja zdecydowałam pokryć koszty związane z utrzymaniem w odległym mieście. Drżałam o nią, ale liczyła już wtedy dwadzieścia jeden lat; nie miałam mocy, by ją zatrzymać.

- Ja już nie wrócę - oświadczyła na  pożegnanie - To koniec. Obydwie powinnyśmy w końcu zrozumieć, że nie jesteśmy jedną osobą.

W ciągu tak wielu lat spędzonych z córką zdążyłam nauczyć się od niej rożnych technik nacinania przegubów, czy też łączenia medykamentów, zatem, gdybym tylko chciała. Życie z Anetą pozwoliło mi dość dobrze oswoić śmierć, ale też napełniło mnie wstrętem do jej poszukiwania; cierpiałam więc z dala od  żyletek i apteczki.

Ten sam terapeuta skłonił mnie do  niewtrącania się w jej życie. Posłuchałam; nie ingerowałam w jej decyzje, nawet, gdy donoszono mi o kolejnych próbach samobójczych. Skoro już raz postanowiłam go posłuchać, z czasem również dałam namówić się na próbę odnalezienia siebie. Po intensywnych przygotowaniach zdałam na studia doktoranckie, powróciłam też do  powierzchownych z początku, a potem coraz bardziej satysfakcjonujących kontaktów koleżeńskich.

Aneta zadzwoniła po raz pierwszy w rok po wyjeździe.

- Mamo, będę miała dziecko! - krzyczała do słuchawki - Teraz wreszcie będę szczęśliwa.!

Po narodzinach małej, z trudem, ale radziła sobie sama; ja pomagałam jedynie finansowo.

Niecałe cztery lata po tamtym telefonie, Aneta wspięła się na barierkę i skoczyła z mostu w nurt Wisły. Było to jej osiemnaste oddanie się w szpony nocy. Z jednego z nich nigdy nie zdawała sobie sprawy.

* * *

Nadchodzi dzień, pierwsze promienie słońca przebijają się przez grubą tkaninę zasłony.

Ewelinka sennym ruchem przeciera oczka, by w chwilę później, znowu je zamknąć. Niech śpi, jeszcze wcześnie. Niech śpi; zdrowi ludzie z ufnością korzystają z chwil nocnego odpoczynku. Jej matka prawie nie sypiała.

Zapewne podczas licznych godzin trudnej bezsenności czekała na jej narodziny, w bólu, lęku, mroku, wyglądała nadejścia miłości.

Ewelinka jest ze mną dopiero od tygodnia, ale powoli się zadomawia. Płacze tylko przy jedzeniu, gdyż przyzwyczaiła się do  karmienia przez Anetę, za to miedzy posiłkami opowiada lalkom i misiom o mamie, co poleciała do  nieba. Nie wie jeszcze, że najpierw długo, długo spadała w dół.

Myślę o mojej córce stojącej na poręczy mostu, czuję uścisk, który pewnie oplótł jej krtań.

Ja miałam pod sobą rozłożony koc, by  zamortyzować upadek, ona szeroką toń lodowatej wody. Ona zostawiła dziecko bezpieczne u  koleżanki, ja nosiłam ją w sobie.

Ja miałam żyć, a ona umrzeć. Już po raz drugi.

Podobnie jak przed laty, wiem, że również tym razem muszę zrezygnować z pracy naukowej i innych planów. Nie cierpię jej z tego powodu. Z całego serca pragnę dla Ewelinki pięknego słonecznego dnia.

W końcu nadszedł dla mnie czas czynienia miłosierdzia.

Joanna Żyła


 
[Rozmiar: 7784 bajtów]
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka