Geograficzne systemy informacyjne 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Ryszard Tadeusiewicz

Uczelniane wspólnoty - ważne, potrzebne i trudne w budowie

P owszechnie znane są trzy zadania, jakie wiążą się z prawidłowym funkcjonowaniem wyższej uczelni: kształcenie studentów, prowadzenie badań naukowych oraz wypełnianie zadań związanych ze służbą na rzecz społeczności lokalnej. Natomiast często pomijana jest - rozważana w tym artykule - rola uniwersytetu jako miejsca budowania specyficznej wspólnoty międzyludzkiej.

Na co dzień fakt ten tylko w niewielkim stopniu zaprząta uwagę nauczających i uczących się. Budowanie akademickiej wspólnoty z reguły nie interesuje także tych, którzy obserwują uniwersytet [1] z zewnątrz. Tymczasem każda wyższa uczelnia jest pewną ważną i złożoną wspólnotą, kolekcją silnie zróżnicowanych wspólnot, wzajemnie się przenikających i wspomagających. Składają się na nią wspólnoty: profesorów, studentów, specjalistów nauk ścisłych i nauk humanistycznych; wspólnoty badaczy zjawisk podstawowych oraz empirystów ukierunkowujących swe wysiłki dla rozwiązywania problemów praktycznych. Ta „wspólnota wspólnot”, jaka wykształca się i rozwija w wewnętrznych strukturach uczelni wyższej, jest niezwykle istotnym zjawiskiem, gdyż jej harmonijne funkcjonowanie silnie wpływa na skuteczność osiągania podstawowych celów danej uczelni. Wspólnota akademicka nie powstaje sama z siebie. Nie jest to proces spontaniczny - wręcz przeciwnie - trzeba sporego i świadomego wysiłku, by intelektualnie dynamiczny i zmienny uniwersytet stał się jedną integralną wspólnotą.

Korzyści, jakie wynikają z tworzenia i  harmonizowania wspólnoty akademickiej można podzielić na zewnętrzne i wewnętrzne. Omówię je w dużym skrócie, jednocześnie zachęcając Czytelników do poszerzenia i wzbogacenia moich koncepcji własnymi przemyśleniami i spostrzeżeniami.

W dzisiejszych czasach rola wykształcenia bywa bardzo często redukowana i sprowadzana jedynie do procesu nabywania zawodowych kwalifikacji. W tym kontekście pojawia się pokusa, by patrzeć na uniwersytet jako na „wytwórnię”, w której „produktem” są  absolwenci. Owi absolwenci mają być specjalistami w pewnej dziedzinie, ponieważ ich zadaniem jest zaspokajanie pewnych potrzeb społecznych. Skoro kształcenie ma być produkcją specjalistów, to powinno się w nim optymalizować takie parametry, jak: wydajność (liczbę wypromowanych absolwentów), koszty tej produkcji, odsetek „wybrakowanych” produktów itd. Gdy tu i teraz o tym piszę, brzmi to  paradoksalnie, wręcz groteskowo, ale jeśli się spojrzy na tak zwaną „politykę edukacyjną państwa”, można natychmiast stwierdzić, że wiele z  wymienionych wyżej kryteriów, a także innych parametrów „wydajności i jakości kształcenia” próbuje się w Polsce zastosować mechanicznie i  biurokratycznie. Decyzjami politycznymi i ekonomicznymi wtłacza się do sfery szkolnictwa wyższego produkcyjny model kształcenia, gwałcąc tym samym swobody akademickie, ograniczając autonomię uczelni, zniewalając władze uniwersytetu i jego pracowników. Moim zdaniem jest to nieporozumienie wręcz dramatyczne.

Absolutnie nie można patrzeć na uczelnię wyższą wyłącznie jako na miejsce, w którym nabywa się jedynie zawodowych kwalifikacji. Nie można roli uniwersytetu redukować do tej jednej funkcji. Trzeba mieć świadomość, że tak naprawdę na uniwersytetach wykuwa się przyszłość narodu, bowiem ci, których kształcimy, będą mieli do spełnienia przynajmniej dwa zadania: profesjonalne - związane z wyuczonym zawodem, a także społeczne - związane z  uzyskanym statusem inteligenta. Nauczyciele, inżynierowie, lekarze, prawnicy itd., słowem wszyscy, którzy kończą uniwersytety, udają się następnie do tych swych lokalnych społeczności, gdzie cieszą się (na ogół) pewnym, będącym następstwem ich wykształcenia, autorytetem.

Inteligenci pełnią w swoich środowiskach różne role - m.in. budują własne miejscowe wspólnoty. Właśnie ta grupa społeczna zwykle jest siłą, która inicjuje nowe procesy socjalne i polityczne.

Niech będzie nam dane uświadomić sobie, że samym tylko przekazywaniem wiedzy nie stworzymy dojrzałych i mądrych ludzi, będących trzonem przyszłej polskiej inteligencji. Społeczeństwu polskiemu, gnębionemu kryzysem erozji autorytetów oraz nękanym postępującą dezintegracją i atomizacją więzów międzyludzkich - rodzinnych, sąsiedzkich, zawodowych - potrzebni są ludzie, którzy będą nośnikami i propagatorami wartości, jaką niesie wspólnota. Jeśli uda nam się zbudować dobre wzory wspólnoty na naszych uczelniach, to zostaną one wchłonięte przez naszych studentów. A z kolei to, czym „nasiąkną” studenci na uniwersytetach, będzie potem rzutowało na ich stosunek do pojęcia wspólnoty w miejscu pracy i w miejscu zamieszkania. Tylko w ten sposób można wpłynąć na  prospołeczne postawy młodej polskiej inteligencji i na jej stosunek do wartości niesionych przez wspólnotę. Tego się nie da nauczać teoretycznie ani zalecać drogą nakazową. Aby wychować się do działania we wspólnocie, aby docenić jej wartość, aby stać się jej propagatorem - trzeba się najpierw we wspólnocie zanurzyć. Jeśli zachęcimy naszych studentów, by szukali wspólnoty i  aktywnie ją tworzyli, to wytworzymy w nich pozytywne nastawienie, które zabiorą ze sobą, gdy już opuszczą mury uczelni.

Ja wiem - niejeden z Czytelników żachnie się w tym momencie, widząc, że mój wywód nieuchronnie prowadzi do sformułowania następnych zadań i następnych wymagań, jakie adresuję do nauczycieli akademickich. I tak przecież wszyscy czujemy się przemęczeni, i tak spoczywa na nas wiele obowiązków, i tak czasem doby nie starcza, żeby pogodzić konieczność prowadzenia badań naukowych (niezbędnych dla akademickiego awansu) z odbywaniem zajęć ze studentami (wymaganych w związku z  pensum) i spełnianiem obowiązków w naszych rodzinach, które też mają prawo do określonej ilości naszego deficytowego czasu. A tu nagle jeszcze jeden postulat: tworzenia wspólnoty, wychowywania studentów, świecenia przykładem. Kto ma na to czas i siły?!

To prawda, że jesteśmy często przepracowani, że nasz trud nie zawsze jest doceniany i  często niewłaściwie wynagradzany, że miewamy wszystkiego dosyć. Ale musimy w sobie znaleźć siły, żeby sprostać także i tym obowiązkom, jakie wynikają z tego artykułu. To jest kwestia poczucia odpowiedzialności: tylko my, na naszych uczelniach, możemy wpływać na to, jaka ostatecznie będzie przyszła polska inteligencja, bo  właśnie nam powierzono jej formowanie. Czyniąc to musimy pamiętać, że nasz trud ma wymiar ponadjednostkowy, bowiem formując wykształcone jednostki mamy w istocie wpływ na wzorce zachowań bardzo dużych grup społecznych. Przy pracy na uczelni musi nam towarzyszyć świadomość społecznego wymiaru naszej misji, bo obserwacja potwierdza, że w ślad za  funkcjonowaniem jednostek autentycznie należących do inteligencji podąża w końcu całe społeczeństwo. Czegokolwiek by nie mówić na temat upadku czy erozji autorytetów, faktem jest, że w  naszym społeczeństwie wciąż jeszcze jest uznawana wartość wyższego wykształcenia. Mimo dominacji wzorców hedonistycznych i mimo nasilającego się kultu medialnej popularności oraz pieniądza - wartość tytułów zawodowych związanych z wyższym wykształceniem, takich jak tytułu nauczyciela, lekarza, inżyniera czy prawnika wciąż jest wysoka i wcale nie maleje, mimo destruktywnej działalności niektórych środków masowego przekazu. Nie zdołano jeszcze na szczęście do końca zdeprecjonować tych wartości i mam nadzieję, że do takiej deprecjacji walorów intelektualnych nie dojdzie, chociaż zasada „nie ma nic świętego” (potrzebna do  osiągnięcia celu, jakim jest epatowanie widzów i  czytelników tanią sensacją) coraz częściej owocuje niewybrednymi atakami medialnymi także na  intelektualistów i środowiska akademickie.

Jednak w porównaniu z niektórymi społeczeństwami konsumpcyjnie nastawionego Zachodu w Polsce naprawdę nie jest źle. Sondaże pokazują, że profesor uniwersytetu cieszy się nadal najwyższym zaufaniem społecznym, a  osoby wykonujące zawody wymagające wysokich kwalifikacji i wysokich zdolności wciąż jeszcze stanowią dla wielu wzorzec godny naśladowania. To cieszy, ale jednocześnie właśnie to  nakłada konkretny i ważny obowiązek na wszystkich tych, którzy w sposób świadomy i  odpowiedzialny traktują swoją pracę na wyższych uczelniach. Powinniśmy więc traktować kształcenie studentów jako pewną misję, a nie tylko jako wykonywanie zawodu, z tego zaś wynika dla nas specjalny obowiązek. Chodzi o takie formowanie naszych dzisiejszych studentów, czyli przyszłych członków polskiej inteligencji, żeby nie tylko posiedli odpowiednio nowoczesną wiedzę, żeby nie tylko potrafi li sprostać wyzwaniom codzienności, które niesie m.in. gospodarka czy zmieniająca się sytuacja polityczna - ale by także byli Ludźmi odpowiedniego formatu.

Absolwent uniwersytetu ma być przede wszystkim człowiekiem myślącym, zdolnym do indukowania pozytywnych zmian w swoim otoczeniu; kimś, kogo tak trzeba uformować i wychować, by był wybitnym specjalistą, a jednocześnie by miał odpowiednią, nietuzinkową osobowość. Jednym ze sposobów budowy właśnie tego rodzaju sylwetek młodych inteligentów, kreowania tego rodzaju postaw społecznych, formowania tego rodzaju osobowości - jest właśnie wspólnota akademicka.

Odkąd istnieją uniwersytety mają one swoją wyraźnie zdefiniowaną tożsamość. Stanowią ją nie tyle budynki uniwersytetu, chociaż one także cieszą, gdy awangardowo nowoczesne, lub budzą szacunek, gdy są dostojnie zabytkowe. Tożsamość uniwersytetu to nie jego budżet, nie rozkład zajęć, nie hierarcha akademickiej władzy od rektora do asystenta - ale wspólnota; wspólnota uczących się i nauczających a przede wszystkim wspólnota poszukujących. Dobry uniwersytet jest tak uformowany, iż niezależnie od  tego czy jest się profesorem czy asystentem czy studentem - wspólnym dążeniem wszystkich członków akademickiej wspólnoty jest poszukiwanie Prawdy. Można poszukiwać Prawdy ucząc się jej od tych, którzy już się do niej nieco zbliżyli - taka jest rola studentów; można poszukiwać Prawdy mając już dużą wiedzę i prowadząc badania naukowe, które tę wiedzę poszerzają - taka jest rola profesorów. Ale trzeba zawsze zachować postawę nacechowaną pokorą, bo Prawdy nie da się posiąść na własność, można do niej tylko zmierzać. Trzeba przy tym stale podkreślać, że dążenie do Prawdy jest jedno, niezależnie od tego, jak wiele wiadomości i tytułów akademickich się osiągnęło. Ono właśnie stanowi o wartości uniwersytetu i ono jest fundamentem, na którym można i trzeba budować akademicką wspólnotę.

Twierdzę przy tym, że nie ma istotnej różnicy pomiędzy osobami dążącymi do Prawdy, niezależnie od tego czy zajmują się naukami humanistycznymi, czy technicznymi, biologią, sztuką czy metafizyką... Jeśli uprawiamy badania naukowe, jeśli stawiamy pytania i  znajdujemy odpowiedzi, to zawsze szukamy jakiegoś fragmentu Prawdy, zawsze próbujemy ją odkryć, a w momencie kiedy ją odkryjemy - staramy się ją upowszechnić. I właśnie to się dzieje za sprawą i w nierozerwalnej więzi ze wspólnotą, którą jest zbiorowość uczących się i nauczanych.

Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?

Gdyby wspólnoty akademickie, prawdziwe konfraternie uczących się i nauczanych, działały dobrze i funkcjonowały nienagannie - cały ten artykuł nie miałby sensu. Coś, co jest oczywiste, może być przedmiotem sprzeciwu albo admiracji, natomiast nie może być przedmiotem analitycznych dociekań. Niestety, pomiędzy teorią (z którą wszyscy się zgadzają) głoszącą, że wspólnoty akademickie powinny być budowane i umacniane, a praktyką, polegającą na tym, że tych wspólnot wciąż jest za mało i są one za słabe - rysuje się pęknięcie, które bardzo chciałbym zniwelować.

Problem polega w dużej mierze na tym, że praktycznie w każdej znanej mi wyższej uczelni nie mamy do czynienia z jedną wspólnotą akademicką, lecz ze zbiorowością wspólnot. Co więcej, te odrębne wspólnoty mają tendencje do zamykania się w swoim kręgu. Dają się wyraźnie oddzielić wspólnoty poszczególnych wydziałów, istnieje osobna wspólnota profesorów[2], jest też wspólnota studentów. Każda z tych wspólnot jest bardzo wyrazista, co przejawia się między innymi w tym, że jeśli interesy danej grupy są zagrożone, to potrafi się ona bardzo skutecznie zorganizować i skonsolidować, by ich bronić, a jej członkowie, na co dzień nie zawsze darzący się nawzajem sympatią, zwykle potrafi ą skutecznie okazać swą solidarność, jeśli tego wymaga interes zbiorowości. Członkowie każdej z  wymienionych wspólnot potrafi ą razem pracować i razem się uczyć, a także razem się bawić, chociaż to ostatnie zwykle znacznie lepiej wychodzi studentom niż pracownikom. Studenci w ogóle tym się wyróżniają, że są w swojej wspólnocie silniej zintegrowani; widać to zwłaszcza wtedy, kiedy ich zbiorowość czegoś się domaga - potrafi wtedy niezwykle skutecznie manifestować swoją solidarność!

Na brak wspólnot w uniwersytetach nie możemy więc narzekać, natomiast stajemy przed problemem, że oto istnieją oddzielne wspólnoty wydziałowe, a także wspólnoty studentów, doktorantów, asystentów czy profesorów - ale czy wszystkie te wspólnoty rzeczywiście formują jedną wielką wspólnotę akademicką?

Jestem przekonany, że odpowiedź na to pytanie generalnie jest twierdząca. Gdyby tak nie było, to byłaby zagrożona jedna z  ważniejszych funkcji, powiem więcej - jedna z  najważniejszych ról, jakie wyższa szkoła winna odgrywać w społeczeństwie. Do erozji wspólnoty akademickiej absolutnie nie powinno się dopuszczać, dlatego że formowanie osobowości zarówno studentów, jak i pracowników, winno odbywać się właśnie we wspólnocie. Tylko absolwent takiej uczelni, w której wspólnota aktywnie funkcjonuje, ma prawo mienić się człowiekiem w pełnym znaczeniu tego słowa wykształconym. Co więcej, tylko profesor z uczelni mającej silne i  wyraziste poczucie wspólnoty może aspirować do  miana prawdziwego uczonego. Wszystkim jest więc potrzebne silne oparcie się na wspólnocie akademickiej. Potrzebujemy wspólnoty, ale jednej wspólnoty akademickiej, integrującej ponad podziałami. Nie uzyskamy pozytywnych efektów, o których mowa, opierając się na  rozproszonych i często skonfliktowanych wspólnotach wydziałowych albo kastowych, odseparowanych od siebie, hermetycznych, wsobnych.

Pracując na wyższej uczelni, a zwłaszcza zarządzając wyższą uczelnią, powinno się więc dążyć do tego, by dochodziło do zbliżenia między poszczególnymi wspólnotami budującymi jedną wielką rodzinę akademicką. Trzeba dążyć do tego, by wzajemne przenikanie komplementarnych wspólnot budowało nową wartość - zintegrowanej w skali całej uczelni, wielkiej i  harmonijnej wspólnoty akademickiej. Jest to zadaniem trudnym, niezbędnym jednak, jeśli uczelnia chce się prawidłowo wywiązać ze swej misji kształtowania i formowania intelektu przyszłego inteligenta. Wiem, jak bardzo jest to trudne, jednak twierdzę, że warto podjąć ten wysiłek.

Poczucie wspólnoty rodzi poczucie odpowiedzialności, niezbędne do tego, żeby - wybierając przedmiot badań naukowych - kierować się nie tylko ciekawością oraz dążeniem do  kariery, ale także oceniać, jakie skutki społeczne będą miały wyniki prowadzonych dociekań. Nie są to łatwe decyzje, bo na szali trzeba niekiedy położyć karierę i całkiem spore pieniądze, skoro granice między nauką i biznesem niebezpiecznie się ostatnio zwężają, a jednocześnie takie moralne dylematy są konieczne, bo efekty badań naukowych niesłychanie silnie wpływają dziś na  tkankę życia społecznego i stosunków międzyludzkich, dlatego nie mogą być dalej traktowane jako moralnie obojętne.

Świadomość odpowiedzialności wynikająca z poczucia przynależności do wspólnoty jest nam także potrzebna, by znaleźć w sobie dosyć siły i samozaparcia, aby z niesfornego i nie zawsze dobrze wyedukowanego maturzysty uformować człowieka, który w swoim środowisku będzie wzorem, a dla kolejnych stykających się z  nim ludzi źródłem pozytywnej inspiracji. Powtórzę jeszcze raz tezę wyżej wypowiedzianą, ale tak ważną, że warto ją ponownie podkreślić: przy nauczaniu i kształtowaniu studenta nie chodzi tylko o los konkretnej jednostki, o  absolwenta, który gdzieś będzie pracował i poza nabytą wiedzą reprezentował bogatszy lub uboższy zbiór wyniesionych z uczelni wartości. Trzeba pamiętać, że każdy absolwent w kontaktach z innymi ludźmi będzie na wiele sposobów powielał swój wzorzec osobowy, więc jeśli zostanie uformowany źle, to okaże się niestety rozsadnikiem złych zachowań i poglądów.

Zależy nam na tym, żeby uniwersytety rozsiewały w społeczeństwie nie tylko wiedzę fachową, ale także dobre wzory zachowań społecznych. Jeśli wiemy, że jakiś czynnik może psuć efekt pracy naukowej i dydaktycznej uniwersytetu, to oczywiście trzeba mu przeciwdziałać. Mamy ambicję funkcjonować w Zjednoczonej Europie na prawach partnerskich, chcemy partycypować w tym, co nazywa się społeczeństwem opartym na wiedzy, powinniśmy więc zadbać o to, żeby ci, którzy dzięki wyższej edukacji posiadają trochę więcej wiedzy (a więc jest szansa, że będą mieli także trochę więcej władzy), mieli także uformowany kręgosłup moralny. Chcemy, żeby przyszli nauczyciele (zwłaszcza oni!) mogli być dla społeczeństwa wzorem godnym naśladowania, wzorem przenoszącym pozytywne wartości.

Tak wyglądają założenia. Z własnego doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że budowanie wspólnoty ponad formalnymi podziałami nie jest zadaniem łatwym. Wspomniałem już wcześniej o tendencji do zamykania się poszczególnych podwspólnot, będących składowymi wielkiej wspólnoty akademickiej. Każda z nich integruje się we własnym gronie. Sprzyja temu tradycyjny podział ról (na nauczających i nauczanych, na profesorów i asystentów, na pracowników dydaktycznych i pomocniczych) oraz bariera wieku. Obie te granice trudno przezwyciężyć, bo niemożliwe jest ani odwrócenie tradycyjnej relacji nauczyciela i ucznia, ani pokonanie różnicy nieraz nawet kilku pokoleń. Katedra oddzielająca wykładającego od audytorium stwarza bowiem trudny do pokonania dystans - jest to wszak bariera wiedzy, autorytetu, także praw i obowiązków, wyraźnie odmiennych po obu stronach granicy. Wszystko to nie sprzyja budowaniu wspólnoty ponad podziałami. Ale są jeszcze inne bariery, oparte głównie o relacje formalne, które także raczej dzielą niż łączą, a których likwidowanie lub przynajmniej obniżanie może być ze wszech miar celowe. Moje doświadczenie w tym zakresie jest doświadczeniem praktyka, bo starając się budować w mojej uczelni wspólnotę akademicką ponad podziałami, nie ograniczałem się tylko do przemyśleń teoretycznych.

Twierdzę, że przełamywanie tych barier formalnych, które atomizują społeczność akademicką jest możliwe, chociaż przychodzi z  wielkim trudem. Działając konsekwentnie i  wytrwale można jednak doprowadzić do tego, żeby przy zachowaniu pożądanego szacunku, jaki młodzież studencka winna mieć w stosunku do swoich nauczycieli, budować po obu stronach katedry poczucie przynależności do jednej wspólnoty. Z moich obserwacji wynika, że istnieją formy działań, które temu sprzyjają i takie, które szkodzą.

Na pewno nie jest dobre spoufalanie się ze studentami, do czego miewają skłonność zwłaszcza młodzi asystenci, ale i niektórzy przedstawiciele profesury (szczególnie w okresach poprzedzających wybory rektorskie lub dziekańskie, gdy walka o głosy elektoratu studenckiego bywa prowadzona metodami budzącymi u postronnych obserwatorów uczucie zażenowania). Spoufalanie rodzi zawsze dysonanse, które są  szczególnie zauważalne dla młodzieży, jako że  studenci są zawsze bardzo wyczuleni na szczerość i  źle znoszą wszelkie działania, mające znamiona mimowolnego lub zamierzonego fałszu. Dlatego droga do wspólnoty w dobrym tego słowa znaczeniu raczej nie wiedzie przez tę bramę. Dobrym zwyczajem ani dobrą metodą przełamywania barier nie jest również administracyjne włączanie studentów do różnych działań organizowanych (często właśnie wyłącznie w tym celu) przez pracowników naukowych. Przykładowo zmuszanie studentów do tego, żeby wzięli udział w takich czy innych imprezach naukowych, kulturalnych lub sportowych pospołu z pracownikami uczelni - choć integruje, zbliża i buduje mosty, zazwyczaj nie jest krokiem w dobrą stronę. To są rzeczy formalne, a nie spontaniczne, w związku z tym zwykle bardzo mało skuteczne.

Podobnie jest, jeżeli idzie o udział studentów w zarządzaniu uczelnią, np. poprzez ich reprezentacje w radach i senatach uczelni. Obserwacja na przestrzeni wielu lat pokazuje, że  jest rzeczą dobrą, iż takie reprezentacje istnieją i  działają. Studenci chcą współrządzić uczelnią i zacięcie bronią swojej reprezentacji przy każdej próbie jej ograniczania. Po części wynika to z faktu, że chcą mieć wpływ na kształt budżetu, a w szczególności na to, ile z pieniędzy będzie szło na  interesujące ich rzeczy (na przykład na Juwenalia). Jednak ograniczanie motywacji działaczy studenckich wyłącznie do czynników materialnych byłoby nadmiernym uproszczeniem i z pewnością nie jest to cała prawda na temat złożonego zjawiska, jakim jest studencka samorządność. Można przyjąć za pewnik, że większość studentów udzielających się w ciałach zarządzających uczelnią czyni to z prawdziwego poczucia współodpowiedzialności za wspólne dobro, jakim jest ich uczelnia. Jakiekolwiek ograniczanie ich uprawnień w tym zakresie byłoby zatem wysoce niewłaściwe. Ponadto jest rzeczą wysoce korzystną (z wychowawczego punktu widzenia!), by brać studencka mogła mieć pewność, że jest podmiotem a  nie przedmiotem podejmowanych na uczelni działań. Tak więc cieszyć się należy z tego, że  studenci chcą i mogą mieć udział w zarządzaniu uczelnią, w wyborach rektora czy dziekana, w zarządzaniu akademikiem czy klubem.

Natomiast rozważając to zjawisko z punktu widzenia interesującego nas tutaj procesu budowania zintegrowanej wspólnoty ogólnouczelnianej, stwierdzamy po raz kolejny, że nie tędy droga. Prawda jest taka, że studenci we wszystkich formalnych ciałach raczej się nie integrują z pracownikami, ale przeciwnie: podtrzymują i podkreślają swoją odrębność. Prawie nigdy na posiedzeniach senatu uczelni czy też w różnych radach (wydziału, instytutu, miasteczka studenckiego) nie dochodzi do prawdziwej współpracy pracowników i studentów, więc fakt partycypowania przez studentów w zarządzaniu uczelnią jest bez wątpienia korzystny z  innych punktów widzenia, ale nie przyczynia się do budowania prawdziwego poczucia wspólnoty. Można by było wiele mówić o przejawach tej prawidłowości, ale wystarczy skupić się na obserwacji, że na przykład w Senacie reprezentacja studentów zawsze jest zgrupowana w jednym miejscu, obok, ale nie razem z pracownikami naukowymi. Można to też zauważyć na  podstawie ich udziału w dyskusji o ważnych dla uczelni sprawach. Grupa reprezentantów studenckich zawsze jest skoncentrowana wyłącznie na  jakichś pojedynczych punktach, które dotyczą spraw aktualnie ich interesujących, co do których oni się zobowiązali przed kolegami, że będą w określony sposób głosować itp. Natomiast często zupełnie fundamentalne sprawy, bardzo istotne dla całej społeczności akademickiej, w zasadzie przechodzą w studenckiej części sali senackiej bez echa.

Stąd wypływa niezbyt optymistyczny wniosek: próba tworzenia wspólnoty akademickiej poprzez inkorporowanie studentów do tych ciał, w których z definicji, z zasady i z obowiązku zasiadają przede wszystkim profesorowie jest oczywiście potrzebna, ale zdecydowanie nie jest wystarczająca.

Być może nie wszyscy zgodzą się z moją kolejną obserwacją, ale na podstawie własnego doświadczenia stwierdzam, że zdecydowanie nie jest rzeczą skuteczną (dla formowania więzi i budowania wspólnoty) pojawianie się profesury na imprezach studenckich. Studenci są  eleganccy i zawsze zaproszą rektora albo dziekana na rajd czy na majówkę - zwłaszcza, jeżeli wraz z  nim przyjedzie beczka piwa. Profesorowie bywają zapraszani również na różnego rodzaju koncerty i imprezy, które się odbywają w klubach studenckich. To są niewątpliwie miłe rzeczy, ale jeśli się bystro obserwuje przebieg takiego spotkania, to łatwo jest ujawnić fakt, że zaproszony VIP ma zwykle styczność z małą warstwą wyspecjalizowanych działaczy, a reszta studentów bawi się u siebie, ze sobą i bez żadnych prób integrowania się z zaproszonymi gośćmi, więc chociaż takie spotkania są sympatyczne i  pożyteczne, to jednak śmiem twierdzić, że prawdziwa wspólnota akademicka jakoś tam nie funkcjonuje.

Natomiast zaobserwowałem miejsca i  okoliczności, w których ta wspólnota buduje się autentycznie, i w których wartość niesiona przez tę wspólnotę może być szczególnie wartościowym elementem dla jednych i dla drugich. Chodzi o koła naukowe, a także wszelkie inne grupy zbierające się z powodu wspólnych zainteresowań. Dla nauczycieli jest to źródło inspiracji, a dla studentów źródło dodatkowych kwalifikacji i wiedzy, także w tym wymiarze ogólnej mądrości, której nie da się nauczyć na sali wykładowej. Podczas zebrań koła naukowego ludzie się spotykają, bo łączy ich fascynacja jakimś problemem, bo chcą razem docierać do jakiejś prawdy, bo jednoczy ich cel, a nie forma, zaś cel ten jest w nich, na nie na zewnątrz. To naprawdę działa. Takie budowanie wspólnoty wokół czegoś, co i profesorowie, i studenci mogą wspólnie uznać za ważne i godne wysiłku, jest skuteczne. Nie chciałbym ograniczać pozytywnego wzorca działania do samych tylko kół naukowych, skoro może on równie dobrze dotyczyć tematyki sportowej bądź płaszczyzny kulturalnej i folkloru, specjalnego rodzaju muzyki czy specjalnego typu malarstwa. Prawdziwe i niewymuszone więzi można także budować podczas zebrań np. filatelistów, miłośników przyrody czy zwolenników filmów fantastycznonaukowych. Nieważna jest treść - ważne jest, że ludzi jednoczy wspólna pasja!

To jest formuła, w którą ja osobiście wierzę. Byłbym skłonny ją polecać i propagować, zwłaszcza jako formułę budowania wspólnoty bez nazywania tego po imieniu. Chodzi mianowicie o to, że w kołach naukowych, a także w innych kołach ukierunkowanych na określony merytoryczny cel, poprzez koncentrację uwagi właśnie na nim, można skutecznie usunąć z pola widzenia bariery formalne i hierarchiczne, które zwykle są  przeszkodą w docieraniu do prawdziwego poczucia wspólnoty. Jeśli na tym celu skoncentrują uwagę profesorowie, którzy w tym wypadku występują jako starsi koledzy pomagający w rozstrzyganiu lub podejmowaniu problemów naukowych (czy dowolnych innych, byle autentycznych, zgodnie z zarysowanymi wyżej uwagami) oraz studenci - to nawiązane zostaną nici porozumienia, które potem będą funkcjonowały jako osnowa budowanej wspólnoty. To, jaki jest cel, ma drugorzędne znaczenie - ważne jest, iż  jest to cel wspólny, a wspólnota jest w tym przypadku autentyczna i spontaniczna a nie wymuszona administracyjnie czy wydumana teoretycznie. Uważam, że prowadzący, pracownicy naukowi opiekujący się kołami naukowymi czy innymi formami działalności studenckiej oraz ci studenci, którzy dobrowolnie, bez przymusu czy nakazu przychodzą i uczestniczą w pewnych zajęciach, ofiarują swój czas, swój wysiłek i swoją pracę, bo po prostu są zafascynowani jakimś tematem - są najwartościowszymi budowniczymi autentycznej wspólnoty akademickiej. Źródłem ich sukcesu jest podejście teleologiczne, czyli ukierunkowane na cel. Może nim być, ale nie musi, poznanie jakiegoś fragmentu nauki, wspólne prowadzenie badań, wspólne roztrząsanie zagadnień merytorycznych. Ważne jest tylko to, by skupiać się na takich celach, które nie wchodzą rutynowo w działalność akademicką. Poczucie swobody i radości wspólnego pokonywania trudności powoduje, że po obydwu stronach barykady tracimy przez chwilę z pola widzenia formalnie zadekretowane, powiedziałbym programowe, założenia „tworzenia wspólnoty, bo tak trzeba”, więc ona się tworzy wtedy w sposób automatyczny i  autentyczny, a to przynosi naprawdę dobre efekty.

To działa. Obserwowałem w wielu wypadkach, że prawdziwe poczucie wspólnoty można łatwiej i skuteczniej zbudować wokół celu, niż wokół założenia: „no to teraz się integrujemy!”. Jeśli będziemy się zmuszać do tego, by  być razem i było nam z tym dobrze - to zwykle będziemy to robić nieskuteczne. Wierzę przeto, że  w dobrych uczelniach powinno się dążyć do tego, aby poszerzać i pogłębiać obszar nieformalnych, ale ukierunkowanych na dobrze nazwane cele szczegółowe, kontaktów pomiędzy wspólnotą nauczających a wspólnotą studentów. Oni wtedy, spotykając się wokół problemu, a nie tylko dla celebrowania spotkania jako celu samego w sobie, są w stanie sobie o wiele więcej przekazać, zwłaszcza w zakresie komunikacji niewerbalnej, prezentacji wzorców osobowych, przenikania systemów wartości, budowania autentycznych sympatii. W sferze wartości jest to  skuteczniejsze niż jakiekolwiek działania formalne.

Jak wszyscy wiemy, działalność wychowawcza w obszarze szkolnictwa wyższego jest niesłychanie trudna, głównie dlatego, że studenci są niezwykle wymagający i niezwykle, powiedziałbym, krytyczni, jeżeli idzie o jakiekolwiek próby indoktrynacji. Dlatego każda próba uwarunkowywania studentów poprzez mówienie im, że jedno czynić należy, a drugiego nie, jest dramatycznie nieskuteczna, bo momentalnie ją odrzucają. Odbywa się to wręcz odruchowo, na zasadzie spontanicznego i naturalnego buntu, jaki zawsze cechował młode pokolenie w stosunku do generacji ludzi dojrzałych, dorosłych, ustabilizowanych. Patrząc na moich studentów zawsze myślę, że mają prawo do tego buntu, bo jest on elementem formowania ich osobowości, intelektu. Bez buntu i bez próby zbudowania świata na nowo nie ma możliwości kształtowania się ludzi mających status inteligenta, który nie powinien być wyłącznie pochodną wyższego wykształcenia. Ale ten bunt oczywiście nie sprzyja transmisji wartości, nawet takich, które jedna i druga strona, po odrobinie refleksji, byłaby skłonna w sposób niekwestionowany zaakceptować. Tak, więc konsensus będący warunkiem integracji i wspólnego budowania wspólnoty można osiągnąć jedynie poprzez wzajemne bliższe poznanie się i przełamanie barier, a to najłatwiej jest osiągnąć poprzez wspólną pracę nad jakimś zadaniem, na przykład nad rozwiązaniem problemu naukowego, nad zbudowaniem zwycięskiego zespołu sportowego, albo nad uzyskaniem najlepszego przedstawienia teatru amatorskiego. Zadania w ogólnym przypadku mogą być różne, ale spełnią one swoją rolę, jeśli skupią aktywność grupy studentów i pracowników wokół jakiegoś celu, który pozornie jest celem zewnętrznym, ale który porządkuje i organizuje działania w grupie tak, by pojawił się efekt wzajemnego zrozumienia i synergii.

O tym, jak ważne skutki może wywołać taki zewnętrzny czynnik porządkujący „wektory” orientujące działania poszczególnych ludzi, można się przekonać poprzez odwołanie do  analogii z dziedziny fizyki (niech mi fizycy wybaczą zastosowane uproszczenia!): każdy kawałek żelaza składa się cząsteczek, wielkiej liczby cząsteczek (albo ich grup, zwanych domenami), będących maleńkimi magnesami. Jednak w zwykłym kawałku żelaza każdy z tych miniaturowych magnesów jest ukierunkowany w inną stronę, wobec czego cały kawałek żelaza magnetyzmu nie wykazuje. Wystarczy jednak, że  zadziała silne zewnętrzne pole magnetyczne, a  wszystkie te maleńkie magnesy ustawią się zgodnie i  cały kawałek żelaza stanie się magnesem, a w wyniku będzie zdolny do rzeczy, których poprzednio robić nie potrafi ł - na przykład będzie mógł wskazywać drogę zbłąkanym żeglarzom. Co więcej, namagnesowany kawałek żelaza zachowuje swoje właściwości magnetyczne również po zniknięciu zewnętrznego pola magnetycznego, gdyż ma szansę stać się tak zwanym magnesem trwałym.

Tak samo w zbiorowości ludzi - dopóki nie pojawi się zewnętrzny cel, skłaniający do  uzgodnionych, jednokierunkowych działań, każdy orientuje swój wektor dążeń według własnych preferencji, co powoduje, że zbiorowość nie prezentuje żadnych wspólnych cech i w tym sensie nie może być rozpatrywana jako wspólnota. Dobrowolnie przyjęty cel porządkuje te indywidualne kierunki, a w rezultacie zbiorowość zaczyna działać w sposób zgodny. Porządkującemu czynnikowi poddają się nauczający, w tym wypadku występujący jako opiekunowie działalności młodzieży, która czymś się fascynuje i dobrowolnie przychodzi, chcąc się właśnie tym czymś zajmować, oraz właśnie ci młodzi ludzie, którzy poświęcają swój czas i wyrzekają się innych rozrywek, bowiem chcą coś osiągnąć.

Jak już wspomniałem, z punktu widzenia nadrzędnej wartości, jaką w tej pracy jest budowanie wspólnoty uczelnianej, nie jest ważne, jaki będzie konkretny cel, do którego wszyscy dążą. W istocie ważne jest tylko to, że  wszyscy, profesorowie i studenci, dążą do niego wspólnie, że działają razem, i że dzięki temu są w stanie wzajemnie się inspirować.

Warto zwrócić uwagę na ten czynnik wzajemności. Inspirująca rola opiekuna (koła naukowego, klubu wspólnych zainteresowań, grupy artystycznej itp.) w stosunku do studentów nie ulega dla nikogo żadnej wątpliwości. Rzadziej jednak dostrzega się (i docenia) funkcjonowanie inspiracji w drugą stronę. A tymczasem studenci, jeśli im tylko na to pozwolić, są w stanie bardzo znacząco wpływać na pracowników naukowych. Obserwowałem w wielu przypadkach, że moi młodsi koledzy, zwłaszcza tacy, za których rozwój naukowy byłem osobiście odpowiedzialny, bardzo dojrzewali naukowo w momencie, kiedy mieli kontakt ze studentami. Ważne było jednak, żeby był to kontakt autentyczny i swobodny, realizowany nie tylko przez wszystkie sformalizowane, obowiązkowe zajęcia typu: wykłady, ćwiczenia, laboratoria. Prawdziwie inspirujący, ożywczo oryginalny i twórczy jest kontakt swobodny, realizowany między innymi w kołach naukowych. Na wszystkich obowiązkowych, sformalizowanych zajęciach istnieje ściśle zdefiniowany podział ról i sztywno zapisany program nauczania, który z punktu widzenia prowadzącego zajęcia oraz studentów jest im narzucony.

Lecz tam, gdzie cel nauczających i  nauczanych wyznaczony jest przez ich własne fascynacje, przez zaciekawienie i chęć zdobycia wiedzy dla niej samej, następuje osmoza, wzajemne przenikanie, zbliżanie się (w najlepszym tego słowa znaczeniu) profesorów i studentów. To właśnie w tych warunkach dochodzi do  modelu współpracy, który przezwycięża bariery i  przyczynia się do rzeczywistego tworzenia wspólnoty. Wspólne działanie dyktowane przez wspólne fascynacje bywa zalążkiem wspaniałych przyjaźni, wieloletniej współpracy, wzajemnego zaufania. Tacy ludzie, którzy aktywnie działali w kołach naukowych, jeśli nie pozostają w macierzystej katedrze w charakterze naukowców, nie tracą z nią kontaktu, lecz wielokrotnie powracają z przemysłu na uczelnię, albo dokształcając się na studiach podyplomowych, albo wspólnie ze swoimi byłymi profesorami rozwiązując problemy, które są im potrzebne w codziennej pracy na rzecz gospodarki narodowej i  przemysłu. Dla byłych aktywistów kół naukowych, dla byłych członków uczelnianej wspólnoty powrót po latach do macierzystej uczelni po  nową, zaktualizowaną wiedzę, jest czymś najbardziej oczywistym i najbardziej naturalnym, bo  przecież nauczyli się partnerskiego współdziałania ze swymi nauczycielami właśnie w takiej formie.

Być może moja wizja kół naukowych (i innych kół zainteresowań) jako podglebia, na którym może zakwitnąć prawdziwa wspólnota akademicka, wyda się niektórym z Państwa nadmiernie wyidealizowana. Być może ktoś z Czytelników przywoła przykłady kół naukowych, których działalność jest nieautentyczna, pozorowana. Owszem, bywają i takie. Ja jednak chcę wyraźnie podkreślić: lepszego modelu nie znam. Wiem też z doświadczenia, że  wspólnoty akademickiej nie buduje się poprzez wystawianie do programu władz rektorskich czy dziekańskich hasła: no to od przyszłego semestru budujemy wspólnotę. Wspólnoty w ogóle się nie buduje, ona formuje się sama poprzez autentyczną współbieżność celów, dzielenie pewnych fascynacji, przenikanie się idei. Do wspólnoty trzeba zachęcać przede wszystkim przez przykład, a nie przez werbalną indoktrynację. Tylko tak można wpłynąć na postawę młodych ludzi, na ich poglądy i na ich system wartości. Tylko pracując ramię w ramię można do nich skutecznie dotrzeć z pewnymi prawdami i przekazać je tak, że przyjęte zostaną jak coś naturalnego, bo nie będzie to werbalne eksponowanie abstrakcyjnie definiowanych wartości, tylko wywoływanie sytuacji, w których wartości te powstają w sposób całkowicie spontaniczny i naturalny.

Jeśli zależy nam na budowaniu autentycznej wspólnoty uczących się i nauczających, trzeba jak ognia unikać w kontaktach ze studentami mentorstwa w stylu: „powiem wam, jak jest naprawdę, dlatego, że jestem mądrzejszy”. Tą metodą można doprowadzić do tego, że studenci przyniosą na egzamin garść wyuczonych na pamięć frazesów, o których szybko zapomną, gdy tylko zamkną indeks z pozytywną oceną, niepodobna natomiast wszczepić im w ten sposób żadnych trwale akceptowanych wartości. Drogą do  skutecznego budowania wartości jest wspólne obserwowanie przesłanek, wspólne wyciąganie wniosków, wspólne dochodzenie do akceptowalnych racji, do których zwykle dociera się przez merytoryczny, chociaż nacechowany wzajemną życzliwością spór, a nie przez ślepą afirmację „jedynie słusznej prawdy”. Przy partnerskim budowaniu wspólnoty akademickiej bardzo ważny jest właśnie ten, nacechowany życzliwością, ale krytyczny styl myślenia. Konieczna jest także rzetelność, powaga w podchodzeniu do rozważanych zagadnień, ale także i traktowanie procesu zdobywania wiedzy jako pewnej radosnej przygody, a nie pełnego udręki mozołu. Jako badacze, jako naukowcy musimy pokazać naszym uczniom, jak ogromna jest przyjemność i satysfakcja w momencie, kiedy się odkrywa coś nowego, kiedy ma się świadomość, że jest się pierwszym człowiekiem na świecie, który wie. Każdy badacz, który go zaznał, nigdy nie zapomni tego wrażenia: wiem, że niebawem coś opublikuję, a moje odkrycie stanie się własnością wszystkich, ale przez moment - to właśnie ja mam kawałeczek prawdy na  moją wyłączną własność. To jest coś fantastycznego, wspaniałego, a dzielenie tego uczucia z  młodymi ludźmi, pokazywanie im, jak bardzo radosne jest odkrywanie, stykanie się z granicą znanego i nieznanego, jest naprawdę wielkim wyzwaniem. Dla dobrego nauczyciela akademickiego ogromnie frapujące i niezwykle ważne, a wręcz niezastąpione, jeśli ma służyć budowie wspólnoty.

Przedstawiony artykuł nie wyczerpuje problemu zarysowanego w tytule, przeciwnie - u  wielu Czytelników może wywołać wrażenie, że  postawiono w nim więcej pytań, niż udzielono odpowiedzi. Sądzę jednak, że warto je było postawić, a jeśli ktoś z Czytelników zna odmienne od proponowanych rozwiązania - zachęcam Go, by zechciał je przedstawić, gdyż wiele osób chętnie się z nimi zapozna. Ja na pewno to  uczynię, i to z największą uwagą!

Ryszard Tadeusiewicz


1 W artykule będę używał nazwy „uniwersytet”, mając na myśli każdą szkołę wyższą godną tej nazwy. W tym sensie uniwersytetem jest dla mnie Akademia Pedagogiczna, do której społeczności się zwracam, ale także Akademia Górniczo- Hutnicza, w której gromadziłem spostrzeżenia zawarte w treści artykułu.Powrót do tekstu

2 Tu i w innych miejscach referatu mówiąc o „profesorach” mam na myśli ogół nauczycieli akademickich, nie odróżniając tych, którzy noszą tytuł naukowy, od tych, którzy pełnią rolę asystentów czy adiunktów.Powrót do tekstu


 
[Rozmiar: 7784 bajtów]
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka