Przyczynek

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Szymon Sikorski

Muzycy Krakowa w okresie „Solidarności” i stanu wojennego

Środowisko muzyczne, jego działalność oraz reakcja na wydarzenia sierpnia 1980 i grudnia 1981 r. to bardzo specyficzna przestrzeń badawcza, która do dziś nie została satysfakcjonująco opracowana. A szkoda, gdyż to ciekawy rozdział najnowszej historii Polski

D alekim nadużyciem byłoby całkowite potępianie poprzedniego systemu polityczno-gospodarczego. Przecież wielcy muzycy - dla przykładu: bracia Zielińscy, Andrzej Sikorowski, Krzysztof Penderecki, Mieczysław Tuleja czy inni, nie mniej wspaniali i zasłużeni artyści - oni wszyscy otrzymali wykształcenie właśnie w tamtym czasie. Czy czegokolwiek źle ich nauczono? Nie sądzę. Tętniące życiem kluby studenckie - zwłaszcza Pod Jaszczurami czy też Pod Budą - przyciągały na wieczory jazzowe setki słuchaczy, żyjących w ciągłym oczekiwaniu. Na co? O tym chyba mówić nie trzeba. Paradoksalnym musiało być przecież działanie wszechobecnej cenzury prewencyjnej, skoro autorzy tekstów wznosili się na wyżyny intelektualnej satyry, aby za pomocą metafor powiedzieć prawdę dla wszystkich jasną i oczywistą.

Szkolnictwo muzyczne było i będzie niezmiernie specyficzną gałęzią edukacji. Jej odmienność wynika zarówno z elitarności środowiska (muzykami zostają uczniowie, którzy naprawdę posiadają talent), jak i zdolności twórczych osób pragnących otrzymać solidne wykształcenie muzyczne. Wielu współczesnych profesorów i wirtuozów studiowało wtedy zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. Najczęściej odwiedzanymi z tej racji państwami były: Francja, Włochy, Niemcy (wówczas jeszcze Wschodnie i Zachodnie) oraz Związek Radziecki - władza zezwalała na wyjazdy osobom sztuki, zaś sam system socjalistyczny dawał szeroką możliwość edukacji i obcowania ze sztuką. Dziś młodzi uczniowie śmieją się, słysząc, że ktoś był stypendystą w konserwatoriach radzieckich. Wynika to z pewnego stereotypowego postrzegania świata i negacji ówczesnego stanu muzyki w ZSRR, jednakże nazwiska Strawińskiego, Prokofiewa czy Czajkowskiego dobitnie świadczą o  fakcie, iż w państwie tym żyli i tworzyli wirtuozi, prekursorzy nowych trendów w muzyce, twórcy kanonów dodekafonii, aleatoryzmu, symbolizmu bądź innych „wynalazków”, bez których trudno sobie wyobrazić świat dzisiejszej muzyki. Ponadto zauważyć trzeba, iż za wschodnią granicą działały i nadal działają najlepsze na świecie konserwatoria muzyczne. Moskwa, Kijów, Petersburg - oto cenione ośrodki muzyczne, otwarte dla studentów z całego świata. Wówczas dla wielu ludzi była to niejednokrotnie jedyna rozrywka kulturalna w pełnym tego słowa znaczeniu. Część z  nich, po zetknięciu z klasyką, pokochało ją i zrozumiało to, co wiele lat później powiedział Maciej Niesiołowski w programie Z Batutą i humorem, iż muzyka klasyczna wcale nie musi być poważna. W latach 80. i na początku lat 90. wspaniale tę ideę prezentował duet Marek i Wacek. Dziś wakat na tym polu zapełnia „Grupa MoCARTA”

W świetle przytoczonych spostrzeżeń wolno zapytać: dlaczego muzycy protestowali przeciwko władzy, skoro mieli się tak dobrze? Odpowiedź znaleźć można w ocenie ówczesnego stanu państwa: były to czasy, w których między krajami demokracji ludowej a światem kapitalistycznym zionęła przepaść - technologiczna i zaopatrzeniowa. Brak instrumentów, aparatury nagłaśniającej, nawet wtyczek do gitar czy wzmacniaczy odczuwali zwłaszcza artyści estradowi. Potrzeby filharmoników zaspakajane były nieco rzetelniej. Instrumenty można było kupić w kraju, zaś struny i smyczki nabywano podczas dość częstych wyjazdów zagranicznych. Lecz i tu obowiązywały surowe przepisy cenzury. Istniał indeks zakazanych partytur i to nie tylko kompozytorów zagranicznych. Z rodzimych zabraniano Krzysztofa Panafiuka, a również i niektórych tekstów Pendereckiego. Zresztą - jak wspomina pan Antoni Markiewicz, kontrabasista w Filharmonii Krakowskiej - w Katowicach czy ogólnie na  Śląsku obostrzenia te były zarówno poszerzone, jak i radykalniej respektowane.

Jak zatem wyglądała walka z systemem? Formy protestu środowiska muzycznego były immanentnie związane z miejscem pracy danego artysty. Inaczej sprzeciwiali się filharmonicy, inaczej organiści, inaczej pedagodzy, a jeszcze inaczej ludzie estrady. Muzycy czynnie uczestniczyli w mszach i nabożeństwach u OO. Dominikanów lub OO. Misjonarzy. W Nowej Hucie pracownicy filharmonii złożyli w darze dla kościoła świecznik wykonany jako dowód przynależności do  NSZZ. Ponadto w domach i mieszkaniach prywatnych organizowane były wieczornice o tematyce patriotycznej, powielano nielegalną prasę, nawet całe poważne tytuły, traktujące o  najnowszej historii Polski.

Nieco inne formy i zasady obowiązywały w kościołach. W Bazylice Mariackiej, gdzie organistą był i nadal jest prof. Bogusław Grzybek, msze za Ojczyznę miały zawsze szczególnie uroczystą oprawę - i słowną, i muzyczną. Ta niemała przecież świątynia pękała wówczas w szwach, nie mogąc pomieścić wszystkich, którzy przyszli.

Jeszcze inaczej wyglądała sprawa ludzi, którzy wówczas uczyli nowe pokolenie muzyków. Prof. Mieczysław Tuleja zauważył, że w  początkach „Solidarności” nie nastąpiła drastyczna zmiana w systemie dydaktycznym. Co prawda, w stanie wojennym był przydzielony nadzór zajęć, lecz pełnili go żołnierze wojsk chemicznych, którzy niewiele orientowali się w specyfice tego rodzaju edukacji. Była również przeprowadzana weryfikacja wśród kadry w Liceum Muzycznym na ul. Basztowej, pracy jednak nikt nie stracił.

Inaczej do sytuacji politycznej ustosunkowali się artyści estradowi. Po sierpniu'80 nastąpiło pewne odprężenie. Nieco więcej można było powiedzieć wprost, czy to w piosence, czy w kabarecie. Cenzura jednak nadal czuwała i pilnowała, aby tej wolności nie było zbyt wiele. Wszystko wiązało się z miejscem, z konkretnym przypadkiem. Piwnica pod Baranami była pod tym względem uprzywilejowana. Wcale nie znaczy to, iż była poddańczo czy też ugodowo nastawiona do systemu. Prócz cenzora w KW PZPR, prawie zawsze na  przedstawieniu był obecny „Pan z teczką”. To jednak dodatkowo mobilizowało artystów. Wykonawcy niezależni po 13 XII na znak protestu przestali występować, by - jak wspomina Andrzej Sikorowski - nie dać władzy możliwości powiedzenia: „jest normalnie, jest dobrze”.

 

Artykuł nie wyczerpuje zagadnienia, lecz nie sposób w jednym artykule zawrzeć całości problemu. Złożoność zjawisk wówczas występujących i to nie tylko w Polsce, ale i na arenie międzynarodowej, powoduje, iż  przemyślenia i wnioski wymagają dalszego rozwinięcia.

Szymon Sikorski


 
[Rozmiar: 7784 bajtów]
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka