|
|
|
|
Piotr Pacholarz*Historyczna podkowa Nowej Huty
Kraków przyciąga turystów z bliska i z bardzo odległych rejonów świata. Blask i znamienitość Wawelu czy Starego Miasta zdecydowanie przyćmiewa inne, licznie rozmieszczone wokół, zabytkowe obiekty. Trudno się jednak dziwić, że przybysze - ograniczeni czasem - uwagę swą koncentrują na najważniejszych i najsławniejszych budowlach. Wszakże mieszkańcy Krakowa znajdują się w niezwykle komfortowej sytuacji, mogąc poświęcić więcej czasu na odkrywanie mniej popularnych zakątków, w których wiele jest obiektów o wysokich walorach historycznych i artystycznych N ajbardziej zaniedbaną pod tym względem częścią miasta jest jego wschodnia część, w obrębie Nowej Huty. Budowa kombinatu metalurgicznego i budynków tworzących nową tkankę - socjalistycznego w założeniu - miasta, zaburzyła (lub wręcz unicestwiła) sieć osadniczą, jaka wykrystalizowała się w ciągu wielu wieków. A był to obszar o dużej gęstości zaludnienia. Żyzność gleb i bliskość stolicy stanowiły o jego atrakcyjności. Wsie były bogate, wiele znakomitych rodów szlacheckich i magnackich miało tu swe posiadłości a nawet siedziby. Materialnym wyrazem takiego stanu rzeczy była budowa i wyposażanie świątyń, dworów i pałaców. I choć po II wojnie światowej ówczesne władze doprowadziły do ruiny wiele spośród tych zabytkowych obiektów, to do dziś niektóre z nich trwają nadal. Artykułem tym chciałbym zachęcić Czytelników do poznania wybranych zabytkowych budowli i innych, wartych zainteresowania miejsc. Nowa Huta przeżywa aktualnie renesans swej popularności. Dotyczy to przede wszystkim jej centralnej części. Utworzony został nawet szlak turystyczny łączący najbardziej interesujące obiekty. Wiele jednak pozostało poza nim. Rozmieszczone są na północ, wschód i na południe od kombinatu. Dostęp do nich utrudniony jest odległością i słabą komunikacją oraz. świadomością potencjalnych wyziewów przemysłowych, które skutecznie zniechęcić mogą wrażliwszego turystę. Dla prawdziwych pasjonatów nie będzie to wszakże przeszkodą. Jako pierwsze na trasie znaleźć się mogą Łuczanowice. Dostać się tu możemy autobusem 117 odjeżdżającym sprzed głównej bramy kombinatu metalurgicznego. Łuczanowice są nadal częściowo wsią (przyłączono ją do Krakowa w 1973 r.), malowniczo położoną na południowym skraju Płaskowyżu Proszowickiego. Na wierzchołku najwyższego wyniesienia znajduje się ogrodzony i zadbany, XVIII-wieczny cmentarz. Jest to miejsce wyjątkowe, gdyż pochowani tu zostali prawdziwi „dysydenci”, czyli osoby kalwińskiego wyznania. Kilkumetrowej wysokości kopiec, zwieńczony obeliskiem, kryje w sobie komorę grobową Żeleńskich. Piękne, piaskowcowe grobowce w formie sarkofagu i kilka skromnie ozdobionych krzyży ocienianych przez starodrzew, stwarzają w efekcie piękną kompozycję krajobrazową i estetyczną. To raczej miejsce zadumy niż smutku.
Nie dajmy się jednak zwieść spokojowi tego miejsca. Od końca XVI w. Lucjanowice (takiej nazwy wówczas używano) były ważnym miejscem dla krakowskich i małopolskich ewangelików. Przepędzeni z ulicy Świętego Jana przenieśli się tu ze swymi nabożeństwami. Znaczna odległość od Krakowa nie przeszkodziła jednak ówczesnym fanatykom dotrzeć aż tutaj i spalić budowany zbór. W XVII w. definitywnie zakazano odprawiania dysydenckich nabożeństw. Za czasów ostatniego z królów Polski wybudowano w Łuczanowicach modrzewiowy dwór. Powiększono go, już na początku XX w., o nowe, murowane skrzydło. Inicjatywa tej rozbudowy wyszła od ówczesnego właściciela, hr. Władysława Mycielskiego, zaprojektował ją zaś znany architekt Tadeusz Stryjeński. Do kompleksu dołączono wtedy zachowany fragment dawnej kaplicy i komory grobowej, która pod nią się znajdowała. I tylko ta część dworu przetrwała do dnia dzisiejszego, gdyż wkrótce po II wojnie światowej rozebrano drewnianą część zabytkowego kompleksu. Uważny obserwator zadowolić się aktualnie może jedynie cieniem dawnej świetności łuczanowickiego dworu, który służy jako świetlica, kaplica i dom mieszkalny. Osoby posiadające rozwiniętą wyobraźnię mogą udawać, że nie widzą suszącej się na loggii bielizny. Warto natomiast zachwycić się pięknem otaczającego dwór starodrzewu (przetrzebionego przez żądnych opału okolicznych mieszkańców), a nawet podziwiać rozległe, błotniste wgłębienia, w których znajdowały się dworskie stawy. Dalsza wędrówka zaprowadzi nas na wschód, przez Krzysztoforzyce (jedyna miejscowość na naszej trasie poza administracyjnymi granicami Krakowa) do Górki Kościelnickiej. Gruntowa i kamienista czasem droga (jej odcinek nosi miłą dla ucha nazwę - ulica Barwna) biegnie lekko wyniesionym ponad otoczenie grzbietem o dużych walorach krajobrazowych. W pogodny dzień podziwiać możemy łagodnie pofalowaną powierzchnię Płaskowyżu Proszowickiego, urozmaiconą szachownicą pól uprawnych. Od południa, na linii horyzontu, widnieć będzie panorama Beskidu Wyspowego (niekiedy nawet Tatr), bliżej obniżenie Kotliny Sandomierskiej z ciemnozieloną plamą Puszczy Niepołomickiej i. budowle kombinatu metalurgicznego. Naszą uwagę warto będzie skupić na drewnianym XVII-wiecznym kościele, wznoszącym się ponad doliną Potoku Kościelnickiego. Choć krajobraz jest tu typowo wiejski, Górka Kościelnicka jest częścią Krakowa. Zanim dotrzemy do samej świątyni, wzrok nasz przyciągnie widok kilkudziesięciu krzyży powbijanych w przydrożne skarpy. Nieco chaotyczny sposób ich rozmieszczenia przypominać może niektórym Górę Krzyży na Litwie. Pomysł wziął się jednak stąd, że tutejszy proboszcz użalił się nad starymi krzyżami porzucanymi podczas budowy nowych, kamiennych grobowców, na tutejszym cmentarzu. „Niepotrzebne” symbole znalazły zatem godne miejsce, tworząc intrygujący układ przestrzenny. Choć parafia w Górce Kościelnickiej wspomniana została już przez Jana Długosza, to obecna świątynia wzniesiona została „dopiero” w pierwszej połowie XVII w. Drewniana, modrzewiowa budowla posiada nawę główną i dwie boczne pseudonawy (oddzielone drewnianymi słupami) oraz wielobocznie zamknięte prezbiterium. Kościół jest szalowany i pokryty gontem, ponad którym widnieje sygnaturka. Wnętrze zadziwia swym bogactwem barokowych i rokokowych elementów. W ołtarzu głównym doszukamy się zarówno obrazu Matki Boskiej Anielskiej jak i patronów parafii - Wszystkich Świętych. Niewielka stosunkowo przestrzeń świątyni, ograniczona pokrytymi współczesną polichromią ścianami i sklepieniem, czyni ją emocjonalnie ciepłą i przytulną.
Kościół otoczony jest pozostałościami dawnego cmentarza. Stąd kilka epitafiów poświęconych dawnym właścicielom ziemskim - Potockim i Zapolskim. Średniowieczny zwyczaj chowania zmarłych wokół świątyni został poniekąd odnowiony przez zlokalizowanie obok świątyni pomnika poświęconego żołnierzom poległym podczas I wojny światowej. Nad zbiorowym grobem usytuowano rodzaj ściany, ozdobionej m.in. wyciosanym krzyżem, wieńcem z liści lauru i dębu oraz. żołnierską czapką! Całość kompozycji przestrzennej otoczona jest murem, w którym znajduje się XIXwieczna, dwukondygnacyjna, murowana dzwonnica, z półkoliście zamkniętą bramą. To główne wejście. Dostrzec w niej można epitafium poświęcone hr. Eliaszowi Wodzickiemu. Natomiast od strony plebanii dostać się można przez furtkę w kamiennej balustradzie, pochodzącej z ogrodu pałacowego Wodzickich w Kościelnikach. Jak to w wiejskich kościołach bywa, otwarte są one tylko podczas nabożeństw i uroczystości. Chcąc jednak pozachwycać się wnętrzem, możemy zastukać do plebanii albo. rozglądnąć się! Może zobaczymy ubranego w strój roboczy mężczyznę, który krząta się przy pracach remontowych wokół kościoła. Być może będzie to właśnie tutejszy proboszcz, który oprócz posługi duszpasterskiej (a parafia sięga aż po Wisłę!) potrafi również w tak bezpośredni sposób dbać o powierzoną sobie świątynię.
Jednakże czas udać się w dalszą wędrówkę, na południe. Asfaltową szosą trafi my niebawem na otoczoną parkiem (oczywiście zaniedbanym!) malowniczą ruinę. To klasycystyczny pałac w Kościelnikach. Gościli w nim m.in. król Stanisław August Poniatowski, Wojciech Bogusławski i ojciec Jana Matejki (jako nauczyciel muzyki). Na pamiątkę pobytu pierwszego z wymienionych postawiono ozdobną fontannę. Niestety, pałacowi przyglądnąć się możemy wyłącznie zza ogrodzenia, gdyż nie jest on dostępny do zwiedzania. Obdarzeni dobrym wzrokiem dostrzec mogą potężny portyk wsparty na czterech kolumnach oraz przylegające do głównego korpusu dwa skrzydła zaakcentowane ryzalitami. Stan techniczny pałacu jest katastrofalny i turysta nie mógłby czuć się tam bezpiecznie. Po wygnaniu w 1945 r. Wodzickich - prawowitych właścicieli posiadłości - rozkradziono praktycznie wszystko, nawet podłogi i sufity. Po tej smutnej konstatacji można ruszyć dalej, na wschód, w kierunku dawnej wsi Ruszcza. Co prawda na naszej drodze znajdzie się nasyp kolejowej obwodnicy (lubiący ryzyko mogą spróbować ją sforsować.), jednak można tę przeszkodę obejść, kierując się szosą przebiegającą pod torami. Dalej, przez pola uprawne przecięte ścieżkami, dotrzeć można do ukrytego pośród drzew gotyckiego kościoła w Ruszczy. Zanim jednak dojdziemy na miejsce czeka nas bardzo niemiłe „odkrycie”. Uprawiane w bezpośredniej bliskości kombinatu metalurgicznego warzywa sprawiają, że zaczynamy zastanawiać się, czy spożywana w Krakowie marchewka na pewno jest korzystna dla zdrowia. A jednak warto się trudzić, aby obejrzeć obiekt o bardzo odległej metryce i szacownej przeszłości. Gotycki w założeniu kościół rusiecki powstał zapewne na miejscu wcześniejszej, romańskiej (sic!) świątyni. Świadczyć o tym mają wapienne kostki, pochodzące z poprzedniej budowli, które wmurowane zostały w ściany wieży wzniesionej od zachodniej strony nawy głównej. Kościół pw. św. Grzegorza (czyli w staropolszczyźnie Wierzbięty) powstał na początku XV w. Jest orientowany, dwunawowy, z prezbiterium. I - jak na gotyk przystało - budowla posiada szkarpy, blankowany szczyt wieńczący prezbiterium oraz dwa ostrołukowe okna. Tylko tyle, gdyż świątynia była wielokrotnie przebudowywana. Po wschodniej stronie, na początku XX w., wzniesiona została zakrystia mocno kontrastująca stylistycznie z gotycką formą kościoła. Jest to budowla ośmioboczna, z licznymi kopułami, które nawiązują do stylu cerkiewnego. Powstała według projektu architekta Adolfa Szyszko-Bohusza. Zanim wejdziemy do środka świątyni, warto odszukać wzrokiem krucyfiks umieszczony w oknie kościelnej wieży, usytuowany nad zachodnim wejściem. Pochodzi on bowiem ze znanego nam już, łuczanowickiego, kalwińskiego cmentarza. Zwiedzając wnętrze kościoła, nawet wymagający turysta będzie w pełni usatysfakcjonowany, kiedy nasyci oczy renesansowymi nagrobkami i epitafiami, barokowymi ołtarzami czy wreszcie hebanowym tabernakulum. Bogate wyposażenie ma swe uzasadnienie. Ruszcza bowiem, najprawdopodobniej jeszcze od pogańskich czasów, znajdowała się we władaniu rodu Gryfitów, którzy dbali o wystrój świątyni. Stąd pochodzi jeden z najcenniejszych gotyckich obiektów w Polsce - Epitafium Wierzbięty z Branic - obraz tablicowy, będący aktualnie w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie. Współcześnie nie jest to miejsce często odwiedzane. Dawniej było inaczej. W tragicznie dziś wyglądającym XIX-wiecznym, neorenesansowym dworku rusieckim, należącym do hr. Pawła Popiela (galicyjskiego polityka i konserwatora zabytków), gościło wiele znamienitych osobistości. W 1918 r. zatrzymał się tu na obiad Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI. O wydarzeniu tym informuje tablica wmurowana w ścianę kościoła św. Grzegorza. Czas jednak ruszyć dalej. Wędrując w stronę Branic, warto udać się na południowy - zachód, ulicą Rusiecką. Po pierwsze, unikniemy ruchu samochodowego, po drugie - zobaczymy drogę, która łączyła obydwie miejscowości na długo przed powstaniem kombinatu metalurgicznego. Na pierwszym odcinku ma ona wiejski charakter - biegnie wśród pól uprawnych, ozdobiona jest przydrożną kapliczką, pięknie usytuowaną na wzniesieniu. Dalej, niestety, jest mniej romantycznie, gdyż droga okrąża zabudowania fabryczne. Następnie musimy przejść przez główną szosę (ul. Igołomska), która notabene biegnie dawnym traktem ruskim, prowadzącym w kierunku Sandomierza. Dalej podążamy ulicami Szymańskiego i Sasanek (tu znów zabudowania o wiejskim charakterze), aby dotrzeć do widocznego z daleka zgrupowania starodrzewu. To otoczenie dawnej rezydencji Branickich.
Starszą budowlą jest dwór o obronnym niegdyś charakterze - rodzaju wieży mieszkalnej. Powstał ponad górną krawędzią skarpy oddzielającej dwa poziomy dna doliny Wisły (czyli terasę zalewową i nadzalewową). Trzy kondygnacje na planie kwadratu pokryte zostały od zewnątrz dekoracją sgraffitową, zwieńczone zaś attyką z krenelażowym grzebieniem. Te charakterystyczne dla renesansu elementy uzupełnione zostały o stylowe obramowania okienne. Wewnątrz przetrwało niewiele autentycznych urządzeń i elementów - głównie kominki i portale wokół drzwi. Doszukać się tam można manierystycznych motywów roślinnych. Łatwo dostrzec herby Gryf i Zabawa, należące do rodu Branickich. Strop sali na piętrze jest rekonstrukcją oryginalnego. Powstały na początku XVII w. dwór, pomimo swych wysokich walorów estetycznych, nie zapewniał jego mieszkańcom większego komfortu. W pierwszej połowie XIX w. rodzina Badenich (nowi właściciele Branic, gdyż dotychczasowa gałąź rodu wygasła) wybudowała nowy, zachowany do dziś dwór. Tak powstał klasycystyczny w formie, duży parterowy budynek, ozdobiony od frontu portykiem wspartym na czterech kolumnach. Renesansowy dwór stał się zaś rodzajem magazynu czyli lamusem. I choć nazwę tę nosi do dziś, to właśnie w klasycystycznym dworze znajduje się obecnie magazyn Muzeum Archeologicznego, zaś tzw. lamus można zwiedzać! Warto jeszcze pospacerować po dość rozległym parku, w obrębie którego prowadzone są wykopaliska archeologiczne. Corocznie odbywają się tu festyny historyczne, podczas których można prześledzić proces formowania garnków, oglądać dawne stroje lub inscenizacje walk rycerskich. Czeka nas teraz najmniej atrakcyjny odcinek wędrówki. Musimy bowiem dotrzeć do głównej arterii, czyli ul. Igołomskiej, aby podążając nią w kierunku zachodnim, dotrzeć do Pleszowa. Osoby lubiące wyzwania mogą znacznie skrócić sobie drogę, idąc najpierw ulicą Deszczową w kierunku zabudowań fabrycznych, potem zaś przez teren opuszczonego zakładu, aby dojść w pobliże pętli tramwajowej w Pleszowie. Jednakże jest to nieoficjalny skrót i choć podobno wszyscy z niego korzystają, to przejście przez ten teren jest „surowo wzbronione”, o czym informują lekko już pordzewiałe tablice.
Najpierw dostrzec możemy, w pobliżu pętli tramwajowej, neogotycką kaplicę cmentarną i otaczające cmentarz modernistyczne ogrodzenie. Kilkaset metrów dalej, przy ulicy Nadbrzezie, znajduje się klasycystyczny kościół - wyjątkowy pod kilkoma względami. W Krakowie trudno jest znaleźć obiekty w tym stylu, gdyż w czasach, kiedy był on popularny, nasze miasto przeżywało rodzaj zapaści ekonomicznej. Poza tym, znaczne było nasycenie budowlami sakralnymi w obrębie Starego Miasta. Tym cenniejszy jest pleszowski kościół pw. św. Wincentego i Narodzenia NMP, wybudowany z fundacji Czartoryskich. Wnętrze tej świątyni kryje również niemałą niespodziankę. Trudno dziś chyba ocenić, czy ze względów finansowych (tak było taniej), czy z powodu umiłowania przeszłości (a to u Czartoryskich było wówczas w cenie) - zakupiono wyposażenie z rozbieranego kościoła pw. Wszystkich Świętych. I tak, choć po świątyni tej pozostała tylko nazwa placu, to jej barokowe i rokokowe ołtarze podziwiać można właśnie w Pleszowie. Oczywiście wewnątrz dostrzec można wiele innych jeszcze elementów - na przykład ołtarz poświęcony św. Józefowi (dar Cystersów z pobliskiej Mogiły) czy klasycystyczne w wystroju organy.
Warto przy tym zaznaczyć, że w zdecydowanej większości przypadków, po latach, starsze kościoły wyposażano w bardziej modne - odpowiadające zmieniającym się gustom estetycznym - wnętrza. Tak zbarokizowano większość romańskich i gotyckich świątyń. W Pleszowie mamy do czynienia z zupełnie odwrotnym procesem! Kościół w Pleszowie jest ostatnim obiektem na opisywanym wyżej szlaku „Historycznej podkowy Nowej Huty”, którym z trzech stron obchodzi się teren kombinatu. Przedstawiona trasa nadaje się na całodzienną wycieczkę. Podążając pieszo, będziemy mieli okazję najpełniej poznać jej walory. To jednak wiąże się z niemałym wysiłkiem fizycznym i koniecznością relatywnie długotrwałego przemierzania odcinków mniej atrakcyjnych (ruch samochodowy, niemiłe zapachy z kombinatu itd.). Można skorzystać z komunikacji publicznej, ale autobusy kursują rzadko i trudno dostosować rytm naszej wędrówki do ich rozkładu jazdy. Warto też przemyśleć koncepcję podzielenia wycieczki na dwie części, tak, aby móc lepiej skupić się na konkretnym obiekcie. Osoby poruszające się przy pomocy samochodu bez trudu będą w stanie odwiedzić wszystkie miejsca w przeciągu kilku godzin. Pozbawione jednak zostaną doznań estetycznych i emocjonalnych, które są udziałem wędrujących malowniczymi dróżkami i ścieżkami, niedostępnymi dla aut. Optymalnym środkiem transportu wydaje się być rower, który łączy walory pieszej i zmechanizowanej turystyki. Ten sposób przemieszczania się ma tę jeszcze zaletę, że korzystnie wpływa na naszą kondycję fizyczną.
Różna jest dostępność opisanych wyżej obiektów - w dni powszednie kościoły są najczęściej zamknięte, w niedziele zaś trudno je zwiedzać w porze nabożeństw. Zawsze możemy spróbować uprosić kogoś, aby otworzył nam drzwi - w Górce Kościelnickiej i w Ruszczy - w bezpośredniej bliskości świątyń znajdują się plebanie. Bramka w ogrodzeniu cmentarza w Łuczanowicach jest solidnie zamknięta, co nie przeszkadza oczywiście w robieniu fotografii. Jeśli jednak chcielibyśmy dostać się do środka, najlepiej spróbować to załatwić w kancelarii parafii ewangelickiej św. Marcina (przy ulicy Grodzkiej). Jest jeszcze jeden sposób na dostanie się do środka - nieformalny jednak i zarezerwowany tylko dla osób sprawnych fizycznie. Dwór w Łuczanowicach jest łatwo dostępny, w przeciwieństwie do pałacu w Kościelnikach. Natomiast w Branicach można zwiedzać wyłącznie lamus, choć jest to możliwe w żenująco krótkim okresie czasu - od maja do września w każdą niedzielę, w godzinach od 11.00 do 14.00. Spacer nasz, a właściwie intensywna wędrówka, może wyczerpać fizycznie. Nie ujawnia jednak wszystkiego, co wiąże się z przeszłością wschodniej części dzisiejszego Krakowa. Wiele interesujących obiektów, wydobytych z ziemi, oglądać można w krakowskich muzeach. Najprawdopodobniej mnóstwo jeszcze śladów po naszych przodkach kryje się pod powierzchnią gruntu. Na naszej trasie nie znalazło się wiele, stosunkowo bardziej znanych obiektów. Kościoły i klasztor w Mogile, kopiec Wandy, kościół oraz dwór Matejki w Krzesławicach czy wreszcie licznie rozsiane w terenie poaustriackie forty - nadal czekają na wytrwałych i ciekawych bogatej przeszłości, ambitnych turystów.
Piotr Pacholarz * Autor jest absolwentem geografii UJ; pracuje jako nauczyciel w dwu krakowskich gimnazjach; pełni funkcję wiceprezesa Oddziału Małopolskiego Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych oraz komandora wielu wojewódzkich (i ogólnopolskich) rajdów dla młodzieży PTSM; jest autorem publikacji w „Dzienniku Polskim”, miesięcznikach „Poznaj swój kraj”, „Przyroda Polska”, „Aura” i in. |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka |