|
|
|
|
Kazimierza Karolczaka podróże nie tylko naukowe...Z Czartoryskimi do korzeni... (4)P rzed nami ostatni etap podróży. W Buczaczu oglądamy kościół i klasztor Bazylianów, podziwiamy wspaniałą architekturę ratusza, a w kościele rzymskokatolickim spotykamy się z 87-letnim księdzem Rutyną. Kapłan ten powrócił do Buczacza po przejściu na emeryturę i z zapałem odbudowuje kolejne świątynie. Pod swoją opieką ma w tej chwili aż osiem kościołów! Dzielny staruszek, nadal pełen entuzjazmu. Pamiętam moje pierwsze z nim spotkanie przed kilku laty: w roboczym ubraniu, z łopatą w ręku, odgruzowywał z kilkoma parafianami dopiero co odzyskaną świątynię.
Na tym terenie kapłani chętnie witają przybyszów z Polski, z dumą pokazują efekty swojej pracy, ale oczekują też pomocy materialnej. Lokalne społeczności parafialne są małe i bardzo ubogie. Chętnie wykonują prace fizyczne, ale nie stać ich na zakup materiałów budowlanych, przedmiotów liturgicznych itp. Spotykamy coraz więcej młodych kapłanów wywodzących się z tych terenów. W Brzeżanach wita nas ks. Andrzej, który przybył pod kościół na wieść o zaparkowanym tam polskim autokarze. Pochodzi z Tarnopolszczyzny, z Mikuliniec. W mieście oglądamy Rynek (z bardzo brzydkim ratuszem), fotografujemy obraz namalowany na kościele ormiańskim przez Edwarda Rydza-Śmigłego (tu się urodził), chwilę rozmawiamy z miejscową Polką. Przejeżdżamy przez Podhajce, spieszymy się do Żurawna. To najważniejsza miejscowość w drugiej części naszej wyprawy. A może najważniejsza w ogóle? Dla znacznej części naszej grupy pewnie tak. Wołyń to historia rodu Czartoryskich, Żurawno tkwi świeżo w pamięci. To miejsce urodzenia, groby najbliższych i wspomnienia. Barbara Czartoryska od rana wyjątkowo podekscytowana, ponagla do pośpiechu, widać że zbliża się do domu, do pieczołowicie pielęgnowanych przez lata wspomnień z dzieciństwa. Nie pierwsza to Jej tu wizyta po wojnie, ale teraz wiezie z sobą dwa następne pokolenia, które Żurawno rodziców i dziadków znają tylko z opowiadań. Od tego pierwszego spotkania zależy, czy będą chcieli tu jeszcze wracać, czy też miejscowość pozostanie jednym z wielu punktów na trasie wycieczki.
Na zaniedbanym cmentarzu chmura wielkich, rozkrzyczanych ptaków. Wchodzimy między stare groby, czytamy wyblakłe napisy. Po chwili skupiamy się wokół okazałej kaplicy Skrzyńskich, Czartoryskich: chwila modlitwy, zapalone lampki, zaduma. Tu pochowano w 1936 r. Kazimierza Czartoryskiego, ojca Barbary, która z taką energią doprowadziła do skutku nasz wyjazd. Zginął w wypadku samochodowym niewiele miesięcy po jej narodzinach. Sama kaplica zadbana, teren wokół niej uporządkowany. W czwartki i niedziele ksiądz First z Żydaczowa odprawia tu nabożeństwa. Ptaki wyraźnie uznały nas za intruzów, niespokojnie kotłują się na wysokich drzewach, co chwilę podnoszą wielki wrzask. Rozpoznają we mnie „obcego” (a może tylko nie Czartoryskiego?), co kończy się fatalnie dla mojej białej marynarki. Zrzucony z góry ładunek okazał się na tyle toksyczny, że na nic zdały się zabiegi z użyciem wody mineralnej. Zostałem trwale naznaczony. W pałacu spotkanie Barbary ze wspomnieniami z dzieciństwa i. z ukraińskimi dziećmi, jako że mieści się tu obecnie sanatorium dziecięce. Niespodziewanie okazuje się, że obie strony są na to spotkanie przygotowane. Dzieci oczekują na słodycze, a Barbara Czartoryska rozdaje je całymi kilogramami! Ciekawe, czy wiedzą, kto ich odwiedził? Pojawiają się wychowawczynie. Jedna z nich - bywała w świecie (bawiła dzieci w Warszawie) - rozpoznaje Wojtka Rostworowskiego i robi się całkiem rodzinnie. Wnętrza pałacu przebudowane, ozdobione typowo ukraińską kolorystyką. Najgorzej jednak znów pachnie: taki swoisty smrodek, może wilgoć? To takie zapachy Ukrainy. Po „słodkim” spotkaniu wzruszające było pożegnanie nas przez dzieci. Pamiątkowe zdjęcia na tle pałacu, oddzielnie fotografują się „Żurawianie”. Smutny widok zaniedbanego, zdziczałego parku. Jakżeż kiedyś musiało tu być ładnie. Dostaliśmy nawet małego przewodnika, Maxima, który poprowadził nas nad Dniestr. Okazał się niezłym frantem, dobrze zorientowanym zarówno w otaczającej go rzeczywistości, jak i w historii. Wzbogacona została nasza wiedza (przekazana wcześniej przez Barbarę Czartoryską) o alabastrowni, którą „ktoś próbuje uruchomić”. Maxim całkowicie rozbroił nas jednak opowieścią o księciu Czartoryskim, który w czasie II wojny światowej bronił Żurawna przed Turkami! Cóż, w małej, sprytnej głowie skomplikowane procesy historyczne uległy wyraźnemu uproszczeniu. No bo jak tu w końcu pominąć Turków, dzięki którym miasteczko trwale zagościło w podręcznikach opisujących przeszłość obu narodów: polskiego i ukraińskiego? Wojna była, oczywiście, druga światowa, bo tylko o takiej mówią starsi ludzie, a w pałacu mieszkał książę Czartoryski. W szkole Maximowi uczyć się pewnie za bardzo nie chciało, ale wyobraźnię rozwinął za trzech! Znajdował odpowiedź na wszystkie pytania, wychodził z każdej opresji. Przed wyjazdem odszukaliśmy jeszcze pomnik upamiętniający zwycięstwo w bitwie pod Żurawnem w 1676 r. Wystawiono go w 1876 r., w 200. Rocznicę bitwy, o czym informuje sfatygowana tablica. Sam pomnik jest w takim stanie technicznym, że lada chwila zupełnie się rozpadnie. Jakiś Ukrainiec prosi, by zainteresować ową pamiątką kogoś w Polsce, znaleźć pieniądze. Sam oferuje się na kustosza tego zabytku.
Na plebanię w Żydaczowie podjechaliśmy wyjątkowo wcześnie (w porównaniu do poprzednich dni), bo już po 18 Ksiądz First odprawiał akurat nabożeństwo w pięknie odnowionym kościele, prowadził procesję wokół świątyni. Śpimy wszyscy w dwóch pokojach: na górze mężczyźni (na łóżkach polowych), a piętro niżej kobiety. Plebania nowa, bardzo okazała, wybudowana przez księdza Firsta, który jest tu już 10 lat, ale właśnie został odwołany. Trochę zdaje się rozgoryczony, chociaż zaprzecza, by się smucił; w środę wraca do kraju. Na Ukrainie zostaje jego wikary, któremu mają przysłać do pomocy kogoś z kraju. First pochodzi z Żywiecczyzny, dużo zrobił w tej parafii. Odbudował kościół, wystawił plebanię itp. Opowiadał, że przed 10 laty mieszkał kątem, mył się w misce. Po stosunkowo skromnej kolacji na plebanii wymknąłem się z Krzysztofem Czartoryskim na spacer. Wstąpiliśmy na piwo do pobliskiej knajpki i wróciliśmy około 23, z trudnością forsując zamknięte już drzwi. „Starszyzna” naszej grupy dyskutowała w tym czasie z księdzem w kuchni. Położyłem się spać, ale Piotr Goliński niespokojnie krążył po pokoju, proponując - mimo późnej pory - męską dyskusję. Był skuteczny. Na trzeciego dyskutanta zaprosiliśmy leżącego z otwartymi oczami Adama Potockiego. Duża plebania okazała się jednak w tej krytycznej sytuacji zbyt mała. Jedynym wolnym lokum na przeprowadzenie dysputy okazała się... łazienka! Po pierwszej wymianie poglądów zjawił się - w odpowiednim do pory stroju - Krzysztof (spał przy otwartym oknie i zbudziły go nasze głosy), a w końcu i Wojtek, rozgrzany dopiero co zakończoną dyskusją kuchenną. Po „dogłębnym” (kolejnym) wyłożeniu racji przez uczestników dyskusji, w „sali obrad” niespodziewanie pojawił się Antek Kraiński! Hm, niestrawność, czy genialna intuicja, wskazująca, że w przyszłości może coś mieć do powiedzenia?. Na razie mógł się tylko przysłuchiwać, przed maturą nawet nie wyciągał ręki, by zabrać. głos! To nasze spotkanie łazienkowe, ze stołem na parapecie okiennym, z metalowymi, podróżnymi naczyniami, które na wschodzie zawsze się przydają (kiedyś podróżni wozili z sobą całe zastawy) i z jedynym miejscem siedzącym(!), należało do bardziej oryginalnych w czasie całej wyprawy! Położyliśmy się spać o 1.30. Trzeba przyznać, że Piotr zasłużył tej nocy na miano Wielkiego! Nocne Polaków rozmowy (polsko-kanadyjskie?) oczyściły nas - jak się wydaje - z wszelkich wątpliwości, bo po kilku godzinach głębokiego snu zerwaliśmy się wyjątkowo wypoczęci i po szybkim śniadaniu wyjechaliśmy w kierunku Lwowa. Miasto okrążyliśmy jednak obwodnicą, kierując się trasą na Korczową do Janowca (obecnie Iwanofranki). Tu bowiem, w miejscowym kościele, pochowana jest Konstancja z Czartoryskich Poniatowska, matka ostatniego króla Polski - Stanisława Augusta Poniatowskiego. Otwarto nam kryptę grobową pod wejściem do świątyni i krętymi, metalowymi schodkami zeszliśmy do podziemia. Drewniana trumna włożona w metalową, odkryte wieko, bez żadnego napisu. Jak niewiele pozostaje z człowieka, jak trudno rozpoznać go bez podpisu. Wracamy do Lwowa. Zatrzymujemy się najpierw pod Katedrą św. Jura. Pamiętam ją jeszcze z końca lat 80. (dziwne, ale poprzedniego już wieku), kiedy nieświadomie znalazłem się „w ogniu” parasoli prawosławnych staruszek broniących „papistom” wstępu nawet na dziedziniec. Teraz świątynia pięknie odnowiona po wizycie Ojca Świętego, jakże inna wokół atmosfera. Wrażenie robi krypta z trumnami arcybiskupów greckokatolickich. Pojawia się refleksja o ciężkim losie hierarchów: za życia na świeczniku, po śmierci ...też! Czy oni chcieli być tak eksponowani? Wystawiani jak w muzeum, do którego nieustannie chodzą wycieczki? Mam wątpliwości. Parkujemy potem pod Teatrem Operowym, ustalamy godzinę odjazdu i Jurij Smirnow rozpoczyna oprowadzanie po centrum Lwowa. Słuchaczy jednak mu ubywa. Zmęczenie? Kolejne osoby opuszczają grupę. Czuję się nieco niezręcznie, chociaż sam Lwów przecież znam. Wreszcie korzystam z propozycji Krzysztofa i pod pozorem oglądania tyłów pomnika Szewczenki wykonujemy manewr kierujący nas wprost do Rynku. Pociągamy za sobą wszystkich Radziwiłłów. Wkrótce Krzysztof objawia prawdziwe intencje owej wolty: idziemy na lampkę dobrego wina! Wprawia mnie to w nie lada kłopot: dobre wino na Ukrainie? Przebiegam w myślach znane mi knajpki i uświadamiam sobie, że chyba jednak lepiej znam archiwa. Ryzykuję wejście do niewielkiej restauracyjki (przecznica ul. Halickiej), którą pamiętam z dobrej kuchni. Ale wina? Poprosiłem kelnerkę o najlepsze wytrawne, a ona zaproponowała mołdawski „Czornyj monah”. Spróbowałem, rzeczywiście dobre! Krzysztof też był nim zachwycony. Raptem okazało się, że na Ukrainie mają dobre wino! Dziwna rzecz, ale trochę czułem się za to wino odpowiedzialny, a potem zadowolony, że smakowało! Nocowaliśmy - zbiegiem okoliczności - w hoteliku „Kniażyj”, urządzonym zdaje się z części dawnego przedszkola. Schludnie, czysto, a personelowi wyraźnie zależało na naszym zadowoleniu. Pozytywnym zaskoczeniem była zwłaszcza obfita i smaczna obiadokolacja podana w spartańskich warunkach przedszkolnej stołówki. Pożegnalny wieczór spędzaliśmy w podgrupach, podsumowując wrażenia z kilku ostatnich, razem spędzonych dni. Dobre humory dobitnie zaświadczały, iż nie był to czas stracony. Momentami dyskusja schodziła na poważniejsze tematy, co sygnalizowało nieuchronnie zbliżający się powrót do codziennej rzeczywistości. Podczas ostatniego śniadania rozbawiła wszystkich Barbara Czartoryska. Zjawiła się jak zwykle pełna energii od samego rana i z poważną miną położyła na stole przezroczystą reklamówkę z ...butami! Zauważyli to niemal wszyscy, ale nikt nie śmiał zareagować... Co znaczy autorytet w rodzinie! Przerwane raptownie rozmowy, a zwłaszcza skierowane w jeden punkt oczy sprawiły, że właścicielka owego pakunku z właściwą sobie ciekawością świata powędrowała wzrokiem w tym samym kierunku. Ogromnie się skonfudowała, jako że w reklamówce miał się znaleźć (o ile dobrze pamiętam) pojemnik na kanapki! Gromki śmiech zagłuszył wszelkie tłumaczenia.
Krótki z konieczności pobyt we Lwowie zakończyła wizyta na Cmentarzu Łyczakowskim, gdzie dłuższą chwilę zadumaliśmy się nad miejscem wiecznego spoczynku Wandy Czartoryskiej. Kilka lat temu, niemal 80 lat po śmierci tej ogromnie zasłużonej działaczki społecznej i charytatywnej do jej grobowca „wprowadzili się” ukraińscy lokatorzy. Rodzinie udało się nie bez trudności przywrócić napis informujący o własności tego miejsca.
Nie ominęliśmy oczywiście Cmentarza Orląt, a potem już wyjazd w kierunku Żółkwi. Tam zwiedzanie kolegiaty, rzut oka na kościół dominikanów i zamek, ostatnie zakupy w sklepikach i w drogę na Rawę Mazowiecką. Granicę przekraczamy bez emocji, nie zatrzymujemy się aż do Lublina, jako że nawet zawzięci palacze zrezygnowali z „puszczenia dymka”, by w porę dostarczyć mnie na jedyny popołudniowy pociąg do Krakowa. Doceniałem to poświęcenie, a przy pożegnaniu wzruszyłem się nie na żarty: w końcu nie codziennie tak szacowne grono śpiewa mi sto lat! To było coś niesamowitego! Rozstawaliśmy się umawiając na kolejne spotkania... Żałowałem tylko, że wysiadając nie dane było mi wysłuchać opowieści Krzysztofa Czartoryskiego o powojennych losach jego rodziców. Może kiedyś. Wróciłem przekonany, że te kilka dni spędzone na Ukrainie pozostawią trwały ślad w pamięci wszystkich uczestników wyjazdu, pobudzą do refleksji nad przeszłością tych ziem i dokonaniami przodków. Kiedyś zatęsknimy pewnie za Klewaniem, Kamieńcem, Żurawnem, Lwowem. A wtedy znów Związek Rodzinny Czartoryskich roześle wici. Od naszego wyjazdu minęło już wiele miesięcy, czas zaciera pamięć o wielu drobnych wydarzeniach, inne odżywają przy okazji spotkań, rozmów telefonicznych, wymianie korespondencji. Przywołują je też informacje docierające z Ukrainy. Jesienią ub. r. poruszyła nas zwłaszcza wiadomość o pożarze pałacu w Żurawnie. Przebywające tam dzieci wyprowadzono, ale spalony dach zagraża szybką degradacją całego obiektu. Jaki będzie dalszy los pałacu? Czy nie podzieli smutnego losu wielu innych rezydencji na tym terenie? Czy wraz z nim zatrze się pamięć o Czartoryskich? Przed kilku dniami otrzymałem od Barbary Czartoryskiej list, przesłany jej przez księdza Witolda z Ostroga, a poświadczający, iż „Konspekt” znany jest także na Wołyniu! To cieszy, ale... Ze zdumieniem przeczytałem, iż ks. Witold Kowalów czuje się urażony pominięciem przeze mnie jego zasług przy odbudowie kościoła w Klewaniu, w okresie kiedy był także proboszczem tamtejszej parafii (1992-1995), a przypisaniem wszystkiego obecnemu proboszczowi, ks. Andrzejowi Ścisłowiczowi. Cóż mogę odpowiedzieć? Przyjęta przeze mnie forma wypowiedzi (reportaż) nie zakłada prowadzenia badań przeszłości, dokumentowania historii odbudowy, np. kościoła w Klewaniu, a jest opisem zdarzeń i faktów napotkanych podczas podróży. Ukrainą zafascynowany jestem od lat 80. XX wieku i od tego też czasu spotykam na swej drodze wielu wspaniałych, skromnych, ale jakże pracowitych ludzi przyczyniających się do ratowania zabytków przeszłości, pamięci o istniejącej w przeszłości na tym terenie kulturze polskiej. Zrozumiałe, że wśród tych ludzi większość stanowią księża katoliccy, przybywający z Polski. Mój kontakt z nimi jest zazwyczaj krótki i prawdę powiedziawszy nie tyle interesuje mnie detaliczne dochodzenie ich osobistych zasług, ile efekt widoczny w odbudowywanym (restaurowanym) obiekcie. Wielu tych ludzi pozostaje dla mnie wręcz anonimowymi, co wcale nie znaczy, iż w przyszłości historycy, badając dzieje miejscowości, nie zechcą uwypuklić i ocenić ich dokonania. Ja spotykam ludzi na swojej drodze, spieszących się - jak każdy z nas - przez życie, utrwalam swoje wrażenia. Staram się podkreślać dobrą pracę, zaangażowanie, dawać satysfakcję - na miarę moich możliwości - tym, którzy pracując w jakże ciężkich niekiedy warunkach, z dala od kraju i bliskich, czynią tak wiele... Księże Witoldzie, choćby dobrym słowem, ale nagradzajmy wszystkich, którzy tę pracę podejmują, którzy dokładają kolejną cegiełkę... Jak dużą? Jak ważną? Ocena taka zawsze będzie subiektywna, bo ziemskie zasługi trudno wymierzyć, ale wierzymy przecież, że każdemu z nas będzie to sprawiedliwie policzone... Ciebie, księże Witoldzie, spotkałem przed laty kilku w Ostrogu i z tym pięknym, historycznym miastem łączę Twoją wielką pracę, wykonywaną z ogromnym zaangażowaniem, wręcz z poświęceniem dla sprawy Kościoła, utrwalania pamięci o Polakach, kulturze polskiej, ale też budującą pomosty dla obecnej i przyszłej współpracy polsko-ukraińskiej. Panegiryków na razie nie pisuję, ale jeśli dane mi będzie dożyć srebrnego jubileuszu święceń kapłańskich księdza Witolda w 2017 r., to kto wie?
Kazimierz Karolczak |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka |