|
|
|
|
Marian ŚnieżyńskiMoje spotkanie z Ojcem ŚwiętymZ Janem Pawłem II miałem szczęście i szczególny zaszczyt spotkać się osobiście dwa razy, w 1994 i 1998 r. Ponieważ to ostatnie spotkanie zawierało wyraźne akcenty odnoszące się do naszej Uczelni, pragnę je przybliżyć szanownym czytelnikom, korzystając z łamów „Konspektu”
Doszło do niego 27 kwietnia 1998 r. Tak się szczęśliwie złożyło, że grupa przyjaciół obchodzących 35-lecie święceń kapłańskich, udzielonych im przez ówczesnego ks. kardynała Karola Wojtyłę, zaprosiła mnie, jako jedynego „cywila”, do udziału w pielgrzymce po południowej Italii. Ukoronowaniem tego wyjazdu miało być spotkanie z Janem Pawłem II.
Cały czas w nieskrywanym napięciu oczekiwaliśmy na słowo ks. Biskupa, a głównie na informację, co będzie z dniem jutrzejszym, z planowanym spotkaniem z Ojcem Świętym. Oczywiście słowo było, a właściwie pełne serdeczności i wdzięczności przemówienie, ale co do dnia jutrzejszego, obiecał nam jedynie... dobre miejsce na placu św. Piotra w czasie modlitwy „Anioł Pański”. Pomimo tej, jakże dalece posuniętej słownej wstrzemięźliwości i tajemniczości, atmosfera spotkania była szczególnie sympatyczna i pogodna. Wyczuwaliśmy jednak, że coś się stanie, że coś „wisi w powietrzu”. I faktycznie. Dopiero pod sam koniec uroczystego spotkania, niemal na pożegnanie padły tak długo oczekiwane słowa: „Ojciec Święty przyjmie was jutro, ale by zapewnić kameralność wizyty, pierwsza grupa zostanie zaproszona na obiad, a druga na kolację”. Słowa te wywołały burzę oklasków. A jednak Jan Paweł II przyjmie swój rocznik. Podziału dokonano wg porządku alfabetycznego. Grupy były 14 osobowe, ja znalazłem się w tej wieczornej. Kiedy listy zostały już sporządzone, pojawił się problem z moją osobą. Ks. biskup Stanisław wysunął propozycję, by w takiej sytuacji, kiedy wizytę Ojcu Świętemu składać będą same osoby duchowne, także i mnie przyoblec w stosowny strój. Oczywiście był to tylko żart. Po tych formalnych ustaleniach, pożegnaliśmy już w zupełnie innym nastroju naszego dostojnego Kolegę. Poranna, niedzielna msza święta, celebrowana przez Rocznik 1963 w Domu Polskim na via Cassia, rozpoczęła ten pełen wrażeń dzień 27 kwietnia. Zaraz po śniadaniu, wyruszyliśmy miejskim autobusem na Plac św. Piotra, by uczestniczyć w modlitwie „Anioł Pański”. Piękny, słoneczny i wiosenny dzień, zgromadził na Placu bardzo wiele osób. Po modlitwie Ojciec Święty tradycyjnie powitał i pozdrowił różne grupy, a wśród nich także moich kolegów obchodzących jubileusz 35-lecia święceń kapłańskich. Zrobiło się wtedy wszystkim bardzo ciepło na sercu i było to swoiste preludium do tego, co miało nastąpić później. Tak jak było ustalone, grupa pierwsza została na Placu, oczekując na przyjście ks. biskupa Stanisława, a my pojechaliśmy na obiad do Domu Polskiego. Obiad zjedliśmy dosyć nerwowo i w pewnym pośpiechu. Każdy z nas był już myślami tam... u Niego i z Nim. Około godziny 17-tej wyjechaliśmy do Watykanu. Przy bramie wejściowej gwardziści sprawdzili nasze personalia, po czym wpuścili nas na teren Watykanu. Ponieważ do godziny 19.30, na którą została zaplanowana kolacja, pozostało jeszcze około 2 godzin, postanowiliśmy czas ten spędzić na spacerze po przeuroczych ogrodach watykańskich, które już o tej porze pokrywała ostra, soczysta, wiosenna zieleń, a wiele drzew okrytych było bladoróżowym i białym kwieciem. Tak spacerując i smakując świeży zapach kwiatów, co chwilę spoglądamy na zegarki, by o godzinie 19-tej zameldować się przy wejściu do apartamentów papieskich. Podchodzimy do głównego wejścia. Oficer Gwardii Szwajcarskiej kieruje nas czwórkami do windy. Kiedy już wszyscy znaleźliśmy się na piętrze, w przestronnym korytarzu oczekiwaliśmy na przybycie Ojca Świętego. Ale w tym czasie z Auli Klementyńskiej zaczęły do nas dochodzić śpiewy i gromkie oklaski. Jak się okazało, jeszcze późnym popołudniem Jan Paweł II przyjmował na audiencji akademicki chór Uniwersytetu Jagiellońskiego. Już wtedy stało się dla nas jasne, że nasza wizyta nie odbędzie się o wyznaczonej godzinie. Zatem wolny czas wypełnialiśmy na różne sposoby, a to rozmawiając z siostrami przygotowującymi posiłki i podającymi je do stołu, a to podziwialiśmy w salonikach wspaniałe dzieła sztuki malarskiej i rzeźbiarskiej, potem wstąpiliśmy do prywatnej kaplicy, na modlitwę, by wreszcie zobaczyć miejsce, gdzie mieliśmy za chwilę spożywać z Ojcem Świętym uroczystą kolację. W jadalni znajdował się na środku duży, prostokątny stół, przykryty białym obrusem, na którym rozłożona była zastawa z umiejscowionymi na niej herbami papieskimi. Na środku stołu stała artystycznie ułożona kompozycja z białych kwiatów. Na białych ścianach wisiały niewielkich rozmiarów płaskorzeźby i ikony. Wokół stołu było ustawionych około 20 krzeseł, a w środku to najważniejsze - dla Jana Pawła II. Cały czas debatowaliśmy, kto też będzie siedział obok Papieża. O tym jednak zadecyduje osobisty sekretarz papieski, ks. bp Stanisław Dziwisz. I oto o godzinie 20-tej poruszenie w grupie, siostry zajmują swoje miejsca w kuchni, my ustawiamy się na korytarzu. Energicznym krokiem najpierw podąża Arturo Mari, a tuż za nim pogodny i uśmiechnięty Ojciec Święty. Trzeba tu dodać, że ma już za sobą cały pracowity dzień, wypełniony co do minuty różnorodnymi zajęciami, a mimo to twarz Jego jest pogodna i rozjaśniona. Nie dostrzegamy ani śladu zmęczenia. Ojciec Święty zatrzymuje się przy ozdobnej komodzie. Każdy z kolegów podchodzi do Piotra Naszych Czasów, wita się z Nim serdecznie. Gospodarz bezbłędnie rozpoznaje każdego z Jubilatów z imienia i nazwiska. Inaczej było ze mną. Tu była potrzebna pomoc ks. bpa Stanisława, który mnie przedstawił, informując Ojca Świętego, dlaczego w gronie osób duchownych znalazł się jeden świecki człowiek. Po przywitaniu się z Janem Pawłem II, wręczyłem Mu kolejną, co dopiero napisaną książkę pt. Zarys dydaktyki dialogu. Ojciec Święty natychmiast skomentował tytuł, wyrażając życzenie, by dialog nie stał się tylko teorią, lecz praktyką zajęć katechetycznych. Do książki dołączyłem też specjalnie na tę okoliczność napisany wiersz pt. Pasterz cierpienia i nadziei. Po przywitaniu, które rejestrował niestrudzony Arturo Mari, zostaliśmy zaproszeni do stołu. Ks. bp Stanisław przydziela każdemu z nas miejsca, ja stoję na końcu szeregu i oczekuję na decyzję. A decyzja jest dla mnie zaskakująca i radosna: „Marianie, ponieważ jesteś jedynym świeckim w tym gronie, zajmiesz miejsce obok Ojca Świętego”. Poczułem dreszcz emocji i zaskoczenia. Mocno stremowany, zbliżyłem się do papieskiego fotela, przy którym już stał nasz Rodak, słyszałem jego oddech, dotykałem jego szat, widziałem każdy szczegół tej niezwykłej Postaci. Kiedy już wszyscy stanęli przy swoich miejscach, po krótkiej modlitwie, usiedliśmy do stołu. Siostra zakonna podeszła z półmiskiem wypełnionym jarzynami, sałatkami i rybami. Potem podano misternie zrobiony prostokątny tort (dar jednego z miejscowych cukierników). Na koniec przyniesiono owoce o specyficznym zapachu i smaku, które jadłem po raz pierwszy w swoim życiu. Jak się okazało, były to owoce mango. Tyle o jedzeniu. Ale jedzenie było tylko tłem dla całego spotkania. Najważniejsze były rozmowy, i to głównie te o charakterze wspomnieniowym. Szczególny ton nadawał im ks. infułat Janusz Bielański. To on, przypominając różnorodne zabawne historie i komiczne zdarzenia z czasów studiów, potrafił wywołać u Ojca Świętego wiele radości i odprężenia. Tak pogodnego i zadowolonego Ojca Świętego nigdy dotąd nie widziałem. Owe przypominane zdarzenia, także przez innych kolegów m.in. przez ks. infułata Jana Zająca, ks. dr. Krzysztofa Sojkę, zostawały uzupełniane i dodatkowo komentowane przez Jana Pawła II. A trzeba powiedzieć, iż przywoływane historie działy się prawie 40 lat temu. Obok tego nurtu wspomnieniowego rozmowa dotyczyła także dzisiejszych czasów, m.in. pracy w poszczególnych parafiach i na różnych stanowiskach, które objęli koledzy z rocznika 63. Zajmując najbliższe miejsce obok Jego Świątobliwości, także i ja miałem zaszczyt rozmawiać z Papieżem. Ojca Świętego interesowało np. przygotowanie alumnów do pracy katechetycznej, ocena prowadzenia katechez w szkołach, rekrutacja do zawodu nauczycielskiego na Akademii Pedagogicznej, a nawet poziom kadry naukowej i prawa habilitacji na poszczególnych wydziałach. Starałem się na wszystkie te pytania odpowiedzieć syntetycznie, ale rzetelnie i zgodnie z prawdą, nie skrywając pewnych niedociągnięć czy usterek. Szczególnie wzruszyło mnie, kiedy Jan Paweł II wyraził zainteresowanie moją rodziną, opowiedziałem krótko o swojej żonie, córce Kindze, jej mężu Pawle i wnuczku Bartusiu, o synu Bartłomieju i o najmłodszej córce Magdalenie. Kiedy opowiadałem o swojej rodzinie, Ojciec Święty kilkakrotnie zadawał mi dodatkowe pytania, prosił o uszczegółowienie niektórych kwestii. I tak poważne rozmowy przeplatane były żartami i zabawnymi zdarzeniami. Ani spostrzegliśmy się, a już dochodziła godzina 21.30 i wtedy to dyskretnie ks. bp Stanisław dał nam znać, że pora kończyć te nocne rozmowy, pora kończyć to niecodzienne i zupełnie wyjątkowe spotkanie. Wstając od stołu, każdy z nas podszedł jeszcze raz do Ojca Świętego, by uzyskać papieskie błogosławieństwo i otrzymać pamiątkowy różaniec. Kiedy i ja podszedłem, Ojciec Święty powiedział: „Błogosławię panu i pańskiej rodzinie”. Jeszcze ostatnie uśmiechy, jeszcze pożegnalne gesty... i Jan Paweł II oddala się korytarzem, by przejść do swojego prywatnego gabinetu. Ale na tym nie zakończył się w tym dniu nasz pobyt w Watykanie. Ks. bp Stanisław zaprosił nas jeszcze na taras. Wąskimi, krętymi schodkami wyszliśmy na niecodzienne miejsce widokowe, z którego roztacza się wielka panorama całego Rzymu, rozświetlonego wielokolorowymi światłami. Na horyzoncie widniało Castel Gandolfo. Tam, na tarasie, znajduje się nietypowa droga krzyżowa. Tworzą ją odlane w brązie, poszczególne stacje, przy czym dla stacji „Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Chrystusowi” rzeźbiarz, w miejsce Cyrenejczyka, wkomponował Jana Pawła II, pomagającego nieść krzyż Jezusowi. Niosąc w swoich sercach i umysłach tak obfitą porcję wrażeń i przeżyć, podziękowawszy bardzo serdecznie ks. Biskupowi, kierowaliśmy się do wyjścia, a trzeba dodać, że dochodziła już godzina 22. Gwardia Szwajcarska, nieprzywykła do takich późnych gości w Watykanie (bramy są zamykane o 21.00), bacznie się nam przyglądała, lustrując każdego z nas, ale i równocześnie patrzyła z nieskrywanym zdziwieniem i dużą dozą szacunku, oddając nam honory wojskowe i życząc dobrej nocy. Do Domu Polskiego wróciliśmy o 23-ej i dopiero tam, w ciepłą wiosenną noc, pod roziskrzonymi gwiazdami włoskiego nieba, dzieliliśmy się wzajemnie z obu grupami swoimi przeżyciami. Konkluzja była jednak wspólna: wszyscy, i ci uczestniczący w obiedzie, i ci uczestniczący w kolacji, zostali obdarowani szczególnym wyróżnieniem i szczególnym przeżyciem, które zostanie nam na całe życie. I chociaż parę dni wcześniej wędrowaliśmy po tak urokliwych miejscach Italii jak Asyż, Loreto, Subiaco, Amalfi, Pagani, Bari, Paestum czy niepowtarzalna Mentorella, spotkanie z Ojcem Świętym było czymś wyjątkowym. Tym, czego nic nie jest w stanie zastąpić, ani czemu nic nie jest w stanie dorównać. Upływające lata zacierają w pamięci detale najwyższej klasy zabytków architektonicznych, zamazują się urocze pejzaże, niezwykłe panoramy gór, strome, kręte i malownicze serpentyny górskich szos, ale osobistego spotkania z Piotrem Naszych Czasów nie zatrze ani czas, ani choroba. To wrosło w nas, to w nas żyje i żyć będzie, dopóki Bóg nie powoła nas do siebie. Z tym bagażem doświadczeń wróciliśmy do Polski, do ukochanego Krakowa, dzieląc się wspomnieniami z najbliższymi. Z szerszym zaś kręgiem osób (czytelników) dzielę się nimi po raz pierwszy, mając na uwadze wyjątkową okoliczność. Marian Śnieżyński |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka |