|
|
|
|
Piotr RomaniewskiPrzygotowania i przebieg I wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II w Krakowie
Mój skromny udział w pracach przygotowawczych w Krakowie rozpoczął się od decyzji mojego nieżyjącego już ojca o użyczeniu, na czas przygotowań do wizyty Ojca Świętego, czarnego samochodu marki Wołga GAZ 24 - do dyspozycji Kurii Metropolitalnej w Krakowie. Stało się to powodem nawiązania wielu znajomości, z których spora ilość przetrwała do dziś.
Ks. Leon mieszkał przy ul. Beniowskiego 39; jego dom posłużył za centrum planowania budowy ołtarza na Błoniach. Przypomnę: nie było telefonów komórkowych ani komputerów; dostęp do telefonów sieciowych był więcej niż ograniczony, podobnie rzecz się miała z instytucjami poligraficznymi; ponadto wiele ważnych postaci tamtego okresu musiało ukrywać swoją wiarę i sympatię wobec Papieża... Gdy po raz pierwszy, wraz z ks. Leonem, przyjechałem na plac budowy - zostałem bardzo szczegółowo „spisany” przez dyżurującego sierżanta Milicji Obywatelskiej. Budowa prowadzona była przez firmę państwową - Mostostal. Na fragmentach prostokątnych, stalowych przęseł usadowiono „Krążownik Błonia” - pierwszy tego typu monumentalny Ołtarz Polowy. Jako że konstrukcja wykonana była z drewna, wymuszało to konieczność pilnowania obiektu przez Straż Pożarną. Zaznaczę, iż umowa z wykonawcą przewidywała wykonanie konstrukcji przez przedsiębiorstwo, wystrojem i dekoracjami natomiast miała zająć się Kuria. Projekt został wybrany z wielu prac wewnętrznego konkursu, którego uczestnikami byli architekci i projektanci współpracujący z Kościołem. Parametry wysokości i „pojemności” budowli wynikały z wielkości terenu, przewidzianego dla uczestników zgromadzenia, ilości celebransów i VIP-ów, a także z potrzeb przekazu telewizyjnego oraz rzeczy prozaicznych - kosztów wyznaczonych przez ks. arcybiskupa metropolitę Franciszka Macharskiego. Po blisko 6 tygodniach budowy nadszedł dzień przekazania budowli przez wykonawcę. Zostałem zaproszony przez ks. Leona do udziału w tym wydarzeniu. W baraku kierownika budowy znajdowało się wielu ludzi: pamiętam, że Komendant Straży Pożarnej wysłał 3 swoich zastępców; byli przedstawiciele: Urzędu ds. Wyznań, Prezydium Rady Narodowej m. Krakowa, Wydziału Budownictwa. Kierownik budowy zażądał uzupełnienia wpisu w dzienniku budowy odnośnie do odstępstw od norm budowlanych - barier ochronnych, schodów wewnętrznych i jeszcze czegoś, czego dziś nie pamiętam. Stało się dla mnie jasne, że brak tych wpisów uniemożliwi odbiór. Prawie bez słów z ks. Leonem uzgodniłem, że podpiszę te odstępstwa i tak się stało. Oczywiście, nie posiadałem upoważnienia ks. metropolity, jednak wyraz zaskoczenia na twarzy ks. Leona i ton wypowiedzi samego kierownika - który zakwalifikowałem jako dość agresywny - nie pozostawiały miejsca na wątpliwości. Najpoważniejszym okazało się odstępstwo w sprawie bariery, wykonywanej jako pojedyncza, wszakże budowla miała kilkanaście metrów wysokości... Gdy już po mszy świętej z ołtarza spadł 12-letni chłopiec i złamał rękę, czekałem na wezwanie do prokuratury, jednak - nie przyszło. Niemniej pamiętam, że wszędzie przybijałem swoją inżynierską pieczątkę. A później poszło już błyskawicznie: protokół odbioru budowli ze strony kurii jako inwestora podpisały 2 osoby: ks Leon i ja, po drugiej - podpisów było kilkanaście. Wielkie dzieło serc i rąk sprowadzone do banalnej formy kartki papieru? Jednak - niezbędność formalizmu jest oczywista. Ks. Leon podpisał protokół „w Imię Boże”, jak głośno oznajmił. Dopiero teraz „Krążownik” jest naprawdę „nasz” i możemy go udekorować. Tylko czym? Wpadłem na pomysł, by zwrócić się do ludzi zaufanych i mających rozległe znajomości. Wybór padł na dr. Stanisława Galatę z Akademii Ekonomicznej, kierownika studiów podyplomowych pn. Studium Doskonalenia Kadr Kierowniczych, które to Studium kończyło zazwyczaj wielu dyrektorów. Te kontakty zaowocowały tysiącami metrów kwadratowych: wykładzin dywanowych - ścisłego „reglamentu” budowlanego, płótna białego i żółtego oraz innych rzeczy, których na rynku raczej nie było. Ks. kanclerz podpisywał najdziwniejsze pisma, prośby i zamówienia, które na ogół skutkowały. Pojechaliśmy dwiema „nyskami” na ul. Dąbka, kupić wykładziny z „Nowity”. Ks. Leon, prosząc o „opiekę” nad teczką, w której było kilkaset tysięcy złotych, ubolewał jednocześnie, iż Kościół nie ma osobowości prawnej, co umożliwiłoby dokonanie zakupu jak dla instytucji, tj. kilkanaście procent taniej. Okazało się, że w magazynie były wykładziny II gatunku; takie więc kupiliśmy. Bardzo zmęczeni, ale zwycięscy - bo z dużą „kasą” w portfelu - wyjeżdżaliśmy, siedząc na rulonach złocistej wykładziny... Ale jeszcze szczęśliwsi byli pracownicy magazynu, którzy z radością przyjęli wejściówki do bliższych sektorów na mszę świętą, celebrowaną przez Najwyższego Kapłana... Tak każdy dzień przybliżał nas do wizyty. Każdy dzień powszedni - wypełniony pracą. Od świtu do zmroku. Wypełnialiśmy swoje obowiązki zawodowe, rodzinne i domowe, a mimo to był czas na idące w setki godzin spotkania, narady, rozmowy. Dane mi było np. podziwiać perfekcyjną organizację pracy ks. kanclerza Fidelusa, który podejmował setki bezbłędnych decyzji na godzinę, chociażby: wraz z 3 siostrami zakonnymi rozdysponował 50 tysięcy miejsc noclegowych, przygotowanych w krakowskich domach. Każdy trafił tam, gdzie powinien, reklamacji nie było. I ta perfekcja promieniowała na nas; nie było próżnej gadaniny, jeśli ktoś przychodził z jakimś pomysłem, to był załatwiany w trybie jednej instancji, tak lub nie. Jak to możliwe? Ludzie chcieli, ludzie słuchali, wiedzieli, że muszą to załatwić sami, że nie czas na ponowne pytanie, a na ogół - to już nie było kogo pytać, bo ta osoba znajdowała się już w innym miejscu, załatwiała inne sprawy. Zostałem, na przykład, poproszony przez ks. Leona o przygotowanie pisemnej informacji na temat: jak wyobrażam sobie funkcjonowanie transportu kołowego dla obsługi Błoń. Spotkałem się w tej sprawie z dr. Galatą. Wykorzystując doświadczenie komisarza sportowego, zdobyte przy organizacji rajdów samochodowych, po krótkiej dyskusji - napisałem informację. I przekazałem ks. Leonowi. Więcej o tym nie rozmawialiśmy. A i tak system przepustek „3 cyfr”, faktycznie wprowadzony u nas, coś mi przypominał... W tej gigantycznej pracy nad organizacją wydarzenia zupełnie nowego w Polsce, z udziałem milionowych rzesz, wykorzystywaliśmy doświadczenia organizatorów z innych kościołów. W tej pracy było miejsce dla każdego: mógł wykazać się robotnik, było miejsce dla plastyka, inżyniera, gospodyni i dozorcy. Jedni wbijali pale do wykonania sektorów; plastyk myślał o kolorach i kompozycjach kwiatowych; inżynier głowił się, jak zasilić stacje i wozy TV, nawet w razie awarii. Panie w domach szyły flagi papieskie, gotowały potrawy, by dać coś do jedzenia tym, którzy byli w ruchu przez kilkadziesiąt godzin; gospodarze domów - co tu poprawić, odświeżyć, umyć, zaszklić i pomalować. Kierowcy martwili się, czy objadą, czy samochód w kolumnie „nie nawali”. Zwykli mieszkańcy: jak „wytrzasnąć” portret Papieża, jak przystroić: okno, balkon, dom? Lekarze - gdzie położymy rannych i chorych? Reżyserzy TVP - jak to pokazać, żeby nie było tłumów? Sekretarze - co będzie, jak „wróg” da hasło: palić komitety? Milicja: czy damy radę „w razie czego”? Kolejarze: byleby nie było „kupy”. Pielgrzymi: czy Go zobaczymy? Co nam powie? Co będziemy jeść? A jak będzie deszcz? Milicjanci: czy wystoimy w tych cisnących butach? Tak każdy myślał, marzył lub modlił się o wizycie - o Jego Świątobliwości. Tuż przed odbiorem ks. Leon zaprosił wielu ludzi, dla których obejrzenie z bliska ołtarza było nagrodą za trud, za pieniądze, za pracę. Pamiętam, że byli państwo Ewa i Sobiesław Zasadowie, znani z Automobilklubu, był pan inż. Gąsiorek, ten sam, który udostępnił toalety w swoim domu przy Al. Focha tysiącom pielgrzymów. Ksiądz Leon z dumą pokazywał swoje dzieło, dzieląc się informacjami z budowy. Trwało to ok. 40 minut. Przyjechali. Służba Bezpieczeństwa. Oficerowie Biura Ochrony Rządu. Pracują. Stoimy. Czekamy. Wreszcie mówią - przejmujemy. Teraz - już nic tu po nas. Wolnym krokiem idziemy na Beniowskiego, do „sztabu”. Nasza grupa topnieje. Wykręcam się od herbaty i ciasta, na które zaprasza ks. Leon. Tam przecież zostawiłem Wołgę. Z dużą flagą papieską na masce. Trzeba jeszcze sprawdzić olej w silniku, a w końcu podniesienie maski nie jest takie proste. Potem - czy działają wszystkie światła? I jeszcze coś i jeszcze. Może nie takie ważne, ale jednak. Bagażnik samochodu jest mocno obciążony - mam tam pięćdziesięciokilogramowy przeciwpożarowy agregat halonowy, kilka gaśnic mniejszego kalibru, także sprzęt nagłaśniający. Wszystko to na wypadek nieszczęścia. Pożyczyłem za zgodą szefa produkcji z bieżanowskiego Fadomu - inż. Ryszarda Stankowiaka. Życzliwość mojego przełożonego pozwala mi często wyjść w godzinach pracy, w sposób istotny też okazuje się ułatwieniem, swoistym wkładem Fadomu w przygotowania. Ponadto - mogłem korzystać ze swojego urlopu w sposób niezgodny z uprzednim planem, a według potrzeb. Mogę za to serdecznie podziękować. Przyszedł ks. biskup Bobowski z Tarnowa. Zaintrygowany tarnowską rejestracją „czarnej” pyta - jak to? Wyjaśniam. Nawiązuje się sympatyczna rozmowa - o ludziach, ich pomocy, oczekiwaniach. Zastanowimy się nad tym - jutro. I jeszcze raz przekonuję się, że tak na dobrą sprawę, to nikt nie wie, jak to naprawdę będzie. Dowiemy się tego później. Niedobrze. Ks. Leon roztrzęsionym głosem prosi o bardzo wczesne przybycie na Błonia, bo odbiór przez BOR musi być powtórzony. W nocy studenci przynieśli z miasteczka wielki krzyż i postawili go przy ołtarzu. Strefa bezpieczeństwa została naruszona, pilnujący jej funkcjonariusze nie chcieli użyć siły i odstąpili, wpuszczając na ołtarz osoby nieznane, nieuprawnione. Skoro świt - jestem na Beniowskiego. Idziemy. Błonia zapełnione w połowie. Nie ma jeszcze piątej rano, a już jest ok. 400 tysięcy pielgrzymów. Co to będzie? Czy podołamy? Ponowny odbiór. Na szczęście - częściowy. Pomieszczenia zaplecza zostały ochronione. Tam jest najwięcej zakamarków. Ale i tak roboty dużo. Trzeba sprawdzić każdą doniczkę, każde załamanie wykładziny, każdy ruchomy przedmiot. Funkcjonariusze z poświęceniem, często na kolanach pracują szybko i skutecznie. Już elegancko ubrani, w garniturach, krawatach. Wreszcie - przejmujemy! Na Błoniach najpierw słychać głośnie łup - a potem westchnienie. To z serca ks. Leona spada kamień, a westchnienie to objaw ulgi duszy gorliwego kapłana w poważnym już wieku. Ojciec Święty Jan Paweł II może przybyć na spotkanie z Krakowem. Jego Świątobliwość może przybyć na spotkanie z Polską. Na Błonia krakowskie. Wracamy na Beniowskiego. Jesteśmy szczęśliwi. To dobrze, że nie ma jeszcze telefonów komórkowych, bo kapelan studentów mocno by oberwał... Było dobrze, a nawet: najlepiej w Polsce. Piotr Romaniewski |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka |