Jan Paweł II 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Piotr Romaniewski

Przygotowania i przebieg I wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II w Krakowie

 

Mój skromny udział w pracach przygotowawczych w Krakowie rozpoczął się od decyzji mojego nieżyjącego już ojca o użyczeniu, na czas przygotowań do wizyty Ojca Świętego, czarnego samochodu marki Wołga GAZ 24 - do dyspozycji Kurii Metropolitalnej w Krakowie. Stało się to powodem nawiązania wielu znajomości, z których spora ilość przetrwała do dziś.
 
Trafiłem wtedy pod opiekę księdza prałata Leona Krejczy, dyrektora Kurii, którego zadaniem było wybudowanie ołtarza na krakowskich Błoniach. Był rok 1979, marzec, może początek kwietnia. Czas zatarł już w pamięci niektóre szczegóły tamtych wydarzeń, mimo to pamiętam, jak z wielką tremą pojawiłem się w Kurii Metropolitarnej. Przyjęty przez ks. Leona, zostałem rychło przedstawiony ks. Bronisławowi Fidelusowi, obejmującemu wówczas stanowisko Kanclerza Kurii. Organizacja I wizyty Ojca Świętego w Polsce była przedsięwzięciem niespotykanym, a skala problemów - wprost niewyobrażalna. Nie bez znaczenia była także postawa ówczesnych władz państwowych, które za wszelką cenę chciały obniżyć rangę tego wydarzenia.
 
Autor podczas audiencji u Ojca Świętego
 
Autor podczas audiencji u Ojca Świętego

Ks. Leon mieszkał przy ul. Beniowskiego 39; jego dom posłużył za centrum planowania budowy ołtarza na Błoniach. Przypomnę: nie było telefonów komórkowych ani komputerów; dostęp do telefonów sieciowych był więcej niż ograniczony, podobnie rzecz się miała z instytucjami poligraficznymi; ponadto wiele ważnych postaci tamtego okresu musiało ukrywać swoją wiarę i sympatię wobec Papieża... Gdy po raz pierwszy, wraz z ks. Leonem, przyjechałem na plac budowy - zostałem bardzo szczegółowo „spisany” przez dyżurującego sierżanta Milicji Obywatelskiej. Budowa prowadzona była przez firmę państwową - Mostostal. Na fragmentach prostokątnych, stalowych przęseł usadowiono „Krążownik Błonia” - pierwszy tego typu monumentalny Ołtarz Polowy. Jako że konstrukcja wykonana była z drewna, wymuszało to konieczność pilnowania obiektu przez Straż Pożarną. Zaznaczę, iż umowa z wykonawcą przewidywała wykonanie konstrukcji przez przedsiębiorstwo, wystrojem i dekoracjami natomiast miała zająć się Kuria. Projekt został wybrany z wielu prac wewnętrznego konkursu, którego uczestnikami byli architekci i projektanci współpracujący z Kościołem. Parametry wysokości i „pojemności” budowli wynikały z wielkości terenu, przewidzianego dla uczestników zgromadzenia, ilości celebransów i VIP-ów, a także z potrzeb przekazu telewizyjnego oraz rzeczy prozaicznych - kosztów wyznaczonych przez ks. arcybiskupa metropolitę Franciszka Macharskiego. Po blisko 6 tygodniach budowy nadszedł dzień przekazania budowli przez wykonawcę. Zostałem zaproszony przez ks. Leona do udziału w tym wydarzeniu. W baraku kierownika budowy znajdowało się wielu ludzi: pamiętam, że Komendant Straży Pożarnej wysłał 3 swoich zastępców; byli przedstawiciele: Urzędu ds. Wyznań, Prezydium Rady Narodowej m. Krakowa, Wydziału Budownictwa. Kierownik budowy zażądał uzupełnienia wpisu w dzienniku budowy odnośnie do odstępstw od norm budowlanych - barier ochronnych, schodów wewnętrznych i jeszcze czegoś, czego dziś nie pamiętam. Stało się dla mnie jasne, że brak tych wpisów uniemożliwi odbiór. Prawie bez słów z ks. Leonem uzgodniłem, że podpiszę te odstępstwa i tak się stało. Oczywiście, nie posiadałem upoważnienia ks. metropolity, jednak wyraz zaskoczenia na twarzy ks. Leona i ton wypowiedzi samego kierownika - który zakwalifikowałem jako dość agresywny - nie pozostawiały miejsca na wątpliwości.
 
Najpoważniejszym okazało się odstępstwo w sprawie bariery, wykonywanej jako pojedyncza, wszakże budowla miała kilkanaście metrów wysokości... Gdy już po mszy świętej z ołtarza spadł 12-letni chłopiec i złamał rękę, czekałem na wezwanie do prokuratury, jednak - nie przyszło.
 
Niemniej pamiętam, że wszędzie przybijałem swoją inżynierską pieczątkę. A później poszło już błyskawicznie: protokół odbioru budowli ze strony kurii jako inwestora podpisały 2 osoby: ks Leon i ja, po drugiej - podpisów było kilkanaście. Wielkie dzieło serc i rąk sprowadzone do banalnej formy kartki papieru? Jednak - niezbędność formalizmu jest oczywista. Ks. Leon podpisał protokół „w Imię Boże”, jak głośno oznajmił. Dopiero teraz „Krążownik” jest naprawdę „nasz” i możemy go udekorować. Tylko czym? Wpadłem na pomysł, by zwrócić się do ludzi zaufanych i mających rozległe znajomości. Wybór padł na dr. Stanisława Galatę z Akademii Ekonomicznej, kierownika studiów podyplomowych pn. Studium Doskonalenia Kadr Kierowniczych, które to Studium kończyło zazwyczaj wielu dyrektorów. Te kontakty zaowocowały tysiącami metrów kwadratowych: wykładzin dywanowych - ścisłego „reglamentu” budowlanego, płótna białego i żółtego oraz innych rzeczy, których na rynku raczej nie było. Ks. kanclerz podpisywał najdziwniejsze pisma, prośby i zamówienia, które na ogół skutkowały. Pojechaliśmy dwiema „nyskami” na ul. Dąbka, kupić wykładziny z „Nowity”. Ks. Leon, prosząc o „opiekę” nad teczką, w której było kilkaset tysięcy złotych, ubolewał jednocześnie, iż Kościół nie ma osobowości prawnej, co umożliwiłoby dokonanie zakupu jak dla instytucji, tj. kilkanaście procent taniej. Okazało się, że w magazynie były wykładziny II gatunku; takie więc kupiliśmy. Bardzo zmęczeni, ale zwycięscy - bo z dużą „kasą” w portfelu - wyjeżdżaliśmy, siedząc na rulonach złocistej wykładziny... Ale jeszcze szczęśliwsi byli pracownicy magazynu, którzy z radością przyjęli wejściówki do bliższych sektorów na mszę świętą, celebrowaną przez Najwyższego Kapłana...
 
Tak każdy dzień przybliżał nas do wizyty. Każdy dzień powszedni - wypełniony pracą. Od świtu do zmroku. Wypełnialiśmy swoje obowiązki zawodowe, rodzinne i domowe, a mimo to był czas na idące w setki godzin spotkania, narady, rozmowy. Dane mi było np. podziwiać perfekcyjną organizację pracy ks. kanclerza Fidelusa, który podejmował setki bezbłędnych decyzji na godzinę, chociażby: wraz z 3 siostrami zakonnymi rozdysponował 50 tysięcy miejsc noclegowych, przygotowanych w krakowskich domach. Każdy trafił tam, gdzie powinien, reklamacji nie było. I ta perfekcja promieniowała na nas; nie było próżnej gadaniny, jeśli ktoś przychodził z jakimś pomysłem, to był załatwiany w trybie jednej instancji, tak lub nie. Jak to możliwe? Ludzie chcieli, ludzie słuchali, wiedzieli, że muszą to załatwić sami, że nie czas na ponowne pytanie, a na ogół - to już nie było kogo pytać, bo ta osoba znajdowała się już w innym miejscu, załatwiała inne sprawy. Zostałem, na przykład, poproszony przez ks. Leona o przygotowanie pisemnej informacji na temat: jak wyobrażam sobie funkcjonowanie transportu kołowego dla obsługi Błoń. Spotkałem się w tej sprawie z dr. Galatą. Wykorzystując doświadczenie komisarza sportowego, zdobyte przy organizacji rajdów samochodowych, po krótkiej dyskusji - napisałem informację. I przekazałem ks. Leonowi. Więcej o tym nie rozmawialiśmy. A i tak system przepustek „3 cyfr”, faktycznie wprowadzony u nas, coś mi przypominał...
 
W tej gigantycznej pracy nad organizacją wydarzenia zupełnie nowego w Polsce, z udziałem milionowych rzesz, wykorzystywaliśmy doświadczenia organizatorów z innych kościołów. W tej pracy było miejsce dla każdego: mógł wykazać się robotnik, było miejsce dla plastyka, inżyniera, gospodyni i dozorcy. Jedni wbijali pale do wykonania sektorów; plastyk myślał o kolorach i kompozycjach kwiatowych; inżynier głowił się, jak zasilić stacje i wozy TV, nawet w razie awarii. Panie w domach szyły flagi papieskie, gotowały potrawy, by dać coś do jedzenia tym, którzy byli w ruchu przez kilkadziesiąt godzin; gospodarze domów - co tu poprawić, odświeżyć, umyć, zaszklić i pomalować. Kierowcy martwili się, czy objadą, czy samochód w kolumnie „nie nawali”. Zwykli mieszkańcy: jak „wytrzasnąć” portret Papieża, jak przystroić: okno, balkon, dom? Lekarze - gdzie położymy rannych i chorych? Reżyserzy TVP - jak to pokazać, żeby nie było tłumów? Sekretarze - co będzie, jak „wróg” da hasło: palić komitety? Milicja: czy damy radę „w razie czego”? Kolejarze: byleby nie było „kupy”. Pielgrzymi: czy Go zobaczymy? Co nam powie? Co będziemy jeść? A jak będzie deszcz? Milicjanci: czy wystoimy w tych cisnących butach? Tak każdy myślał, marzył lub modlił się o wizycie - o Jego Świątobliwości.
 
Tuż przed odbiorem ks. Leon zaprosił wielu ludzi, dla których obejrzenie z bliska ołtarza było nagrodą za trud, za pieniądze, za pracę. Pamiętam, że byli państwo Ewa i Sobiesław Zasadowie, znani z Automobilklubu, był pan inż. Gąsiorek, ten sam, który udostępnił toalety w swoim domu przy Al. Focha tysiącom pielgrzymów. Ksiądz Leon z dumą pokazywał swoje dzieło, dzieląc się informacjami z budowy. Trwało to ok. 40 minut. Przyjechali. Służba Bezpieczeństwa. Oficerowie Biura Ochrony Rządu. Pracują. Stoimy. Czekamy. Wreszcie mówią - przejmujemy. Teraz - już nic tu po nas. Wolnym krokiem idziemy na Beniowskiego, do „sztabu”. Nasza grupa topnieje. Wykręcam się od herbaty i ciasta, na które zaprasza ks. Leon. Tam przecież zostawiłem Wołgę. Z dużą flagą papieską na masce. Trzeba jeszcze sprawdzić olej w silniku, a w końcu podniesienie maski nie jest takie proste. Potem - czy działają wszystkie światła? I jeszcze coś i jeszcze. Może nie takie ważne, ale jednak. Bagażnik samochodu jest mocno obciążony - mam tam pięćdziesięciokilogramowy przeciwpożarowy agregat halonowy, kilka gaśnic mniejszego kalibru, także sprzęt nagłaśniający. Wszystko to na wypadek nieszczęścia. Pożyczyłem za zgodą szefa produkcji z bieżanowskiego Fadomu - inż. Ryszarda Stankowiaka. Życzliwość mojego przełożonego pozwala mi często wyjść w godzinach pracy, w sposób istotny też okazuje się ułatwieniem, swoistym wkładem Fadomu w przygotowania. Ponadto - mogłem korzystać ze swojego urlopu w sposób niezgodny z uprzednim planem, a według potrzeb. Mogę za to serdecznie podziękować.
 
Przyszedł ks. biskup Bobowski z Tarnowa. Zaintrygowany tarnowską rejestracją „czarnej” pyta - jak to? Wyjaśniam. Nawiązuje się sympatyczna rozmowa - o ludziach, ich pomocy, oczekiwaniach. Zastanowimy się nad tym - jutro. I jeszcze raz przekonuję się, że tak na dobrą sprawę, to nikt nie wie, jak to naprawdę będzie. Dowiemy się tego później.
 
Niedobrze. Ks. Leon roztrzęsionym głosem prosi o bardzo wczesne przybycie na Błonia, bo odbiór przez BOR musi być powtórzony. W nocy studenci przynieśli z miasteczka wielki krzyż i postawili go przy ołtarzu. Strefa bezpieczeństwa została naruszona, pilnujący jej funkcjonariusze nie chcieli użyć siły i odstąpili, wpuszczając na ołtarz osoby nieznane, nieuprawnione. Skoro świt - jestem na Beniowskiego. Idziemy. Błonia zapełnione w połowie. Nie ma jeszcze piątej rano, a już jest ok. 400 tysięcy pielgrzymów. Co to będzie? Czy podołamy? Ponowny odbiór. Na szczęście - częściowy. Pomieszczenia zaplecza zostały ochronione. Tam jest najwięcej zakamarków. Ale i tak roboty dużo. Trzeba sprawdzić każdą doniczkę, każde załamanie wykładziny, każdy ruchomy przedmiot. Funkcjonariusze z poświęceniem, często na kolanach pracują szybko i skutecznie. Już elegancko ubrani, w garniturach, krawatach. Wreszcie - przejmujemy! Na Błoniach najpierw słychać głośnie łup - a potem westchnienie. To z serca ks. Leona spada kamień, a westchnienie to objaw ulgi duszy gorliwego kapłana w poważnym już wieku. Ojciec Święty Jan Paweł II może przybyć na spotkanie z Krakowem. Jego Świątobliwość może przybyć na spotkanie z Polską. Na Błonia krakowskie.
 
Wracamy na Beniowskiego. Jesteśmy szczęśliwi. To dobrze, że nie ma jeszcze telefonów komórkowych, bo kapelan studentów mocno by oberwał...
 
Było dobrze, a nawet: najlepiej w Polsce.
 

Piotr Romaniewski

[Rozmiar: 7784 bajtów]
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka