|
|
|
|
Kazimierza Karolczaka podróże nie tylko naukowe...Z Czartoryskimi do korzeni... (3)
Kamieniec Podolski... Ile wydarzeń z naszych dziejów ojczystych związanych jest z tym miastem, a przy tym trochę osobistych wspomnień! Uświadamiam sobie, że jestem tu po raz czwarty. Może nie dużo tych wizyt, ale jednak... Wstajemy wcześnie, w końcu przełożony naszych sympatycznych braciszków obiecał odprawić dla nas poranne nabożeństwo już o 7.30. Niemniej, nie wszyscy zdążyli się przebudzić.
My jednak szukamy śladów Czartoryskich. Tu ich nie uświadczysz, stąd w programie znalazła się „Kamienica Czartoryskich”. Dzisiaj należy do greckokatolickich bazylianów, ale nieocenioną pomocą służy nam sympatyczny paulin, pozostający z nimi w dobrych stosunkach. Z kolei unici nie mają w Kamieńcu żadnego zaplecza, jako że tu mocnymi korzeniami osadzona jest, prócz kościoła rzymskokatolickiego, cerkiew prawosławna. Dzięki paulinowi weszliśmy bez problemu do środka, a dwaj bazylianie nawet podjęli się nas oprowadzić. Byli mile zaskoczeni, że to rodzina Czartoryskich. Mocno poruszyła ich dopiero wiadomość, że są wśród nas także dwaj Potoccy. Dopytywali się, którzy to. Do rozmowy doszło wreszcie na zewnętrznych schodach z tyłu budynku, ja zaś stałem się jej świadkiem - i tłumaczem przy okazji. Bazylianie byli jednak rozczarowani, że Potoccy nie mówią po ukraińsku, a ci - zaskoczeni twierdzeniem bazylianów, że Potoccy to Ukraińcy! Zabawne spotkanie. Jakże inne widzenie historii, jakże inna świadomość historyczna! W samej kamienicy niewiele do oglądania: głównie wspaniałe herby na ścianie nad kominkiem. Na zwiedzenie reszty Kamieńca pozostało niewiele czasu: katedra, twierdza, spacer pod dawną katedrę ormiańską. Prowadził Jurij Smirnow. Na prośbę Krzysztofa Czartoryskiego odłączyliśmy się od grupy, by kupić filmy do aparatu. W sklepie z pamiątkami oglądaliśmy przy okazji reprodukcje starych widokówek Kamieńca sprzed I wojny światowej. Przed archiwum ktoś woła mnie po imieniu. A to niespodzianka: spotykam starego znajomego - Aleksandra Karwowskiego, obecnego wicedyrektora tej placówki. Pytam o straty spowodowane niedawnym pożarem. Ponoć kompletnie spaliło się 5 wielkich zespołów, w tym XIX-wieczne, m.in.: gubernatorstwa, gmin wiejskich, sądu. Straty nie do odtworzenia. Archiwum jest od tego czasu zamknięte, a wszyscy z niepokojem oczekują na zapowiadaną decyzję Kijowa o przeniesieniu zbiorów do stolicy okręgu, tj. do Chmel'nyc'ky'ego (Płoskirowa). W katedrze jakoś inaczej. Odruchowo spoglądam do tyłu, gdzie pod jednym z filarów siadywał pogrążony w modlitwie ks. biskup Jan Olszański... Nie ma tam już nikogo... Zamyśliłem się przez chwilę w bocznej kaplicy nad płytą z wyrytym jego nazwiskiem i leżącymi na niej świeżymi kwiatami... Podczas moich poprzednich wizyt w Kamieńcu odwiedzałem biskupa, a jego drobna postać nieodłącznie kojarzyła mi się z tym miejscem. Do dziś nie mogę wyzbyć się myśli, jaka przebiegła przez moją głowę, gdy pierwszy raz wszedłem do jego „pałacu biskupiego”. Skromny pokoik, będący jednocześnie sypialnią, biblioteką i kancelarią. Mebli mieściło się tam niewiele: łóżko, regały z książkami, duże biurko. Tu powinno się kierować na rekolekcje kapłanów z Polski, ostentacyjnie przystrajających się w złote łańcuchy, wysiadających w świetle kamer z mercedesów i obnoszących się ze swą pychą... Tu królowała ogromna pokora, a jedynym bogactwem (ale za to jakim!) był cudowny widok z okna: szeroka panorama, twierdza jak na dłoni, w dole wijący się Smotrycz! Podczas zwiedzania Kamieńca zaginął nam Krzysztof! Dopiero później przyznał, że - zafascynowany katedrą - nie poszedł z grupą do twierdzy. Stracił, bez wątpienia, wiele, ale nie musiał też oglądać ekspozycji przygotowanej niedawno w podziemiach. Nasz przewodnik zachwalał ją i radził wykupić specjalne bilety. Podekscytowani zeszliśmy na dół. Konsternacja: muzeum okazało się lunaparkiem! Głośna muzyka, odgłosy bitewne, ruszające się figury żołnierzy itd. Coś mi się wydaje, że nie tylko ja byłem zdegustowany... Poraził nas także widok starych obrazów transportowanych z twierdzy na odkrytej przyczepce pchanej przez traktor! Tu zdaje się nikt nie przejmuje się dziełami sztuki, zabytkami. Nie zdziwię się, jak znów coś się spali, ulegnie zniszczeniu, itd. Straszna perspektywa przed tymi zabytkami! Przy pięknej, słonecznej pogodzie wyruszaliśmy w południe sprzed kościoła dominikanów w dalszą drogę. Młody przełożony paulinów żegnał nas przy autokarze, wzruszony uklęknął na kolano i ucałował zaskoczoną Barbarę Czartoryską w rękę. Miał łzy w oczach. Z Kamieńca jedziemy na Czortków. Zatrzymujemy się tylko na chwilę. Do zamkniętego kościoła dominikanów dostajemy się od tyłu, dzięki uprzejmości pracujących tam robotników ukraińskich. Wewnątrz nowy element: tablica poświęcona zakonnikom (4 ojcom i 4 braciom) zamordowanym w 1941 r. przez Rosjan. Ta monumentalna budowla szybko odzyskuje swój dawny blask dzięki ogromnemu zaangażowaniu dominikanów, którzy od 1989 r. znów opiekują się kościołem i prowadzą miejscową parafię. Oceniam, jak wiele się tu zmieniło od czasu mojej ostatniej bytności przed kilku laty, kiedy o. Michał (z Krakowa) namówił mnie na zakup aż dwóch cegiełek wspomagających remontowaną świątynię. Dziś odczuwam swoistą satysfakcję z dobrze ulokowanego kapitału...
Na ulicy zwracamy uwagę na polskie orły na kamiennych balkonach. Strasznie już zniszczone, lada moment ulegną zupełnej zagładzie. Wracając, napotykamy beczkę z oryginalnym kwasem chlebowym. Niektórzy z nas znają już jego oryginalny smak, inni chcieliby spróbować, ale jak tu pić z jedynej dostępnej przy beczce „publicznej” szklanki? Na placu za dawnym budynkiem partii (dziś jakaś administracja) wystawiono ogromną, monumentalną cerkiew. To zaczyna być charakterystyczne dla tego okresu na Ukrainie: cerkwie stawia się bezstylowe, byle tylko ogromne, zwracające na siebie uwagę. W Czortkowie fotografujemy jeszcze odkryty w przewodniku (przez Jerzego Potockiego) pałac cadyka, podziwiamy urodę młodych Ukrainek spacerujących przy pięknej pogodzie po ulicach miasteczka. Ziemia podolska tragicznie doświadczana w swej historii, wielokrotnie spływająca krwią, zachowała niepowtarzalne piękno nie tylko swej przyrody, ale i nie od dziś opiewanych w literaturze białogłów... Cóż, pomieszanie ras daje niekiedy równie zaskakujące efekty, jak przenikanie się kultur. W autokarze pojawiają się pierwsze dwa opakowania aptecznego vigoru. Zgodnie z informacją zamieszczoną na etykietce, powinien pomóc na wszelkie dolegliwości. Znam ten specyfik; pomaga nawet (a może przede wszystkim) na smutek... Nam smutno nie jest, ale dziś dużo jazdy i Piotr Goliński na wszelki wypadek kuruje osłabionych... Leczący się mężczyźni spotykają się nawet z objawami współczucia... Dla nich to wszakże sytuacja dość komfortowa: mogą „spożywać” (lek) przy pełnej aprobacie współtowarzyszy podróży! Zachodzi jednak obawa, by z „cudownego leku” nie zechciała skorzystać Barbara Czartoryska. Na szczęście nie ufa ukraińskiemu przemysłowi farmaceutycznemu...
Z Czortkowa ruszamy na Czernelicę. To jedno z kilku miejsc na naszej trasie, którego nie znam. Dojazd bardzo trudny, miejscowość rzadko odnotowywana w przewodnikach turystycznych. Po drodze Touste (Tłuste), z ciekawą cerkwią greckokatolicką w stylu neogotyckim (rzadkość), projektowaną przez Jana Sasa Zubrzyckiego, oraz cmentarz żydowski z ogromną ilością macew z XVI-XX w. (czegoś takiego jeszcze nie widziałem!). Ku mojemu zaskoczeniu zdecydowano się jednak nie zatrzymywać. Szkoda, bo to zdaje się unikatowa rzecz, nie tylko na tym terenie. Wreszcie, bocznymi drogami, docieramy do Czernelicy. Na tym terenie to jedna z nielicznych miejscowości związanych z Czartoryskimi. Zatrzymujemy się przy zrujnowanym kościele z XVII w. Już po pobieżnej lustracji zewnętrznej trudno spodziewać się, by wewnątrz pozostały jakieś ślady po potomkach tego książęcego rodu. Mury odarte nawet z tynku, ślady po palonym ognisku, nieczystości (sam w nie wdepnąłem!). Co tu można znaleźć? A jednak! Wszystkich elektryzuje okrzyk, że nad wejściem do zakrystii jest kamienny herb. Skupiamy się, by obejrzeć zachowaną tam Pogoń litewską... Chwila ciszy, potem błyskają flesze. Fotografujemy Pilawę! Herb Potockich ma na tym terenie niemal patent na wyłączność, co staje się przedmiotem żartów ze strony Czartoryskich: szukają go nawet na stodołach i oborach! „Nasi” Potoccy (Jerzy i Adam) dzielnie znoszą owe objawy „sympatii” do ich rodu! Pilawa w Czernelicy nie jest jednak przypadkiem. Fundatorem kościoła był wprawdzie książę Michał Czartoryski z Klewania, ale razem z żoną Eufrozyną z... Po tockich. Po pałacu Czartoryskich pozostała jedynie okazała XVII-wieczna brama wjazdowa z herbami (jest Pogoń!), a za nią pozostałości fundamentów kilku innych budowli. Wszystko porosła trawa, trochę drzew (jakieś dzikie jabłonie), a otaczają to resztki kamiennego muru. Kozy, pasące się pomiędzy drzewami, szybko poznały dobre serce „księżniczki Jagienki” i jedna z nich nie odstępowała jej potem na krok! Leżąca na uboczu Czernelica oddalona jest od dobrych szlaków komunikacyjnych, a największą barierę stanowi, okazały już w tym miejscu, Dniestr. Chcąc uniknąć dalekich objazdów, próbujemy znaleźć jakiś most ponad nim. Do jednego podjeżdżamy w strasznej ulewie, ale przez położone na nim ruchome, drewniane klepki, z widocznymi z daleka ubytkami, strach przechodzić pieszo, a co dopiero przejechać ciężkim autokarem! Problemy komunikacyjne powodowały, że cały czas byliśmy spóźnieni. Pomysły na nadrabianie uciekającego czasu wyraźnie poróżniły kierowcę i naszego ukraińskiego przewodnika. Konflikt narastający z przodu autokaru nie wróżył nic dobrego. Kierowca - wiedziony jakąś intuicją - nie chciał się zgodzić na niewielki skrót, dający oszczędność nie większą, jak 15--20 km. Ustąpił po gwałtownej wymianie zdań z przewodnikiem. Owe 7 km pokonywaliśmy 2 go dziny! Nie najlepsza od początku droga przeszła w polną, z głębokimi koleinami od traktorów, po której jedynie dobry samochód terenowy mógłby poruszać się w miarę sprawnie. My wjechaliśmy tam długim, nisko zawieszonym autokarem! Odwrotu nie było, bo autokar ledwo mieścił się na całej szerokości drogi, kierowca próbował jechać po wysokich skarpach nad koleinami, ale co rusz wpadaliśmy w głębokie dziury i podwozie wieszało się na ziemi. Wszyscy maszerowaliśmy obok autokaru, każdy próbował coś podpowiadać kierowcy, który wściekły manewrował nad kolejnymi dziurami. W końcu przedarliśmy się przez pola z niewielkim tylko uszczerbkiem dla autokaru (odłamany kawałek blachy i przygięta rura wydechowa). Uznaliśmy to za pierwszy, pionierski przejazd autokarem tej trasy, co powinno zostać odnotowane, jeśli już nie w księdze Guinessa, to chociażby na liście miejscowych osiągnięć! Do Jazłowca dotarliśmy grubo po 22-ej, ale siostry i tak na nas czekały. Ogromne gmaszysko, w którym zorganizowano niemal całe przedsiębiorstwo hotelowe. Sam klasztor zabudowany w podkowę (otwartą część zamykają ruiny zamku), piętrowy, przy czym Niepokalanki odebrały na razie korpus środkowy (z kaplicą) i jedno skrzydło (lewe, patrząc od bramy wjazdowej). W drugim skrzydle nadal jest jakieś ukraińskie sanatorium. Związki niepokalanek z Jazłowcem sięgają już niemal półtora wieku, jako że na początku lat 60. ubiegłego stulecia zgromadzenie - założone kilka lat wcześniej w Rzymie - przeniosła tu jego współzałożycielka, Matka Marcelina Darowska. Niepokalanki przebudowały dawną rezydencję Stanisława Poniatowskiego, otwierając w niej w czerwcu 1863 r. szkołę z internatem dla dziewcząt, a dodatkowo, w roku następnym, bezpłatną szkołę elementarną dla dziewcząt z okolicy. Założycielka zgromadzenia ściśle związana była też z jedną z gałęzi rodziny Dzieduszyckich, czego skutkiem jest nie tylko moje szczególne zainteresowanie jej osobą i samym Jazłowcem, ale i wcześniejsze kontakty z praprawnukami Matki Darowskiej (Zofią Hackemer z Wrocławia, Janem Gromnickim z Warszawy, Suzan Suinat z USA czy wreszcie najczęstsze z Elżbietą Warchałowską z Krakowa).
Po zakwaterowaniu spodziewaliśmy się spóźnionej kolacji, ale siostrzyczka zaordynowała nam nocne zwiedzanie muzeum poświęconego Matce Marcelinie Darowskiej. Sekret owej dbałości o naszą strawę duchową wyjaśnił się dość szybko: nie dogotowały się ziemniaki! W muzeum byliśmy prawie do 23-ej, potem jeszcze chwila w kaplicy (duża, ładnie urządzona). Obiadokolację (smaczną i obfitą) zakończyła około północy informacja, że następny dzień rozpoczyna się poranną mszą o 7-ej, po czym o 7.50 mamy być na śniadaniu. Warunki noclegowe znośne, można nawet powiedzieć dobre, a kuchnia wręcz rewelacyjna. Zakwaterowałem się z Krzysztofem, a późna pora nie przeszkodziła nam w kolejnej nocnej rozmowie...
Rankiem następnego dnia przekonaliśmy się jednak, że wszystko ma swoją cenę... Zaspaliśmy na poranną mszę! Bardziej zdyscyplinowana część naszej grupy powitała nas na śniadaniu (wspaniałe!) opowiadaniem o koncercie, jaki Niepokalanki dały w kaplicy. Coś straciliśmy. Po śniadaniu zajęła się nami s. Szymona: drobna, inteligentna, bardzo energiczna. W Jazłowcu stale przebywają tylko trzy zakonnice; do pomocy w sezonie turystycznym dalsze dwie przyjeżdżają z Szymanowa. Siostry zarządzają całym gospodarstwem, zatrudniając do wielu prac miejscowy personel. Od okolicznej ludności kupują też warzywa, jarzyny, nabiał, itp. Jazłowiec stał się od kilku lat popularnym miejscem noclegowym dla polskich grup wycieczkowych (pielgrzymkowych), stąd też bez wcześniejszej rezerwacji trudno tam w sezonie turystycznym o wolne miejsca. Historia lubi się więc powtarzać: przed z górą stu laty nobliwe hrabiny czekały całymi tygodniami na wolne miejsce w Jazłowcu, by odbyć u niepokalanek kilkudniowe rekolekcje...
S. Szymona pokazuje nam kaplicę grobową, gdzie od ponad stu lat chowane są zmarłe zakonnice i gdzie znajdują się też prochy założycielki zgromadzenia, bł. Matki Darowskiej. Opowiada o tragicznych losach sióstr w czasie II wojny światowej i perypetiach z odzyskaniem budynku w latach 90. XX w. W drodze do ruin zamczyska Jazłowieckich rozmawiam z siostrą o Dzieduszyckich (córce i wnuczce Matki Darowskiej), które nie zapisały się zbyt dobrze w dziejach zgromadzenia przed I wojną światową i przysporzyły wielu trosk matce przełożonej. Wyjeżdżamy po godz. 10-ej, zaopatrzeni w prowiant na drogę, adresy i telefony. Tu warto wrócić, a ja uczynię to na pewno.
Kazimierz Karolczak |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka |