Historia 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Jacek Chrobaczyński

Następstwa drugiej wojny światowej

Fakty i mity

Polski punkt widzenia*
 

„Wojny rodzą się w umysłach ludzi”. Ta mądra sentencja ma jednak swój szerszy nieco wymiar i kontekst. Dopowiem zatem: rodzą się w umysłach, gdyż w umysłach tych rodzi się, obok mądrości, także i ludzka głupota. A wojna była i jest, wbrew św. Franciszkowi („wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe”), ludzką głupotą, najbardziej brutalnym dramatem przemocy człowieka wobec człowieka

Wojna druga, zwana światową, też była wymysłem ludzkiej, chorej głupoty. Jeszcze bowiem w latach trzydziestych ubiegłego wieku Konrad Heiden, autor pierwszej, ważnej biografii Hitlera pisał: „Gdziekolwiek wiodą drogi nakreślone przez Hitlera, tam zawsze widać wojnę”. I to bez względu na słowa, w jakie doktryna nazistowska była ubrana. Przede wszystkim w wypowiedziach samego führera: „niepodważalne prawo natury”, „pierwotna idea życiowa” czy „ostateczny cel polityki”.
 
Sześć lat i jeden dzień! Ludzkiego koszmaru, strat, niebotycznych zniszczeń, poniewierki, przetrącenia i bólu, traumy. Dramatu państw, społeczeństw i całych narodów. I zwykłych ludzi, bo to przecież tzw. szary człowiek (mass-man) stanowi zazwyczaj główne tło historycznego procesu i historycznego dramatu, zaś perspektywa postrzegania go przez pryzmat mikrohistorii też ma swój głęboki sens i wymiar.
 
Nie wnikając w kluczowe pytanie historyka: dlaczego wybuchła II wojna światowa? - chciałbym się skupić na jej najważniejszych, wymiernych i niewymiernych skutkach, jej kontekstach i historycznych punktach odniesienia, ale też i na kontekstach politycznych, ideowych, ideologicznych oraz moralnych, na przyzwoleniu na zło i niesprawiedliwość. Chciałbym też spojrzeć na drugą wojnę z perspektywy dnia dzisiejszego - i to nie tylko z powodu „okrągłych” rocznic jej wybuchu, klęski jednych a święta innych, a później codziennego, brutalnego dramatu przemocy, rocznic powstań oraz sześćdziesiątej rocznicy jej zakończenia. To interesujące doświadczenie dla historyka. Druga wojna bowiem była i jest, także poprzez jej apokaliptyczny wymiar, w mniejszym lub większym stopniu obecna w różnych miejscach, przy różnych okazjach, w różnych dyskursach, pamięci/niepamięci i jej kliszach, ale też i w sztuce, szerzej w kulturze dnia dzisiejszego. Chciałoby się powiedzieć: wszędzie. A dyskurs o niej to niemal zawsze niezła lekcja myślenia historycznego, historycznej pamięci, ale też zacietrzewienia, polityki i politykierstwa, haniebnej ideologii i jej porażającego niekiedy echa. Lekcja upiorów i lekcja pokory, pojednania i nienawiści, biedy, ale też pieniędzy i majątków, ciekawostek i niewyjaśnionych dotąd wszystkich jej spraw, tajemnic skrywanych i niebezpiecznych. Także lekcja mitów i kontrmitów, uproszczeń, stereotypów i autostereotypów.
 
Skutki wojny proponuję podzielić na trzy grupy: wymierne, a więc takie, które w przybliżeniu da się jakoś policzyć - zabici, kalecy i trwale chorzy (powojenne śmierci), straty materialne, majątek, przesunięcia terytoriów i ludzi, brutalizm i okrucieństwo zarówno zwyciężonych, jak i zwycięzców, wreszcie interesy itp.; niewymierne, przede wszystkim psychologicznej i socjologicznej natury, dotykające ludzkiej duszy, transcendencji, ludzkiego „ja”, ale też i przegranego szczęśliwego dzieciństwa, anomii postaw moralnych, zafałszowania dobra i zła, Boga naszego i ich itp.; wreszcie - skutki powojenne, historyczno-świadomościowe, polityczne, ideologiczne, ideowe, nawet religijne i zwyczajne, międzyludzkie: Polaków i Niemców, Polaków i Rosjan, Polaków i Ukraińców, a także Litwinów, ale również Polaków i Polaków czy Niemców i Niemców.
 

Uruchamiamy mity, czekamy na gesty, przeproszenia, zadośćuczynienie nie tylko w sferze moralnej, ale i wymiernej, finansowo-materialnej. Dziś w tej materii pojawiają się gesty nowe, jakbyśmy zapominali o orędziu biskupów polskich do biskupów niemieckich i słynnym: „przebaczamy i prosimy o prze baczenie”, o geście Willego Brandta na warszawskim Umschlagplatz


Bieżący, aktualny dyskurs polsko-niemiecki „z wojną i jej konsekwencjami w tle” napawa mnie głęboką troską, niekiedy niesmakiem i trwogą zarazem, zarówno po stronie niemieckiej, jak i polskiej. Ale nie tylko on. Niesmak budzi także dyskurs polsko-ukraiński, polsko-litewski i inne. Bolesne, często niepotrzebne słowa, trywialne i nierzadko tromtadrackie zachowania oraz gesty, niepotrzebne demonstracje zbędne są milionom niewinnych ofiar, odartych rodzin, przetrąconych charakterów. Bolą wojenne i powojenne symbole, tak oficjalne, państwowe (np. polska konotacja ukraińskiego tryzuba) jak i - wątpliwej jakości - quasi-ideowe (neonaziści wszelkiej narodowej maści i nazistowska symbolika, obrzęd, słownictwo, nienawiść). Ale, być może tak musi być, bo ludzka głupota - jak już wspomniałem - rodzi się i trwa, niestety, w umysłach ludzi. Długie trwanie w historii, ale też i organiczny niemal styk historii i bieżącej polityki, historii i ideologii, a w istocie historii i ludzkiego zła, niecnych interesów i celów, pokazuje aż nazbyt wyraziście, czego doświadcza „wojenny” historyk w obliczu nie tylko tamtego procesu historycznego, ale też dnia dzisiejszego. Może zatem warto - niemal w przededniu sześćdziesiątej rocznicy zakończenia wojny - wspólnie się nad tym chwilę zastanowić?
 
* * *
 
Na początek jednak krótkie, drugowojenne résumé, by właściwie uchwycić polskie konteksty, polskie mity i wojenne fobie, polską perspektywę.
 
Druga wojna światowa była zarazem pierwszą w dziejach świata totalną wojną o tak gigantycznym zasięgu i niezwykle dalekosiężnych skutkach. Uczestniczyło w niej 61 państw, objęła blisko 2 miliardy ludzi, tj. około 80% mieszkańców ówczesnego świata. Toczyła się na obszarze 40 państw (22 mln km2). 110 mln ludzi powołano w tym czasie pod broń. Łącznie w drugiej wojnie światowej zginęło ich 45-48 mln (dane porażające, przecież dzisiejsza Polska liczy ok. 39 mln obywateli), w tym 17-20 mln żołnierzy, a więc przede wszystkim ludzi młodych, sprawnych i z życiowymi ambicjami, oczekiwaniami oraz perspektywami. Kraje koalicji antynazistowskiej opłaciły wojnę ponad 30-milionowymi stratami w ludziach. Liczba ofiar krajów Osi i ich sojuszników sięgnęła 11,5 mln, w tym straty Trzeciej Rzeszy - 7,3 mln zabitych (w tym 2,5 mln żołnierzy).
 
Niewyobrażalne były też wydatki wojenne. Szacuje się, że na prowadzenie działań wojennych wydano około 1 tysiąca miliardów ówczesnych amerykańskich dolarów. Wojenne zniszczenia (to także szacunki) kosztowały samą tylko Europę 260 mld dolarów, a Stany Zjednoczone, na terenie których działań wojennych nie prowadzono, 330,5 mld dolarów. Japonia przeżyła dwie eksplozje nuklearne, a ludzie napromieniowani umierają do dziś, matki rodzą kalekie dzieci, itp. Straty Związku Sowieckiego sięgnęły blisko 680 mld rubli, ponad 20 mln obywateli ZSRR zginęło (w tym straty spowodowane przez stalinowski, totalitarny reżim wobec własnych obywateli).
 
Dodajmy do tego straty niewymierne - niepotrzebna, zazwyczaj gwałtowna i brutalna, śmierć najbliższych, strach, ból, cierpienie, zmarnowane dzieciństwo, młodość i godna starość, zabite ambicje, zniszczone życiowe plany, często zabita miłość, przeradzająca się na dodatek w nienawiść i zemstę. Straty psychiczne, „przetrącone” kręgosłupy moralne, straty pedagogiczno-wychowawcze, etyczno-moralne - w zasadzie niepoliczalne, bo często dające o sobie znać przez wiele powojennych lat.
 
Wybijano całe narody (Żydzi, Romowie, Sinti) tylko ze względu na pochodzenie; zgładzono miliony obywateli innych narodowości, w tym 7-8 mln Polaków (dane szacunkowe).
 
Państwa Osi wojnę przegrały, co przede wszystkim w stosunku do byłej Trzeciej Rzeszy zakończyło się okupacją, a później trwałym, kilkudziesięcioletnim podziałem państwa i niemieckiego narodu. Wojna na wiele powojennych lat pogrążyła Włochy, zaś Japonię skazała na przeprowadzenie, pod silną kontrolą amerykańską i na amerykańskich, twardych warunkach, głębokich i trwałych przekształceń państwa oraz narodu, często wbrew historycznej, kulturowej, mentalnej i religijno-społecznej, wielowiekowej japońskiej tradycji.
 
Obolali byli zwycięzcy i zwyciężeni. Formalne zwycięstwo odniosło wprawdzie wiele państw, członków koalicji antyhitlerowskiej, co zdaje się być jednym z największych, karykaturalnych wręcz mitów tego obozu. Bo bycie w obozie zwycięzców, często od pierwszego dnia wojny (casus Polski), jeszcze wcale nie oznaczało rzeczywistego zwycięstwa w wojnie. Bowiem tylko trzy kraje: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Związek Sowiecki odniosły powojenne zwycięstwo rzeczywiste i efektywne (strefy wpływów w podzielonym świecie, powiększenie terytorium, możliwość narzucenia porządku ustrojowego innym państwom itd.). I choć np. Wielka Brytania, przed wojną jedno ze światowych supermocarstw, dumnie obnosiła wojenne zwycięstwo, to po wojnie stała się już tylko mocarstwem, bardzo osłabionym wojennymi stratami. Utrzymała co prawda swój status, ale już dziś, np. w perspektywie europejskiej, to Francja i Niemcy zdają się czynić, a przede wszystkim decydować, rozstrzygać, czy zwyczajnie mieć więcej do powiedzenia niż Zjednoczone Królestwo.
 
Interesującym przypadkiem wojennych skutków był, upadły już na szczęście, Związek Sowiecki - agresor (17 września 1939 r.) i okupant, a także współodpowiedzialny z Trzecią Rzeszą za rozpętanie tej wojny. W roku zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami, ale także i w latach następnych, ZSRR, jednego z głównych beneficjentów wojennego zwycięstwa, nikt nie ośmielił się już pytać o winę i odpowiedzialność, nie mówiąc już o karze za popełnione zbrodnie, w tym zbrodnię ludobójstwa, niepodlegającego przecież żadnym przedawnieniom (Katyń). To nie mit, a lekcja realnej polityki (Realpolitik) sowieckiego imperium, przy konkretnym, oczywiście biernym zachowaniu się Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii (ale nie zapominajmy: dla zwycięstwa nad Niemcami potrzebowały one stalinowskich pułków, zdobycze Stalina były zaś ceną za krew sowieckich, zwyczajnych żołnierzy - to także nie mit). Lecz Związek Sowiecki również rozpadł się jak przysłowiowy „domek z kart”, bo historia dowodzi, że mocarstwa nie trwają wiecznie.
 
Stany Zjednoczone wychodziły z tej wojny również ze spektakularnym sukcesem - rozbudowanym na potrzeby wojny przemysłem (nie tylko zbrojeniowym), olbrzymią armią, która w końcowej fazie wojny walczyła na niemal wszystkich kontynentach świata. Znakomicie rozwinął się w czasie wojny amerykański potencjał techniczny, technologiczny, a przede wszystkim intelektualny. Główne źródło gospodarczych i politycznych sukcesów USA, już w pełni światowego supermocarstwa, a dziś, po rozpadzie sowieckiego imperium, jedynego i bezkonkurencyjnego. Imperia i supermocarstwa nie trwają wiecznie, nawet te - ośmielę się na taką polityczną tezę, która nie przystoi historykowi - o silnych podstawach demokratyczno-liberalnych.
 
* * *
 
A jak na tym, ogólnie zarysowanym tle, bez mała światowego dramatu wojennego wyglądał polski finał drugiej wojny światowej?
 
Polska-ofiara rozpoczęła wojnę właściwie osamotniona, a sprawa polska w tej wojnie była tylko punktem wyjścia, nigdy zaś, zarówno we wrześniu 1939 roku, jak i w czasie jej trwania, wojenną i powojenną strategią, wiążącym, rozstrzygającym determinantem. Polacy nie chcą jakoś o tym pamiętać, a to przecież realność wojskowa i polityczna zarazem, także i w jakimś sensie, lekcja Realpolitik właśnie. Kontynuując zaś wcześniejszy wątek, dodam też: wejście do wojny, już 3 września 1939 r., dwu innych państw - Wielkiej Brytanii i Francji - nie zmieniło wydarzeń na froncie polsko-niemieckim i, nieco późniejszym, polsko-sowieckim, a jedynie prawnie i w niewielkim stopniu militarnie go umiędzynarodowiło. Mit polski polegał tu na tym, że narzucono społeczeństwu wiarę, iż sojusze są trwałe, moralne, a państwa je podpisujące zachowują się odpowiedzialnie. Ten polski mit to ważna składowa tzw. wrześniowego syndromu, kolejna, brutalna lekcja Realpolitik.
 
Przez ponad trzy lata trwało krwawe oczekiwanie na wyraźne rozstrzygnięcie wyniku wojny. Początkowo władzom polskim na wychodźstwie i społeczeństwu w okupowanym kraju wydawało się (też nieracjonalny mit i brutalna lekcja pokory), że po agresji Trzeciej Rzeszy na Związek Sowiecki wyzwolenie Polski może dokonać się siłami własnymi, współdziałającymi ze Sprzymierzonymi (gdyby Niemcy - jak pod koniec I wojny światowej - ogarnęło rozprzężenie w momencie, gdy linia frontu byłaby odsunięta na wschód od granic Polski). Gdzieś tutaj, jako historyk, słyszę polskie romantyczne fobie i uniesienia, polską mantrę-mit, klepaną bezmyślnie: „za naszą i waszą wolność”, pomachiwanie szabelką, narodową tromtadrację.
 
Od połowy 1943 r. przebieg wojny wskazywał już, że Europa Środkowa, w tym Polska, będą wyzwalane przez Armię Czerwoną. Konferencja Wielkiej Trójki w Teheranie zdecydowała, iż za powojenne bezpieczeństwo w tej części Europy będzie odpowiadał Związek Sowiecki, a nie, jak dotąd, Wielka Brytania. I stało się to nie tylko wbrew żywotnym interesom i oczekiwaniom polskiego sojusznika, ale - co było już zachowaniem nielojalnym, by nie powiedzieć haniebnym - poza jego plecami. Teheran burzył brutalnie, przyznam, że niezrozumiale rozbudowany, polski mit zaufania do zachodnich aliantów; pokazywał, że zdrada wartości i pryncypiów nie ma nic wspólnego z interesami i Realpolitik. To w konsekwencji oznaczało, że polski finał drugiej wojny nie ograniczał się tylko do kwestii militarnych, ale oznaczał też konsekwencje polityczno-ideologiczne i terytorialne. I zdaje się, że gdzieś tutaj urodził się już powojenny, moralnie nienaganny, ale racjonalnie nie do przyjęcia, kolejny mit Polski i Polaków - przegranych zwycięzców.
 
Polska, zaczynająca w 1939 r. wojnę w istocie samotnie, kończyła ją już w ramach wielkiej koalicji antyhitlerowskiej (obejmującej 57 krajów, w których zamieszkiwało 4/5 ludności świata).
 
Spośród jedenastu krajów okupowanych przez Trzecią Rzeszę, Polska była jedynym krajem koalicji antyhitlerowskiej, który przez ponad rok nie utrzymywał stosunków dyplomatycznych ze Związkiem Sowieckim, istotnym ogniwem tej koalicji. Wierzono bowiem, bądź taką wiarę narzucano innym, że „przyjaciele naszych przyjaciół nie muszą być naszymi przyjaciółmi”. Sowieci uczestniczyli przy rozpatrywaniu i podejmowaniu najważniejszych decyzji wojennych i powojennych, co źle wróżyło na przyszłość. Sowiecka polityka faktów dokonanych miała zdecydowane przyzwolenie dwu pozostałych państw Wielkiej Trójki - Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. W dziejach ważnych cezur narodowej historii Polaków po raz kolejny maksyma La Rochefoucalda z jego XVII-wiecznych Maksym i rozważań moralnych, iż „hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie”, dała o sobie znać z porażającą prawdą o polityce międzynarodowej, sojuszach i narodowych przyjaźniach, od których pękają w szwach polityczno-ideowe traktaty, niekiedy podręczniki, a przede wszystkim przemówienia przywódców.
 
Wyzwolenie kraju spod niemieckiej okupacji dokonało się w dwu etapach (1944 i 1945); nie było jednak dla Polski kresem wojny. Polski, rzeczywisty finał drugiej wojny światowej (dwutorowy: rozgrywany w kraju i na forum międzynarodowym), to dopiero uznanie przez zdecydowaną większość krajów Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. A fakt ten utrwalał politykę faktów dokonanych, podobnie jak konferencja poczdamska, na której zostały rozstrzygnięte kwestie polskiej granicy zachodniej. Natomiast zasadnicze rozstrzygnięcie wewnątrz państwa i społeczeństwa polskiego nastąpiło nieco wcześ niej i było związane z dwoma dramatycznymi wydarzeniami - klęską Powstania Warszawskiego oraz utworzeniem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Świadoma ignorancja tej prawdy w okresie Polski Ludowej była narzucaniem Polakom mitu, iż komuniści sprawują tu władzę legalnie, wbrew oczywistej i niepodważalnej tezie, iż legitymizacją ustrojów jest zawsze świadomość społeczna. A przecież oba wydarzenia związane były z wolą niepodzielnego sprawowania władzy w kraju - pierwsze oparte na prawie, międzynarodowej podmiotowości, wsparciu zdecydowanej większości społeczeństwa, wreszcie na zasadach moralnych (przelana krew); drugie to wynik rozstrzygnięć zewnętrznych, bez zaufania i poparcia społecznego, ale wspartych siłą przez jednoznacznego zwycięzcę w wojnie, osiągnięte terrorem i poprzez pacyfikację oraz zniewolenie społeczeństwa. Spowodowało to, iż polski finał drugiej wojny światowej był tak dramatyczny, a w wielu indywidualnych i zbiorowych przypadkach również tragiczny. Kolejna przykra lekcja Realpolitik i naiwnej wiary politycznych przywódców i narodowych ideologów w sprawczą moc międzynarodowych umów, zobowiązań, podpisanych traktatów, a nawet tego, iż przelana krew jest ważnym atutem w walce o sprawiedliwość dziejową. Niestety, nie była i nie jest, to kolejna przykra, polska lekcja Realpolitik, nieracjonalnych zachowań myślenia w stylu wishful thinking. Dramat naiwnych marzycieli i entuzjastów, dramat państwa i społeczeństwa. Poczucie zdrady na forum międzynarodowym i otchłani dla powojennej perspektywy i społecznych postaw. A ewolucja postaw społeczeństwa polskiego okresu wojny i okupacji, a także zaraz po wojnie, była pochodną wielu zewnętrznych i wewnętrznych zjawisk politycznych, ideologicznych i militarnych. Dlatego też nie zakończyła się wcale w momencie odzyskania wolności od niemieckiego okupanta, choć na pewno ostatni rok okupacji był szczególny i wyjątkowy dla rozdartego politycznie i sponiewieranego wojną oraz okupacją społeczeństwa polskiego. Trafnie naszkicowała ten proces, ujawniając też przy okazji polskie mity i polską romantyczną duszę, Krystyna Kersten:
 

Historia nie musi być nauczycielką życia, często nią nie jest, ale powinna być refleksem, przynajmniej od czasu do czasu, pomagającym w odpowiedzi na to najbardziej egzystencjalne z pytań, jakie sobie stawia człowiek: skąd i dokąd zmierzam, po co i dlaczego?


„Nie ma wątpliwości, że społeczeństwo polskie, w każdym razie jego większość, przeżywało wówczas więcej niż rozczarowanie sytuacją i warunkami życia po zakończonej wojnie. Można mówić o załamaniu wiary w dotąd wyznawane wartości, o utracie zaufania autorytetów, które zawiodły: zawiodły dwakroć - w 1939 r., gdy państwo polskie, którego kult budowano w czasie rządów pomajowych, nie uchroniło swoich obywateli przed straszliwym losem, oraz w 1944 r., kiedy to prawowite władze tego państwa, mimo daniny krwi złożonej przez walczących na wszystkich frontach Polaków, mimo ofiary Po wstania Warszawskiego, okazały się bezsilne wobec nadciągającej ze wschodu potęgi. Wiara w sojuszników zachodnich ustępowała miejsca rozgoryczeniu równemu dotychczasowej nadziei. Rosło poczucie niezasłużonej krzywdy narodu, który został zdradzony przez swoich sprzymierzeńców; tak zresztą o Polakach myślało wielu ludzi na Zachodzie. Wytwarzała się atmosfera charakterystyczna dla okresów poklęskowych. Bo dla Polaków II wojna światowa skończyła się jednocześnie i klęską, i zwycięstwem”.
 
Powtórzę: przegrani zwycięzcy - tak definiuję bowiem istotę postaw i świadomość przeważającej części Polaków końca drugiej wojny światowej i początków Polski Ludowej. Bowiem autentycznej radości z zakończenia koszmaru wojny i okupacji, bycia w obozie zwycięzców, towarzyszyła głęboka i porażająca świadomość nowego uzależnienia i zniewolenia. Ale to już inna historia.
 
* * *
 
Zapisano już tysiące stron książek, opracowań, artykułów, wspomnień i monografii poświęconych drugiej wojnie światowej. Nakręcono setki filmów - fabularnych, dokumentalnych, popularnonaukowych i biograficznych. Zdawać by się mogło, że niewiele już można do tego dorobku dodać. Zaś historycy, tak zawodowi, jak i amatorzy, wojenni kombatanci czy nauczyciele nie są w stanie tego wszystkiego przeczytać, zapamiętać, przeanalizować, wyciągnąć prawidłowe wnioski. Jednak nowe prace wciąż powstają i powstawać będą nadal. Niestety, nie wszystko jeszcze wiemy (jeżeli to „wszystko” jest w ogóle możliwe do poznania), nie wszystkie zachowane dokumenty są dostępne. Druga wojna światowa nadal jeszcze skrywa sporo tajemnic, a wiedza o niej zawiera obszary nie w pełni poznane, zinterpretowane, zrozumiane.
 
Druga wojna światowa nadal jednak inspiruje i pociąga. Jest stałą częścią każdej syntezy historycznej, zarówno tej globalnej, powszechnodziejowej, jak i narodowej, wreszcie regionalnej czy lokalnej. Jest jeszcze przez część społeczeństwa pamiętana, co stwarza historykowi szansę, ale bywa i zagrożeniem. A nowe, już powojenne pokolenia?
 

Druga wojna bowiem była i jest, także poprzez jej apokaliptyczny wymiar, w mniejszym lub większym stopniu obecna w różnych miejscach, przy różnych okazjach, w różnych dyskursach, pamięci/niepamięci i jej kliszach, ale też i w sztuce, szerzej w kulturze dnia dzisiejszego.


Zderzają się z wojną nie tylko poprzez szkolne podręczniki, filmy, lekturę, ale też i poprzez politykę, ideologię, często nacjonalizm czy antysemityzm i narodową ksenofobię. Sporo tych przykładów można by wymienić, nie tylko w polsko-niemieckiej perspektywie, ale i perspektywie polsko-rosyjskiej, polsko-ukraińskiej, polsko-litewskiej, ośmielę się też powiedzieć o polsko-francuskiej, polsko-brytyjskiej i polsko-amerykańskiej. Także i polsko-polskiej. Rocznice sprzyjają głębszej refleksji, nagłośnieniu ważnych wydarzeń historycznych, wyzwalają też niejednokrotnie upiory czasu bieżącego i bieżących, czasem niecnych celów. Uruchamiamy mity, czekamy na gesty, przeproszenia, zadośćuczynienie nie tylko w sferze moralnej, ale i wymiernej, finansowo-materialnej. Dziś w tej materii pojawiają się gesty nowe, jakbyśmy zapominali o orędziu biskupów polskich do biskupów niemieckich i słynnym: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, o geście Willego Brandta na warszawskim Umschlagplatz. Dziś dominują: pomieszanie i poplątanie, czy raczej próby przemieszania i moralnego zrównoważenia ofiar i katów. Zaś dla niektórych, na szczęście tylko, ważniejszym niż refleks nad tym, czym II wojna była, zdaje się być Erika Steinbach i Rudi Pawelka po stronie niemieckiej, a po polskiej niezbyt mądre dążenia, naciski i wypowiedzi niektórych prawicowych posłów i europarlamentarzystów. W ten fałszywy nurt myślenia wpisuje się też niedawna, niemal jednomyślna uchwała polskiego parlamentu w sprawie niemieckich odszkodowań wojennych. W tej kategorii postaw mieści się też - polityczny przecież a nie historiozoficzny - gest prezydenta Warszawy, bilansujący wojenne straty stolicy, nie jako kolejny etap badań i historycznej refleksji, a właśnie jako polityczno-ideologiczna zła pamięć, a w rezultacie niepotrzebna, napuszona tromtadracja.
 
Rosjanom nie przechodzi przez gardło ludobójstwo, gdy myślą i mówią o Katyniu i o Archipelagu Gułag. Także Amerykanom, gdy w milczeniu i zadumie wspominamy Hiroszimę i Nagasaki. Litwini polską Armię Krajową często uważają za okupanta i oddziały bandyckie. Ukraińcy i Polacy nie mogą zapomnieć o swych krwawych doświadczeniach z roku 1943, 1944 czy „Akcji Wisła”, brutalnym wypędzeniu z odwiecznych siedzib tylko dlatego, że było się Ukraińcem bądź Łemkiem. Nie silimy się specjalnie na głębszy refleks.
 
Miał i ma swoje problemy Kościół katolicki i kościoły protestanckie, a casus Jedwabnego, przegranej moim zdaniem sprawy polsko-żydowskiej i polsko-polskiej, uruchamia często antysemickie upiory, zamiast pokory i zadumy wobec nieludzkiej zbrodni sąsiadów wobec są siadów.
 
Gdzie jesteśmy my, kolejne przecież powojenne pokolenia współczesnej Europy? Bliżej Kwestii winy Carla Jaspersa czy bliżej Steinbach, Pawelki i polskich (także innych) nacjonalistów? Czy mity, stereotypy i autostereotypy to immanentna część naszej współczesnej codzienności czy tylko psychologiczna mechanika bieżącej, zideologizowanej ponad wszelkie dopuszczalne normy i standardy przyzwoitości, polityki? Może po 1 maja 2004 r. Europejczycy powinni się od czasu do czasu nad tym zastanowić, w imię nie tylko tego, co było i jest, ale też i tego, co przed nami? Historia nie musi być nauczycielką życia, często nią nie jest, ale powinna być refleksem, przynajmniej od czasu do czasu, pomagającym w odpowiedzi na to najbardziej egzystencjalne z pytań, jakie sobie stawia człowiek: skąd i dokąd zmierzam, po co i dlaczego?
 

Jacek Chrobaczyński

*Referat wygłoszony na polsko-niemieckim Seminarium Przyszłości, Kraków - Tomaszowice
  3-4 grudnia 2004 r. Koreferat ze strony niemieckiej przedstawił prof. Dieter Bingen

[Rozmiar: 7784 bajtów]
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec 2005 . Statystyka