|
|
|
|
Wypełnianie pustkiRozmowa z redaktorem naczelnym
|
|
W Krakowie – z całym szacunkiem dla istniejących jeszcze tytułów – zabrakło trybuny, która by pokazywała, co się w tym mieście dzieje i co w tym mieście jest, nawet jeśli to coś jest zaniedbane; trybuny, która zwyczajnie zaczęłaby coś stymulować |
Poparcie jednak przeszło nasze oczekiwanie; zresztą widać to po pierwszym numerze, gdzie jest istny fajerwerk wybitnych nazwisk. W tej chwili prawie wszyscy chcą współpracować. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, w Krakowie – z całym szacunkiem dla istniejących jeszcze tytułów – zabrakło trybuny, która by pokazywała, co się w tym mieście dzieje i co w tym mieście jest, nawet jeśli to coś jest zaniedbane; trybuny, która zwyczajnie zaczęłaby coś stymulować. Na przykład: przerażającą rzeczą jest stan krakowskich teatrów. Niegdyś, będąc recenzentem, nie mogłem sobie poradzić z ilością doskonałych premier z serii: „co druga, to lepsza”. Obecnie prawie w ogóle chodzę nie do teatru, bo jak sobie przypomnę tamte premiery, np.: Jarockiego, Swinarskiego, Wajdy, to – po prostu mi się nie chce. Więc trzeba było coś robić – takie były rady moich dostojnych znajomych, którzy trochę mnie w to „wepchnęli”.
Kwartalnik „Kraków” już dawno przestał wychodzić, trzeba więc było to robić od początku, w innych warunkach. Nawet z towarzyszeniem urojonych przypuszczeń, wyrażonych w wyprzedzającym ataku „Gazety w Krakowie”, bezsensownych skądinąd, bo atakujących pismo, które jeszcze nie zaistniało. Tak na wszelki wypadek.
Kto był autorem tego ataku?
– Pan redaktor Stanisław Mancewicz. Na kilka tygodni przed ukazaniem się pierwszego numeru. I nawet, gdy okazało się, że „tubą Majchrowskiego” nie jesteśmy, nie stać go było na odwołanie tego ataku. Ale to incydent z krakowsko-polskiego piekiełka.
A zatem, nasze miasto jakby straciło prężność w dziedzinie kulturalnej. Coś jest, coś się organizuje, jednakże często jest to znane tylko w wąskich środowiskach, lub poza Krakowem; nie ma tego kto przekazywać. Nadto potrzebna jest pilnie dyskusja o różnych narosłych problemach. Dlatego postaramy się, by w kolejnych numerach temperatura głosów się podniosła – poprosiłem też oto młodych kolegów, zaproszonych do współpracy. Z początku myśleli, że chcę ich wypuścić na oficjalne forum i „oswoić”, ale mimo to zgodzili się, co świadczy o tym, że dialog między starszymi a młodszymi pokoleniami jest możliwy. Niektórzy mają skrajne poglądy, ale to przecież nie powód, aby ich ignorować. Założenie jest takie, że skoro pismo adresujemy do wszystkich Krakowian, wszyscy powinni znaleźć tu swoje miejsce, bo tylko wtedy pismo będzie czytane. No, może z wyjątkiem postaw skrajnych, zwłaszcza upolitycznionych. Nie jest to w tej chwili modny trend, bo prasa polska została gruntownie podzielona i zantagonizowana. A tu, już w pierwszym numerze „Krakowa”, w tej samej kwestii wypowiadają się: z jednej strony katolicki uczony Jacek Woźniakowski, z drugiej – Andrzej Kurz z lewicowej „Kuźnicy”, z trzeciej zaś – radykalny Piotr Marecki z młodoliterackiego „Ha!artu”. I dobrze, bo jeśli się wszyscy pozatrzaskują w swoich „jedynie słusznych” racjach, dialogu już w ogóle nie będzie. Nie ma zaś nic gorszego niż światopoglądowa równina, zamieniająca się w pustynię.

Od lewej: M. Kania, B. Ochoński i J. Pieszczachowicz
„Kraków” ma zatem pełnić rolę swoistego „tygla porozumienia”?
– Tak chciałbym, z dala od partyjnej polityki. Bezpośrednio nie będziemy się nią zajmowali, choć niewykluczone, że pojawi się ona tu czy tam, niekiedy w formie dość niespodziewanej. W drugim numerze o polityce pisze w specyficzny, niepowtarzalny sposób Ewa Lipska. Kiedy Wisława Szymborska zapoznała się z tym niewielkim felietonem, zadzwoniła do koleżanki po piórze i zachęciła ją do kontynuowania tej twórczości. Więc jeśli o polityce, to z dystansem, humorem, jako o sferze obyczajowej czy etycznej, a nie krainie chamskich przepychanek liderów różnej maści oraz ich medialnych organów.
Na razie leżymy na uboczu, lecz może uda nam się wyrwać z klątwy prasowej i medialnej. Przychodzą też do mnie autorzy, których artykuły odrzucono w innych czasopismach, ponieważ zawierały one treści nie podobające się różnym grupom, chyba także politycznym. A tu się mówi, że w Polsce nie ma cenzury... W Krakowie czujemy się niezależni, mamy pewne szersze możliwości. Może się jednak zdarzyć, że sytuacja w kraju diametralnie się odwróci i nawet neutralne pismo będzie nie na rękę, ponieważ część „elyt polytycznych” – jak mawia się w „stolycy” – zacznie uważać, że kto nie z nimi, ten przeciwko nim. To już widać, a tradycja spora, m. in. partyjno-bolszewicka. Oczywiście będziemy próbowali nie dopuścić do tego na łamach naszego czasopisma. Nie możemy także udawać, że pewne postulaty nie istnieją: na przykład ostatnio znany alterglobalista dostarczył nam tekst, w którym uważa, że majątek kościelny w Krakowie winien być sprywatyzowany a kościoły zamienione na przybytki i będzie wesoło. Ja się trochę obawiam, że teraz spotka nas embrass’ de richesse, czyli nadmiar propozycji. Już teraz widać, że gdyby „Kraków” był tygodnikiem, to miałbym co drukować. Ale „Przekrój” jest teraz w Warszawie.
Porozmawiajmy teraz o kwestiach technicznych. Często gazecie smaczku nadaje już sam sposób pozyskiwania tekstów. Dostaje je Pan już gotowe, czy może otrzymuje tylko ich propozycje? Jak współpracuje się z ich autorami?
– No cóż, z początku zwróciłem się do znajomych, poprosiłem m. in. prof. Walerego Pisarka o propozycję osób gotowych do współpracy. Część się zgodziła, a chodzi mi głównie o ludzi młodych. Tu różnie bywa. W drugim numerze, prezentujemy felieton prozaika Sławomira Shuty, co dla wielu może się okazać przedsięwzięciem dość karkołomnym, zwłaszcza jeżeli przypomnimy sobie, że biczował się publicznie parówkami w celu dodania pikanterii swojej pisarskiej działalności. Szukamy konsekwentnie nowych współpracowników, nie ma bowiem sensu zamykać się w kręgu stałych, wypróbowanych nazwisk. Ku mojemu zaskoczeniu nad niektórymi młodymi kandydatami trzeba popracować. Nie wiem, co ich stresuje... a może im się po prostu nie chce? Obawa, że nie będą przez starszych kolegów szanowani? Oświadczam, że każdy tekst młodego autora będzie z uwagą i życzliwie potraktowany. Ale teraz pytam: gdzie ci autorzy? Jest chyba jakiś stan rozproszenia, niewiary w siebie.
Jakie są reakcje czytelników po lekturze „Krakowa”?
– Oceny, jakie do nas już docierają, są dobre, a nawet zbyt dobre. Inne, krytyczne – mówią nam, że numer pierwszy jest zbyt prestiżowy, zbyt ciężki, że pojawiają się pewne zbitki tematyczne, których, nawiasem mówiąc, uniknąć już nie było można, ponieważ przesuwano datę terminu druku i materiały się nawarstwiały. Planujemy większy luz, większą dawkę humoru od numeru drugiego, nawiązując trochę do ostatniej strony „Studenta”, który już przeszedł do historii prasy. Będzie kilka kolumn satyrycznych, m. in. Ludwika Jerzego Kerna.
|
Prasa polska jest nastawiona raczej na bessę, niż na hossę w stabilizowaniu życia społecznego. Niemało redakcji wyznaje zasadę: „im gorzej, tym lepiej, im krwawiej, tym weselej, im głupiej, tym mądrzej” |
To już trzecie pismo, które współzałożyłem i reprezentuję: „Student”, prestiżowy miesięcznik „Pismo” (1981–83), zniszczony w stanie wojennym, a teraz „Kraków”. Mogę zatem powiedzieć, że do trzech razy sztuka. Miałem wątpliwości, czy tej redakcji nie powinien objąć ktoś inny. Ale po konsultacji wskazano mnie, może dlatego, że kilkadziesiąt lat działam w naszym mieście, nie dając, mówiąc potocznie, ciała. Także dlatego, że ludzie okazali mi zaufanie. Pismo nie powstałoby, gdyby nie kredyt zaufania właśnie. To najtrudniejsze zadanie, jakie w życiu dostałem. Postaram się. Może wyjdzie, ale nie jestem hurraoptymistą. Chcielibyśmy zostać pismem ogólnopolskim jak „Odra” czy „Śląsk”. Podobno „Kraków” wywołał w Warszawie zdumienie, tam takie pismo by nie powstało, nawet gdyby były pieniądze, bo wcześniej wszyscy by się nawzajem pozagryzali, zanim doszłoby do pierwszego numeru. Może i tak. Może Kraków mimo wszystko jest miejscem, gdzie wciąż możliwy jest jakiś cud, cud pod Wawelem, miejscem, gdzie nie wszyscy muszą się wzajemnie załatwiać, i potrafią jeszcze porozmawiać. Na razie zbieram zaskakujące propozycje wybitnych postaci z Warszawy. Być może to działają, resztki mitu tolerancyjnego, galicyjskiego Krakowa, być może zwykła ludzka potrzeba pisma integrującego, propagującego umiar i przyzwoitość, zwłaszcza w kraju tak płynnym, jak Polska.
Co jest istotne, bo trudno nie dostrzec takiej potrzeby...
– My to wiemy i czujemy. Mamy także nadzieję, że nie będą się wtrącać w to czynniki zewnętrzne. Zabezpieczyliśmy się na wszystkie możliwe strony. Nie chcemy przecież tworzyć gazetki partyjnej czy frakcyjnej, a taką – przy udziale różnych czynników – mógłby się „Kraków” stać. Wobec tego założyliśmy Stowarzyszenie Kulturalnonaukowe „Kraków”, do którego wstąpiło kilkadziesiąt godnych szacunku osób. Tylko oni mogą mnie odwołać, ale gorszym posunięciem byłoby utrudnienie zbierania funduszy na gazetę, chociażby poprzez zniechęcenie do mnie sponsorów. Z taką możliwością zawsze się trzeba liczyć. Ale to byłby błąd, który dowodziłby, że Kraków woli inercję.
Do takiego przedsięwzięcia potrzeba Judyma, postaci traktowanej dziś humorystycznie. Bo ja, jako redaktor naczelny, nie mam żadnej pensji. Dawniej to się nazywało pracą społeczną, teraz wielu to śmieszy. Anachronizm, ale jeśli to pismo zacznie przynosić Krakowowi jakiś splendor, jeśli uda się spowodować, aby drukowali tu ludzie różnych orientacji światopoglądowych, niekoniecznie politycznych, to warto zaryzykować. Sam fakt, że powstał taki miesięcznik obok tandetnej prasy ilustrowanej i tabloidów – trzeba chyba zaliczyć do cudów. Jeśli ten cud będzie miał swój dalszy ciąg – bardzo dobrze. To nie jest moja własność, nie zależy mi na rozbudowaniu mojego biogramu w tym kierunku. Moim zamiarem jest wydać jeszcze trzy książki, które już zostały przeze mnie opracowane, ale nie mam czasu na ich ponowną redakcję, bo redaguję pismo. To mnie troszkę przytłacza. Macie do czynienia z człowiekiem przeszło sześćdziesięcioletnim, który już niebawem przejdzie na emeryturę. Mógłbym sobie dać spokój, ale wiem, że pismem muszę jeszcze się zająć, chociażby dlatego, że muszę spłacić kredyt zaufania. Niektórzy mi zazdroszczą, ale ja się pytam: czego? Harówki? Ja tylko robię swoje, całe życie tak robiłem, raz pod wozem, raz na wozie. Wygodniejsi nazywali to: drugą pozycją, i pewnie mieli po ludzku rację.
Panie Redaktorze, czy nie uważa pan, że zachodzi pewien rozdźwięk między oczekiwaniami generacji, nazwijmy ją umownie: „młodych” a tym, co znajdują w „Krakowie”? Czy nie sądzi Pan, że język pisma wydaje się im trudny, nieco niestrawny?
– I tak i nie. Pierwszy numer jest rzeczywiście nieco „dostojny”, pełen prestiżowych nazwisk, ale tak bywa z „legitymacyjnymi” numerami. Wiemy o tym. Cóż więc możemy zrobić? Może uruchomić różne dykcje, różne punkty widzenia, więcej uwagi poświęcić życiu codziennemu i „przyziemnym” problemom, nie rezygnując z intelektualizmu. To niełatwy mariaż ale wierzę, że można go zawrzeć bez groźby rychłego rozwodu.
Prasa polska jest nastawiona raczej na bessę, niż na hossę w stabilizowaniu życia społecznego. Niemało redakcji wyznaje zasadę: „im gorzej, tym lepiej, im krwawiej, tym weselej, im głupiej, tym mądrzej”. Widać to szczególnie w tych tabloidach, które w nieudany sposób próbują tę taktykę maskować. Opakowuje się tam różę w „krwawe ochłapy”. Niektórzy uważają, że to nic szczególnego, że były precedensy w prasie brukowej już przed wojną. Teraz dziennikarze są nastawieni głównie na to, aby komuś dołożyć, komu się da. Bo jak się komuś nie dołoży, to nie będzie dobrego artykułu. Tak zwane „dziennikarstwo śledcze” rozkwita, ale często rezygnuje z zasady fair play. Nie chcę się zachowywać jak ciotka przyzwoitka, to nachalna i nierzadko chamska praktyka. Można kogoś nie lubić, mieć do kogoś pretensje, ale niekoniecznie trzeba mu odbierać ludzką godność czy z góry skazywać.
W dużej mierze jestem skłonny solidaryzować się z powieścią Zwał Sławomira Shuty – tragikomicznym obrazem życia polskiego. Tylko on reaguje hasłem ucieczki, a to trochę tchórzostwo. Dla mnie to cały czas tchórzostwo. Niektórzy złorzeczą na swoich łamach i najgorsze jest to, że w tym wszystkim nie ma możliwości odwrotu.
Ja wiem, że jestem poniekąd z pokolenia mastodontów, ale w „Studencie” staraliśmy się być odpowiedzialni, walczyliśmy o naszą godność, o nasze miejsce w życiu, nie godziliśmy się na to, co komuna nam dyktowała, Nikt nie miał złudzeń, że Jałta padnie. Ale wierzyliśmy w sens działania i pracy społecznej. Inaczej niż ogromna większość młodych pisarzy. Pilnie śledzę tę młodą literaturę, czytam książki, których moi znajomi na ogół nie czytują, bo mają do ich autorów pretensje. Ja też je miewam, ale ja chcę ich zrozumieć. Wniosek jest taki: otwartość obowiązuje wszystkich, współodpowiedzialność też. Ja też w jakiejś mierze odpowiadam za to, co się dzieje w kulturze nowego Krakowa. Nie wystarczy narzekać. Dla tych m.in. przyczyn podjąłem wysiłek założenia „Krakowa”.
Serdecznie dziękujemy za wywiad.
Rozmawiali Marcin Kania i Bartosz Ochoński
(wywiad został przeprowadzony 29 listopada 2004 r.)
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, marzec 2005 . Statystyka |