|
|
|
|
Refleksje
|
|
Rok 1990 jest więc datą pierwszych polskich edycji tomików autorskich. Wydaniem rozpoczynającym okres swobodnie edytowanej poezji polskojęzycznej stał się zbiór wierszy Sławomira Worotyńskiego pod nazwą: Kontrasty i analogie |
H.T.: Zaraz po wojnie nastał trudny okres, w którym polskie stowarzyszenia literackie mogły swobodnie działać jedynie w szkołach. W latach 50-tych, dzięki pomocy Władysława Abramowicza, przy wspomnianym już wcześniej piśmie „Czerwony Sztandar”, powstało koło literackie, którego naczelnym założeniem było pełnienie pewnego rodzaju form kształcenia początkujących pisarzy i poetów. Koło to istniało dotąd, dopóki żył Abramowicz. Po jego śmierci nastąpił okres chwilowego rozproszenia, choć wypada nadmienić, że tradycję tę z dumą zaczęli kontynuować inni pracownicy gazety. W latach siedemdziesiątych Koło Literackie przy „Czerwonym Sztandarze” – bo taką oficjalną nazwę przyjęło – podjęła się prowadzić Jadwiga Kudirko, a pod koniec dziesięciolecia zaczął nim kierować jeden z najwybitniejszych współczesnych poetów polskich na Litwie: Henryk Mażul. Pamiętam, że na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych bardzo wyraźnie odczuwało się, że to Koło funkcjonuje, że zachęca do współpracy, szczególnie nas – studentów filologii polskiej. Sytuacja wyglądała wtedy jednak następująco: pisano już wiersze, ale poeci nie mieli wciąż oficjalnej trybuny, brakowało też środków na wydawanie tomików. Zaczęliśmy więc organizować wieczorki autorskie. Zapraszaliśmy tych poetów na uczelnię do siebie. Pamiętam wspaniałe wystąpienie Henryka Mażula i recytację wiersza Przedmurze:
Idzie na burzę
na ulewę się zanosi
oby Noe nie zapomniał o mnie.
Oprócz prezentacji dorobku poeci organizowali spotkania tematyczne: jak np.: wieczór poezji Gałczyńskiego czy Tuwima. Organizowaliśmy także spotkania poświęcone najnowszej poezji polskiej: Rafała Wojaczka, Edwarda Stachury. Niestety, zdecydowanie opóźniony był u nas odbiór czytelniczy takich poetów jak Stanisław Barańczak czy Zbigniew Herbert – twórców niewygodnych dla ówczesnego systemu politycznego. Poeci ci w świadomości czytelniczej zaistnieli dopiero po przemianie ustroju, czyli po roku 1990.
H.B.: A jak postrzegani są inni, polscy poeci współcześni, np. Miron Białoszewski?
H.T.: Tu sytuacja jest bardziej skomplikowana. Na jego poezję studenci reagują bardzo różnie – czasem nawet sceptycznie. Nie jest to poeta czytany z aplauzem, nie stanowi jednak tematu tabu.
H.B.: Jak obecnie wyglądają struktury organizacyjne skupiające polskich poetów? Czy istnieje współdziałanie z środowiskami litewskimi?
H.T.: Obecnie istnieje u nas Sekcja Pisarzy Polskich przy Związku Pisarzy Litwy. Należą tam: Aleksander Sokołowski, Aleksander Śnieżko, Władysław Lasota. Są też poeci niezrzeszeni, tacy jak Henryk Mażul, Józef Szostakowski, Wojcech Piotrowicz, Romuald Mieczkowski. Uważa się, że jest to czołówka literacka polskiej literatury w Litwie.
H.B.: To jest poezja wąskiego toru, głównie o charakterze regionalnym. Dobrze, że takowa zaistniała, ale odnosi się pewien niedosyt w odbiorze dzieł, z uwagi na słabo wyartykułowaną stronę intelektualnego wypowiadania się. Dla przykładu: w wierszach współczesnych poetów pojawiają się motywy architektury, zresztą tematycznie zawężone do „ogranych” miejsc jak: Ostra Brama, kościoły świętej Anny, św. Piotra i Pawła. Czy to wynik wąskich horyzontów intelektualnych tych poetów, czy niedobór warsztatowy, a może należy brać pod uwagę, że to są ludzie, którzy żyli w bardzo trudnych realiach ZSRR i poezja stawała się jedynie ucieczką od życia? Wydaje sie również, że niektóre teksty poetyckie, zawierające tzw. tematy egzystencjalne, rażą banałem w próbach wartościowania świata. Można znaleźć teksty świetne – ale czy problemowo-semantyczna strona tej poezji nie trąci zaściankowością i monotonią tematyczną?
H.T.: Trzeba odnotować pozytywny fakt: ta poezja już jest. Istnieje. Czy dominuje regionalizm? Wydaje mi się, że jeśli mówić o ewolucji, wyraźnie zauważa się, że następuje odchodzenie od tej tzw. „swojskości”. W połowie XX wieku takie zjawiska zdawały się często. U niektórych poetów takie wiersze stanowią nurt autentyczny. Inni – tak; można powiedzieć, że idą za modą.
H.B.: Na czym tematycznie polegałoby owo „podążanie za modą”?
H.T.: Był czas, gdy uważano, że warto pisać śmielsze erotyki, niektórzy próbowali „wybić się” na oryginalność formy, ale często, co widać wyraźnie, ma się do czynienia z zapożyczeniami. Aleksander Śnieżko wydał na przykład ostatnio tomik haiku, które – jako gatunek literacki – rozpowszechniło się po ukazaniu tomiku Haiku Czesława Miłosza. Nasi poeci pilnie obserwują to, co dzieje się poza granicami kraju – np. na Warszawskiej Jesieni Poezji, gdzie jesteśmy stale obecni, a następnie próbują podążać za nowszymi trendami. Nie mamy jeszcze tzw. postmodernizmu i jesteśmy bardziej tradycyjni, jednakże nie hermetyczni, nie zamykamy się na nowe kierunki.
H.B.: Wspomniała pani przy innej okazji, że po przewrocie politycznym wciąż postrzega się na Litwie nazwiska poetów, którzy są wierni swej dotychczasowej poezji „patriotycznej”, lecz w miejsce panegiryków sławiących ZSRR, przy niezmienionej tonacji emocjonalnej wierszy, zastępują byłego „adresata” swej poezji – nowym, czyli: Litwą. Czy można zatem mówić o działalności grup lub jednostek, których twórczość mieści się w formalnym nurcie bogoojczyźnianym?
H.T.: Trudno jest mówić o nurcie, bo nurt jednak wymusza, że będzie coś powstawało pod konkretne założenia. Mnie się wydaje, ze takim poetą jest Aleksander Śnieżko – bardzo popularny na Wileńszczyźnie – ponieważ pisze wiersze, które wprawdzie nie podobają się erudytom – profesorom i krytykom, ale są pociągające dla szerokich rzesz zwykłych ludzi. Śnieżko ma w swoim dorobku niemało tekstów, które są po prostu poezją śpiewaną – i jest to głównie poezja religijna. Budzą jednak sprzeczne uczucia. Na odczytach sale wypełnione są słuchaczami, którzy – wbrew stanowisku krytyki – żywo reagują na ową poezję.
H.B.: Czy obecnie można dostrzegać kontynuację tradycji literackiej, sięgającej źródłowo jeszcze dwudziestolecia międzywojennego, tzn. otwartych „Śród Literackich” czy „szopek poetyckich”?
H.T.: Tak – kontynuacje regionalistów międzywojennych są dość istotne dla rozumienia tej twórczości. Nasi poeci bardzo często wyjeżdżają do szkół, odbywają tam wieczory autorskie, mają też imprezę, którą zawdzięczamy panu Romualdowi Mieczkowskiemu – od roku 1994 organizuje się cykl spotkań literackich Maj nad Wilią. Jest to impreza międzynarodowa, na której pojawiają się poeci z różnych zakątków Europy; głównie Polski, Czech i Niemiec. W cyklu spotkań jest kilka stałych punktów. Pierwsze spotkanie odbywa się zawsze na placu pod pomnikiem Mickiewicza, następnie istotnym elementem jest pobyt w celi Konrada (przynajmniej tak było dotąd), gdzie czytało się utwory. Impreza trwa zazwyczaj trzy dni – i ten ostatni jest poświęcony na wyjazd w teren. Poeci, w małych grupach, odwiedzają szkoły i spotykają się z młodzieżą Wileńszczyzny. W ten sposób popularyzujemy poezję. W tym także dostrzegam kontynuowanie tradycji regionalistów 20-lecia.
H.B.: W Wilnie są przebogate zasoby archiwaliów. Z przyczyn od nas niezależnych mieliśmy ograniczony, jeśli nie niemożliwy dostęp do wileńskich zasobów. Dopiero od lat 90 zaczyna w Polsce pojawiać się – i nadal pojawia – wiele publikacji, opartych na tamtejszych zbiorach. Ale jako badacz zauważam, że naukowcy wileńscy bardzo niechętnie korzystają z tych zbiorów. Czy można określić genezę owej obojętności?
|
Nasi poeci pilnie obserwują to, co dzieje się poza granicami kraju – np. na Warszawskiej Jesieni Poezji, gdzie jesteśmy stale obecni, a następnie próbują podążać za nowszymi trendami |
H.T.: To bolący, drażliwy problem. My to też dostrzegamy i widzimy, że naukowcy z Polski przyjeżdżają i penetrują materiały, które my mamy w zasięgu ręki. Staramy się kierować naszych studentów do tych zasobów, a nawet zachęcamy ich do tego, aby za tematy swych prac obierali takie, które byłyby związane z dziedzictwem zgromadzonym w bibliotekach. Ja częściej bazuję na tekstach współczesnych, więc nie zawsze sięgam po te materiały, ale ci, którzy pracują na literaturze wieków wcześniejszych – powinni. Moja opinia jest taka, że u nas i na Uniwersytecie Wileńskim (dawnym Stefana Batorego) jesteśmy bardziej obciążeni dydaktyką niż państwo w kraju. Przecież badanie materiałów archiwalnych jest niezmiernie pracochłonne. Jest to paradoksalna sytuacja – są jednak tygodnie, kiedy pracownik nie może nawet wejść do biblioteki. Studenci są dla nas na pierwszym planie, pracę naukową praktycznie można realizować kosztem swojego wolnego czasu. Zgadzam się, że tu można postrzegać naszą postawę jako obojętność lub niedocenianie tego, jakim materiałem dysponujemy. Kiedyś jednak był to owoc surowo zakazany, o którym się mówiło: „nie idziemy tam, bo i tak nam nie pozwolą”. Teraz ta postawa się zmieniła, lecz mimo to wciąż niezmienna jest opinia: jeszcze mamy czas, to jest na miejscu… Nie spieszy się”.
H.B.: Zastanawia nas, że przyjeżdżają do polskich ośrodków osoby z Wilna, by przygotować rozprawy w oparciu o zasoby biblioteczne Krakowa czy Warszawy. Cieszy nas takie podejście, ale mimo wszystko wydaje się to dość zaskakujące, zwłaszcza gdy porówna się z sytuacją na Zachodniej Ukrainie. Tamtejsi doktoranci najczęściej korzystają z materiałów, które mają na miejscu, we Lwowie czy Kijowie. Niejednokrotnie powstają wartościowe prace; często takie, które ujawniają naszym badaczom zjawiska, jakie są jeszcze mało rozpoznane.
H.T.: Tak, to jest paradoksalne i nieekonomiczne. Wszyscy nasi pracownicy z Instytutu Pedagogiki obronili prace doktorskie z tematów miejscowych. To samo dotyczy prac magisterskich. Student wileński woli przygotowywać rozprawy na temat twórczości Stefana Żeromskiego niż wileńskiej działalności Józefa Zawadzkiego. Inna sprawa, że nie zawsze to były prace powstałe na materiałach archiwalnych. Językoznawcy, np. więcej pracują w terenie, zbierają materiał z autopsji. Literaturoznawcy zaś rzadziej penetrują miejscowe zbiory. Próbujemy to jednak zmieniać. Powstało mnóstwo prac magisterskich poświęconych lokalnym tematom, więc np. ja próbuję zainteresować moich studentów twórczością miejscowych regionalistów lub prasą regionalną, jak „Źródła Mocy” czy wileńskie „Słowo”. Czasem badamy samą poetykę i wtedy nie jest to związane z badaniami w archiwach.
H.B.: Powiedziała Pni, że jesteście Państwo obciążeni dydaktyką. Ile godzin wynosi roczne pensum?
H.T.: Pensum wynosi osiemset godzin rocznie, bez dyżurów i konsultacji. Trochę się dodaje za kierowanie pracami: magisterskimi i dyplomowymi. Czyli w sumie 800 godzin do wykonania.
H.B.: Czy nauczyciele akademiccy otrzymują urlopy na pisanie prac habilitacyjnych czy doktorskich?
H.T.: Można taki uzyskać, ale oczywiście wtedy, jeśli się ma już zredagowaną część pracy. Urlop przysługuje tylko na zakończenie, do zamknięcia przewodu. Ale jak się otrzyma urlop, to obliguje on do terminowego zamknięcia przewodu habilitacyjnego.
M.K.: Serdecznie dziękuję Paniom za rozmowę.
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, marzec 2005 . Statystyka |