|
|
|
|
Jerzy OssowskiMag w cylindrze i kapeluszuSpośród niewielu zachowanych zdjęć Gałczyńskiego, to jedno, poety w pelerynie, do której dopasował oratorską, ale jakże tchnącą wesołością pozę, przedstawia go w grupie osób na tarasie śledziejowickiego dworku Od lewej żona Natalia, jako umundurowany w battledres herold, w głębi Jerzy Andrzejewski w zastygłym geście i przebraniu franciszkanina, Anda Kitschman z wielkim kwiatem na piersi, kompozytorska opoka rodzącego się teraz kabaretu „Siedem Kotów” i on – przyszły autor Zielonych Gęsi i Listów z fiołkiem, założyciel „cywilizacji »Przekroju«”. Urocza właścicielka resztówki majątku Niedzielskich w Śledziejowicach (pod Wieliczką), gdzie w połowie XIX stulecia mieszkał i malował Artur Grottger, obecna właścicielka starego dworku (z domu Colonnna Walewska, siostrzenica margrabiego Wielopolskiego), którą wszyscy „przekrojowi” goście zgodnie nazywali Babcią Niedzielską, cieszyła się, że wraz z przyjazdem panów poetów odżyją niegdysiejsze tradycje literackie, co potwierdzały ich artystyczne przebrania i humory. Ale kiedy, łatwo to sobie wyobrazić, przeczytano jej pierwszą wydrukowaną w „Przekroju” Zieloną Gęś pt. Potworny wujaszek, długo milczała, aż wreszcie powiedziała: „Gdyby to był mój syn, jakże ja bym się martwiła...”. Niezwykłą urodę zabaw tego śledziejowickiego lata 1946 utrwalił Henryk Hermanowicz, który wykonał jeszcze kilka, dzisiaj bardzo słynnych, zdjęć Maga w cylindrze. Jedno z nich widnieje na okładce pasjonującej książki Kiry Gałczyńskiej pt. Gałczyński, wydanej w znakomitej serii A to Polska właśnie Wydawnictwa Dolnośląskiego (Wrocław 1998).
Zapewne to zdjęcie miał na uwadze prof. Janusz Rohoziński, kiedy przed podtytułem redagowanego zbioru studiów i szkiców o pisarstwie K. I. Gałczyńskiego – umieszczał główny tytuł książki: Mag w cylindrze; niewykluczone, iż ze świadomością, że określenie to spełni funkcję alegorycznego wprowadzenia czytelników w światy literatury, gdzie jedwabne sztywne chapeaus claques były symbolami gentelmana. Tom zawiera rozszerzone teksty referatów wygłoszonych na konferencji zorganizowanej w listopadzie 2003 r. przez Wydział Filologii Polskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, oraz artykuły przygotowane do tej edycji. w sumie 10 publikacji naukowych badaczy znanych i cenionych w świecie polonistycznym. i bez mała wszyscy autorzy, podobnie jak zwykliśmy to czynić wobec literackich manier jaśniepanicza Gombrowicza, słusznie traktują Gałczyńskiego, właśnie jako gentelmana literatury polskiej XX w. Pisarza nienagannie, niekiedy z ironią, posługującego się rozlicznymi formami poetyckimi i symbolami kultury wysokiej. Okazuje się, że jeszcze dzisiaj ten mag w szapoklaku ma do powiedzenia światu rzeczy ważne, ciekawe, zabawne. Więc ów gest chapeaus bas humanistów pułtuskich jest ze wszech miar uzasadniony, tym bardziej, że wpisywał się w obchody – ogłoszonego przez Sejm i Prezydenta RP – Roku K. I. Gałczyńskiego (2003). a ponieważ piszący sprawozdanie z Maga w cylindrze w organizacji obchodów tego Roku miał także swój udział, niech wolno mu będzie przywołać te rocznicowe wydarzenia, których przypomnienie stworzy właściwy klimat dla sprawozdania z tej pasjonującej lektury[*]. Zwłaszcza że 23 i 2005 r. obchodziliśmy 100-lecie urodzin Gałczyńskiego, więc cały rok będzie usposabiał do kolejnych rocznicowych imprez kulturalnych. Rozpoczęło je odsłonięcie pamiątkowego kamienia-pomnika na ulicy Towarowej w Warszawie, miejscu urodzenia poety, połączone z promocją książkowego wydania, przygotowanych przez Kirę Gałczyńską, jego listów, które są swoistą sensacją, nie tylko epistolograficzną.
Pięćdziesięciolecie śmierci K. I. Gałczyńskiego wywołało wyraźny wzrost zainteresowań dziełem i osobą poety, co potwierdziły liczne wydarzenia kulturalno-artystyczne i naukowe, których samo odnotowanie zajęło kilkanaście stron w internecie (www.fackyou). Fundacji Oświecenia Publicznego Towarzystwa Asystentów AP w Krakowie przypadł zaszczyt współorganizowania, wraz z IINiB oraz IFP, krakowskiej Inauguracji Roku Gałczyńskiego (luty 2003 r.). Uroczystość tę obecnością w auli naszej Uczelni uświetniła córka poety, Kira Gałczyńska, która wystąpiła w roli redaktorki trzytomowej edycji Dzieł wybranych (Czytelnik, Warszawa 2002), po raz pierwszy zawierającej słynny jeniecki Notatnik Gałczyńskiego, o czym relację zamieścił „Konspekt” (2003, nr 14/15). Potem w kraju odbyło się wiele imprez kulturalno-oświatowych, spektakli teatralnych i kabaretowych, koncertów, spotkań rocznicowych w szkołach i domach kultury, zwłaszcza tych noszących imię poety. w towarzystwie pani Kiry uczestniczyłem w wieczornicy zorganizowanej przez grono pedagogiczne krakowskiego 48 Gimnazjum im. Gałczyńskiego oraz Ildefonsjadzie, corocznie przygotowywanej przez krakowski Dom Kultury im. Gałczyńskiego na Rynku Głównym, a także w charytatywnej aukcji rysunków dziecięcych, które ilustrują tomik wierszy Dlaczego ogórek nie śpiewa (2003). Ponadto brałem udział w uroczystym otwarciu, opracowanej plastycznie przez Jarosława Kiliana, wystawy poświęconej Gałczyńskiemu w warszawskim Muzeum Literatury (lato 2003). Nieco wcześniej wraz z panią Kirą i prof. A. Kulawikiem współuczestniczyłem w przygotowanym w neapolitańskim Uniwersytecie „Orientalnym” (23–24 maja 2003), przez prof. Jolantę Żurawską sympozjonie naukowym, którego literaturoznawczy dorobek utrwaliła książka Gałczyński po latach (Neapol 2004); wyjątkowość tej podróży opisałem w „Konspekcie” i tutaj też zamieściłem wywiad z córką poety pt. Dom otwarty państwa Gałczyńskich (2003, nr 16/17). Wreszcie, w dniach 3–5 grudnia nasza Uczelnia gościła bez mała sześćdziesięciu referentów (32 profesorów, 16 doktorów, 8 doktorantów) z kraju i zagranicy, uczestników Międzynarodowej Konferencji Naukowej Dzieło i życie K. I. Gałczyńskiego, która odbyła się – pod honorowym patronatem Kiry Gałczyńskiej – jako najważniejsze wydarzenie intelektualne Roku Gałczyńskiego, a także największa historycznoliteracka debata w dziejach gałczyńskologii; wielu jej uczestników twórczość pisarza odczytało na nowo. Odkrywczy i ciekawy plon badawczy tej sesji ukaże się drukiem pod redakcją prof. A. Kulawika i autora niniejszego sprawozdania na jesieni tego roku. Zanim więc to nastąpi, warto sięgnąć po Maga w kapeluszu, bo tutaj znajdziemy także nowe i ciekawe odczytania jego wierszy i poematów, a nawet – Witolda Sadowskiego – zajmujące uwagi o graficzno-przestrzennych aspektach jego wersyfikacji. Teksty Gałczyńskiego składają się ze słów poety, a po części z elementów cytowanych, naśladowanych, powtórzeń jakichś wyrazów, pojęć, symboli, wypowiedzeń, imion własnych, postaci (lub ich atrybutów), motywów, tematów, krótko mówiąc: wszelkich rozpoznawalnych (swoiście estetycznie przetworzonych i artystycznie wyzyskanych) nawiązań do tradycji literackiej. Obecność tej cudzej mowy, zapożyczeń, cytatów, słowem jakichś pierwowzorów poetyckich, ustala badacz, odpowiednio kwalifikując dany zabieg międzytekstowy, jako zapożyczenie, stylizację, parodię, imitację, pastisz, reminiscencję, parafrazę, aluzję literacką itd. Rzecz jasna rozpoznania tego „ciała obcego”, ornamentu, ozdobnika, echa myśli, może dokonać tylko znawca poezji polskiej od Kochanowskiego do Staffa, historyk piśmiennictwa polskiego i zarazem komparatysta, biegły w arkanach literatur obcych: greckiej, łacińskiej, angielskiej, francuskiej, niemieckiej, rosyjskiej, bo tyloma językami biegle władał Gałczyński, a przecież, jak wiemy, dobrze zżyty z kulturą włoską, chętnie sięgał także do Dantego. Czy ktoś jest w stanie ogarnąć owo morze zjawisk językowych, postaci, motywów, tematów i form literackich, na jakie składa się siedem, osiem – nie licząc własnej – wzajemnie w czasoprzestrzeni kilku tysięcy lat przenikających się literatur (Horacy, Kochanowski, Szekspir, Goethe, Mickiewicz, Norwid), oddziałujących na kilkudziesięciu poetów współczesnych (Elliot, Rilke, Jesienin, Trakl), którzy również służyć mogli własnym słowem i inspirować Gałczyńskiego. Czy dzisiaj – w epoce rozumu praktycznego – można wejść na tę samą komparatystyczną drogę, po której tak swobodnie do historii wielkiej humanistyki przeszli Jacob Burckhardt, Johan Huizinga, Ernst Robert Curtius, by wspomnieć uczonych porównawczo badających międzynarodowe związki kulturowe i literackie na przestrzeni wieków? Wejść można, wszak pod warunkiem, że taką potrzebę intertekstualnej analizy i interpretacji stwarza sam pisarz, i jeśli odpowiedzią na tę potrzebę mogą być multikulturowe kompetencje badacza. Zwłaszcza, że kwestia Europy, tak w konsekwencji badawczo zaniedbana – jak tego dokazał Tomasz Wójcik, ten stan rzeczy w swoim artykule zmieniając in concreto – nieustannie obecna była w liryce poety jako mit, rys autobiografii, motyw kulturowo-geograficzny (Bruksela, Paryż, Notre-Dame etc). Jednak z powodu nazbyt mechanicznych, ahistorycznych analiz niektórych symboli topograficznych, postaci i wątków, interpretacje ich funkcji ideowo-artystycznych stają się mocno wątpliwe (np. Jak Lechoń chciał zostać laureatem w Paryżu), co potwierdzają artykuły podejmujące kwestie europejskich związków literackich. Takie komparatystyczne wyzwanie, rzucone przez dzieło Gałczyńskiego, podjął w swoim subtelnym i przenikliwym szkicu Andrzej Lam, który zlokalizowawszy rozpoznane przez siebie parodie, parafrazy i inkrustacje doszedł do przekonania, że: „W skali poezji XX wieku Gałczyński okazuje się szafarzem i odnowicielem języka o takim znaczeniu, jakie przypisuje się Gombrowiczowi w prozie. Język zostaje tu postawiony w stan podejrzenia, jest wypróbowywany w sytuacjach skrajnych, zarówno prześmiewczych, jak i wysoko lirycznych. Jest konfrontowany zarówno z tradycją, jak z mową potoczną, z żargonem środowiskowym i z idiomami politycznymi [...] Angażuje czytelnika bezpośrednio, krótkim spięciem, nagłym wyzwoleniem humoru i wzruszenia, zręcznością i inteligencją” (s. 12). Jakże to zasłużona pochwała autora poetyckiego przekładu słów chóru z końcowej części IX symfonii Beethovena, zaczerpniętych z ody Schillera Do Radości, pochwała pisarza, dla której dalsze dowody – o wybitności jego poezji – zgromadził Jakub Z. Lichański w głębokim, erudycyjnym studium komparatystycznym poświęconym Niobe. Mistrzowska monografia poematu, oparta na metodzie wnikliwej analizy retorycznej, pozwalającej na weryfikację utartych osądów historycznoliterackich dowiodła, że Gałczyński, nawet w dramatycznych latach stalinowskiej opresji, pozostał wierny wartościom wielkiej tradycji klasyczno-humanistycznej (Horacy, Owidiusz), co paszkwilanckie uwagi Miłosza w Zniewolonym umyśle czyni jeszcze bardziej kuriozalnymi. Czyni te pamfletowe opinie kuriozalnymi także dlatego, że Miłosz, stale będący pod presją realistycznego myślenia mimetycznego, zupełnie nie miał wyczucia i zrozumienia dla groteski, jej poetyki, stylu, estetyki, bogatego repertuaru funkcji pozaliterackich. Tymczasem wszystkie te wartości i właściwości językowo-estetyczno-poetyckie, których brawurową analizę i interpretację (apologię) teoretyczno-historycznoliteracką przeprowadził w swoim studium poetyki Edward Kasperski, przygotowywały grunt postmodernizmowi, więc Gałczyński mógłby uchodzić za jednego z jego ojców założycieli. Na uwagę, że groteska przekazywała znaczenia, jakie poetę mogły przerastać, i których nie musiał być świadom, odpowiedzią może być artykuł Hanny Gosk; badaczka wpadła na znakomity pomysł konfrontacji „Wielkiej Historii” z „historiami nie z tej ziemi” prezentowanymi w Zielonych Gęsiach i przeanalizowała zawarte w nich dyskursywne znaczenia, które mogły się odnosić do historiograficznych opowieści interpretacyjnych na temat rzeczywistości pozaliterackiej. Te dyskursywne quasi-opowieści o historii, w wykonaniu prof. Bączyńskiego, Grzegżółki, Hermenegildy, i innych bohaterów „najmniejszego teatrzyku świata” dowodzą, że Gałczyński potraktował nieciągłość, dyferencjację jako zasadę operacyjną historii, a więc proponował hermeneutykę idącą pod prąd holistyczno-realistycznej historiografii marksistowskiej (owo ironiczne: „I wszystko będzie cacy” z Xsięcia Poniatowskiego ze stemplem 1946). Więc nie propagandowy konformizm, jak tego chcieliby W. P. Szymański i J. Trznadel, którzy sklonowali tezy Zniewolonego umysłu, a historiograficzny nonkonformizm, opowiadanie w historiach nie z tej ziemi o tym, czego nie można zmienić. Dopowiedzmy od siebie, że w historiozofii Gałczyński do końca pozostał personalistą chrześcijańskim. Autor Balu u Salomona nie tylko swobodnie panował nad stylami i konwencjami w obrębie całej poezji – od antyku po współczesność – i potrafił je mistrzowsko ożywiać przez inkrustacje, grecyzmy, latynizmy, parodie, parafrazy, nie tylko ostentacyjnie demonstrował swe upodobania do form osobliwych, ekscentrycznych, wyolbrzymionych i zdeformowanych, łączył skłócone wzorce stylowe, mieszał pierwiastki tragiczne z komicznymi, mowę wysoką z niską, parodiował konwencje literackie, wprowadzał sprzeczne porządki motywacyjne, nie tylko z upodobaniem, fantazją i swobodą wyobraźni podchwytywał i przedrzeźniał cudzą mowę, co w efekcie prowadziło do prowokacyjnego nastawienia wobec zdroworozsądkowej wizji świata, ale – jak w znakomitym eseju poświęconym jego poetyckiej dykcji dowodzi Mieczysław Dąbrowski – zderzając różne rejestry mowy i języków, ów polilog, podobnie jak swój własny język, potrafił postawić w stan podejrzenia, co jest przecież filozoficzno-literackim mechanizmem nowocześnie stosowanej ironii. Mowa ironiczna stale upomina się o intelektualną aktywność odbiorcy, daje mu możliwość uczestniczenia w wytwarzaniu znaczeń, i właśnie to, zdaniem autora Dekadentyzmu współczesnego, czyni Gałczyńskiego poetą nowoczesnym i współczesnym. a także, jak rzetelnie starał się to udokumentować w swoim artykule o krytycznoliterackiej recepcji jego twórczości w PRL-u Stanisław Siekierski, potępianym przez znawców i kochanym przez czytelników. Natomiast w świetle faktów przedstawionych przez Andrieja Bazylewskiego opinię poety lubianego przez publiczność i poetów oraz cenionego przez badaczy zyskał Gałczyński w Rosji, gdzie jego wiersze przekładał sam Josif Brodski, a ostatnio ukazał się największy wybór tekstów Farlandia, czyli Podróż do Ciemnogrodu (Moskwa 2004). Niech pani Kira, za podarowanie tej książki z własnoręczną dedykacją, zechce od piszącego te słowa – raz jeszcze – przyjąć serdeczne podziękowanie i zapewnienie, że zostanie ona przeczytana w oryginale, bo oryginał ten potwierdza, że również w ojczyźnie Jesienina lubią poetę o gorącym sercu. Napisałem „również”, ale to słowo ma dzisiaj nieco inny sens, niż kilka czy kilkanaście lat temu, co potwierdza ciekawy sondaż recepcyjny Anny Krystoszyk na temat poczytności Gałczyńskiego w szkole, poczytności, o której decyduje zniesmaczona poezją młodzież odrzucająca wszystko, co wymaga intelektualnego wysiłku. Swą pracę autorka kończy jednak pochlebną oceną Rozmowy lirycznej, wypowiedzianą przez ucznia klasy pierwszej: „Myślę, że gdyby ktoś powiedział mi takie słowa, na pewno uwierzyłbym w miłość”. Myślę, że jeśli polonistka, która ma w klasie prawie samych Gałkiewiczów (patrz Ferdydurke), swój artykuł kończy takim optymistycznym przykładem, dodaje otuchy wszystkim. Podobnie, jak we wcześniejszym tomie Gałczyński po latach, w książce Mag w kapeluszu znajdziemy studia ugruntowujące swoisty przełom w gałczyńskologii (J. Z. Lichański, E. Kasperski, M. Dąbrówki, H. Gosk), przełom, którego literaturoznawczy kierunek wyznaczały wcześniejsze prace M. Wyki, A. Drawicza, M. Piwińskiej, nieco późniejsze M. Baranowskiej, A. Lama, A. Z. Makowieckiego, a zwłaszcza, co ad oculos potwierdzają recenzowane teksty, i co jest kwiatkiem do ogródka naszej własnej polonistyki, A. Kulawika, badacza poetyki analitycznie ceniącego sobie intencje autora i konteksty interpretacji. Wprawdzie w studiach literackich nadal obowiązuje paradygmat ergocentryczny, ale wiele nowych wątków humanistycznych, jakie pojawiają się w rozprawach literaturoznawczych (powrót do podmiotu), nie tylko gałczyńskologicznych, dowodzi, iż przynajmniej zdajemy sobie sprawę z wagi poszczególnych alternatyw, stale walczących o nasze uznanie. Kiedy kończyłem tę pożyteczną, nie tylko dla profesjonalisty, lekturę Maga w cylindrze, uświadomiłem sobie, że stawiając w nagłówku recenzji tytuł przeczytanego zbioru, mógłbym alternatywnie uzupełnić go o słowo „kapelusz”, które skojarzyłem z jeszcze innym zdjęciem poety, jakie szybko odnalazłem we wspomnianej książce biograficznej córki pisarza pt. Gałczyński. Fotografia ta pochodzi z roku 1929: Zbigniew Uniłowski i Gałczyński, dwaj eleganccy panowie literaci, nadzieja piśmiennictwa polskiego, sfotografowani na ulicy Mazowieckiej w Warszawie, idą z zawadiackimi minami, w najmodniejszych płaszczach i kapeluszach, z laseczkami w dłoni, być może do redakcji „Kwadrygi” lub „Cyrulika Warszawskiego”, pism, w których zamieszczali wówczas swoje najlepsze utwory oraz teksty satyryczne. Ten kapelusz to symbol elegancji, ale także pewności siebie, zawadiackiej pozy, w jakiej uchwyciło młodych pisarzy oko aparatu. z taką pewnością siebie, wraz z Gombrowiczem, Czechowiczem, Miłoszem, weszli do literatury swego pokolenia i poszli dalej przez całą epokę XX w. w noszeniu tego kapelusza dostrzegam jakąś zawadiacką zadziorność młodego buntownika, którą potwierdzają jego łotrzykowskie satyry i niepokorne wiersze, z jakimż znawstwem analizowane i subtelnością interpretowane przez wspomnianych autorów książki, jaką z satysfakcją czytam. Widzę wówczas „słodkiego szarlatana” Gałczyńskiego w staromodnym kapeluszu, z tym postmodernistycznym gestem przekory, jak rozpoczyna swój długi marsz przez historię literatury (w dziele „poezja magiczna”) i nieangelologiczną kulturę XXI wieku. Mag w cylindrze. o pisarstwie K. I. Gałczyńskiego. Pod redakcją Juliana Rohozińskiego. Wyższa Szkoła Humanistyczna imienia Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Pułtusk 2004.
Jerzy Ossowski * Autor recenzji przygotowuje do druku książki: Śmiech i płacz Gałczyńskiego oraz Herbert czytający Gałczyńskiego, które ukażą się w roku 2005, roku stulecia urodzin poety. [Redakcja]
Bal na Kremlu
lldefonso Redakcja składa podziękowania panu Jerzemu Ossowskiemu za udostępnienie niepublikowanego wcześniej wiersza K.I. Gałczyńskiego Bal na Kremlu |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, marzec 2005 . Statystyka |