Laudacja 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Zobacz także:

I. Tomasik, Inauguracja


Jacek Chrobaczyński

Profesor Wojciech Wrzesiński doktorem honorowym Akademii Pedagogicznej

Laudacja
 

Magnificencjo Rektorze,
Wysoki Senacie,
Drogi Panie Profesorze,
Panie i Panowie

Proszę mi pozwolić na rozpoczęcie tej pochwały osobistym wspomnieniem. Otóż w końcu lat dziewięćdziesiątych, w gronie dobijających się o naukowy awans historyków, zajmujących się historią najnowszą, unosiły się dwa duchy i fama o „Panach Profesorach W”. Owi panowie profesorowie to Roman Wapiński i Wojciech Wrzesiński. „Koszą”, „niszczą”, „prześladują”, „nie dają awansować”, wreszcie „nie dają żyć” (wszystkie wypowiedzi autentyczne!) głosiła fama.

Prof. W. Wrzesiński
Prof. Wojciech Wrzesiński

Nie ukrywam, że także i mnie się to udzieliło. Niepotrzebnie. Ani nie kosili, ani nie prześladowali, ani nie niszczyli. Domagali się tylko jednego: by historię, także i tę najnowszą, którą w niebywałym stopniu wykoślawiano w PRL-u (w myśl zresztą trafnej orwellowskiej sentencji: „Kto kontroluje przeszłość – kontroluje przyszłość”), traktować jak jedną z najpoważniejszych i najważniejszych dyscyplin naukowych. Aż tyle? Czy raczej: tylko tyle?

Dziś obaj „Panowie W” są tu obecni – nasz gość honorowy, przyjaciel sporego grona historyków, ale też i socjologów, politologów, psychologów społecznych, archeologów – prof. Wojciech Wrzesiński oraz jeden z recenzentów Jego dorobku naukowego – prof. Roman Wapiński.

I obaj się nie zmienili! Nadal uważają, że historia nie jest cudaczną czy jarmarczną, frywolną sztuką, na której wszyscy bez mała się znają, jak – nie przymierzając – na piłce nożnej i medycynie, ale że jest trudną i odpowiedzialną profesją.

Tyle wspomnienie.

Natomiast gdyby chcieć wyznaczyć, nawiązując nieco do tego wspomnienia, kierunek zasadniczy myśli, postawy i naukowej aktywności prof. Wojciecha Wrzesińskiego, moje skojarzenie kierowałoby się do poszerzającej nieco frazy starego Leopolda Rankego:

Wie es eigentlich gewesen ist und warum?

Jak to właściwie było i dlaczego? Oto klucz, oto sedno poczynań rzetelnego i odpowiedzialnego historyka-badacza. A zaraz po nim, najważniejsze z naszych zawodowych przykazań:

Nigdy nie będziesz w swych badaniach kłamał!

Mogę z pełnym przekonaniem, po lekturze dorobku prof. Wojciecha Wrzesińskiego, powiedzieć: to esencja Jego postawy badawczej. Nigdy się tym zasadom i pryncypiom nie sprzeniewierzył, nigdy nie zaparł się siebie-historyka, siebie-badacza, a także siebie-nauczyciela. Próbowałem przeniknąć, skąd wybór kierunku Jego naukowych badań, refleksji i dorobku: Niemcy-Polacy, niemieckość-polskość, mity i stereotypy, wynaturzenia, złe klisze pamięci i złe stop-klatki pamięci, ale też i złe historyczne doświadczenia, zła polityka i jeszcze gorsza ideologia, czasem nawet religia. To klamry i wektory szerokiego spectrum zainteresowań prof. Wrzesińskiego. Ale polsko-niemieckość jest ich osią zasadniczą, linią główną, wiodącą i szczególną zarazem. Tylko skąd właśnie ten kierunek naukowych penetracji?

Przecież nie urodził się w Krakowie, gdzie wszyscy wiedzą, że bohaterska Wanda nie chciała Niemca. Ale urodził się na Kujawach, nie tak dawno zresztą temu, by tego ostrego rysu polsko-niemieckiego nie pamiętał. A na Kujawach mawiają: „Jak się uprze to swoje zrobi”. I to jest, moim zdaniem, pierwszy klucz-wektor odpowiedzi na to pytanie: skąd? Ważny, bo Kujawy i polsko-niemieckie konteksty to sporo stron w każdym podręczniku polsko-niemieckiej historii.

Wektor drugi – Toruń. Też ten sam kontekst. Ale jakby dodatkowo, wtedy gdy studiował, mocno obecna była tam emocjonalna, jeszcze niezatarta, pamięć – Wilna, wojny, okupacji. A i sam tamten czas na młodym historyku musiał odcisnąć swe złowieszcze piętno – stalinizm i historia, otwocka konferencja metodologiczna, hańba zdrady ideałów i postaw metodologicznych. Wojciech Wrzesiński zawsze o tym pamiętał i pamięta: nie warto i nie opłaca się ulegać krótkotrwałym fobiom, bo głupie czy fałszywe słowo zapisane, zawsze pozostaje, a niekiedy, po latach, boli i to bardzo. Niewątpliwie to właśnie doświadczenie ugruntowało Jego głębokie, transcendentne przekonanie, wręcz prawo, przykazanie, postawę:

Historyk nie kłamie!

Owszem może się omylić , źle wyjaśnić problem, nieprecyzyjnie przeanalizować źródło, ale nie może skłamać.

Prof. J. Chrobaczyński
Prof. Jacek Chrobaczyński

I wektor trzeci tego procesu formowania wybitnego uczonego – Archiwum Państwowe w Olsztynie. Fakt, że nakaz pracy, ale Wojciech Wrzesiński lepiej chyba trafić nie mógł – toż to przecież niemal laboratorium – archiwum, region, ludzie oraz oczywiście polityka i ideologia. A ważne też i to, że właśnie przyszła znamienna cezura Października ‘56.

Ośmielam się sformułować tezę: te trzy punkty historyczno-geograficzne, ale też i emocjonalne, to właśnie laboratorium, fundament Wrzesińskiego-historyka. Cała reszta była już tylko rzetelną realizacją projekcji zarysowanej w tym właśnie czasie. I spełnienie. Pozostał i pozostaje temu wierny.

Spójrzmy na ten niezwykły dorobek, skrupulatnie ostatnio podliczony (ponad 760 pozycji, w tym kilkanaście książek, a każda ważniejsza i trwale obecna w historiografii; fundamentalne serie, interdyscyplinarność, rozległe horyzonty i otwartość na rzeczy nowe). Podkreślają to wszyscy recenzenci przewodu: wspomniany już prof. Roman Wapiński z Uniwersytetu Gdańskiego, prof. Teresa Kulak z Uniwersytetu Wrocławskiego i prof. Andrzej Kastory z naszej Akademii. Ich myśl przewodnią trafnie oddaje pierwsze zdanie opinii pióra prof. Wapińskiego: „Wniosek ten nie wymaga moim zdaniem jakiegoś specjalnego uzasadnienia, prof. Wojciech Wrzesiński, wybitny znawca dziejów Polski i powszechnych XIX i XX wieku, jest równocześnie wyróżniającym się organizatorem życia naukowego”.

Prof. Teresa Kulak dodaje: „Wojciech Wrzesiński – wybitny historyk dziejów najnowszych, szeroko znany w Polsce i zagranicą”.

A prof. Andrzej Kastory dopełnia: „Omówienie całego dorobku Wojciecha Wrzesińskiego to zajęcie tytaniczne”.

Niemal pół wieku czynnego życia badawczego, obecności w piśmiennictwie historycznym, krajowym i zagranicznym, w strukturach organizacyjnych nauki. Niebywały dorobek scedowany na innych, dziesiątki wypromowanych doktorantów, setki magistrantów, przewody habilitacyjne i profesorskie. Jego uczniowie to profesorowie zwyczajni, kontynuujący chlubną drogę Mistrza. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć: Mistrz Wrzesiński stworzył szkołę, trwale posadowioną na dobrym fundamencie, dość rozległą obszarem naukowej penetracji i refleksji, interdyscyplinarną. Przyciągającą i integrującą, zespołową. Dość wyraziście zdefiniowaną, z wysoko zawieszoną poprzeczką merytoryczno-metodologiczną i poprzeczką odpowiedzialności za wynik tych poczynań – miejsce w literaturze przedmiotu, budowanie świadomości i odpowiedzialności historycznej, rzetelnej wiedzy, a nie tromtadrackich zachłyśnięć, niepotrzebnych emocji i intelektualnych szaleństw. Źródło, historyk, odpowiedzialność oraz ciągłość i zmiana – to zasadnicze kategorie poszukiwań i penetracji tej szkoły. I zawsze najpierw pytanie stawiane źródłom – dlaczego, przed pytaniem kiedy. Rzetelna i wyrafinowana weryfikacja całego pakietu źródeł i świadome posługiwanie się wszelkimi dostępnymi metodami naukowej refleksji, a także syntetyzujące ogarnianie całości, nawet wtedy, gdy jest to historia lokalna bądź regionalna. Wreszcie wspominana już interdyscyplinarność. To główne wyznaczniki szkoły Wrzesińskiego i samego prof. Wrzesińskiego. Jego dorobek to potwierdza. Także dorobek uczniów i współpracowników.

Już pierwsza monografia, wówczas dr. Wrzesińskiego, opublikowana przez poznański Instytut Zachodni w 1963 r., Ruch polski na Warmii, Mazurach i Powiślu w latach 1920–1939 zwróciła uwagę na młodego badacza zarówno środowisk polskich, jak i niemieckich. Nie wykluczając, rzecz jasna, i politycznych. Ta świetnie udokumentowana źródłowo, rzetelna analitycznie i napisana odważnie, jak na tamten czas, praca, wyznaczyła też dalsze kierunki naukowych poszukiwań i penetracji. A jej uhonorowanie prestiżową historyczną nagrodą „Polityki” wpłynęło na dalsze losy naukowe i życiowe młodego badacza. Rozpoczął on pracę w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Tu, jak podkreśla recenzent (prof. Teresa Kulak), W. Wrzesiński „znalazł nowe środowisko intelektualne i nowych przyjaciół”. Ale nie tylko. Sądzę, że tutaj dopiero w powojennym polsko-niemiecko, pożydowsko-kresowym Wrocławiu (Breslau) dostrzegł, że pogranicze to nie tylko sfera polsko–niemiecka, ale też i obszary, regiony i inni ludzie. Że to wielki tygiel – grup, środowisk, myśli i postaw, emocji, również i dynamiki zmian. Coś fantastycznego dla świadomego badacza procesów dziejowych.

To we Wrocławiu powstał zasadniczy zrąb naukowych dokonań prof. Wrzesińskiego, przede wszystkim polsko-niemiecki, ale też i śląski, morawski, czeski. Także we Wrocławiu spotkał prof. Henryka Zielińskiego, co zaowocowało badaniami nad polską myślą polityczną XIX i XX wieku. Zatem Wrocław to czwarty geograficznohistoryczny punkt odniesienia, wektor Wrzesińskiego-historyka, jak również Wrzesińskiego-organizatora nauki i życia naukowego.

Warmia, Mazury, Powiśle zwróciły uwagę prof. Wrzesińskiego na kontekst szerszy zagadnienia – ogół polskich spraw narodowościowych w byłej Dzielnicy Pruskiej. Sporo uwagi poświęcił polityce państwa pruskiego i Rzeszy wobec wszystkich prowincji wschodnich, warunkom funkcjonowania szkolnictwa polskiego na tym obszarze, spółdzielczości polskiej. Pokazywał i interpretował też efekty systematycznej akcji germanizacyjnej i to nie tylko w perspektywie narodowej, ale i formujących się postaw, życiowych kompromisów, rodzinnych rozdroży, niekiedy dramatów. Te badania – co zgodnie podkreślają wszyscy recenzenci – były nie tylko polem ożywionego dyskursu, i to nie wyłącznie historycznego, ale też inspiracją, wskazówką i odwagą dla innych. Bez cienia fałszywej skromności prof. Wrzesiński może o sobie powiedzieć: przybyłem – zbadałem – zainspirowałem. To w tej triadzie mieszczą się prace o Babimojszczyźnie, Ziemi Złotowskiej, Ziemi Pilskiej. Przypomina to małopolskie dokonania regionalistycznej szkoły historycznej prof. Feliksa Kiryka. Jako jej członek doceniam w sposób szczególny ten obszar badawczy zainspirowany przez Wrzesińskiego. Pozwolę sobie nawet na parafrazę, bo wiem, że obaj profesorowie nie tylko się cenią, ale i od lat przyjaźnią – że prof. Wrzesiński był na swym wrocławskim obszarze takim małopolskim Kirykiem.

Konsekwencją tej intensyfikacji poczynań była kolejna, znamienna pozycja w dorobku Wojciecha Wrzesińskiego – opublikowana w 1970 r. rozprawa habilitacyjna Polski ruch narodowy w Niemczech (1922–1939). To znacząca cezura polskiej historiografii na obszarze badań niemieckoznawczych, z uwagą odnotowana i dyskutowana w Bundesrepublik Deutschland, przemilczana zaś przez polskich ideologów historii i domorosłych partyjnych historyków. Właśnie oni w stanie wojennym będą się za to mścić.

Wrzesiński „zderzył” ze sobą źródła polskie i niemieckie, zapomniał o propagandowych pryncypiach, nakazach i zadęciach, uruchomił warsztat nie tylko historyka, ale również socjo- i psychohistoryka, wyłączył emocje, a zajął się żmudnym wyjaśnianiem procesu historycznego. Nie zapominając o szczegółach, potrafił ogarnąć całość zagadnienia – tamte procesy i przemiany oraz ich dynamikę. Nie zamierzał poprzez badania dowodzić komuś czegokolwiek, zamierzał – i to Mu się udało – wyjaśnić. Właśnie dlatego ta praca wywołała sporą dyskusję profesjonalistów w Polsce i Niemczech; autor nie wywoływał złych duchów, nie myślał o politycznej wykładni czy partyjno-państwowych pryncypiach. Bo badanie świadomości narodowej to najczęściej stąpanie po kruchej, zbutwiałej desce, gdzie łatwo o potknięcia, przekłamania, zdradliwą idealizację. Rzetelny i sprawiedliwy w swych ocenach historyk potrafi te rafy ominąć. Tak uczynił Wojciech Wrzesiński.

I zdaje się, że ten autentyczny sukces naukowy uzmysłowił też Profesorowi, iż krokiem następnym powinien być Śląsk. Też przecież niebywałe laboratorium dla historyka. O Śląsku zresztą sporo pisano, bo takie były wymogi – a to bieżącego zapotrzebowania, a to źle pojmowanego patriotyzmu, zarówno tego wynikającego z woli czy z idei narodowej, jak i narodowego interesu, jak trafnie zauważa w swych Polskich zmaganiach z wolnością Andrzej Walicki. Ale też i ze świadomego bądź nie niezrozumienia Śląska, Ślązaków i śląskości, zderzeń polsko-niemieckich, jak również polsko-czeskich, głównie zaś polsko-śląskich. Wytrawny historyk trafnie dostrzegł problem, ale wiedział też, że potrzebny jest zespół. Skupił więc wokół siebie spory zastęp historyków z Katowic, Opola, Zielonej Góry, Szczecina i Poznania. Jak nietrudno zauważyć, większość spośród nich to miejsca z młodymi wówczas uczelniami i dopiero formującymi się środowiskami naukowymi. I Poznań, z którym jego związek był trwały i już ugruntowany. Kompleksowe, obszerne, dobrze zaprojektowane i przemyślane badania, a także umiejętne wykorzystanie środków, co dowodzi świetnego zmysłu organizacyjnego założyciela, przyniosły znamienite rezultaty. Badania te pokazały Śląsk nie tylko od pradziejów do współczesności, a więc nie tylko w podstawowych kategoriach procesu historycznego: czasu i przestrzeni oraz ciągłości i zmiany, tak śląską spójność, jak i jej odrębność w polskich i niemieckich, a nawet czeskich dziejach, zmiany etniczne, wreszcie postawy, zachowania i nastroje, zarówno te „za” , jak i „przeciw”.

Obok dorobku historiograficznego był jeszcze jeden skutek tych poczynań – zbliżenie i umocnienie środowisk humanistycznych w miejscach, gdzie dotąd ich nie było, bądź były dość słabe. Seria wydawnicza Dzieje Śląska – źródła, monografie, wieloautorskie tomy, a wszystko to wydane w trzech językach – stanowią do dziś znamię fundamentalne śląskiej, i nie tylko, historiografii.

Po tym wysiłku i doświadczeniu autorskim, edytorskim i redaktorskim przyszedł czas na zastanowienie się nad autorską pracą, wielką syntezą, choć jak sądzę, jeszcze nie książką życia Wojciecha Wrzesińskiego. Sąsiad czy wróg? Ze studiów nad kształtowaniem obrazu Niemca w Polsce w latach 1795–1939. Już sam tytuł prowokował, choć czasy były już inne, lecz czynnik niemiecki, obok rosyjsko-sowieckiego, to przecież wciąż oś polskich uniesień wszelkiego autoramentu. Wrzesiński dobrze wiedział „w co gra”, ale wiedział też, że jest jednym z nielicznych, którzy mogliby temu wyzwaniu podołać. Przygotowywał się do tego solidnie i wytrwale przez większą część swego pracowitego, naukowego życia. I podołał.

Roman Wapiński, badacz równie co Wrzesiński znakomity, nie ma w tym miejscu żadnych wątpliwości. W swej recenzji podkreśla on, że dzieło Wrzesińskiego to jedno z „fundamentalnych, największych osiągnięć polskiej historiografii XIX i XX wieku”. To samo odczucie w swej recenzji prezentuje też Andrzej Kastory – to „najbardziej reprezentatywna dla jego badań praca”.

To synteza syntez, wielce erudycyjna, świetnie umocowana w podstawie źródłowej, z wykorzystaniem, niezwykle twórczym zresztą, nie tylko warsztatu historyka, ale i dokonań socjologów, psychologów społecznych, politologów. To praca o ewolucji stereotypu Niemca w polskiej opinii publicznej od upadku I Rzeczypospolitej po II wojnę światową. Dobrze przyjęta zarówno w polskim środowisku historycznym, jak i niemieckim. Dowodem – prestiżowa niemiecka nagroda państwowa dla autora. Ta praca dowiodła, ponad wszelką wątpliwość, co podkreślają recenzenci, „że o sprawach trudnego, polsko-niemieckiego sąsiedztwa, prof. Wrzesiński potrafi pisać w sposób wysoce zobiektywizowany, który służyć może porozumieniu i zbliżeniu obu narodów” (prof. Teresa Kulak). Jest po wielokroć cytowana, zarówno w literaturze polskiej, jak i niemieckojęzycznej, gdyż stawia i rozwiązuje problemy ponad złem polityki i ideologii, ponad Eriką Steinbach i ponad Pruskim Powiernictwem Rudiego Pawelki. Ale też i ponad jazgotem polskiej narodowej prawicy w Sejmie RP domagającej się uchwały o wojennych reparacjach od Niemiec. Ponad wypominaniem, przez jej zacietrzewionych przedstawicieli, współczesnym Niemcom antypolskiej polityki Fryderyka Wielkiego, a polskim uczonym, w tym, jak wnoszę, także i historykom („tłumek pożytecznych idiotów o żebraczym usposobieniu”) „zdradę” i „hańbę”, na dodatek za „niemieckie pieniądze”. Ale pseudohistoria w wydaniu pseudohistoryków, nawet z poselskim mandatem w kieszeni, to jeszcze nie Historia, poważna, rzetelna i odpowiedzialna, to jeszcze nie nauka historyczna.

To nie pseudopolitycy i pseudohistorycy, a intelektualiści, jak właśnie prof. Wrzesiński, stale dowodzą, że historia, póki co, nadal pozostaje nauką, a nie sztuką czy ideowo-politycznym bełkotem, niepotrzebną tromtadracją z pseudopatriotycznym, narodowym chorałem w tle. Odpowiedzialni historycy, ale także politycy, z pokorą powinni doceniać ten intelektualny, twórczy wysiłek autora i pomnik w historii historiografii. Stosunki polsko-niemieckie ze wszech miar na to zasługują. Najwyższy też czas na rozważenie Wrzesińskiego stosunków polsko-sowieckich i polsko-ukraińskich. Pierwsze zresztą jaskółki, jak widzę, zdają się i na tym polu już pojawiać; tekst o wrześniowej klęsce 1939 r. na Kresach, a przede wszystkim trzy tomy studiów pod jego redakcją (czwarty w druku) Między Królewcem, Warszawą, Berlinem a Londynem.

Osobnym i nie mniej ważnym obszarem poczynań i peregrynacji naukowych prof. Wrzesińskiego są też dzieje polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku. To „trudne do przecenienia osiągnięcie”, trafnie zauważa prof. Wapiński. Nie tylko kontynuacja po śp. prof. Zielińskim, świetna organizacja, ale też w wielu przypadkach twórcza inspiracja Wrzesińskiego zaowocowały serią wydawniczą (do dziś ukazały się pod jego redakcją tomy V–XI) Polska myśl polityczna XIX i XX wieku. Seria grupuje znamienite środowisko badaczy – historyków, politologów, historyków literatury, historyków sztuki, socjologów. Autorzy „mocują” się z materią trudną badawczo, często niejednoznaczną, znaczoną emocjami, stereotypami i autostereotypami, napięciem politycznym i ideologicznym, źle obciążoną pamięcią itd. Bowiem historia polskiej myśli politycznej była i jest do dzisiaj – tu podzielam pogląd prof. Adama Bromke (por. A.Bromke, The Meaning and Uses of Polish History, Boulder, Colorado 1987, rozdz. II) – sporem między realizmem politycznym a różnymi formami politycznego idealizmu. Ale Wrzesiński dobrze wie, że to ważna i konieczna droga badawczego postępowania, nakaz i intelektualny obowiązek, historyczna powinność, by w podręcznikach historii nie było niepotrzebnych meandrów, kluczeń i pospolitego szachrajstwa. By rzetelna, zweryfikowana wiedza, poparta źródłową podstawą, której niekiedy ważniejszą egzemplifikacją bywa wiersz, poemat, a nawet dowcip czy karykatura, aniżeli sążnisty program partyjny i polityczny memoriał. To ranga najwyższa wtajemniczenia historyka, także i organizującego badania Redaktora. Bo Wrzesiński w tej akurat postawie na myśl przywodzi mi śp. Redaktora z Maisons-Laffitte. Wie, czego chce, co jest ważne, a nie koniunkturalne, tandetne intelektualnie, doraźne. To wymaga wiedzy i warsztatu, sporej naukowej wyobraźni, a przede wszystkim odpowiedzialności i wiary w to, co się robi. I nie ulega naciskom!

Może właśnie dlatego prof. Wrzesiński potrafi zawsze grupować wokół siebie ludzi nietuzinkowych, odważnych intelektualnie i odpowiedzialnych badawczo. To dlatego jest w środowisku odbierany jako naukowy i moralny autorytet, mistrz nad mistrzami. Potwierdzają to, skutecznie i trafnie, funkcje pełnione z demokratycznego wyboru, zarówno te w mateczniku, jakim jest dla niego wrocławski, 300-letni Uniwersytet, ale też i wybory środowiskowe – Centralna Komisja, Polskie Towarzystwo Historyczne, redakcja „Polityki”, Kancelaria Prezydenta RP.

Ponad wszystko, co nietrudno zauważyć, ceni sobie wrocławską Alma Mater. Tutaj rozwinął swój badawczy talent, tu zdobył najważniejsze naukowe stopnie i tytuły. Nie bez trudności, bo Wrzesiński-badacz zderzał się z partyjną nomenklaturą, partyjnym establishmentem, który niemal zawsze myślał i wiedział lepiej. Na szczęście establishmentu już nie ma, zgodnie zresztą z zasadą, o której niedawno zmarły Czesław Miłosz pisał w Toaście:

Bo słusznie co nam Breza (ten autor) powtarza: Dłużej pisarza – mówi – niźli dygnitarza

A prof. Wrzesiński, na szczęście, nadal w Uniwersytecie i w środowisku jest autorytetem i Mistrzem.

Przypomnę tylko niewtajemniczonym, że w Uniwersytecie Wrocławskim sprawował niemal wszystkie funkcje – od kierownictwa Zakładu Historii Najnowszej poczynając, poprzez, po kilkakroć mu powierzaną, funkcję dyrektora Instytutu Historycznego, później dziekana Wydziału Filozoficzno-Historycznego, prorektora, wreszcie, w latach 1990–1994, rektora. To tej uczelni poświęcił też jedną z ważnych swych monografii, tom jej dziejów w latach 1945–1995, jedną z najlepszych w polskiej historiografii biografii uczelni.

Przypomnę też, iż w czasie Pierwszej Solidarności, jako aktywny jej członek, był przedmiotem niewybrednych poczynań Służby Bezpieczeństwa, zaś jako autor i redaktor niejeden raz potykał się z wysokim urzędem cenzorskim. W stanie wojennym zaś, tej – jak niekiedy się mówi – recydywie stalinizmu, władze zmusiły go do ustąpienia z funkcji prorektora Uniwersytetu Wrocławskiego i odebrały mu – co skrupulatnie podkreśla prof. Teresa Kulak – „chyba jedynemu w Polsce” – kierownictwo instytutowym Zakładem Historii Najnowszej. Konsekwencją była blokada awansu na profesora zwyczajnego, aż do roku 1989. PRL-owscy decydenci wiedzieli, jak zwykle, lepiej niż środowisko; na szczęście tylko do czasu.

Osobnym, choć integralnym z dotychczasowymi aktywami, polem działania prof. Wojciecha Wrzesińskiego, było i jest, Polskie Towarzystwo Historyczne. Poświęcił mu sporo czasu, energii, a pewnie i trochę zdrowia. Przez dwie kadencje, do roku 2003, był prezesem Zarządu Głównego PTH (pamiętamy: „stale w pociągu na trasie: Wrocław-Warszawa-Wrocław i Wrocław-krajowe oddziały”). Wrocławski, XVI Powszechny Zjazd Historyków Polskich, poświęcony nie tylko tradycyjnym podsumowaniom dorobku nauki historycznej, ale przede wszystkim „przełomom w historii”, to rezultat „wrzesińskiego” (jak nie przymierzając, Września z czasu „dzieci wrzesińskich”) sposobu myślenia i kujawskiego uporu. Profesor, choć już nie jest prezesem PTH o naszym zasłużonym Towarzystwie nie zapomina: krakowski, XVII Powszechny Zjazd Historyków Polskich, który odbył się w dniach 15–18 września tego roku, był także cząstką Jego osobowości, niespokojnego ducha i Jego inspirującego wpływu na nasze – trzeba przyznać, że nie bez oporów, jak to w Krakowie – tj. Komitetu Organizacyjnego – poczynania i sposób myślenia, a w konsekwencji także i niewątpliwy sukces krakowskiej imprezy. Doświadczyłem tego zresztą osobiście w czasie przygotowań do krakowskiego zjazdu. Gdzie od Profesora sporo się nauczyłem. Naszym wspólnym, dogłębnie przemyślanym dokonaniem, co poczuwam sobie za honor i zaszczyt, było jedno z ważnych zjazdowych sympozjów, które przygotowaliśmy: Dramat przemocy w perspektywie historyka. Spotkali się na nim najwybitniejsi humaniści polscy – historycy, socjologowie, filozofowie, historycy sztuki, bibliści, teologowie i księża, psycho-pedagodzy, prawnicy, ludzie kina, teatru i mediów. Owocem ich przemyśleń jest tom esejów Dramat przemocy w historycznej perspektywie, pod naszą naukową redakcją, świetnie opracowany i wydany przez krakowską oficynę WAM Ojcowie Jezuici.

O dokonaniach Profesora w chwalebnej CKK już wspominałem – dodam tylko, że sam wypromował całkiem sporą plejadę wytrawnych historyków, że kierując Komisją Konkursu Historycznego „Polityki” (scheda po prof. Czesławie Madajczyku) na bieżąco „dopatruje” tego, co ważne, nośne i potrzebne w polskiej nauce historycznej. Że dostrzega też te osiągnięcia jako członek Komisji Nagród przy Prezesie Rady Ministrów i członek „Wspólnoty Polskiej”. Jest też członkiem-korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności, zasiada w wielu towarzystwach, komitetach i radach naukowych, w tym w prestiżowej Radzie do Spraw Nauki przy Prezydencie RP. Skąd bierze na to czas – nie byłem w stanie dociec, choć bardzo się starałem. Zawsze jest pod telefonem, prawie nie nawala z terminami i prawie nie spóźnia się na spotkania oraz zebrania. Cud mniemany!

Pora na podsumowanie i wnioski.

Można by zwyczajowo przytoczyć w zakończeniu tej laudacji trzy jednoznacznie pozytywne wnioski trójki recenzentów, potwierdzające zasadność przyznania przez naszą Akademię prof. Wojciechowi Wrzesińskiemu tytułu honorowego.

Był i jest związany także i z naszą uczelnią, całkiem spore grono naszych historyków i politologów nieco mu zawdzięcza. Czuję się związany z tym gronem, zarówno naukowo, jak i emocjonalnie. Już to powinno wystarczać, by uhonorować wybitną osobowość, wytrawnego historyka, uczonego, Mistrza w zawodzie, przyjaciela historii i historyków, prawda, często aż nazbyt dociekliwego, czasem surowego recenzenta.

Ale proszę mi w zakończeniu pozwolić na coś więcej. Powiada się w naszym środowisku, że uczonym w akademickiej karierze niekiedy się bywa. To prawda. Ale prawdą jest też, iż bywają uczeni, którzy są nimi już od pierwszych swych poczynań, pierwszych pomysłów, pierwszych publikacji. Wojciech Wrzesiński niewątpliwie do tego elitarnego grona humanistów na pewno należy.

Nie wiem, czy sprawiły to główne wektory geografii jego życiowej i intelektualnej biografii: Kujawy i Poznań, Mazury i Śląsk, a przede wszystkim Wrocław, laboratoryjny tygiel znaczony jakąś dziwną Bożą iskrą. Pewnie wszystko po trosze. Zaś istotą i sensem tego mistrzostwa w zawodzie prof. Wojciecha Wrzesińskiego zdaje się być to, co widnieje na medalu Nagrody Miasta Wrocławia, którą zasłużenie posiada: Honor virtutis praemium.

Powtórzę więc za recenzentami: wobec wybitnych dokonań naukowych Profesora Wojciecha Wrzesińskiego, z wielkim uznaniem należy odnieść się do inicjatywy Rady Wydziału Humanistycznego i decyzji Senatu krakowskiej Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej nadania mu tytułu doktora honoris causa.

Jacek Chrobaczyński

Przemówienie zostało wygłoszone w Krakowie 22 sierpnia 2004 r.

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, marzec 2005 . Statystyka