Dyskusja 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Jak kształcić dziennikarzy?

 

Prezentujemy skrócone i nieautoryzowane wypowiedzi uczestników dyskusji, zorganizowanej z okazji jubileuszu 20-lecia Studium Dziennikarskiego AP. Zapis dyskusji nie był dotychczas publikowany w żadnej formie. Wyboru i opracowania redakcyjnego dokonał dr Edward Chudziński

Edward Chudziński
(kierownik Studium Dziennikarskiego AP)

– Do dyskusji na temat: Jak kształcić dziennikarzy? zaproszenie przyjęli przedstawiciele uczelni prowadzących kierunki dziennikarskie, reprezentanci wielkich mediów publicznych i niepublicznych oraz dziennikarze praktycy. Dlatego sądzę, że wymiana poglądów w tym gronie może być pożyteczna.

Prof. dr hab. Teresa Sasińska-Klas
(Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ)

– Żaden sektor gospodarki nie rozwija się tak szybko i dynamicznie jak sektor informacyjny. Powstaje więc pytanie, co proces edukacji ma tu do wniesienia, jak za taką dynamiką nadążyć i jak kształcić kadry dla sektora informacyjnego? Wprawdzie temat dyskusji brzmi: Jak kształcić dziennikarzy? i skłania uczestników do zajęcia się wyłącznie tą grupą zawodową, ale wydaje się, że nie będzie z mojej strony daleko idącym nadużyciem, jeśli zaproponuję rozszerzenie dyskusji o kwestie dotyczące kształcenia kadr w różnych zawodach i specjalnościach medialnych.

Uczestnicy
Uczestnicy dyskusji

Obserwujemy wyraźnie w świecie, a także w ostatnich latach w Polsce, przesunięcie zainteresowań dydaktyków i badaczy w stronę szeroko rozumianej komunikacji społecznej. W USA dynamika rozwoju w dziedzinie badań nad komunikowaniem masowym i szeroko rozumianą komunikacją społeczną jest najbardziej imponująca i datuje się od początku lat siedemdziesiątych. Badacze, teoretycy jak i praktycy, coraz częściej posługują się terminem „komunikacja społeczna”, „komunikowanie masowe”, studia w zakresie mass communication, media studies, aniżeli tradycyjnym pojęciem dziennikarstwa w znaczeniu określonego profilu edukacyjnego związanego z przygotowaniem kadr do różnych specjalności i szeroko rozumianych zawodów medialnych.

A więc kim są dzisiejsi dziennikarze jako grupa zawodowa? Poszukajmy odpowiedzi na to pytanie, bowiem z tego w znacznej mierze wyniknie, jak należy ich kształcić. Czy jest to grupa, która jest raczej symbolem przeszłości, czy jest to grupa odchodząca, zmniejszająca się w sensie społecznego znaczenia, czy też jest to zawód przyszłości? Zawód czy wyzwanie? Szansa, a może pasja, hobby? Czy to praca dla zawodowców, czyli – jak dzisiaj określamy – profesjonalistów, czy też raczej dla amatorów, czy wymaga należytego przygotowania, opanowania podstawowego kwantum wiedzy i ile tej wiedzy wystarczy, ażeby zostać dzisiaj w naszym kraju dziennikarzem wykwalifikowanym, kompetentnym, umiejącym wykonywać ten zawód? A może, jak to się ponoć zdarza, wystarczy wejść do studia i… zostać dziennikarzem radiowym. Wydaje się jednak, że kryteria naboru do tego zawodu są określone, a poprzeczka jest wysoko ustawiona. Należy więc w taki sposób kształcić dziennikarzy, aby sprostali postawionym im wymaganiom.

E. Chudziński i B. Faron
Siedzą od lewej: dr E. Chudziński i prof. B. Faron

Spójrzmy dla przykładu na dziennikarstwo tematyczne, powiedzmy, ekonomiczne. Dziś błąd dziennikarza specjalizującego się w tej dziedzinie może spowodować krach na giełdzie, napięcia na rynku kapitałowym, spory między ekspertami czy doradcami ekonomicznymi. A więc dziennikarstwo o niesprecyzowanym zakresie i profilu na dobrą sprawę już nie istnieje. „Dziennikarz od wszystkiego” nie ma racji bytu. Dziś wymagana jest coraz węższa, precyzyjnie określona specjalność. Rozstajemy się z misjonarstwem, relacjami typu mistrz – uczeń. Obecnie w dziennikarstwie odbiorcy poszukują wiarygodnych informacji i dziennikarze specjaliści mają ich dostarczać.

Ta kwestia łączy się ze specjalizacją zawodową na studiach dziennikarskich. Na UJ, spośród sześćdziesięciu studentów trzeciego roku studiów dziennych, ponad połowa wybiera jako przyszłą specjalizację public relations i reklamę, 10 proc. wybiera się do telewizji, a zaledwie 2 osoby do prasy. Reszta jeszcze się waha; są osoby, które preferują wariant mieszany, czyli chcieliby być dziennikarzami od wszystkiego. Jakkolwiek by to gorzko nie zabrzmiało: od wszystkiego, czyli od niczego.

Prowadząc zajęcia w niepublicznej szkole wyższej w Warszawie na kierunku dziennikarskim, zadałam pytanie studentom pierwszego roku: jak kształcić i czy kształcić dziennikarzy, czy też nie kształcić i dlaczego, z prośbą o uzasadnienie. 90 proc. wypowiadających się w anonimowej ankiecie stwierdziło, że dziennikarzy należy kształcić. Oto kilka uzasadniających wypowiedzi:

„Żyję w społeczeństwie informacyjnym, gdzie zapotrzebowanie na informacje ciągle się zwiększa. Potrzebny jest ktoś, kto przekaże je ludziom. Dziennikarz niekoniecznie musi być związany z mediami, jest to osoba potrafiąca zdobyć i sprzedać informację, skatalogować ją i przedstawić w formie zrozumiałej dla odbiorcy, klienta. Uważam, że studia dziennikarskie najlepiej przygotowują do życia w otaczającym nas świecie informacji”.

T. Globan-Klas i inni
Od lewej: prof. T. Globan-Klas, red. R. Niemiec, A. Czapliński

„Należy kształcić dziennikarzy, ponieważ jest to odpowiedzialna praca. Słowa potrafią wiele zdziałać, dziennikarz powinien mieć świadomość swojej roli i czuć się odpowiedzialnym za to, co stworzy, w jakim świetle i jak dokładnie pokaże człowieka czy daną sytuację. Należy uczyć się wnikliwej analizy faktów, elastyczności w ocenie realiów, szacunku dla ludzi i dla ich uczuć”.

„Zdecydowanie tak, kształcić, gdyż na polskim rynku medialnym jest bardzo dużo ludzi działających nieprofesjonalnie, a w zawodzie dziennikarskim profesjonalizm jest niezbędny. Ale nie wystarczy być specjalistą w jakiejś konkretnej dziedzinie, by móc o tym dobrze pisać. Często ludzie piszący do różnych gazet nie potrafią zainteresować swymi artykułami czytelników”.

Tyle wypowiedzi. Widać wyraźnie, jak w tych głosach odbija się rzeczywistość. Dziennikarstwo zmienia się, kurczy się zakres klasycznie, tradycyjnie uprawianego rzemiosła. Na plan pierwszy wysuwają się eksperci, potrafiący odnieść się do konkretnych problemów, gdyż posiadają na ich temat specjalistyczną wiedzę.

Równocześnie zachodzą zmiany wśród odbiorców mediów. Z badań prowadzonych przez lata w Ośrodku Badań Prasoznawczych UJ wynika, że ubywa czytelników. Równocześnie obserwujemy wzrost oglądalności programów telewizyjnych (medium telewizyjne jest dominujące), słuchalności radia, czyli następuje wyraźne przegrupowanie na rynku odbiorców. Nowym zjawiskiem jest dynamicznie zwiększająca się liczba internautów. Do tej grupy należy dotrzeć, bo jest ona zainteresowana informacją.

Widzimy więc, że preferencje odbiorców się zmieniają. Z tych zmian musimy wyciągać wnioski, czyli kształcić tak, by nasi absolwenci znaleźli pracę w szeroko rozumianych zawodach medialnych. Dlaczego w zawodach medialnych? Dlatego, że dzisiaj nie ma alternatywy dla społeczeństwa informacyjnego, w którym ponad 50 proc. ludzi będzie utrzymywało się z wymiany, obiegu, przetwarzania i przerabiania informacji. Taka jest przyszłość i w niej szansa na nowe specjalności medialne.

W przeszłości, w społeczeństwie wiedzy, to dziennikarze ją dostarczali bądź interpretowali. W społeczeństwie informacyjnym będą konkurowali ze specjalistami w zakresie przetwarzania, przesyłania i obróbki informacji i dlatego zapotrzebowanie na te właśnie kadry wykazuje tendencję rosnącą. Rynek pracy da odpowiedź na pytanie, jak i kogo kształcić na poziomie akademickim w zawodach medialnych, czyli gdzie znajdą zatrudnienie absolwenci szkół wyższych. I to musimy mieć wszyscy na uwadze.

Uczestnicy
Od lewej: prof. J. Adamowski, R. Kapuściński, prof. T. Sasińska-Klas, dr E. Chudziński, red. M. Maliszewski, J. Stawiski

Michał Maliszewski
(b. dyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej)

– Wyznaję zasadę „uczta się na uniwersytetach a nie na błędach”. Przed laty, kiedy wchodziłem do dziennikarskiego zawodu, jawił mi się on w kategoriach zgoła dziewiętnastowiecznych: pusta kartka papieru, nade mną muza, przede mną ołówek, a dalej, to już jak na wyścigach – „wszystko w rękach konia”. Wkrótce okazało się jednak, że choć bywają czyste kartki, bywa też „tabula rasa”, czyli pustka w głowie i wtedy jest gorzej. Dziennikarzy kształcić trzeba, bo trzeba mieć jakieś podstawy do wykonywania tego zawodu. Ja bym go jednak nie wiązał z twórczością. Dziennikarstwo jest zawodem, solidnym rzemiosłem. Widać to szczególnie w tych specjalnościach, które są stechnicyzowane, takich jak, na przykład, telewizja.

Ważnym elementem dziennikarskiego wykształcenia jest więc specjalizacja, ale patrzę na nią trochę inaczej niż pani profesor. Nie łączyłbym dziennikarstwa z profesjami czysto informacyjnymi. Jednak zawód dziennikarza jest bardzo różny od specjalisty z dziedziny public relations. Jest to bowiem inna problematyka zawodowa, a nade wszystko inna deontologia i inna etyka. Nie mieszałbym więc tych specjalności, choć z teoretycznego punktu widzenia może to być całkowicie poprawne

Moim uniwersytetem była redakcja telewizyjnej Panoramy. Kiedy z niej odchodziłem, powiedziałem coś takiego: stąd się nie odchodzi, bo to rodzaj szkoły dziennikarskiej, którą uprawia się do końca życia. Dobrze zorganizowana redakcja, w której się dobrze pracuje, jest najlepszą szkołą dziennikarstwa. A poza tym stawia bardzo wysokie wymagania. Tutaj sprawdza się człowiek w skali jeden do jeden. Albo coś robi i mu wychodzi, albo nie.

Jeśliby nawet nie przetrwało dziennikarstwo, choć mam nadzieję, że przetrwa, to zawsze będą ludzie, którzy wątpią, którzy szukają prawdy, drugiego dna. Wierzę, że pozostanie komentator, który, dysponując odpowiednim zasobem wiedzy, zachowa dystans do rzeczywistości i potrafi ją zanalizować. Na takie kompetencje będzie zawsze zapotrzebowanie, niezależnie od tego, jakiej będą owi dziennikarze specjalności: internetowej, telewizyjnej, radiowej czy klasycznej. I na tym opieram swój optymizm. A więc końca zawodu dziennikarza jeszcze nie ogłaszajmy.

Prof. dr hab. Janusz Adamowski
(dyrektor Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego)

– Stawiając pytanie: Jak kształcić dziennikarzy?, organizatorzy oczekują odpowiedzi, a ja nie mam gotowej recepty. Dla mnie największym zaskoczeniem dekady lat dziewięćdziesiątych była ogromna popularność studiów dziennikarskich. Dziś kształci dziennikarzy właściwie kto tylko może: wszystkie uniwersytety publiczne, wiele uczelni niepublicznych. Mój instytut kształci 1800 studentów, na sześciu różnych typach studiów. To jest szokujące, a jednocześnie w pewnym sensie optymistyczne. Dlatego zgadzam się z red. Maliszewskim, że nie możemy mówić o końcu zawodu dziennikarskiego, tym bardziej, że droga do tego zawodu jest ciągle otwarta. Nie ma obowiązku posiadania wykształcenia dziennikarskiego, by do tego zawodu wejść.

Nie jestem zwolennikiem teorii talentyzmu. Oczywiście trzeba mieć pewne predyspozycje do wykonywania tego zawodu, to jest niesłychanie ważne, ale same predyspozycje nie wystarczą. Dlatego jestem zwolennikiem kształcenia dziennikarzy, nie upierając się absolutnie przy tym, że będzie się to odbywało na kierunku „dziennikarstwo i komunikacja społeczna”, uruchomionym pod tą nazwą na Uniwersytecie Warszawskim w 1997 r.

Pozwolę sobie popatrzeć na sprawę trochę może szerzej i wyjść poza nasze polskie podwórko. Istnieje model kształcenia uniwersyteckiego, gdzie raczej uczy się masowego komunikowania, czy jak chce profesor Sasińska-Klas – komunikacji społecznej. Natomiast w szkołach zawodowych zdobywa się praktyczną umiejętność obcowania z kamerą, z mikrofonem, pracy w agencji informacyjnej. Napór studentów na kierunki dziennikarskie był tak wielki, że my w Polsce musieliśmy stworzyć własną metodę kształcenia. W rezultacie powstała kombinacja kształcenia uniwersyteckiego z uniwersytetem praktycznym.

Na Uniwersytecie Warszawskim wygląda to tak, że pierwsze trzy lata studiów są nasycone w maksymalnym stopniu teorią, a dwa ostatnie lata są bardzo praktyczne. Spośród 55 etatowych pracowników instytutu ponad połowę stanowią nauczyciele zawodu, a dodatkowo, w ramach różnego typu zleceń, zatrudniamy ponad 20 dziennikarzy praktyków uczących tego zawodu. Tak więc na pytanie postawione mi przez organizatorów chciałoby się krótko odpowiedzieć: uczyć dziennikarzy nowocześnie, a zarazem efektywnie.

Co to znaczy „nowocześnie”? To znaczy tak, aby mogli sprostać zapotrzebowaniu rynku i wymogom pracodawców. Nawet jeśli patrzymy z pewnym „obrzydzeniem” na to, co Anglicy nazywają clambing down, czyli schodzenie w dół polskiego dziennikarstwa, to jednak broniłbym realiów rynku. Widocznie czytelnicy akceptują ten typ dziennikarstwa. Efektywnie, to znaczy dając dziennikarzom wiedzę, która w tym zawodzie będzie im naprawdę przydatna. Jeśli pojawia się zapotrzebowanie na tak zwane dziennikarstwo internetowe, czy jak chcą inni – dziennikarstwo on-line’owe, to trzeba taką specjalizację otworzyć.

Dlatego, nie bacząc na koszty, przystąpiliśmy do budowy własnego studia radiowego, własnego studia telewizyjnego, własnego portalu internetowego, bo bez tego nie da się dzisiaj kształcić dziennikarzy. W przeciwnym razie przegramy rywalizację o przyszłych studentów, których „nadmiar” jest przecież w dużej mierze konsekwencją wyżu demograficznego.

W czym upatruję przyszłość kształcenia dziennikarzy w Polsce? Sądzę, że niedługo na rynku ostaną się tylko najlepsi, dysponujący dobrą bazą i kadrą. Zaczną tracić na znaczeniu szkoły kształcące dziennikarzy na poziomie elementarnym, podstawowym. Przyszłość upatruję raczej w kształceniu podyplomowym – to jest droga, którą powinniśmy pójść, gdyż kształcenie dziennikarzy w ramach wąsko wyspecjalizowanych studiów wydaje się być najbardziej efektywne.

Jacek Stawiski
(dyrektor Informacji Radia RMF FM)

– Moją rolą nie jest kształcenie dziennikarzy. Zbieram dziennikarzy z tak zwanego rynku i z natury rzeczy mam sporo praktycznych spostrzeżeń na temat, kto chce być dziennikarzem i kto nim zostaje. Moja redakcja ma oczywiście określone oczekiwania wobec kandydatów. Przede wszystkim zachęcam młodych ludzi, którzy chcą być dziennikarzami, do pozbycia się złudzeń. Bardzo trudno być dziennikarzem, bardzo trudno trafić dziś do redakcji. Zostają najlepsi, zarówno w radio, TV, jak i w prasie czy w portalach medialnych. Zostają ci, którzy mają najciekawsze i najbardziej atrakcyjne rzeczy do powiedzenia. Przypadków jest coraz mniej.

Bezrobocie, temat numer jeden mediów, dotyka też potencjalnych dziennikarzy i absolwentów tego kierunku. Za jakiś czas uporządkuje się ostatecznie rynek medialny i będzie bardzo trudno się przebić. Zachęcam więc do pozbycia się złudzeń i do ciężkiej harówki. To droga najlepsza i praktycznie jedyna. Mówię to jako praktyk, który kieruje zespołem młodym, ale z dnia na dzień nabierającym doświadczenia.

Bardzo trudno być dziś dziennikarzem dużego medium. Ogromne audytorium, którego przez dwanaście lat dorobiło się radio RMF, to błogosławieństwo, ale także przekleństwo. Z jednej strony bowiem jesteśmy liderem na rynku radiowym i odzew na to, co robimy jest ogromny. Ale to także przekleństwo, bo mówimy do wszystkich. Musimy mieć w zespole ludzi, którzy potrafią napisać prostą i jasną informację na temat postępów w śledztwie w sprawie mordu w Jedwabnem i człowieka, który napisze prostą, jasną i czytelną (po polsku! – to poważny problem, niestety) informację na temat nowych osiągnięć inżynierii genetycznej. Wiedza, czy brak wiedzy, która upoważnia dziennikarza do tego, by być w miarę kompetentnym uczestnikiem debaty publicznej, jest najpoważniejszym mankamentem. Do pisania takich informacji, do uczestniczenia w takiej debacie publicznej potrzebuję ludzi, którzy są zakorzenieni w świecie wieku dwudziestego. Ale do wielu innych tematów potrzebuję dziennikarzy, którzy mentalnie tkwią już w wieku dwudziestym pierwszym.

Rynek jest ogromny. Słuchacze czy widzowie mają do wyboru informację w RMF i Big Brothera, a mnie żal każdego słuchacza, który odejdzie od odbiornika z poczuciem, że dziennikarz jest nieprofesjonalny, nieodpowiedzialny czy zgoła niepoczytalny. Ponieważ kształcenie odbywa się w określonych warunkach społecznych i historycznych, to jeszcze dziesięć lat temu powiedziałbym, że skrótowa forma radia jest przekleństwem. Dziś już wiemy, że nie mamy szans w mediach elektronicznych zajmować się zbyt długo problemami, które nas otaczają. Musimy szanować czas odbiorcy.

R. Kapuściński
R. Kapuściński, prof. T. Sasińska-Klas

Ryszard Kapuściński (pisarz, dziennikarz)
– Kłopot z naszą dyskusją polega na tym, że nie uściśliliśmy, „co rozumiemy przez...” Otóż w rezultacie rewolucji elektronicznej to, co było kiedyś dziennikarstwem, rozrosło się ogromnie i powoli stajemy w obliczu zjawiska, które Amerykanie nazywają medium class, klasy pracowników medialnych. Ale Amerykanie rozróżniają, czego my nie mamy w naszym języku, pojęcia journalistmedium worker. Medium worker to pracownik nowo rozwiniętego w tamtym kraju sektora usług, dla którego kształci się pracowników informacji, jak kelnerów dla restauracji. To nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. Dziennikarstwo istnieje od 200 lat i ciągle się rozwija. Są to dwie różne dziedziny. Jeśli na świecie istnieją gazety, doskonałe czasopisma, telewizja i radio, to dzieje się tak dzięki dziennikarzom. Trzeba rozróżnić pojęcia messengermessage. Tak zwane „media” są środkami przekazu, ale przecież przekazuje się coś, jakąś treść. Każda redakcja, czy prasowa czy telewizyjna, musi mieć dziennikarzy do pisania, do kreowania audycji, a potem ubiera to w masówkę, którą produkuje się na łokcie. Bez dziennikarzy nikt nie ujedzie. Absolwentów dziennikarstwa mamy mnóstwo, ale to jeszcze nie dziennikarze. Nie wolno mylić tych rzeczy. Najbardziej ambitne na świecie gazety zatrudniają świetnych dziennikarzy i nakłady rosną. To samo dotyczy stacji telewizyjnych i radiowych. Oczywiście jest jeszcze ów message, jak mawiają Amerykanie, ale to nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem...

Powiem więcej – rola dziennikarstwa rośnie, bo nastąpiło przesunięcie ośrodka kształtowania opinii społecznej z kręgów intelektualistów w stronę mediów. Dziś dziennikarze spełniają tę rolę, jaką kiedyś spełniali intelektualiści w społeczeństwie. Jeszcze niedawno w Polsce intelektualiści podpisywali listy otwarte, by zwrócić uwagę społeczeństwa na jakiś problem. Dziś rolę taką spełniają środki masowego przekazu i ludzie tam pracujący. Podobnie jest w Ameryce Łacińskiej, gdzie pisarze są równocześnie dziennikarzami i piszą do gazet. Carlos Fuentes, Vargas Lyosa, Gabriel Marquez są dziennikarzami. I na nich opiera się prasa...

W dziedzinie medialnych usług będzie więc zapewne tak, jak mówi pani profesor, ale w dziedzinie dziennikarstwa będzie tak, jak było zawsze. Gdy mówimy o szkoleniu dziennikarzy, dziennikarzy, których ja mam na myśli, to największy nacisk należy położyć na etykę zawodową. To jest problem główny dla dziennikarza, bo dziś dziennikarz jest twórcą etyki społecznej, twórcą duchowych wartości narodu. Zbiera i wypowiada opinie, ostatecznie je formułuje, więc od jego etyki zależy wszystko. Właściwie cały program szkolenia dziennikarzy (nie mówię o usługowych robotnikach informacji) powinien być oparty na rozwijaniu tego, co jest kulturą, etyką, cywilizacją. To rzeczy, które trzeba wpoić człowiekowi, który chce być dziennikarzem. I nie sądzę, żeby w istocie tak trudno było odróżnić ludzi, którzy chcą być dziennikarzami, od tych, którzy zamierzają skończyć studia usługowo-informacyjne, komunikacji społecznej, czy jak je tam zwał. To jest rozróżnienie między ludźmi, którzy chcą coś zrobić więcej, w których tkwią zalążki twórcze, od tych, którzy chcą po prostu zarabiać na chleb.

Prof. dr hab. Tomasz Goban-Klas
(Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ)

– W dziennikarskim świecie istnieje osobna kategoria, którą możemy nazwać „tuzami dziennikarskimi” i Ryszard Kapuściński do tej kategorii należy. Pytanie, czy takich dziennikarzy w ogóle da się wykształcić? To pytanie raczej retoryczne, bo tacy dziennikarze po pierwsze się rodzą, po wtóre kształcą się sami, a po trzecie – pewne kultury dają większe szanse dziennikarzom. W kulturze latynoskiej pisarz ciągle jest przywódcą narodu, nawet we Włoszech takie zjawisko można dostrzec. Dlatego powołam się na innego tuza dziennikarskiego, słynnego Umberto Eco. Jest profesorem semiotyki, pisarzem, ale zarazem dziennikarzem, który pisze znakomite felietony. Otóż Eco w podobnej dyskusji powiedział, że problemem w kształceniu dziennikarzy jest połączenie umiejętności zawodowych z kształceniem etyczno-filozoficznym. Jest w tym, jego zdaniem, pewna schizofrenia, bo profesorowie etyki uczą wartości, które potem na zajęciach z kształcenia zawodowego są przekreślane. Uczą zgłębienia problemu, uczciwości, a na zajęciach warsztatowych uczy się pisać jak szef każe i jak każe pisać publiczność. I właśnie brakującym ogniwem w naszej dyskusji jest owa publiczność: niecierpliwy czytelnik czy odbiorca...

W amerykańskich szkołach dziennikarstwa opowiada się anegdotę, że gdyby dziś Mojżesz zszedł z góry Synaj, a spotkał go reporter CNN i spostrzegł, że starszy pan ma w ręku dziesięć przykazań, to powiedziałby patriarsze, że to zbyt wiele na dzisiejsze wydanie wiadomości i żeby zechciał wymienić trzy najważniejsze...

Obserwujemy więc tendencję do komprymacji czasu, bo i czas audytorium jest dziś w cenie. Zaczyna się tabloidalne dziennikarstwo na poziomie tych wspaniałych „Le Mondów”, czy „Corriere della sera”, co w Polsce też obserwujemy. Nawet „Polityka” już nie zamieści tak długiego tekstu jak dawniej. Rodzi się więc pytanie, jak dla takich gazet kształcić dziennikarzy?

Oglądałem kiedyś niezwykle ważną informację z dziedziny nauki w dzienniku CNN. Chodziło bodaj o doświadczenie z dziedziny fuzji neutronowej. „Daję Panu dwie minuty na wyjaśnienie, o co chodzi” – zwraca się dziennikarz do laureata nagrody Nobla. Ten się żachnął, a dziennikarz się zreflektował i powiada – „Panu, to daję trzy minuty”.

I jeszcze jedno. Pamiętam czasy, kiedy uniwersytet kształcił niesłychanie elitarnie. Na socjologii było dwudziestu, na naukach politycznych trzydziestu studentów. Gdy dowiedziałem się, że w Salzburgu kształci się dwa tysiące socjologów, zachodziłem w głowę, gdzie też oni będą pracować. Potem jednak pojechałem do Ohio, stanu wielkości Małopolski i Śląska, gdzie jest 4 mln ludności i kilkadziesiąt uniwersytetów, a w jednym z nich, uczelni radiowo-telewizyjnej, studiuje cztery tysiące studentów. Cóż, wykształcenie nie zobowiązuje do tego, by być dziennikarzem. Absolwent może się stać information provider, dostawcą informacji i jest to też bardzo ważna dziedzina.

Z pozoru wydaje się, że w Polsce mądrych dziennikarzy nie brakuje, ale jak człowiek ruszy w Polskę „B”, zobaczy, jaka tam jest obsługa informacyjna, to przekona się, że brakuje zawodowych selekcjonerów informacji, którzy potrafią napisać proste sprawozdanie z tego, co się działo na posiedzeniu rady gminy. Oczywiście Ryszard Kapuściński ma rację, potem musi pojawić się dobry dziennikarz, który z tego wyciągnie więcej, ale „pracownicy informacyjni” też są potrzebni i będzie ich trzeba coraz więcej.

Ryszard Niemiec
(b. redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej”)

– Zgadzam się w pełni z Ryszardem Kapuścińskim, że dziś, gdy wszyscy uczą dziennikarskiego warsztatu, nikt nie uczy etyki. Inna rzecz, że to głównie życie będzie uczyć etyki w bezpośrednim kontakcie z materią świata, który jest nam dany do opisania. Powołam się tu na zapomnianego już dziś nieco reportera, Zbigniewa Kwiatkowskiego, który mówił, że dziennikarz winien być swego rodzaju reflektorem, który idzie przed politykami, ostrzegając ich. Dziś, po doświadczeniach lat dziewięćdziesiątych, możemy wprowadzić istotną korektę do stwierdzenia Kwiatkowskiego. Powinniśmy iść tropem polityków i oświetlać ich ślady.

I pro domo sua. Reprezentuję gazetę, która po dziś dzień płaci rachunek za to, co zrobili z nią politycy. Ogromne szkody poczyniła weryfikacja roku ‘82, która wycięła w pień najzdolniejszych dziennikarzy. Ale i ta druga, w ’90 roku, poczyniła podobne szkody intelektualne i warsztatowe. Nie jest prawdą, że „komsomolskie zaciągi” mogą z dnia na dzień zastąpić „starą” kadrę. To się nie udało nikomu. Liczy się kompetencja, kompetencja i jeszcze raz kompetencja. Toteż chcę popdkreślić, że w okresie wstawania z klęczek „Gazety Krakowskiej” przyszli do niej absolwenci Studium Dziennikarskiego Akademii Pedagogicznej i nie byli to „komsomolcy”, lecz dziennikarze wyposażeni w odpowiednią wiedzę i umiejętności warsztatowe.

Zbigniew Bajka
(z-ca kierownika Ośrodka Badań Prasoznawczych UJ)

– Mówiąc o etyce, Ryszard Niemiec odwoływał się do wypowiedzi Ryszarda Kapuścińskiego. To ważna sprawa. Robiłem internetowe badania wśród dziennikarzy z całego kraju i rzeczywiście problem etyki zaznaczał się w ich wypowiedziach bardzo wyraźnie. Aż 90 proc. z nich twierdzi, że ma problemy z cenzurą wewnętrzną. Pojawiają się też głosy, że dzisiejsza „wolność prasy” to nie jest wolność dla dziennikarzy, lecz dla wydawców. Wielu dziennikarzy wskazuje na powiązania biznesu z mediami. Niekiedy przybiera to karykaturalne formy, szczególnie gdy finanse medium są zależne od reklamodawców...

Druga sprawa. Nie ulega wątpliwości, że dziennikarze mają ogromny wkład w zmiany, jakie dokonały się po roku 1989, a równocześnie środowisko zostało znacznie przetrzebione. Wielu ludzi odeszło z zawodu, albo na początku lat osiemdziesiątych, albo dziewięćdziesiątych. Robiłem u schyłku lat osiemdziesiątych badania na temat: „co ludzi młodych skłania do tego zawodu”. Często padały określenia: „chcemy dobrze, uczciwie, solidnie informować”, bardzo często „pomagać innym ludziom”, to na drugim miejscu i na trzecim: „chcemy się uczyć, pogłębiać wiedzę”. Teraz ta hierarchia uległa zmianie. „Chcemy być w centrum wydarzeń, chcemy być tam, gdzie zwykły śmiertelnik nie może się znaleźć”. Możliwość obcowania z wielkimi tego świata bywa więc motywem wyboru.

I ostatnia sprawa. Mówił Ryszard Kapuściński, że dziennikarze mają szansę wpływania na opinię publiczną. Tak, i mają tego świadomość. Mówią to expressis verbis: „chcemy wpływać na opinię ludzi”. Obawiam się jednak, że nie wszyscy dziennikarze są predestynowani do tego, by opinię kształtować i na nią wpływać, a niekiedy ich wpływ może być zgoła niebezpieczny.

Dr Zbigniew Bauer
(medioznawca i literaturoznawca, IFP AP)

– Chciałbym powiedzieć kilka słów na temat sytuacji prasy lokalnej i regionalnej w Polsce. Mianowicie od dziesięciu lat obserwujemy stopniowe odchodzenie od indywidualności, także w tych, z natury rzeczy odporniejszych na uniformizację mediach. Dzieje się tak dlatego, że przechodzą one stopniowo w ręce wielkich koncernów medialnych, które prowadzą politykę macdonaldyzacji. Indywidualność przestaje być wartością. Jeśli się ogląda layout „Gazety Krakowskiej”, „Gazety Olsztyńskiej”, pism wychodzących we Wrocławiu, Opolu, w środkowej Polsce, należących do tego samego koncernu prasowego, to nie wiem, gdzie ja właściwie jestem? W jakim mieście? Wszędzie jest tak samo.

A więc proces macdonaldyzacji prasy regionalnej i lokalnej, a do takiej trafia przecież większość absolwentów studiów dziennikarskich, zwalnia ich od poszukiwania własnej indywidualności. Całe szczęście, że są jeszcze w tych redakcjach dziennikarze zdolni przytrzymać owych młodych ludzi, którym się jeszcze chce czegoś więcej, niż tylko hamburgera i frytek, fast foodu dziennikarskiego.

Nawiążę też do tego, o czym mówił Ryszard Kapuściński. Otóż wielkie koncerny medialne coraz rzadziej wysyłają dziennikarzy tam, gdzie można dostać po głowie, gdzie można zginąć... Bardzo chętnie natomiast korzystają z pracy dyletantów. Pisał o tym pan Ryszard w jednym ze swoich „Lapidariów”. Materiał nakręcony kamerą VHS, dostarczony do centrali przez kogoś, komu można dać pięćset dolarów (jeśli to bardzo dobry materiał) zostaje opracowany, włączony w pewien ogólny schemat, jakim posługuje się taka agencja. Za podróż ekipy w to miejsce trzeba by zapłacić kilkanaście, a może i kilkadziesiąt tysięcy dolarów... Myślę więc, że ważnym problemem w zawodzie dziennikarskim jest zanik indywidualności, zanik osobowości.

Olgierd Jęrzejczyk
(emerytowany dziennikarz „Gazety Krakowskiej”)

– Ja walczę od dłuższego czasu o „ufilologicznienie” studiów dziennikarskich. Patrzę na mojego kolegę, Ryszarda Kapuścińskiego – on jest z Pińska, a ja ze Słonima (o Krakowie nie ma słowa w „Panu Tadeuszu”, a o Słonimie jest) i jeśli ja chcę, żeby ludzie o tym wiedzieli, to jest to „ufilologicznienie” mojego zawodu. Kiedy myśmy studiowali dziennikarstwo, trzeba było przejść przez gramatykę opisową! Historii literatury uczyła nas prof. Garbaczowska, prof. Wyka literatury współczesnej. Do Stefana Otwinowskiego chodziliśmy na Krupniczą i rozmawialiśmy o literaturze dwudziestolecia międzywojennego.

Kształcenie literackie dziennikarzy było ważne. Dzisiaj osoby pracujące w TV mówią „wadza”, a spikerki „Dwójki” malują usta szminkami i nim powiedzą słowo, rozlega się mlask. To przecież znak lekceważenia widza i słuchacza.

Michał Maliszewski
– W niektórych krajach anglosaskich, na przykład w Australii, kończy się podstawowy kierunek studiów na poziomie licencjatu. Dalszą edukację zawodową powierza się „zakładom pracy”. One dają wiedzę rzemieślniczą, kompetencję a jak widzimy, nawet w sprawach etyki zawodowej decyduje kompetencja. Bronię więc przygotowywania kompetencyjnego dziennikarzy.

Rodzi się jednak pytanie, kto u nas weźmie na siebie ciężar przygotowania kompetencyjnego: czy instytucje – molochy, jak koncerny prasowe lub telewizja, czy uczelnie kształcące dziennikarzy?

Prof. Janusz Adamowski
Moim zdaniem nie powinniśmy być nastawieni na hodowlę brojlerów. Przyjmując nawet, że kształcimy dziennikarzy, nie chciałbym od razu, na początku drogi życiowej, dzielić młodych ludzi na elitarnych i masowych. Dlaczego? Doceniam rolę dziennikarstwa elitarnego i doceniam rolę wielkich nazwisk w dziennikarstwie, a jednak, gdy spojrzymy na nakłady prasy (na przykład w Wielkiej Brytanii) okaże się, że w gazetach masowych nie pracuje elita. A ja muszę dać taką samą wiedzę Monice Olejnik i Tomaszowi Lisowi, jak i tym mniej znanym, mniej utytułowanym... A co oni z tego wezmą, to jest już trochę ich sprawa. I dlatego powinien nastąpić sensowny podział pracy między uczelniami kształcącymi kadry dziennikarskie, a pracodawcami.

Jacek Stawiski
– Nie jadam nigdy w McDonald’sie, ale chcę żyć w świecie, w którym jedni mogą pójść do McDonald’sa, a inni do Wierzynka. I tak samo jest z prasą. Dziwię się, że na łamach „Super Ekspresu” żaden z polskich polityków od prawa do lewa nie potrafi opublikować prostego, jasnego, precyzyjnego artykułu politycznego, wyjasniającego jakiś problem, a na łamach dziennika „The Sun” co dwa tygodnie premier albo minister spraw zagranicznych, lub politycy opozycji potrafią do 3 milionów czytelników przesłać precyzyjny komunikat, że np. interes Wielkiej Brytanii polega na przystąpieniu do unii walutowej, po spełnieniu takich a takich warunków.

Ja wolę żyć w kraju, w którym jest miejsce na elitarne dziennikarstwo, ale także na szeroką debatę. Żadnego dziennikarstwa, ani popularnego, ani elitarnego, nie zrobią dyletanci. Trzeba się kształcić, trzeba się uczyć, trzeba umieć pracować w zespole. Rzemiosło na podstawowym poziomie jest niezbędne. Nie chciałbym, aby po studiach przychodzili do redakcji dziennikarze z nastawieniem, że będą nadawali ton debacie o wstąpieniu do Unii Europejskiej. Tacy ludzie wyglądają dla mnie podejrzanie.

Jan Pieszczachowicz (redaktor naczelny miesięcznika „Kraków”)
– Nie ma co ukrywać, polskie środki masowego przekazu są także skorumpowane. Znam redakcję tygodnika, który nie daje not o książkach, jeśli wydawca nie zapłaci! Znam ludzi, którzy chcą uchodzić za krytyków literackich, a pobierają regularne tantiemy, na przykład od wydawców podręczników i wiem, ile mniej więcej pobierają za tę usługę. Znam artykuły, autorów i redakcje, w których były publikowane artykuły pochlebne lub wybielające osoby ze sfer biznesu, które zakupiono za niemałe pieniądze. Dlatego dziwię się, że nikogo to nie dziwi, ale nie widzę powodu, aby ten fakt ukrywać przed adeptami dziennikarstwa.

Najpopularniejszą w Polsce formą korupcji jest „towarzyskość”. Są grupki, podgrupki i grupeczki, są kręgi młodych literatów, którzy obsługują siebie wzajemnie. Jednego dnia Iksiński pisze, że Ygrekowski jest dziwnie podobny do Tomasza Manna albo Balzaca, a na drugi dzień jest rewanż. Podobna samoobsługa, za wiedzą i przyzwoleniem redakcji, następuje w wielu innych dziedzinach – życia społecznego, gospodarczego i wszelkiego innego. Jest to obrzydliwe i nie mamy powodu być z tego dumni.

Środki masowego przekazu proponują odbiorcom taniochę, a gdy ta zostanie kupiona, powołują się na „wolę ludu”. To przypomina perpetuum mobile. Jako człowiek staroświecki protestuję przeciw traktowaniu społeczeństwa, czy przynajmniej pewnej jego części, jak głupów. Wysłuchałem niedawno na gruncie prywatnym wypowiedzi jednego z macherów od Wielkiego Brata. Powiedział mi tak: jeśli w Polsce są miliony idiotów, to my tym idiotom wychodzimy naprzeciw. Potem się będziemy powoływać na to, że nie wolno krytykować głosu milionów.

Chciałem też powiedzieć, że kształcenie dziennikarzy, tak naprawdę, odbywa się dopiero w redakcjach. Jeśli szef zachęca, żeby robić szmal za wszelką cenę, to ten szmal będzie robiony! Czy Państwo wiecie, że przed wojną, w uchodzącej za brukową prasie „czerwonej”, między wiadomościami z targu i procesu Gorgonowej, były felietony najwybitniejszych w większości polskich pisarzy: Nałkowskiej, Dąbrowskiej i nikomu to jakoś nie przeszkadzało. A dzisiejszej prasie brukowej czy parabrukowej, przeszkadza... Prawda, w niektórych środkach masowego przekazu pokazuje się dziś i szambo i różyczkę, takie jest ostatecznie życie. Ale bardzo prosiłbym, żeby nie rżnąć głupa i nie raczyć odbiorców obrokiem duchowym.

Edward Chudziński
– Dziękuję wszystkim uczestnikom dyskusji. Przychylam się do opinii, że etos polskiego dziennikarstwa przetrwa, że będzie się ono dostosowywało do nowych wymagań, że będzie sięgało po nowe narzędzia, ale ostatecznie o wszystkim zdecyduje postawa i etyka samych dziennikarzy. Bo prawdziwe dziennikarstwo polega na odpowiedzialności za to, co przekazuje się innym ludziom, w jaki sposób i z jakim skutkiem.

Fotografował Bartosz Siedlik

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, marzec 2005 . Statystyka