Poeci i krytycy 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

Zobacz także:

A. Warzecha,
Wiersze

 

Stanisław Burkot

Czytajmy poetów

 

Nie wszystkich. Wrzaskliwa ulica, oszalałe mass media, szczuropodobni politycy w telewizorze, klatki schodowe zaśmiecone reklamami, których nikt nie czyta i nikt nie pyta o ich handlową użyteczność – świat jak z Franka O’Hary. To jest tło obrazu, na którym pojawia się człowiek współczesny – wykonuje jakieś ruchy, grzebie w śmietnikach, gdzieś biegnie z ponurą twarzą, ze spuszczoną głową. Byle do mety. Tak wygląda nowe zniewolenie. Szaleństwo plakatowych kolorów ma nas przekonać, że jeśli nie jesteśmy jeszcze w Arkadii, to lada dzień… itd., itd.

Szukajmy azylu przed szaleństwem świata, gdzie czas prywatny biegł będzie inaczej, gdzie pojawi się uśmiech, kontemplacyjny błysk myśli czystej, wolnej od stereotypów…

Wszystko to, co powiedziałem, powiedziałem z powodu poezji Andrzeja Warzechy… Charakteryzuje ją najpełniej wyciszenie, odrzucenie wrzasku – nie chodzi o ucieczkę, lecz o świadomy wybór i przenikliwe rozpoznanie spustoszonego wnętrza człowieka współczesnego. Rozpoznanie owo nie zmienia się w moralizatorską tyradę, jest ukryte za obrazkiem z życia – prawie banalnym, zwykłym. Przywołajmy tu wiersz Rodzinny telewizor:

Nawet nie zauważyłem
jak od stołu
przesiedliśmy się
przed rodzinny telewizor
przy którym
nie ma już miejsca
dla tatuowanych marynarzy
i żołnierza samochwała

Nawet nie zauważyłem
że w spisie lektur
znalazła się
instrukcja obsługi
i karta gwarancyjna
którą przechowujemy
jak metrykę
sławnego dziadka

Nawet nie zauważyliśmy, kiedy się to stało, kiedy nowa cywilizacja zawładnęła nami, kiedy rozstaliśmy się dawnymi wzorami życia, z najbliższym kręgiem sygnalizowanym przez rodzinny stół i światło lampy. Nie ma już miejsca na opowieści rodzinne i na czytanie książek (w spisie lektur główne miejsce zajmuje karta gwarancyjna telewizora). Myślę, że niemożliwe jest dziś nawet powtórzenie przez następców takiej drogi życiowej, jaką przeszedł autor Białego paszportu (1975). Komu by się chciało? Wprawdzie w 1968 r. na łamach „Życia Literackiego” ogłosił pierwszy wiersz, ale po drodze o mało nie został zakonnikiem, był kelnerem i fryzjerem, uczniem w liceum dla pracujących, od 1969 r. studentem filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, nauczycielem, dziennikarzem, jest jednak przede wszystkim poetą. Należy do pokolenia „urodzonych po wojnie”, de facto do „Nowej Fali”, jeśli dziś to określenie jeszcze cokolwiek znaczy. W czasie studiów należał do grupy „Tylicz”, uchodzącej za opozycyjną w stosunku do grupy „Teraz”, która na początku lat siedemdziesiątych ogłaszała buntownicze programy poetyckie i ideowe, eksponujące miasto jako jedyną przestrzeń życia. Andrzej Warzecha, Adam Ziemianin, Jerzy Gizella, Krzysztof Torbus, Wiesław Kolarz, Franciszek Brataniec w krótkiej fazie działalności grupowej głosili natomiast pochwałę prowincji. Ale starczyło to zaledwie na czas debiutu. Nowy Sącz, miejsce urodzenia Andrzeja Warzechy, nie jest zabitą deskami prowincją, tyle tylko, że do Tylicza, całkiem prowincjonalnego, wręcz skansenowego miasteczka, jest blisko, a Muszynę Adama Ziemianina zajął już wcześniej dla nazwania swojej grupy Jerzy Harasymowicz.

Z tego pierwszego okresu odnajdujemy u Warzechy ślady ironicznych potyczek z członkami grupy „Teraz”, jak w Dedykacji:

Na przekór wam poeci
którzy haftujecie swój sztandar
w niezgrabne słowa manifestów
wiosna
potrafi zadziwić
lepiej niż wiersz

Prowincja nie zmienia się u Warzechy, jak u Harasymowicza, w Arkadię, nie daje schronienia; poeta nie może i nie chce się w niej zakorzenić. Ironia, łagodna, a nawet ciepła, określa prowincjonalność nie w sensie materialnym (architektury, niedostatków współczesnych zdobyczy cywilizacyjnych), lecz duchowym. Wyraża to tytułowy wiersz z debiutanckiego tomiku Biały paszport:

Pomiędzy trybuną i ołtarzem
(jedno i drugie bywa zbijane
z nieheblowanych desek)
stoi poeta
z białym paszportem wiersza

Metafizyk majowej manifestacji
nieślubne dziecko
siwych teologów

Pomiędzy ołtarzem
a trybuną
pobożny ministrant
wiecujących
domowy nauczyciel
swojego proboszcza

Tyliczanie dość szybko rozbiegli się po świecie, opuścili swoją wyimaginowaną Arkadię; Ziemianin i Warzecha osiedli w Krakowie, Gizella, krakowianin z urodzenia, między sobą a Tyliczem – jakby to Norwid powiedział – „położył Ocean”… W twórczości Warzechy, i Ziemianina także, pozostał widoczny rys owego początku w postaci wrażliwości na piękno i tajemnice natury. Ważne miejsce w metaforyce poetyckiej zajmuje dom rodzinny. W odczuwanej bliskości znajomego pejzażu jest jakiś poetycki panteizm, pokorny szacunek dla ładu świata, nawet jeśli jest to ład gorzki, mówiący o śmierci:

Łąki już martwe
na wznak leżą
słońce wysysa z ziół ich soki
i do nas kiedyś przyjdą z kosą
i najpiękniejsze
zetną loki

(Czerwiec)         

Tego nie mógłby napisać żaden z poetów grupy „Teraz” czy grupy „Próby”. Jest to ryt własny, poświadczający odrębność i oryginalność, mający swoje konsekwencje w dalszym rozwoju poety. A Warzecha, dobrze wpisany w panoramę kulturalną Krakowa, jest autorem kilkunastu tomików wierszy: oprócz debiutanckiego Białego paszportu wydał tomiki – Rodzinny telewizor (1977), Ciało obce (1979), Błędny ognik (1982), Pieniądze dla umarłych (1987), Przy rodzinnym stole (1991), Krótka ballada o wiecznej miłości (1992), Matka atlety (1995), Jesień z mostu (1999), Zielony ryzykant (2003). Nie należy Warzecha do poetów medialnych – „obecnych” przy różnych okazjach w radiu i w telewizji, czasem w prasie codziennej zjawiają się jego pojedyncze wiersze. Poezja w takim układzie staje się zapisem życia, prywatnych myśli, jednostkowych wyborów, zawsze jednak rzetelnych indywidualnych wartościowań. Bo to wyznacza status poety, jest jego powinnością:

Serce powiedziało mu – nie
rozum powiedział mu – tak
on jednak
błazeńskim sposobem
poszedł własną drogą

(Poeta czytaj błazen)      

Powiedzieć jednak można, że to błazen ma często rację, bo w nagłym błysku rozpoznaje fragment prawdy. Służy temu cecha języka poetyckiego – obowiązuje w nim rygor, narzucony na myśl formalny porządek wiersza. Wypowiedź trzeba oczyścić z rzeczy zbędnych, byle jakich. Mówię tu oczywiście o dobrej i świadomej siebie poezji:

Przegrałem
powiedział mędrzec
zwyciężając na pięści

(Pokonany)    

Kto zaczął
pyta rozgniewany król
po przegranej bitwie

Ty panie
odpowiada kronikarz
z godnym historyka
stuletnim namysłem

(Kronika)    

Te dwa krótkie wiersze można rozwinąć w osobne traktaty, zamienić w eseje… Ale po co? Zniknie wówczas prawdziwa tajemnica języka poetyckiego. Nie chodzi w tym przypadku o nastrój, o emocje, lecz o myśl – rzec można: w stanie czystym. Nie jest podporządkowana nikomu, ujmuje jakieś relacje międzyludzkie, dotyka prawd odkrywanych nagle, niespodziewanie.

Operowanie paradoksem jest czynnością intelektualną, paradoks okazuje się diagnostycznym narzędziem w rozpoznawaniu absurdów świata. Na tej drodze poeci dochodzili często do postaw katastroficznych, do wzmacniania środków ekspresji – do krzyku. W poezji Andrzeja Warzechy nie ma krzyku, jest intelektualny namysł, często ironiczna refleksja. W budowie wierszy uwagę zwraca wyraźnie zaznaczona pointa, stanowiąca kompozycyjną dominantę. Wiersz nie jest zapisem przepływu emocji, liryczną erupcją, nie jest także wyznaniem czy spowiedzią, wynika z kontemplacyjnej postawy wobec świata. Człowiek okazuje się wpisany w porządek większy, rozleglejszy – wiecznych wymian życia i śmierci. Mit eleuzyński w wydaniu Warzechy ma swojską postać:

Wielkie pod ziemią
poruszenie
podbiał się budzi
i kaczeniec

Pąk się obraca
w stronę słońca
dziewczyna chłopcu
mówi zostań

(Wiosenna gorączka)     

Ale mit ten uznać można za najstarszą formułę aprobaty i zgody na życie z jego paradoksami, krótkością, gromadzoną latami w odczuciu indywidualnym sumą niespełnień. Bunt przeciwko odwiecznym prawom powiększa tylko cierpienie:

Nie uprawiał, bo nie miał czasu.
Nie miał czasu, bo czuwał.
Czuwał, bo nie dowierzał.
Nie dowierzał, bo nie był pewien,
i powiesił się ogrodnik
w swym rajskim ogrodzie.

(Rajski ogród)      

Jest w tym krótkim wierszu portret człowieka współczesnego, który zbudował sobie nieprawdziwe wyobrażenie życia i świata, fałszywe i obezwładniające. Przyroda, natura, zajmująca tak ważne miejsce w obrazowaniu poetyckim Warzechy, nie stanowi samodzielnego tematu; nie chodzi o malowanie wzruszających pejzaży, lecz stałe przypominanie owego odwiecznego eleuzyńskiego porządku. Tajemnica egzystencji jest jedna – i dla podbiału, i dla człowieka. Im dalej odchodzimy od owych elementarnych praw, tym więcej cierpimy. Poezja refleksji, namysłu, zasadnicza w dorobku Andrzeja Warzechy, zmierza – raz po raz – ku skrótowi, ku aforyzmowi. Zwięzłość jego wierszy, brak ozdobnych i wyszukanych metafor, uznać trzeba za celowe, perfekcyjne wręcz wydobywanie myśli właśnie. A myśl nie lubi krzyku, nie lubi także pustosłowia i ozdób.

Nasz wrzaskliwy, mass medialny czas buduje fałszywe wyobrażenie życia i świata. Pogoń za newsami zniekształca obraz; wszystkie mass media – niezależnie od głośnych deklaracji i zarzekań – są na czyimś garnuszku, prezentują interesy swego pana. Powtarzam tu opinię prawdziwego eksperta, najwybitniejszego z wybitnych – Ryszarda Kapuścińskiego. Tylko 10% z tego, co dzieje się wokół nas, staje się tematem przekazu, 90% to wielka „czarna dziura”. Na jej obrzeżach trwa nieustanny wrzask. To ten wrzask właśnie wypełnia nasze wnętrza, nasze sposoby myślenia i przeżywania, a nawet mówienia. Nie jesteśmy sobą, co więcej – może już nie potrafimy być sobą: jesteśmy niewolnikami newsowej cywilizacji.

Czytajmy poetów, których nie interesują newsy, których mózgi nie zostały porażone szczurzą gonitwą.

Stanisław Burkot

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, marzec 2005 . Statystyka