Furioso 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Bartosz Ochoński

Wrong-or-Well

 

Wystarczyło ledwie kilka słów mojego ojca w codziennej rozmowie o książkach — Orwell napisał „Rok 1984” wzorując się na książce Zamiatina — bym z miejsca kazał sobie znaleźć ją na półce i ustalić reguły gry na nadchodzącą noc…

Sięgając po nią oczekuję… odsłony granej od wieków sztuki o tytule Człowiecza bezwolność? Wejścia w krąg literatury zapomnianej, zaginionej? A może tylko kolejnej ilustracji prozy antyutopijnej, którą będę mógł się pochwalić, wymieniając na równi z bardziej znanymi Orwellami czy Burgessami? Czynię jednak w tym miejscu spostrzeżenie, że póki co, książka Zamiatina będzie pierwszą tego typu pozycją powstałą w bloku wschodnim, co z kolei wyzwala we mnie — nie mniej, nie więcej — świadomość środowiska kulturowego Rosji Radzieckiej tamtego czasu. W pamięci staje mi obraz bliskich represji stalinowskich — jeszcze na długo przed wojną, od 1924 — zesłań i egzekucji; przypominam sobie dramat Mandelsztama, poezje Jesienina… Mógłbym wyliczać długo — lecz zainteresowanych odeślę zwyczajnie do podręcznika historii.

Czytam zatem notę od tłumacza (Adama Pomorskiego), po której staję się średnio mądrzejszy… Z reguły bowiem podobne wydawnictwa posługują się jakimś szablonowym omówieniem utworu i jego quasi-interpretacją, ale — nie chcąc krytykować — dowiaduję się, że książka ta, napisana w 1920 roku, spotkała się z tak raźnym przyjęciem przez cenzurę, że światło dzienne ujrzała dopiero w 1988; aż nazbyt czytelne jest tutaj podobieństwo do Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. Cytując za Pomorskim mogę dodać jedynie: „Publikacja ta zbiegła się z rosyjskim krajowym pierwszym wydaniem powieści Orwella 1984, dla której była niewątpliwie pierwowzorem, i Nowego wspaniałego świata Huxleya, który inspirację czerpał zapewne także z powieści Zamiatina”. Nic więc dziwnego, że przyćmiona ich blaskiem odeszła w zapomnienie — trzeba się więc przekonać, czy słusznie?

* * *

Słusznie, niesłusznie… Z dużą satysfakcją dla siebie samego mogę stwierdzić: Orwell nie był pierwszy! Ciekawe jest, że na co dzień jakoś wcale sobie tego nie uświadamiałem — sądziłem (a zapewne pogląd ten pokrywa się z wyobrażeniami moich rówieśników także i dzisiaj), że świat Erica Blaira był projekcją czystego geniuszu tego „zniewolonego umysłu”; że ze zdumiewającą precyzją potrafił określić kierunek zmian politycznych państw socjalistycznych i wyczuwał stale obecne w świadomości tamtych pokoleń napięcia reżimowe. Z jego przemyśleń wyklarował się bowiem zdumiewający obraz człowieka inwigilowanego aż do granic możliwości — człowieka, któremu nieobca jest samotność; żyjącego w ciągłym strachu przed donosem — człowieka, którego nic nie jest jego własnym, „oprócz tych kilku centymetrów sześciennych zamkniętych pod czaszką”. Obraz porażający, lecz — wtórny. Zacznijmy więc po kolei.

W ogólnym ujęciu książki może się wydawać, że Orwell znakomicie dystansuje rosyjskiego pisarza — idzie tu konkretnie o łatwo przyswajalny sposób narracji, prosty i uporządkowany (czyżby echo robotniczych zainteresowań autora?), nienarzucający się czytelnikowi, skoro głównym elementem ofensywnym ma być sam przekaz utworu.

U Zamiatina inaczej — notatki głównego bohatera, D-503, są często rwane, brak w nich pewnej linearnej ciągłości i często zapis przeżyć rozsadza — tak potrzebny miejscami — ład; niech zilustruje to poniższy fragment: „Jestem jak błona fotograficzna: utrwalam wszystko z jakąś obcą, nie moją, bezsensowną dokładnością: złoty sierp — odblask światła na głośniku; pod nim — dziecko, żywa ilustracja — trafia do serca; w ustach rąbek mikroskopijnej junify [uniformu — B.O.]; mocno zaciśnięta piąstka, wielki (raczej — bardzo mały) palec schowany do środka — lekki, pulchny cień — fałdka na nadgarstku”. Ujawnia się tutaj pewna schematyczność przekazu: D-503, jako Pierwszy Konstruktor Integralu (promu kosmicznego umożliwiającego komunikację międzyplanetarną), kieruje się w życiu zasadami tylko matematycznymi, lecz daje już o sobie znać pewien rozłam, który ujawni się dopiero później, gdy on sam stwierdzi w swym ciele obecność duszy.

Za zaletę książki Orwella można uznać wyśmienity sposób budowania nazw własnych i tworzenia języka całkowicie innego od przyjętych. Nowomowa dąży bowiem do jego nieustannej skrótowości, schodzenia na coraz to niższe progi leksykalne — Orwell znakomicie wyzyskuje możliwości tego języka, tworząc takie terminy jak dwójmyślnie, prol czy myślozbrodnia. Mało tego — w przewrotny sposób fałszuje nazwy ministerstw, „stosownie do wymagań ideologicznych przesuwa sens wyrazów” — o czym w posłowiu do książki wspomina Artur Sandauer: „Ministerstwo Wojny przemianowuje się na Ministerstwo Pokoju, Propagandy na — Prawdy, Sprawiedliwości na — Miłości, Ministerstwo Morzenia Ludności Głodem — na Ministerstwo Aprowizacji”. Nazwy te stanowią ciekawe odbicie zamiatinowskiego Ministerstwa Opieki, skąd tylko krok dzieli nas do znanego skądinąd Urzędu Bezpieczeństwa.

Lecz obok tych pozytywnych momentów nadbudowania własnych przemyśleń do dzieła wcześniejszego autora — dalej nie ma już nic nowego. Zawdzięczamy Orwellowi upostaciowienie wszelkich powodów do strachu w osobie Wielkiego Brata — ale u Zamiatina jest on również obecny jako Dobroczyńca. Lektura Roku 1984 przynosi nam pewną łatwość w mówieniu o notorycznej obserwacji przez kamery przemysłowe — lecz to książka My na kilkanaście lat wcześniej wprowadza świat przeszklonych mieszkań! Podobnych przykładów jest więcej — lecz motywem świadczącym o uderzającym podobieństwie książki Orwella do oryginału jest końcowa scena rozmowy z Wielkim Bratem, która w efekcie prowadzi do pełnego zautomatyzowania bohatera. W ostatecznej próbie walki o własne życie nie liczy się nikt — nawet ukochana Julia (I-330) — którą Smith woli poświęcić, byleby tylko oddalić od siebie widmo tortur.

Mimo tych podobieństw, zdarzają się i subtelne różnice. D-503 pochodzi z wyższego, inteligenckiego środowiska, innego aniżeli Smith-robotnik, inne jest także jego podejście wobec Państwa Jedynego. Przemawia przez niego duma, świadomość siły Integralu i Dobroczyńcy. Podziw budzi w nim umiejętne dostosowanie się do wymogów kontroli urodzeń. Oto jak krytycznie patrzy na dokonania potomnych: „Czy to nie śmieszne: opanować umiejętność hodowli roślin, kur, ryb (…), ale nie dojść do ostatniego szczebla tej drabiny logicznej: hodowli dzieci. Nie sięgnąć myślą naszej Normy Macierzyńskiej i Ojcowskiej”. Dominujące jest lex sexualis: „Każdy numer ma prawo do każdego numeru jako produktu seksualnego”. Aby z kimś spółkować (pojęcie aktu miłosnego ulega całkowitej negacji), potrzebny jest „talon na numer” — trawestacja dawnych biletów wizytowych — i przydział na zasłony do pokoju. Seks jest dozwolony tylko o wyznaczonej porze, ustalonej podług Dekalogu Godzinkowego. Czas w antyutopii Zamiatina dąży do ścisłego podporządkowania władzy Dobroczyńcy — każda sekunda ma być starannie zaplanowana. Za uchybienia w pracy, w wykonaniu dziennej normy, grożą surowe konsekwencje. W przypadku numerów zarażonych wyobraźnią, u których uaktywnia się dusza, ten ostatni bastion wolnej woli i człowieczeństwa, wystarczy przypalić promieniami X zwoik mózgu w pobliżu mostu Varola — „I już jesteście wyleczeni z wyobraźni”. Konsekwencje tej Wielkiej Operacji, która dokona się w wyniku buntu przeciwników Państwa Jedynego, będą niewyobrażalne — nawet dla samego D-503. Wyzuty z emocji, stwierdzi w swej ostatniej notce: „Charakter pisma — mój (…). Żadnych bredni, żadnych idiotycznych metafor, żadnych uczuć: tylko fakty”. Beznamiętnie patrzy, jak ginie jego była kochanka — i mimo, że ta coś mu przypomina (grymas bólu na jej twarzy jest powidokiem orgazmu) — nie jest w stanie zdobyć się na najmniejszy gest współczucia. Apokalipsa jest totalna.

Książka Zamiatina wydaje się poniekąd dużo ciekawsza od tekstu Orwella i nie bez znaczenia pozostaje chyba fakt jej dramatycznej historii. Czytając ją, wielokrotnie zastanawiałem się, w jakim kontekście można o niej mówić? A nawet nie tylko o niej, ale o całej serii literatury antytotalitarnej… Ile bowiem prawdy zawiera w sobie Mechaniczna pomarańcza Burgessa? Czyż nie jesteśmy nieustannie napiętnowani przez przemoc? A czyż nieprawdą jest wizja Bradburego w 451°Fahrenheita, gdzie książka traktowana jest tylko jako niepotrzebny nośnik informacji podlegający spaleniu?

W przypadku powieści antyutopijnej znaczące wydają mi się dwie kwestie: jej pozytywny wpływ na czytelnika oraz mimowolny wpływ jej absurdalnych pomysłów na codzienne życie. Obcując z taką literaturą, nie od dziś mogę stwierdzić z całą pewnością, że dla mnie jej najgłębsza wartość wiąże się z dydaktyczno-moralizatorskim przekazem, tym bardziej, że prozę tę wypada umieścić w kręgu literatury satyrycznej. Nie dość, że miejscami przeraża, nie dość, że miejscami wyolbrzymia znane mi z czarno-białych obrazków scenki, to wreszcie podtrzymuje we mnie naturalną skłonność do szukania prawdy, czczenia wolności, albowiem to właśnie przez jej przerysowanie zaczyna się zupełnie innym okiem patrzeć na to, co pozostało mnie i mojemu pokoleniu — dziś. Człowiek, jakkolwiek brzmi to dziwnie, kończy lekturę podbudowany, bo podbudowana jest jego wiara w potrzebę konstruowania świata czystych wartości. Czytelnik tworzy swój ulepszony świat we własnej głowie, a dzieje się to poprzez świadomą negację fałszywych wzorów. Poprzez umiejętny wgląd w wydarzenia swojego kraju winien on wyraźnie oddzielać rzeczy dobre od złych. W inwigilowanym świecie każdego dnia na nowo zaczyna poszukiwania człowieka w sobie; uciekając przed tłumem, siecią, telefonem komórkowym, ma krótkotrwałą szansę wyzwolenia się. A, jak pisze Orwell, „to nie przez fakt, że ktoś cię słyszy, ale dlatego, że nie dajesz się ogłupić, trwa kulturowe dziedzictwo”.

Druga kwestia: czy społeczeństwo potrafi wytworzyć sobie osłonę przez niepotrzebnymi wtrętami? Ile jest w tym środowisku niepotrzebnego zainteresowania przemocą? Czemu każda dziedzina sztuki nastawiona być musi na szok estetyczny, na krew, na spermę, na ślinę? Ile jest w nas społecznej znieczulicy? nie potrafię sobie na to odpowiedzieć…

Pozostaje jeszcze ostatnie kwestia: czy Orwell był plagiatorem? A jeśli tak — czy był jedynym? Pomijając już wątek odrzucenia My Zamiatina przez wydawnictwa zachodnie, chciałbym powiedzieć, że tak — nie z racji, jakobym nie lubił Orwella — wszak jego twórczość mocno sobie cenię — ale z chęci odkrycia pisarza dziś zapomnianego, o którym niesłusznie zapomina się przy okazji rozmowy o prozie antyutopijnej. Poszukując odpowiedzi na postawione pytanie, a chcąc odwołać się do źródeł, nie musiałem sięgać daleko — wystarczył mi znaleziony w domu przegląd 100 Najważniejszych książek świata autorstwa Martina Seymour-Smitha. Oto, co pisze ów badacz o Nowym, wspaniałym świecie (1933 r.): „Książka Huxleya była pomyślana jako proroctwo i swój sukces odniosła bardziej jako proroctwo niż dzieło wyobraźni. Podobnie jak Orwell, wiele — niemal wszystko — zawdzięczał powieści My wielkiego rosyjskiego pisarza dysydenta Jewgienija Zamiatina. (…) Jednak Huxley z jakichś sobie tylko znanych powodów, zapewne pod wpływem próżności — grzechu większości autorów, niepotrzebnie wypierał się zależności od książki Zamiatina i utrzymywał, że nigdy jej nie czytał”. Faktycznie — jego wina była trudna do udowodnienia — nie było i nie ma nadal dobrego tłumaczenia książki Zamiatina na język angielski, a wydania z roku 1924 i 1970 nie zadowalają krytyków. Laur przypadł w udziale Huxleyowi, pozostawiając Zamiatina samemu sobie. Boska ingerencja? Radzieckie fatum?

A Orwell? Orwell powiedział Glebovi Struvemu, amerykańskiemu krytykowi, który w 1944 roku zwrócił jego uwagę na My: „Interesuje mnie ten rodzaj literatury i nawet sam robię notatki z myślą o tym, by coś podobnego napisać. (…) O ile jednak Orwell na pewno nie splagiatował My, o tyle trudno powiedzieć, by ją „przekroczył” czy dał ulepszoną wersję”. Odpowiedź jest zatem jasna i pełna — plagiatu nie było. Lecz nie ulega wątpliwości, że Rok 1984 nie może zostać uznany za dzieło pełnoprawne, skoro nie powstałby bez pośredniego chociaż udziału Zamiatina. Cóż — teraz nic nie ożywi zmarłego pisarza — ale czyż pamięć o nim nie jest dla niego największą nagrodą?

Bartosz Ochoński

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka