|
|
Dorota Zarębska-Piotrowska
Prośba o... (nie)szybkie czytanie
Czytanie szybkie można porównać do swoistego bombardowania sensorycznego, w którym następujące po sobie sekwencje bodźców powodują swoisty tłok informacyjny, uniemożliwiając zarazem wygenerowanie „echa”, stanowiącego neurofizjologiczną podstawę uruchamianych jednocześnie procesów pamięciowych
Zjawisko to jest w zasadzie uniwersalne i odnosi się do wszystkich rodzajów percepcji. W obszarze percepcji wzrokowej pojawia się towarzyszące czytaniu, znane powszechnie i prawidłowe fizjologicznie, zjawisko powidoku, stanowiące — w zależności od siły, rodzaju czy też czasu działania bodźca pierwotnego — efekt zalegania, subiektywnie postrzegany jako jego odwrotność (negatyw).
Analogiczne zjawisko, choć słabiej funkcjonujące w naszej świadomości, odnosi się do sfery percepcji słuchowej, objawiając się (subiektywnie i obiektywnie) swojego rodzaju brzmieniem wewnętrznym — fizykalnym, ale i mentalno-emocjonalnym „echem”. Jego siła i wyrazistość pozostaje w ścisłej zależności od intensywności i czasu trwania bodźca, wreszcie od charakteru i rodzaju „tła” — jawi się ono w sposób równie naturalny, co i nieunikniony. Jest to wszak jeden z podstawowych mechanizmów neurofizjologicznych, warunkujących ludzką percepcję i stanowiący bazę dla procesów pamięciowych, odnoszących się do bardziej wyrafinowanego, przetworzonego, złożonego materiału.
W realiach życia codziennego nie reagujemy na jeden wyizolowany bodziec, taka sytuacja jest bowiem możliwa wyłącznie na poziomie badań laboratoryjnych. W rzeczywistej percepcji zwykle mamy do czynienia ze złożonym, wielopoziomowym kompleksem: wyobrażeniowo-przypomnieniowym materiałem, w którym zakres, ilość czy intensywność poszczególnych warstw składowych stanowi wypadkową reaktywności neurofizjologicznej, modalności percepcyjnej (NLP) oraz zmiennych osobowościowych.
Co jest konieczne w procesie czytania?
Obrazy mentalne
Do opisu procesu czytania potrzebne jest pojęcie wizualizacji — dobrze znane, choć rozumiane odmiennie w rozmaitych konotacjach. Określa tu ono funkcję (czynność) tworzenia wizualnego obrazu, który posiada cechy i charakterystyki obrazu pierwotnego-realnego, którego nie da się jednak „obiektywnie” zobaczyć — jest dostępny wyłącznie intrapersonalnie, a więc pozostaje niedostępny innym osobom, nie podlega ich oglądowi. Pojęcie audializacji, przez analogię — mogłoby oznaczać przypomnieniowo-wyobrażeniowe odtworzenie pierwotnego bodźca słuchowego, dającego efekt as if, czyli złudzenie, mentalne echo lub wyobrażenie oddziaływania bodźca, przeżywane przez osobę dokładnie tak samo, jak gdyby bodziec działał. Odnosi się to do pozostałych kanałów percepcyjnych — dotyku, węchu, smaku, a nawet poczucia ruchu, zmysłu równowagi — które zwykle funkcjonują równolegle i równocześnie, choć z rozmaitą intensywnością i skutecznością, tworząc niepowtarzalną mozaikową, polisensoryczną konfigurację.
W kontekście naszych rozważań istotny jest jednak fakt, że dla układu nerwowego — ściślej, mózgu — zarówno sytuacja przeżycia rzeczywistego, jak i intensywnie wyobrażonego — jest w zasadzie równie realna, w obu przypadkach uruchamia reakcję łańcuchową niezwykłej biochemicznej gry neurohormonalno-enzymatycznej. Tak więc — pół żartem — mózgowi „wszystko jedno”, czy dany bodziec działa realnie, w czasie rzeczywistym, czy też mamy do czynienia z dowolnym tworem ludzkiej pamięci lub/i fantazji. Dowodzi tego wprost zadziwiająca skuteczność pracy mentalnej w treningu sportowym, terapii (także w stanach terminalnych) w ramach niekonwencjonalnych procedur. Praktyka wskazuje, że techniki ideomotoryczne stosowane w edukacji, terapii czy rehabilitacji — mają niezwykłą moc oddziaływania. Psychosomatyka uzasadnia możliwość generowania realnych reakcji fizjologicznych w oparciu o wyobrażenia (zwane tu, zresztą błędnie — wizualizacją).
„Szyszka w głowie”
Od prostej „wizualizacji” do wyobrażenia polisensorycznego droga jednak daleka.
Aby wyjaśnić działanie owego mechanizmu, pozwólmy sobie na pewien mentalny eksperyment.
Wyobraźmy sobie grupę ludzi zebranych w jednym miejscu i w ujednoliconych warunkach (czas i miejsce, temperatura, poziom luminacji, a nawet odległość czasowa od ostatniego posiłku i jego rodzaju), których prosimy o dokonanie „pracy mentalnej”, polegającej na wygenerowaniu „wyobrażenia trzymanej w dłoni szyszki”. Podane polecenie uruchomienia wyobraźni nie daje jednak, jak naiwnie moglibyśmy oczekiwać, jednolitych wyników — wyobrażeń zunifikowanych dla całej badanej grupy. Wytworzone przez grupę wyobrażenie szyszki — zapewne brązowej, wysuszonej, trzeszczącej, martwej, kruszącej się, kłującej, lepkiej, aromatycznej, gorzkiej — jest polisensorycznym obrazem mentalnym, którego cechy charakterystyczne dostępne są albo za pośrednictwem przekazu językowego (mówionego lub pisanego) albo też przy zastosowaniu technik projekcyjnych — ekspresji graficznej, obrazu, rysunku.
Pojedyncze „odbicia mentalne” szyszki różnią się jednak od siebie znacząco u osób biorących udział w eksperymencie — zarówno ilością uruchomionych stref percepcyjnych, jak też ich kolejnością, wreszcie intensywnością wywołanego echa. Uzyskujemy audio-foto-czucio-gramy o rozmaitym charakterze, nasileniu cech i ich wzajemnych proporcji.
Sprawa komplikuje się niepomiernie, gdy miast owej szyszki weźmiemy znane powszechnie, Mickiewiczowskie „był sad, drzewa owocne usadzone w rzędy, ocieniały szerokie pole...”, lub dowolny inny obraz — opis miejsca lub sytuacji, zwłaszcza zagęszczony nasyconymi emocjonalnie relacjami interpersonalnymi. W tym bowiem wypadku możliwość uzyskania niepowtarzalnych wzorców-reakcji polipercepcyjnych rośnie wykładniczo. Z różnych zresztą powodów. Głównym czynnikiem różnicującym będzie tu charakterystyka indywidualnych preferencji percepcyjnych typowych dla poszczególnych osób, ale także, co równie ważne, zróżnicowanie w dziedzinie doświadczenia osobistego uczestników eksperymentu. Nie możemy także wykluczyć, że dla kogoś ów „sad” stanowił kiedyś (w bliskiej czy odległej przeszłości) źródło traumatycznych wspomnień lub też euforycznych, wyidealizowanych wi-zji własnego dzieciństwa, a w konsekwencji uruchomi lawinę emocjonalnych wspomnień.
Czas-kreatywność-„edukacyjna krzywda”
Trzecim wreszcie i najistotniejszym bodaj czynnikiem warunkującym generowanie „wzorów mentalnych” jest indywidualna, podlegająca zmianie, a także treningowi, zdolność i gotowość do ich tworzenia. W rezultacie w odzewie na hasło „był sad” uzyskujemy całkowicie różniące się od siebie reakcje.
Warto jednak zaznaczyć, że do tego, by układ nerwowy wygenerował wspomniany „produkt”, potrzebny jest czas. Jeśli zatem przyjmiemy standardowy — statystyczny wzorzec osoby czytającej tekst literacki, musimy uwzględnić fakt, że do wytworzenia się kompleksowo jawiącego się wyobrażenia wizualno-audialno-kinestetyczno-węchowo-smakowego potrzebny jest specyficzny dla danej osoby okres czasu — od przyjęcia bodźca-informacji do uzyskania owego kompleksu-echa. Jeżeli jednak nie pozwolimy mu „wybrzmieć”, nakładając na to zbyt wcześnie nowe informacje (elementy, bodźce) także przetwarzane na kolejne obrazy mentalne, to w sposób oczywisty nie dopuszczamy do powstania śladów pamięciowych, mogących przeprowadzić owe treści z pamięci świeżej, bezpośredniej, do pamięci długotrwałej.
Jeśli zatem proces czytania miałby polegać jedynie na automatycznym wdrukowywaniu treści, nawet przy pewnym poczuciu ich zrozumienia — ale bez wspomnianego wyżej echa mentalnego — byłby on zubożony o wycięte tym samym pasmo reaktywności emocjonalnej, co z kolei zadecydować może o braku możliwości uruchomienia pełnej, prawidłowej, wielowymiarowej percepcji tekstu. Tym samym osoba „uwięziona w czasie” przymusem szybkiego czytania tekstu, zmuszona czy skłoniona do intensyfikacji procesu i swoistej kompresji percepcyjnej, nie może wykorzystać bogactwa i różnorodności swych naturalnych potencjałów innowacyjnych, a zwłaszcza tendencji i potrzeby kreatywności. Brak miejsca i czasu na inspirację i uruchomienie specyficznego sprzężenia zwrotnego między intelektualno-emocjonalną reakcją, a nakładającym się, nowym — „właśnie przeczytanym” — materiałem. W konsekwencji może to prowadzić do zablokowania czy okaleczenia wczesnego, kształtującego się u dziecka nawyku aktywnego, kreatywnego odbioru, estetycznej wrażliwości, kosztem „ilościowo-czasowych” osiągów, traktowanych jako percepcyjny sukces. Mierzy się go jednak łatwo uchwytnymi, prostymi metodami, przekładając subtelności ludzkiej percepcji na punkty i „noty”, które zebrane w odpowiedniej ilości pozwalają na wygranie konkursu czy czytelniczej olimpiady.
Pamięć-emocje-działanie
od Wertera do popidoli
Literatura piękna — wraz z jej ciągami narracji, zwolnieniami, przyspieszeniami, opisami, pełna emocji, obrazów i przypomnień, zarówno monosensorycznych, jak i o charakterze polisensorycznym — bywa źródłem fascynujących fenomenów. Bodaj najbardziej „medialne” Proustowskie magdalenki, ożywają w pamięci autobiograficznej czytelnika jako „wspomnienie zawłaszczone” — zinternalizowane jednak na tyle silnie, że wpisuje się wtórnie we własny repertuar pamięciowy czytelnika jako personal record. Zjawisko współcześnie pojawiające się jako „Efekt magdalenki” czy też „Fenomen Prousta”, wyjaśniany na gruncie psychologii poznawczej — wiąże się z „zasadą specyficzności kodowania adresowanego” (D. Thomson), zgodnie z którą proces ten dotyczy nie tylko podstawowego materiału, ale także towarzyszących mu skojarzeń z elementami szeroko rozumianej sytuacji (okoliczności, miejsce, czas).
Podobnie problem ten widzi E.L. Rossi (1995). Przywiązuje on szczególną wagę do jakości i rodzaju bodźców towarzyszących zapamiętywanemu — realnemu, ale także wyobrażonemu, odtworzonemu bodźcowi, czyli charakterystyce całości zapisu (rekordu). Dotyczy to w równym stopniu zdarzenia przywołanego przy pomocy medialnego nośnika (kronika, newsy, film fabularny), oglądanego-wysłuchanego, ale wreszcie — „przeczytanego”, stanowiącego źródło właśnie utworzonego czy też odświeżonego śladu pamięciowego. W ten sposób modyfikować można nie tylko informacyjną sferę, ale także wywierać wpływ na postawy, zachowania, hierarchię potrzeb czy światopogląd odbiorcy.
Nie zdajemy sobie jednak zwykle w pełni sprawy z siły ich oddziaływania — zarówno w skali jednostkowej, jak i społecznej/masowej, a nawet w wymiarze globalnym. Mają one zaskakującą skuteczność i zdolność uruchamiania — naturalnych lub sztucznie inwokowanych — lawinowych zjawisk czy fenomenów społecznych, spowodowanych m.in. gotowością odbiorcy „literackiego komunikatu” do zachowań naśladowczych. Przybierają one niekiedy postać swoistych memetycznych epidemii, w których informacja — komunikat stanowi swoiste wezwanie, uruchamiające realne indywidualne czy grupowe działania.
Zadziwiający fenomen społeczny, „gorączka werteryczna”, współcześnie zwany „Efektem Wertera”, uruchomił lawinę masowych samobójstw młodzieżowych na terytorium całej Europy. Masowość i negatywny potencjał zjawiska — repertuar myśli, postaw i zachowań autodestrukcyjnych, w konsekwencji zmusiły władze do wydania zakazu upowszechniania niebezpiecznego dzieła. Siła oddziaływania dzieła — wzorca literackiego — oraz zdolność czytelnika do patologicznie silnej identyfikacji z obiektem nie wygasła jednak do dziś, specjaliści bowiem nadal odnotowują pojedyncze przypadki klasycznego „werteryzmu”. Podobną funkcję współcześnie przypisuje się twórczości popidoli, które poprzez szerzenie wzorców i standardów zachowań uruchamiają wzorce naśladowcze — także wiodące do samozniszczenia w obliczu trudnej czy niemożliwej do rozwiązania, kryzysowej sytuacji albo jej zinternalizowanego wyobrażenia.
Zdarzenia emocjonalne, stanowiące punkt wyjścia a zarazem ich przyczynę, są przecież fragmentem realnie przeżytej lub/i wyobrażonej historii życia człowieka. Wszystko to pozwala uświadomić sobie jak istotnym czynnikiem w akcie czy ciągu percepcyjnym jest czas, a więc indywidualne tempo, uwzględniające pauzę, zawieszenie, zamarcie, jakby przyczajenie się, wyciszenie, czy nawet swoiste fugi myślowo-emocjonalne, których obecność umożliwia nasycenie aktywności umysłowo-mentalnej czynnikiem kreatywności i warunkuje jej personalizację.
Mentalne „karaoke”
Osobisty, niepowtarzalny rytm, tempo, czas mentalnej reakcji — odnosi się do wszystkich form ludzkiej aktywności i nie wolno go łamać, naginać do zewnętrznych, zwykle nieuzasadnionych czy wręcz przypadkowych, norm, które powstają nierzadko w wyniku źle zaprojektowanych, słabych i nieuzasadnionych metodologicznie, laboratoryjnych badań, a dane statystyczne tak uzyskane niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Znalezienie, a w konsekwencji narzucenie komuś zewnętrznego, obcego rytmu: marszu, biegu, tańca, nieskomplikowanych ćwiczeń czy choćby tylko oddechu, spowodować może trudne do przewidzenia konsekwencje. Zwłaszcza w aktywności sterowanej, wymuszonej normą cudzych oczekiwań czy wymagań, zakładane „osiągi” muszą się liczyć z realiami, naturalnymi ograniczeniami, wydolnością organizmu (wiek, płeć, stan zdrowia, itd.). Dobranie optymalnego tempa aktywności fizycznej, intelektualnej czy mentalnej — nie tylko dla jednej osoby, ale dla całej grupy i to jeszcze „ustalonego raz na zawsze” — jest niezwykle trudnym czy wręcz karkołomnym przedsięwzięciem, tym trudniejszym, im bardziej złożony jest proces który chcemy „normalizować”. Gdyby przywołać tu wizję — raczej dramatyczną — osoby czytającej w zadanym, równomiernym, odmierzanym tempie, na dodatek odległym od jej naturalnych preferencji — ale i sprzecznych z charakterem tekstu — uzyskalibyśmy horrendum w postaci „czytelniczego karaoke”.
Przywoływanie „polisensorów mentalnych”, wytworów naszej wyobraźni, podporządkowane tu zostało inwazyjnemu dyktatowi człowieka, ale i maszyny, komputera, nakazującego generowanie „produktów” w tempie na przykład 120 „wizji” na minutę, albo też, co gorsza, całkowite zawieszenie wyobraźni, wykluczając tym samym odczucie stanu radości, przyjemności, satysfakcji czy przepływu. Czytanie stanowi więc tu raczej mechaniczny, bezosobowy akt wczytywania informacji, co w sytuacji pominięcia pozostałych aspektów może też dać równie zubożone, żeby nie rzec — okaleczone — efekty w zakresie pamięciowego przyswojenia czytanego tekstu. Badania wskazują, że tak przyswojony materiał funkcjonuje w pamięci operacyjnej czytającego jako zorganizowany i zamknięty i zetykietowany„plik komputerowy”. Jest on ponadto trudno dostępny procesom przeszukiwania, w zasadzie nie poddaje się korektom i jest całkowicie niedostępny w innej, niż pierwotnie wczytana, formie. Informacje tak zapamiętywane nie „przechodzą” więc do innych, nawet niezbyt odległych, kontekstów, w konsekwencji więc pozostają — z punktu widzenia szeroko rozumianej wiedzy jednostki — całkowicie bezużyteczne.
Często obserwujemy zjawisko zalegania w pamięci „jakiegoś zlepka sensorycznego”, który ma tendencje do spontanicznego, samoczynnego odtwarzania się, bez woli i udziału podmiotu. Zjawisko to znane jest zapewne wszystkim, choć nie zawsze i nie w każdym przypadku jest ono dostępne świadomości. W sferze wizualnej ma charakter natrętnych obrazów, relacjonowanych najczęściej przez podmiot jako: „wciąż mam przed oczami…” (pamięć „kombatancka”). W odniesieniu do sfery audialnej mogą to być banalne, uciążliwie zalegające fragmenty piosenek, reklam, haseł, które zapadły w pamięć albo ze względu na dużą częstotliwość ich powtórzeń lub/i siłę bodźca (negatywną lub pozytywną w swej wymowie lub w relacji do wiodących preferencji podmiotu). Owo przypomnienie-echo, pojawić się może znienacka, bez widocznego powodu, w zupełnie przypadkowy sposób, niekontrolowany i niczym nieuzasadniony, lecz niekiedy nader irytujący. Oczywiście nie ma tu mowy o pełnym przypadku, bowiem odwołując się do koncepcji „zlepków pamięciowych” i pamięci sytuacyjnej (Rossi, 1988) nie mamy podstaw wątpić w takie właśnie funkcjonowanie mechanizmów procesów pamięciowych.
Po pierwsze - nie szkodzić
Wydaje się, że w świetle współczesnych badań neurofizjologicznych szybkie czytanie — podobnie jak inne równie „szybkie” psychoprocedury: pracy z pamięcią, uwagą oraz emocjami — wydaje się być procesem sztucznym: nie uwzględnia indywidualnych funkcji układu nerwowego i specyfiki percepcyjnej poszczególnych osób. Często nosi więc znamiona manipulacji, prowadzi bowiem do standaryzacji, upodobnienia i homogenizacji funkcji psychomentalnych jednostek poddanych procesowi edukacji. Niewątpliwie sprawdza się jako skuteczne narzędzie w pracy eksperymentalnej, w superintensywnych treningach (np. superlearning) czy rozmaitego rodzaju i „autoramentu” „crash” kursach, np. w pracy z poborowymi w jednostkach specjalnego przeznaczenia. Nie sądzę jednak, żeby tego rodzaju eksperymentowanie na żywych organizmach zarówno jednostki jak i społecznie rozumianej klasy szkolnej lub grupy, było wskazane lub choćby tylko dopuszczalne.
Pomijając doraźne efekty treningu w zakresie „szybkiego” czytania (zapamiętywania i innych psychoedukacyjnych nowinek), którymi chwalą się autorzy czy realizatorzy międzynarodowych projektów, niewiele wiemy o odroczonych w czasie skutkach tych oddziaływań oraz o ich swoistej interferencji-radiacji na inne sfery percepcyjno-pamięciowe, a nawet na — pozornie tylko odległe — poziomy funkcjonowania psychologicznego, sferę emocji.
Niezwykle łatwo w ich efekcie o banalne już nerwice czy depresje. Gorzej, gdy w wyniku owych innowacji pojawią się inne, złożone i niejasne w obrazie klinicznym, być może jeszcze nieznane lub/i nierozpoznane dysfunkcje — jednostki chorobowe umykające istniejącym klasyfikacjom i kategoriom. Mamy także prawo oczekiwać negatywnych efektów w postaci zaburzeń funkcjonowania neurofizjologicznego, z wielością i niejasnością ewentualnych negatywnych skutków — począwszy od zaburzeń uwagi i koncentracji, anomalii percepcyjnych oraz rozmaitych dysfunkcji w procesie uczenia i przetwarzania informacji, do zaburzeń sprawności wykonawczych, kształtowania rozmaitych zdolności i umiejętności „z pogranicza”, włącznie z okresowym lub przewlekłym załamaniem się systemu obrony immunologicznej.
Wiadomo jednak, do czego niezbyt chętnie przyznają się entuzjaści „psychotechnik”, że owe drastycznie negatywne skutki mogą się pojawić rujnując na wiele lat zdrowie psychiczne i fizyczne osób poddawanych takim rodzajom treningów, a być może uszkadzając je w sposób nieodwracalny. Tym więcej ostrożności wymaga zakwalifikowanie „superintensywnych procedur — także szybkiego czytania — do grupy pożytecznych narzędzi, technik — w gruncie rzeczy — „niewiadomego przeznaczenia”, a stosowanych do oddziaływania na tak wrażliwy na zmiany i bodźce materiał jak układ nerwowy i mózg rozwijającego się organizmu dziecka. Warto także pytanie, czy poddawać dzieci tego rodzaju oddziaływaniom — uzupełnić o kolejną wątpliwość: „kto”, „jak” i „w jakim celu” to robi...
Dorota Zarębska-Piotrowska
Literatura
Cialdini R.B., Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka, Gdańsk 2001.
Csikszentmihalyi M., Przepływ. Psychologia optymalnego doświadczenia, Warszawa 1996.
Pratkanis A., Aronson E., Wiek propagandy. Używanie i nadużywanie perswazji na co dzień, Warszawa 2003.
Postman N., Zabawić się na śmierć, Warszawa 2002.
Rossi E.L., Hipnoterapia — psychobiologiczne mechanizmy uzdrawiania, Warszawa 1995.
Winn D., Manipulowanie umysłem, Wrocław 2003.
|
|