|
Rozmowy Konspektu |
|
Świadczenie o życiuZ Julianem Kawalcem rozmawia Krystyna LatawiecStarość pociąga za sobą obowiązek świadczenia o życiu, ponieważ człowiek stary widzi lepiej, bardziej wyraziście... Literaturę traktuję jak powinność, boleść psychiczną, a nie kapliczkę — mówi Julian Kawalec
Krystyna Latawiec:
Julian Kawalec: W powieści „Ukraść brata” z 1980 roku ukazuje Pan negatywne strony zmian po 1945 — ograbienie pałacu, demoralizację chłopów niezbyt chętnych do pracy na wspólnym polu, obrastanie w pańskie pióra nowej kasty urzędniczej. Szyderczy chichot byłego dziedzica stale prześladuje poczciwego Miękusa, który wierzył w ideały społeczne, a z czasem obserwuje ich degradację. Jakie były zatem negatywne skutki przemian ustrojowych? — Na uzasadnioną krytykę, a nawet potępienie zasługują brutalne metody sprawowania władzy, szczególnie w okresie stalinowskim, także łamanie praworządności, ograniczanie niezależnych ocen i postaw. Jeśli chodzi o zachowania indywidualne, to odchodzenie od podstawowych zasad moralnych, od współczucia, zubożenie sfery przeżyć, sprowadzenie emocji społecznych do pustej frazeologii o likwidacji biedy i do urzędowej propagandy równości. Idee szybko zostały zastąpione przez kult martwej materii. Na fali uprzemysłowienia kraju zapomniano o ziemi, a nawet ją lekceważono. Pana chłopi to ludzie twardzi, surowi, konsekwentni w osiąganiu celów. Co z chłopskiego dziedzictwa obyczajowego i mentalnego przeniknęło do świadomości współczesnego Polaka? — Zapracowany chłop cenił przede wszystkim czyn pożyteczny, dopiero po nim szły słowa. To czyn uzasadniał jakość życia, stąd niechęć do gry pozorów, do czczej gadaniny. Słowa są po to, by nazywać prawdę, a nie by używać ich instrumentalnie dla osiągania własnych korzyści. Niestety dziś obserwujemy odchodzenie od tej prostej zasady, podobnie jak wyzbywamy się przeświadczenia, że od naszych osobistych wysiłków zależy najwięcej, a nie od znajomości czy układów. Bohater Pana prozy — inteligent o chłopskim rodowodzie — pozostaje dziedzicem swoich przodków. Mimo wykształcenia i pozycji społecznej jest nadal „ziemi przypisany”. Nawet w małżeństwie widzi akt zemsty w imieniu rodu poniżanych na starej inteligencji, z której wywodzi się jego żona. Jak Pana zdaniem ułożyły się relacje między „nową” a „starą” inteligencją? — „Stara” inteligencja darzyła kultem przeszłość, „nowa” zwrócona była ku przyszłości. Ten, kto awansował w hierarchii społecznej, musiał się przedzierać przez bariery mentalne, które były o wiele trwalsze niż edukacyjne czy socjalne. Trzeba było pokonać zahamowania psychiczne, nauczyć się żyć w innym środowisku. Poród „nowej” inteligencji był trudny. Niejeden musiał znieść ironiczny uśmiech, gdy nie umiał jeść widelcem, gdy był inaczej ubrany, gdy przyplątało mu się wiejskie słowo. Michał Toporny z powieści „Tańczący jastrząb” poleca żonie spalić wiejski ubiór, gdy wstępuje w życie miejskie. Jak wytłumaczyć fakt, że tak wielu Polaków wstydzi się swego chłopskiego rodowodu? — Wychodzenie z małorolnej wsi, gdzie ziemia chleborodna, do miasta — ziemi ukamienowanej — wymagało wielkiego wysiłku. Zachować przy tym własną tożsamość, nie wstydzić się matki i ojca, którzy przyjeżdżali odwiedzić syna, to wymaganie często ponad siły młodego człowieka. Znam przypadek dziewczyny, która na widok ojca z furmanką powiedziała koleżance, że to służący w ich wiejskim domu. Polacy powinni szczycić się swoim chłopskim pochodzeniem, bo to mieszkaniec wsi tworzy to, co daje życie — chleb, za nim idzie wszystko inne. Kto tego nie widzi, jest ślepy i okrutny. Jak patrzy Pan dziś na „sczerniałą dolinę swojego dzieciństwa i młodości”? — Matka w ciągu dnia pracowała w polu i w obejściu, wieczorami zapalała lampę naftową i czytała książki, klasykę powieści — Orzeszkową, Prusa, Żeromskiego. Wtedy z izby dochodził głos babki: „Stacha, idź spać, nafty szkoda”. Ojciec zakochany był w grudzie ziemi, mówił, że można wszystko stracić, a ziemia zostanie jako źródło życia. Pracował w Ameryce, żeby zarobić na własny kawałek pola. Szanował ziemię, która wtedy jeszcze rodziła, a nie „produkowała”, jak dziś. W niedzielę chodził patrzeć, jak zboże rośnie. Miał w sobie dumę człowieka, który sam kształtuje swój los. Obok dzieciństwa ważna jest dla Pana starość. Z biegiem czasu znaczenia nabierają wątki egzystencjalne, a słabną tematy społeczne. Czy Pana myślenie o kondycji ludzkiej uległo zmianie? — Starość pociąga za sobą obowiązek świadczenia o życiu, ponieważ człowiek stary widzi lepiej, bardziej wyraziście. Dzieciństwo i wczesna młodość otrzymują wtedy „reflektor psychiczny”, który oświetla rzeczy piękne, wydobywa z minionego czasu mocne przeżycia, sprawia, że widzimy je w całej ostrości, bez potrzeby koloryzowania i udawania czegokolwiek. Jeśli chodzi o powinności społeczne, to nie ustępują one przed egzystencjalnymi, choć te drugie, jak doświadczenie utraty, samotności, zapewne uzupełniają wiedzę o społecznych powiązaniach człowieka. Uczą, jak wytrwać w pożytecznym trudzie, jak nie dać się ograbić z uczuć. Jak wyglądało Pana życie jako pisarza? — Wstawałem o piątej rano i zasiadałem do pisania. W chłopskich rodzinach wcześnie budzono dzieci do zbierania kłosów, stąd ten zwyczaj wczesnego wstawania. Pracując codziennie po dwie, trzy godziny, po roku, dwu, miałem powieść. Jednak gdy czytałem to po pewnym czasie, wydawało mi się niedobre, więc dużo skreślałem i pisałem od nowa. Szczyt pozostawał nieosiągalny, zawsze można przecież zrobić to lepiej. Ten zawód uczy skromności. Uwrażliwia też na losy ludzkie, bo to z nich pisarz czerpie inspirację, rozwijając ją później według własnego zamysłu, wzbogacając o wywiedzione z wyobraźni obrazy. Gdyby mógł Pan coś zmienić w swojej biografii, to skorzystałby Pan z tej szansy? — Chciałbym się więcej nauczyć, mniej stracić czasu. Pozostałbym jednak przy literaturze, choć mam świadomość tkwiących w niej pułapek. Literaturę traktuję jak powinność, boleść psychiczną, a nie kapliczkę. Piękno nie może być puchem, nie może unosić w „dziedzinę ułudy”, musi być obciążone trudem życia, mierzyć się z ludzkimi lękami, zwłaszcza z tym przed śmiercią. Dużo Pan podróżował, zetknął się z różnymi ludźmi i kulturami. Czy miało to znaczenie dla Pana jako pisarza? — Podróże to muzea, wystawy sztuki, nowe krajobrazy. Dla zrozumienia kondycji ludzkiej nie ma jednak większego pożytku z podróży. Trzeba się uczyć samemu, poznawać przez docieranie do istoty naszego losu. W utworach z lat sześćdziesiątych jest Pan dość surowy w ocenie swoich bohaterów. Czy dziś równie krytycznie patrzy Pan na etyczną stronę awansu społecznego? — Popieram młodych, zdolnych ludzi, którzy dzięki własnej pracy dochodzą do czegoś, osiągają swoje cele zawodowe i znaczenie społeczne. Natomiast karierowiczów strojących się w cudze piórka, uprawiających grę pozorów, pozbawionych szczerości w kontaktach z ludźmi, oceniam krytycznie. To oni sprawiają, że kryteria uczciwości i hipokryzji ulegają rozmyciu w potoku pustej gadaniny. Dbał Pan zawsze o stronę artystyczną swojej prozy. Korzystał Pan z monologów, stylizował język, choć nie na gwarę. Retoryka uroczystej mowy, napomnienia, kazania brała górę nad naturalnym tokiem narracji. Skąd czerpał Pan tego rodzaju inspiracje? — Jednym źródłem była Biblia z jej obrazami ludzkiego losu i opartym na rytmie wersetu podniosłym stylem, z moralistyką jej przypowieści i uniwersalnym przesłaniem egzystencjalnym. Drugim były opowieści wiejskie — z chłopska zwolnione, pełne powtórzeń, nawrotów myślowych i stylistycznych; wręcz ich natręctwo w ukazywaniu jakiejś rzeczy z różnych stron, jakby się chciało ją prześwietlić, wypowiedzieć w słowach całą jej złożoność. Czy mógłby Pan powiedzieć coś o swoim najnowszym utworze? — Jest to refleksja poetycka o nienawiści doskonałej, bo wiekuistej, zatytułowana Niech cię pochłonie życie… Nienawiść zaczyna się od niewinnych powiedzeń w rodzaju „kopać pod kimś dołki”, przechodzi w przekleństwa wyrażane szeptem, gestami, mimiką, jak choćby pomarszczone czoło. Po śmierci kłócą się nawet dwa prochy umarłych — jeden chełpi się, że na nim rośnie lilia, drugi przekonuje, że jego mlecz to odpryski słońca. W końcu jedno Nic nienawidzi drugie Nic i rzuca przekleństwo — „żeby cię pochłonęło życie”. I tak nienawiść zatoczyła krąg, od życia przez śmierć, z powrotem w życie. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Krystyna Latawiec |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka |