Proza 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

Marcin Kania — urodzony w Krakowie w roku 1980, absolwent IV roku filologii polskiej AP, laureat Stypendium Twórczego Miasta Krakowa za rok 2004. Związany z Śródmiejskim Ośrodkiem Kultury, gdzie współredaguje miesięcznik literacko-kulturalny „Lamelli”, Stowarzyszeniem Twórczym Artystyczno-Lierackim i Związkiem Literatów Polskich. Autor tomiku opowiadań: „Kryształowy pająk” (1999) oraz wyboru prób poetyckich i prozatorskich: Idąc w cieniu (2003).

 

Marcin Kania

Monique

 

Padający deszcz uderzał nierówną kaskadą kropli w niewielkie zadaszenie unoszące się nad wnęką korytarza. Dalej leżał gruz, rozrzucony nieregularnymi stertami po całej powierzchni placu. Mężczyzna zrobił krok, grzęznąc w rozmiękłej ziemi, w której załamywały się płytki dawnego chodnika. Śmietnik wypluwał z siebie plastikową lalkę o pustych oczodołach i domalowanym czerwienią uśmiechu.

Pustka.

Postąpił jeszcze kilka kroków, po czym zatrzymał się, wspierając dłonią o w połowie złamany trzepak.

Pustka...

Ponad nim szare, brudne molochy budynków o obłażących z tynku ścianach, krawędziami swoich sylwetek wykrajały fragment matowego nieba, wytyczając granicę światłu. W pustostanie po przeciwnej stronie wszystkie okna zabito deskami, w kamienicy po prawej okien z tej strony w ogóle nie było, podobnie zresztą jak w sąsiedniej, dopinającej powierzchnię podwórka w chylący się lekko na jeden bok prostokąt.

Pustka...

Deszcz uderzył ponownie, szarpiąc zawieszony nad śmietnikiem fragment nieprzeźroczystej folii. Zaszeptała szeleszczącym głosem, odpowiadając spontanicznie rytmicznemu bębnieniu deszczu. Upadające na twarz mężczyzny krople zdawały się wtapiać w pokrytą kilkudniowym zarostem skórę. Przetarł oczy. Obraz świata stał się mniej rozmazany, mniej odkształcony...

Choć wciąż trwał w swej dziwacznej deformacji.

Wydrążone pnie klonów poruszyły korą, kiedy poprzez rozpadliny zwapniałej, zakrzepłej materii przemykały wąskie strumyki wody.

Wszystko ożyło. Na moment. Nie więcej niż na sekundę. Jakby nigdy nie umierało, jakby nigdy nie przestawało istnieć.
— Może to jest właśnie ten świat? — przemknęło mu przez głowę. — Tamten świat. Jakiś świat?
O rozmokły grunt coraz silniej, coraz intensywniej zaczynały uderzać ciężkie krople wody.
Jakikolwiek...

Tego nie wiedział. Wcisnął głowę w ramiona, otulając się mocniej nieprzemakalną kurtką. Wilgoć czuł prawie pod skórą, jak przecieka przez szczupły, pociągły owal twarzy, wlewając się do oczu, ust, nosa, piekąc i szczypiąc niczym rozrzedzony kwas. Kwaśne deszcze nie były niczym niezwykłym w tej strefie klimatycznej. Nie różniły się też niczym od tych sprzed wojen. Wywoływały szybszą erozję wapieni i wyjałowiały przejściowo grunt, który z czasem i tak się odradzał.

Jak wszystko co musiało żyć, musiało istnieć.

Bum bum bum

Zamarł i spojrzał w górę. W wąskim, wypełnionym gruzem zawalonego budynku szybie oddzielającym jedną kamienicę od następnej uniósł się szary, łopoczący kształt. Mężczyzna zmrużył oczy. Kształt przeminął. Spojrzał jeszcze raz, żeby się upewnić, ale nie dostrzegł już niczego.

Po prostu niczego tam nie było

Ptak, bez dzioba, ze skrzydłami wielkości ramion nastolatka uniósł się jeszcze raz w jego umyśle. Dzieło wyobraźni czy przypadku? Nieistotne. Ruszył w stronę klatki schodowej. Zabarykadował drzwi, zrzucając na nie stertę starych, drewnianych opakowań.

Pocałuj mnie...

Odwrócił się i spojrzał na posąg kobiety. Stała w tym samym miejscu, wciąż i nieprzerwanie wpatrując się w przeciwległą ścianę. Kształtnych ust dotykał kurz, oblepiając twarz zielonkawym brudem.

Chyba już się nie spotkamy...

Chyba.

(fragment z Idąc w cieniu, Warszawa 2003)

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka