Nauczyciele wspominają 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Beata Śliwińska-Malcharek

„Obyś cudze dzieci uczył”

Siermiężna rzeczywistość i magiczna siła wspomnień

 

Tak, tak... Nauczanie cudzych dzieci to dla Chińczyków (mądrego narodu) przekleństwo przeznaczone dla najgorszych wrogów. Mnie chyba nikt aż tak źle nie życzył, a jednak to właśnie stało się moim udziałem. A może powołaniem, misją, pasjonującą przygodą...? Jedno jest oczywiste, na pewno nieopłacalną finansowo inwestycją. Co w takim razie popchnęło mnie do wykonywania zawodu nauczyciela i wyboru takiej drogi życiowej?

W tym miejscu właśnie chciałabym rozpocząć opowieść o swojej Alma Mater i moich z nią związanych wspomnieniach. Brzmi to bardzo oficjalnie i pompatycznie, ale jako skromna absolwentka chcę jedynie przywołać czar minionych lat, gdy zaliczona w poczet żaków WSP w Krakowie (nie doczekałam się bardziej patetycznej nazwy o platońskim rodowodzie), tam właśnie stawiałam pierwsze nauczycielskie kroki. Obracając w palcach indeks (całkiem nieźle zachowany), wertując strony, wzrok pada na te i inne nazwiska i budzi się ciąg luźnych, ale bardzo wyrazistych skojarzeń, myśli, odczuć...

I już jestem studentką z prowincjonalnego miasteczka, która nieźle zdała wstępne egzaminy i znalazła swoje nazwisko na liście przyjętych szczęśliwców (I roku polonistyki). I to początek przygód jednej z wielu studentek, która przez pięć lat wjeżdżała lub częściej wchodziła (winda instytutowa zwykle była przeciążona) na piąte piętro i kilka dni w tygodniu po kilka godzin, zmieniając sale rozmieszczone wzdłuż długiego, ciemnego korytarza, zdobywała kolejne stopnie wtajemniczenia.

Byłam przez kilka lat starościną rocznika, który oprawione na bordowo dyplomy, już z orzełkiem w koronie, otrzymał w 1993. W raczej zgodnej opinii naszych pedagogów byliśmy (mówiąc skromnie) ciekawym i dobrze rokującym rocznikiem (pracownikami AP z naszego werbunku są Marta Potaś, Iza Płonka-Zeller, Jakub Kozaczewski). Teraz to wiem — miałam szczęście, że los połączył mnie właśnie z takimi, a nie innymi ludźmi.

Najbardziej „traumatyczne” przeżycie dla studenta I roku to egzamin z literatury staropolskiej. My stawaliśmy twarzą w twarz z legendarnym doc. Okoniem. Ocena z tego egzaminu wcale nie wróżyła mi „polonistycznej kariery”. Inni mieli jeszcze mniej szczęścia. Trafialiśmy na fachowców, a jednocześnie pasjonatów i choć różniły ich temperamenty, poczucie humoru, wiek i stopień optymizmu, to jedno ich łączyło, powiem skromnie: sprawiali wrażenie ludzi, którzy wiedzą, co robią, robią to dobrze i zdają się lubić swoje zajęcie. Stąd ćwiczenia (bo tam kontakty interpersonalne mogły być bliższe i służyły wzajemnemu poznaniu) były owocne, ciekawe, ale pozwalające swobodnie oddychać. Podobało nam się, że wykładowcy z tytułami przed nazwiskiem nie wywyższają się, ale można z nimi pożartować (oczywiście w rozsądnych granicach), czasem zaprosić na kawę, czy przy milcząco-aprobującej zgodzie zmienić temat dyskusji na bardziej nam bliski i mniej niebezpieczny. I ta ludzka twarz (owszem, były i słabostki, które szybko nauczyliśmy się wykorzystywać) sprawiła, że ich wiedza w łatwy sposób, niemalże osmotycznie przenikała w umysły przyszłych adeptów sztuki nauczycielskiej. I chyba ta nauka nie poszła w las, bo wiedzę wtedy zdobytą z powodzeniem wykorzystuję do dzisiaj. Ale chyba nie to cenię najbardziej. Te pięć lat nauczyło mnie czegoś więcej. Pewnej postawy wobec życia, wiary w siebie, otwartości na innych, uświadomiło mi, że każda inwestycja w siebie to opłacalny interes, że można i trzeba lubić to, co się robi. Nie stałam się po studiach „alfą i omegą”, nie przeczytałam przynajmniej połowy z zadanych lektur (przyznaję się do tego uczciwie), nie do każdych zajęć byłam przygotowana, z częstotliwością „chadzania” na wykłady było różnie.

Sentyment każe mi wspomnieć kilku tych, którzy odbili mocny ślad w mojej pamięci i są w niej obecni jako dobre duchy tamtych czasów. A byli nieodłączną częścią pięknych, studenckich lat. W moich oczach, z racji wielu kłopotów i porażek w osobistym życiu, dodatkowo przywołują wymiar świata, który wiele dawał i obiecywał.

Mój pochód otwiera dr Jerzy Waligóra, połączenie groźnego, tubalnego głosu i dobrodusznie śmiejących się oczu, stuprocentowy fachowiec; doc. Tadeusz Budrewicz, który oprócz rozległej wiedzy dysponował zdolnościami gawędziarskimi, dalej spokojny i opanowany dr Andrzej Gurbiel i jego anielska wprost cierpliwość. Jego przeciwieństwo, dr Bogusław Gryszkiewicz — intelektualnie złośliwy sceptyk (uwielbiałam jego ironiczne poczucie humoru) z trochę nieufnym podejściem do wiedzy reprezentowanej przez płeć piękną. Nie sposób pominąć dr Zofii Agnieszki Kłakówny, z którą bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język. A mieliśmy okazję poznać też naszych Mistrzów trochę inaczej. Prof. Bolesław Faron okazał się niezrównanym miłośnikiem gór i zawstydzał nas kondycją na górskich szlakach śladami młodopolskich fascynacji. Kilkudniowy wyjazd do Grodna, litewsko-białoruskie reminiscencje, prosty, a przez to piękny świat „tamtej” polskości. Najwyraźniej zaś pamiętam egzamin u prof. Stanisława Burkota. A dlaczego? Bo miał charakter rozmowy, która pozwalała ujawnić nie tylko posiadaną wiedzę, ale dzięki licznym dygresjom i uwagom, przesuwała się płynnie od mistycznego Słowackiego do tłustości barokowych aniołków i turpizmu średniowiecznego dance macabre. Może to zabrzmi nieskromnie, ale poczułam się kimś więcej niż studentem zdającym egzamin. I przyznam, że piątka z tego egzaminu napawa mnie szczególną dumą. Chciałabym oddać jeszcze należyty szacunek prof. Annie Dyduch. Nie ma jej już wśród nas, ale jako promotorka, opiekunka i dobry duch mojej pracy magisterskiej zasługuje na ciepłe słowa. Skutecznie i bezboleśnie zmusiła mnie do „spłodzenia” w terminie czegoś, co dało mi tytuł magistra. I do dziś fakt napisania tak długiego dzieła wydaje mi się cudem.

Wierna temu, czego się nauczyłam, zaczęłam dzielić się tą wiedzą z innymi, młodszymi (LO). Robię to już ponad 10 lat i wydaje mi się, że Akademia Pedagogiczna nie musi się wstydzić swoich absolwentów. Historyjki i anegdoty wybrane z tych pięciu barwnych lat żyją w opowieściach, jakimi czasem uraczam moich uczniów. Nie odesłałam tych lat, tych ludzi, tego klimatu do lamusa zramolałego belfra. Wiem, że podobnie jak ja myśli szereg moich kolegów i koleżanek, którzy pozostają wierni nauczycielskiemu posłannictwu. Jako polonista szczególnie odczuwam teraz miałkość i niedoskonałość słów, niezdolnych w pełni do wyrażenia tego, co czuję. Powiem więc najprościej — za każdą chwilę tych pięknych, owocnych i twórczych lat dziękuję tym wszystkim, którzy tworzyli i tworzą Instytut Filologii Polskiej Akademii Pedagogicznej w Krakowie.

Beata Śliwińska-Malcharek