Furioso 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Joanna Młynek

Maja

 

Kto mógł się cieszyć z kosmicznych fajerwerków wówczas, gdy rzędy ławek w przestrzeni niebieskiej zapełniały wyłącznie lód i ogień? Kto mógł odgadnąć, że pierwszy odważny płaz wypełznie z przybrzeżnych wód i zrobi nie tylko mały kroczek, lecz wielki krok na długiej drodze wiodącej do naczelnych, dumnie ogarniających wzrokiem początek tej drogi? Oklaski dla Wielkiego Wybuchu rozległy się dopiero w piętnaście miliardów lat po tym, jak nastąpił

Naga Maja

Francisco Goya (1746–1828) jest jednym z najbardziej zagadkowych twórców przełomu XVIII i XIX wieku i jednym z moich ulubionych artystów malarzy. Jego obrazy pełne są tajemnic, a światłocień i barwa stwarzająca aurę intymności i zakazanej niemal ciekawości rzeczy niezwykłych, zdają się wytyczać granicę między rozumową drogą poznania racjonalistów oświeceniowych, a nieograniczoną fantazją — uprzywilejowanym źródłem romantycznej wiedzy o świecie. Jedna z najbardziej charakterystycznych rycin artysty — Rozum śpi — znana nam z licealnych podręczników języka polskiego, wraz z komentarzem samego autora powinna być na to najlepszym dowodem. Goya powiedział bowiem: „Wyobraźnia opuszczona przez rozum płodzi potwory, połączona z rozumem jest macierzą wszystkich sztuk i źródłem ich wspaniałości” (Sztuka Świata, tom VIII). Obrazy Goi, zwłaszcza te powstałe w ostatnich latach życia artysty, świadczą jednak dobitnie o tym, jak często właśnie skrywane namiętności i całkiem nieznane obszary ludzkiej wyobraźni, których prezentacji nie powstydziliby się surrealiści pokroju Salvadore Dalego czy Andrée Massona, potrafią odcisnąć swe groźne piętno na malarskim płótnie. Sam Witkacy, z narkotyczną pewnością twierdził: Goya musiał znać peyotl” (narkotyk, odurzająca substancja halucynogenna, otrzymywana z niektórych odmian meksykańskich kaktusów), a krytyk i historyk sztuki Maria Rzepińska uważa sztukę Goi za tę, która „penetruje obszary psychiki, uznawane dotychczas za tabu” (Maria Rzepińska, Siedem wieków malarstwa europejskiego). Środowisko artystyczne ówczesnej Hiszpanii skupione było bowiem w drugiej połowie XVIII w. na kopiowaniu na swój teren eklektycznego neoklasycyzmu francusko-włoskiego.

Omawiając pokrótce dorobek twórczy Francisco Goi, nie mogę jednak zapominać, że jest to przede wszystkim portrecista królewskiego dworu i twórca zaangażowany politycznie, a także piewca osobistych uczuć i emocji (jeśli przychylić się do zdania wyrażonego przez Goyę przy okazji interpretowania wyżej wymienionej ryciny z cyklu Kaprysy, o podobnych zadaniach, jakie pełnić powinna literatura i sztuka). Tak osobistym, niemal intymnym dziełem jest Maja naga. Z obrazu patrzy na nas piękna, nieco zawstydzona narzuconą jej pozą, niewinna w swojej otwartości kobieta. Mimo swych ciepłych i krągłych kształtów, to filigranowa, dość krucha postać. W połączeniu z miękkością i przejrzystością pościeli, na której układa się jej ciało, tworzy obraz niezwykle zaangażowany emocjonalnie. Ten odważny akt nie jest jednak w pełni harmonijny, zawiera niewykrywalną na pierwszy rzut oka dozę sztuczności i z tym właśnie wiąże się jego tajemnica. Głowa Mai nie pasuje do reszty jej ciała. Biografowie malarza nie poddają pod wątpliwość faktu, jakoby do obrazu pozowały dwie różne kobiety. I o ile nie interesuje ich tożsamość tej, która obdarzyła Maję plastycznym, jędrnym ciałem, o tyle dyskusja o właścicielce twarzy trwa do dzisiaj. Ciekawość niektórych badaczy zaspokoiły podania o rzekomym romansie Francisco Goi z arystokratką, księżną Alba (to przekonanie przyswoił sobie również Henry Koster, nakręcając w 1959 roku film pt. The Naked Maya), niepewność pozostałych wykorzystał bardzo umiejętnie Jostein Gaarder w cudownej powieści pt. Maja, w niezwykły sposób łącząc przedmiot zagadki z problemem przemijania, zagadnieniami z zakresu ewolucji, odpowiedziami na pytania egzystencjalne, zaczerpniętymi z dawnych hinduskich wierzeń, a także legendami zakorzenionymi w obyczajach hiszpańskich gypsies.

Z Gaarderem zetknęłam się po raz pierwszy czytając Świat Zofii, książkę stanowiącą dla mnie swoiste kompendium wiedzy dla opornych, przy okazji egzaminu z historii filozofii. Świat Zofii nie tylko okazał się doskonałym akademickim podręcznikiem, ale i fascynującą powieścią traktującą o radości pisania, w której, w przeciwieństwie do sarny zniewolonej przez pióro Szymborskiej, postaci fikcyjne robią wszystko, by wydostać się spod jurysdykcji krępującego je pisarza.

Maja jest całkiem inna i właściwie trudno uwierzyć, że obie książki wyszły spod ręki teologa i nauczyciela filozofii z liceum w Bergen. Bohaterem powieści jest norweski naukowiec, Frank Andersen, specjalista w zakresie ewolucjonizmu. Tu Gaarder zdaje się posługiwać rzetelną wiedzą na ten temat, ale do spraw, o których posiadamy ogólne pojęcie, dodaje swoje dość radykalne i niekiedy zbyt daleko idące spojrzenie, któremu, zafascynowani, mimowolnie dajemy wiarę, choć niejeden prawdziwy znawca tematu z szyderczym uśmiechem dorzuciłby swoje trzy grosze. To, że pewne cechy otrzymaliśmy w spadku po przystosowanych do poruszania się między gałęziami drzew presbytis entellus (gatunek małp, zwanych hulmanami, przystosowawczo adaptatywnych, których pomysłowość i przedsiębiorczość umożliwiła im zdobywanie coraz trudniej dostępnego pokarmu, a autorka posłużyła się wybranym gatunkiem jako małpą w ogóle, chcąc wywołać proste ewolucyjne skojarzenie) przyjmiemy za pewnik, ale jak na przykład zgodzić się z postulatem dziedzicznej świadomości? W pewnym momencie bowiem, nasz bohater, przechadzając się po złocistych plażach Tavenui (wyspa archipelagu Fidżi), jednego z miejsc akcji powieści, widzi piękną kobietę. Natychmiast odnosi nieodparte wrażenie, iż spotkał ją już wcześniej. Nie mogąc sobie jednak przypomnieć w jakich okolicznościach mieliby przyjemność się poznać, wysuwa wniosek, że ich spojrzenia mogły skrzyżować się nawet do kilku milionów lat wstecz, kiedy należeli jeszcze do stworzeń niższego rzędu, a pamięć o tym wydarzeniu przetrwała w świadomości istot, których ewolucyjne zmiany doprowadziły do narodzin człowieka, od tych konkretnych przodków się wywodzącego. Posunięty do granic abstrakcji ewolucjonizm Gaarder’a jest nadzwyczaj drobiazgowy. Zakłada, że skoro każdy człowiek stanowi konkretne „ja”, tu i teraz, to pochodzić musi również od „ja”, być może konkretnej jaszczurki, która w zamierzchłym karbonie zdołała osiągnąć dojrzałość płciową i złożyć jaja w cieniu trzydziestometrowego lepidodendronu, zanim, prozaicznie rzecz ujmując, zjadło ją większe straszydło. W ten niekonwencjonalny sposób podkreśla pisarz niebywałe znaczenie jednostki w historii rozwoju życia na Ziemi i właśnie ów postulat spowija oś fabuły magicznej powieści „o miłości i przemijaniu”. By to docenić, wystarczy uprzytomnić sobie położenie współczesnego człowieka (a więc i nas samych) w świecie pełnym sprzeczności, gdzie wielokrotnie bardzo trudno jest nam odnaleźć swoje własne miejsce. Z jednej strony mamy przed sobą nieskończoną liczbę możliwości, a jednocześnie to bolesne przeczucie, że nasze pomysły i decyzje w żaden sposób nie mogą wpłynąć na poprawę sytuacji politycznej kraju, stanu naszego środowiska, a nawet standardu własnego życia.

„Zebrani pod potężnym, rozgwieżdżonym niebem wspólnie stanowimy coś w rodzaju przekroju ludzkości. Wszyscy, choć na różne sposoby żywimy szczególne zainteresowanie czymś, co nazwać można dylematem współczesnego człowieka”. Tak towarzystwo zebrane w Maravu Resort na Tavenui podsumowuje organizator ich „tropikalnych spotkań na szczycie”, angielski pisarz John Spooke, jeden z głównych bohaterów powieści. I między innymi właśnie on zostaje wyrazicielem poglądu potęgującego przekonanie o niezwykłej roli człowieka w historii życia naszej planety. Ta i inne teorie stanowią swoiste pocieszenie dla Franka Andersena, opętanego myślami o krótkości i kruchości ziemskiego życia. Choć ewolucjonizm jest jego życiową pasją, utrzymuje go jednocześnie w przekonaniu, iż stanowi mały, jeden z nieskończenie wielu punkcików na ewolucyjnej linii. Alternatywnym rozwiązaniem staje się dla naukowca pogląd ciemnowłosej Australijki o imieniu Laura, która zachęca Andersena do uwierzenia w „duszę świata” z filozofii hinduskiej, wg której istnieje tylko jedna rzeczywistość, wieczna, niepodzielna i niematerialna (brahman). „Gdy na co dzień doświadczamy, że świat jest wieloraki, to jest to pozór, albo też to, co Hindusi od tysięcy lat nazywają maja”. Maja to senna iluzja widzialnego świata. Iluzja, która nakazuje nam uważać ludzi, z którymi się spotykamy, za coś innego niż my sami, podczas gdy wszyscy stanowimy integralną część tej samej „duszy świata”. Gdy umieramy, nasza dusza zdaje sobie po prostu sprawę z tego, czym była od samego początku, integruje się z brahmanem.

Teoria Anglika wydaje się nam bliższa. John Spooke uświadamia nam, że tak naprawdę my sami jesteśmy przyczyną tego, co na świecie miało miejsce od czasu Wielkiego Wybuchu. Bo tylko my potrafimy dostrzec, że to, co działo się przez miliardy lat, miało swój sens, że działo się nie z konkretnej przyczyny, ale dla niej. Przyczyna nie poprzedza tutaj konkretnych działań, jak to się zwykle przyjmuje, ale jest równoznaczna z rezultatem. Wszystkie te zmiany na przestrzeni wieków są niczym czerwony dywan rozwijany pod stopy wyjątkowych osobistości srebrnego ekranu. A tą wielką osobistością jest człowiek. Dowodząc tego, Spooke niespodziewanie dotyka czoła hiszpańskiej tancerki flamenco o imieniu Ana, kobiety spotkanej na plaży, której twarz jest wierną kopią modelki pozującej do obrazu Francisco Goi. A może twarz z obrazu to kopia samej Any? Czy możliwe jest, by piękna kobieta, którą mamy przed sobą pozowała do dzieła, które powstało niemal dwieście lat wcześniej? Byłaby to doskonała ilustracja teorii pisarza, rozwiązanie tej zagadki, w które nikomu bynajmniej nie każę z razu uwierzyć, stanowi już jednak fantastyczną część fabuły Mai, która owiewa książkę dodatkowo tym niezwykłym czarem baśniowej opowieści, budzącym ciepłe, dziecięce odczucia. Motyw karzełka z dzwoneczkami przypiętymi do śmiesznej czapki, który pewnego dnia po prostu zjawia się w jednym z hiszpańskich portów, w czasach, kiedy tworzy Goya, z dziwnie błyszczącym i gładkim obrazkiem przedstawiającym kobietę niezwykłej urody, mam nadzieję, jeszcze bardziej zachęci do sięgnięcia po tę lekturę.

Maja jest w tej książce niemal wszystkim. Jest całą tą książką, wypełnia jej karty i wypływa na zewnątrz, kiedy ją otwieramy. Ma mnóstwo definicji, a zarazem nie jest niczym konkretnym. Wątki, w które autor wplata to imię wydają się być niezliczone. Nie dotykamy Mai i nie możemy zmierzyć, a ona jakby nas zna, wypełnia, napawa spokojem, nieoczekiwaną radością. Maja to magia tej cudownej powieści, podczas gdy jej fabuła to tylko kształt; jest jak pigułka, okrągła i określona, która jednak — rozpuszczona w organizmie — dociera w jakiś sposób do wszystkich zmęczonych, nękanych chorobą członków i pobudza je do życia. Czytając tę powieść stajemy się świadomi własnego istnienia, zdajemy sobie sprawę, że sam już nasz pobyt tutaj jest swoistym horacjańskim pomnikiem spiżowym.

Udajmy się więc pod trzydziestometrowy lepidodendron i złóżmy tam owoce naszego życia, mając nadzieję, że przyczyną–rezultatem naszego rozwoju i działań będą przyszłe, jeszcze wspanialsze, doskonalsze pokolenia.

Oklaski dla Wielkiego Wybuchu rozległy się dopiero w piętnaście miliardów lat po tym, jak nastąpił…

Joanna Młynek

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka