|
|
Co „robimy” z literaturą?
pytamy w naszej sondzie
Profesor Henryk Markiewicz:
– Potrzeba czytania literatury pięknej w ostatnich dziesięcioleciach bardzo się zmniejszyła na skutek różnych zjawisk, które nazywamy przejściem czy powrotem do cywilizacji obrazkowej. Czas, jaki współczesny Polak, nie tylko zresztą Polak, przeznacza na czytanie książki należącej do literatury pięknej również wyraźnie się zmniejszył. W obrębie słowa pisanego zresztą działa także i konkurencja, wydaje mi się, że dzisiaj czytelnik polski, jeżeli już czyta, to chyba chętniej sięga po rozmaitego rodzaju literaturę faktu (od opracowań popularnonaukowych do pamiętników, reportaży, itp.) oraz po książkę kryminalną czy sensacyjną. Trzeba powiedzieć, że jest to książka napisana sprawnie, na wysokim poziomie, z właściwym dla tego gatunku profesjonalizmem; np. książki Carrégo, są to w swoim rodzaju rzeczy znakomite. We współczesnej literaturze brak zarazem jest utworów takich jak powieści Nałkowskiej, Dąbrowskiej, czy Kuncewiczowej, które należąc do obiegu wysokoartystycznego jednocześnie dostarczały czytelnikowi rozrywki.
Czego współczesny czytelnik poszukuje w literaturze?
– Różne są powody, dla których ludzie czytają. Jedni, jak to się mówi, po prostu dla zabicia czasu, inni dla doznania rozmaitych wzruszeń, często o charakterze kompensacyjnym, inni jeszcze dla zaspokojenia swojej ciekawości świata, żeby siebie lepiej zrozumieć, czy – zwłaszcza, jeżeli chodzi o poezję – żeby znaleźć formuły dla tego, co odczuwają, a czego sami nie potrafią sformułować.
Jak Pan Profesor postrzega współczesną polską krytykę literacką?
– Mówiąc szczerze, nie śledzę tak pilnie krytyki współczesnej, żebym mógł ją oceniać. Potrafię uświadomić sobie indywidualność krytyczną autorów z pokolenia Jerzego Jarzębskiego czy Mariana Stali, ale – jeżeli chodzi o młodszych – już tego zrobić nie potrafię. Ogólne moje wrażenie jest takie: bardziej przekonywający są dla mnie krytycy zajmujący się prozą niż ci, którzy zajmują się poezją. Ci ostatni częstokroć poprzestają na próbach zrekonstruowania sensu i przesłania omawianych utworów, i to próbach fragmentarycznych, z pominięciem tego, czego chyba nie rozumieją. Nie odpowiadają przy tym albo odpowiadają w sposób tylko bardzo pośredni na pytanie o powody, dla których cenią to, o czym piszą.
Jak współczesna krytyka przedstawia się na tle krytyki wcześniejszej, np. pozytywistycznej?
– Odwoływanie się aż do czasów pozytywistycznej krytyki nie jest w tym wypadku celowe, bo była to właściwie prehistoria krytyki współczesnej. Krytycy zajmowali się wówczas przede wszystkim, a często wyłącznie charakterystyką świata przedstawionego w utworze literackim, jeżeli chodzi o powieść, zaś sformułowaniem idei zawartej w utworze, jeżeli to była poezja. Generalnie biorąc, na pewno krytyka, zwłaszcza umiejętność scharakteryzowania budowy dzieła literackiego, po lekcji strukturalizmu osiągnęła znacznie wyższy poziom niż dawniej.
Rozmawiały Agnieszka Bal i Joanna Miczałowska
Profesor Franciszek Ziejka,
rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego
Nigdy nie prowadziłem badań nad tym, co współczesny Polak robi z literaturą, bo jest to raczej zadanie socjologów. Sądzę natomiast, iż z faktu istnienia dużego rynku księgarskiego wynika, że Polacy czytają, chociaż niekoniecznie literaturę najwyższych lotów. Nade wszystko jest to rynek biznesu, na którym rządzi pieniądz. Niewielu natomiast jest wydawców dawnego typu, których nadrzędna idea brzmi: „My chcemy określoną literaturę upowszechniać i będziemy ją zamawiać u takich, a nie innych pisarzy”. Byłaby to sytuacja optymalna, ale tak było w XIX wieku, a nie dziś
Odbiorcy literatury pięknej od zawsze byli zróżnicowani i dlatego potrzebowali różnego typu dzieł. Zastanawiając się, czy literatura współczesna odpowiada gustom dzisiejszej publiczności czytającej, dochodzę do wniosku, że chyba nie jest w stanie zaspokoić jej potrzeb. Pisarze, a przynajmniej niektórzy, chcą za wszelką cenę zaistnieć na rynku, w związku z tym gotowi są dokonać najdziwniejszych eksperymentów z tworzywem literackim.
Nie wiem, czy współczesny Polak w ogóle sięga po literaturę piękną; nie wiem, kto dzisiaj czyta. Czytają ludzie w pociągach, prawdopodobnie także emeryci i renciści, jeśli sobie nie dorabiają; inni - pochłonięci pogonią za pieniędzmi, nie mają czasu na czytanie. Pojawiają się różne akcje typu „czytanie dzieciom”, ale jest to specyfika już nie literatury wysokiej, tylko dziecięcej (co nie wyklucza jej wysokiej jakości!), więc może tym bardziej należy ją wesprzeć. Są i tacy, którzy czytają klasykę, skoro na przykład wydawnictwo Universitas uruchamia serie zapomnianych tekstów XVIII, XIX-wiecznych i je sprzedaje. Jest to prawdopodobnie niewielka grupa ludzi, którzy są zainteresowani, co napisał Woronicz czy Drużbacka.
Zgadzam się z tym, że w literaturze neologizmy, a także wyrażenia, które zostają przejęte na przykład z dialektów, są dopuszczalne. Nie odpowiada mi jednak nurt polegający na próbach wprowadzania przez niektórych pisarzy do literatury pięknej języka brutalnego, pełnego inwektyw i chamstwa. Tego typu literatura oczywiście także zyskuje czytelników, ale jest chyba obliczona na krótki dystans: aby – jak meteor – zaistnieć, a potem zgasnąć. Prawdziwa literaturapowstaje wówczas, kiedy pisarz ma coś ważnego do przekazania czytelnikowi, z czym chciałby się podzielić, natomiast samo rzekome odkrycie języka chuliganów, marginesu społecznego czy grypsów więziennych i epatowanie nim odbiorcy prowadzi do powstawania zupełnie innej literatury, chyba nie najciekawszej. Sądzę, że mamy jeszcze szereg znakomitych nurtów i znakomitych twórców w literaturze pięknej współczesnej, którzy nadają jej ton i cieszą się dużym zainteresowaniem. Nie wszystko jednak z dzisiejszej literatury (bo jest to olbrzymia produkcja) ma szansę przetrwać. Polacy są chyba jedynym narodem tak głęboko literacko zaangażowanym, podejrzewam nawet, że mamy więcej poetów niż polityków, a za polityków uznają się prawie wszyscy. Uważam, że z tej ogromnej magmy, która się pojawia, wyłoni się kilka wybitnych pozycji. Mimo pewnych podobieństw współczesności z sytuacją polityczno-społeczną w Polsce końca XIX i początku XX wieku, zasadnicza różnica polega na tym, że Polacy wówczas nie mieli własnego państwa, a zatem i władzy. W związku z tym literatura, już od początku niewoli, miała dodatkową funkcję – prowadzenia rządu dusz i równocześnie zastępowania władzy publicznej. Jednym słowem, była to próba wychowywania narodu, jak na przykład w epoce pozytywizmu. Młoda Polska częściowo się od tego uwolniła (np. w wypadku Przybyszewskiego), natomiast w twórczości Wyspiańskiego czy Żeromskiego widoczne są wyraźne związki z życiem narodowym.
Czy istotnie literatura nie może pełnić dzisiaj takiej funkcji? Myślę, że mogłaby, pod warunkiem, że nie będzie zastępowała polityków. Literatura dzisiejsza (także i światowa) współuczestniczy w formowaniu charakteru czytelników (nie całego narodu, bo to byłaby utopia, ale niektórych czytelników), wzbogaca ich osobowość.
Myślę, że we współczesnym życiu literackim duże znaczenie ma próba wgłębiania się w psychikę człowieka wystawionego na zupełnie nowe doświadczenia, na zupełnie nową sytuację. Któż jest tym architektem wnętrz ludzkich, jak nie pisarz, poeta? Ważne, żeby nie podchodził do tworzenia literatury jako człowiek, który chciałby za wszelką cenę pisać. Trudno powiedzieć, w jaki sposób obecnie literatura sięga do tradycji narodowej i z jakich korzysta wzorców; chociażby lektura pytań na egzaminie maturalnym uzmysławia nam, jak daleko odeszliśmy od tego, co wniosła np. literatura XIX wieku. Literatura piękna wówczas (mówię o wysokiej literaturze) sięgała do źródeł kultury ludowej, jak dla przykładu dzieła Reymonta.
Współcześnie także powinna odwoływać się do tego, co jest najważniejsze w życiu współczesnych Polaków. Przeżywamy rzeczywiście historyczny moment, sytuację, o której marzyli nasi przodkowie przez cały wiek XIX: jesteśmy w europejskich strukturach.. Dzisiaj przed pisarzami stają nowe zadania i obowiązki, pojawia się zjawisko globalizmu. Czy podołają oni wyzwaniom współczesności? Jak zachować swoją tożsamość narodową, a jednocześnie być obywatelem Europy? Jakie stoi zadanie przed literaturą w czasach, kiedy żyjemy w globalnej wiosce i wystarczy kliknięcie myszką komputera, żeby mieć dostęp do informacji na całym świecie? Radio i telewizja bezustannie karmią nas straszliwym szumem informacyjnym. Pisarz powinien umieć znaleźć się w tym trudnym świecie, nie może tkwić tylko w wieży ze słoniowej kości, nie dostrzegając zmian, jakie zachodzą w świecie, lecz grzebiąc jedynie w swoim wnętrzu. Pisarz na ogół nie tyle odpowiada na pytania, ile stawia je czytelnikowi, tak jak Wyspiański czy Żeromski, a wcześniej – Mickiewicz i inni romantycy.
Cokolwiek powiem o tym, jacy współcześni pisarze zasługują na uznanie, to natychmiast będę miał kłopoty z następnymi kandydatami do Nobla. Każdy z obecnych twórców jest na swój sposób wielki. Cieszymy się, że mamy w Krakowie dwoje noblistów, a także kandydatów na kolejnych, bo przecież każdy z twórców marzy o tym, żeby być uznanym na całym świecie. Może jestem staroświecki, ale dla mnie np. twórczość Wiesława Myśliwskiego – stosunkowo niezbyt bogata – jest bardzo wartościowa, oryginalna i głęboka. Jest to pisarz, który, krocząc poza modami, stawia podstawowe pytania egzystencjalne współczesnemu człowiekowi wywodzącemu się z warstwy wiejskiej, ale – z drugiej strony – to nie jest literatura chłopska.
Na pytanie: czego czytelnik szuka w literaturze, mogą odpowiedzieć tylko odbiorcy, gdyż każdy ma odrębne oczekiwania. Za kilka miesięcy otrzyma doktorat honoris causa Ryszard Kapuściński, pisarz, który wyrósł z dziennikarstwa i reportażu, który odkrywa prawdy o współczesnym świecie. Rzesze jego czytelników są ogromne, mimo że są to dzieła niefikcjonalne, oparte na faktach i wynikających z koncepcjach historiozoficznych.
Współczesny odbiorca idzie do teatru na sztukę Wyspiańskiego prawdopodobnie dlatego, że pamięta jeszcze ze szkoły i może wtedy nie wiedział, jak sobie poradzić z tym tekstem, ale coś go zafrapowało, kiedy czytał. Taki człowiek ogląda spektakl Wesela, a po obejrzeniu nie bardzo sobie uświadamia, co przeżył, jednak w trakcie oglądania sztuki znajdował się w kręgu najważniejszych spraw, które przedstawił autor. To jest to, co starożytni nazywali katharsis, oczyszczenie. Zawsze powtarzam, że przy lekturze dzieł literackich najważniejsze jest zdziwienie, zaskoczenie. Jeden odpowiedzi znajduje, inny nie znajduje, ale sam fakt zdziwienia, przeżycia wewnętrznego, to podstawowa forma odbioru literatury.
Jan Pieszczachowicz
Minimum przyzwoitości
Pytanie „co Polacy zrobili ze swoją literaturą?” wymaga sprecyzowania. Przede wszystkim – którzy Polacy? Około połowa rodaków nie bierze książki do ręki, więc zapewne uważają, że to nie ich sprawa. Pośród tych, którzy od czasu do czasu po nią sięgają, wielu uwzględnia tylko podręczniki, poradniki i inne formy piśmiennictwa użytkowego, a tzw. literatura piękna w ogóle ich nie interesuje.
Głód fabuły z powodzeniem zaspokajają filmy i seriale telewizyjne, o świecie uczą wszelakie talk shows i reality shows, harlequiny, proza popularna w rodzaju twórczości Katarzyny Grocholi. Powodzeniem cieszą się także książki związane z głośnymi ekranizacjami, w rodzaju przygód Harry’ego Pottera. To i tak swojego rodzaju osiągnięcie, bo przecież mamy do czynienia z czytelnikami młodego pokolenia, którzy lubią internetowe rozrywki i elektroniczne gry w stylu „zabili go i uciekł”.
Nadgorliwi zwolennicy nowoczesności nieustannie proklamują „koniec ery Gutenberga”, starając się przenieść swą aktywność autorską do internetu, gdzie każdy może być sobie sterem, żeglarzem i okrętem, czyli wydawcą, redaktorem oraz krytykiem w jednej osobie. Nie mam nic przeciwko internetowi i najdalej posuniętej swobodzie twórczej, ale całkowite wyjęcie dorobku spod osądu niezależnego, jakiejś fachowej weryfikacji, pod dość bezmyślnie stosowanym hasełkiem „precz z hierarchią”, nie jest mądre ani przezorne. Musi prowadzić – i już widać skutki – do dewaluacji, obniżenia poziomu i rozgardiaszu w sferze wartościowania, co na dłuższą metę nikomu i niczemu na dobre nie wyjdzie.
Miernotom i grafomanom to na rękę, pozostali powinni jednak zgłaszać sprzeciw. Bo jeśli rzeczowego analizowania i oceniania zupełnie się zaniecha, po co pisać? Chyba, że dla miłego grosza (rzecz skądinąd ważna), bądź krótkotrwałego i hałaśliwego rozgłosu fabrykowanego przez środki masowego przekazu, zdolne wykreować „wielkość” według swojego widzimisię, lub z jeszcze bardziej przyziemnych powodów, np. związanych ze stanem kasy redaktorów. Zresztą za krytyka może bezkarnie podawać się każdy, kto tego pragnie, bez względu na kwalifikacje – wystarczy dostęp do zaprzyjaźnionych „przekaźników”, choć nasza epoka preferuje podobno ekspertów. Na obszarze literatury okazuje się to w Polsce coraz częściej zbędnym luksusem, w związku z czym resztka czynnej, poważnej krytyki literackiej funkcjonuje marginalnie.
A poloniści akademiccy piszą swoje sążniste rozprawy, jakby ilustrowali frazę Wyspiańskiego „Niech na całym świecie wojna...” Może mają jednak rację uprawiając w naukowych niszach to, co traci grunt pod nogami w szerszej, publicznej przestrzeni? Nawet gdyby miało być utopią ładu humanistycznego, zawieszonego ponad mętnymi wodami ogarniętej anomią rzeczywistości, w świecie fascynującym się tym, jak i ile mieć, a nie jak być? Bowiem – już ktoś to zauważył – człowiek naszego czasu nie tyle chce być zbawiony, co za wszelką cenę uszczęśliwiony. Także za cenę porzucenia istotnych wartości. I to jest wielki temat dla pisarzy oraz humanistów.
Pytanie wyjściowe powinno być uzupełnione o jeszcze jedno: a co sama literatura zrobiła ze sobą? I czy może mieć pretensje, że jest niedoceniana i spychana na ubocze? Niewątpliwie wpływ na jej ewolucję miały przemiany społeczne po upadku PRL, obejmujące również stosunek do kanonu klasycznej twórczości literackiej. „Przerabiani” chwalebnie na lekcjach języka polskiego bohaterowie z przeszłości zawisnęli nagle w pustce. Wskrzeszony polski kapitalizm, pazerny i nuworyszowski, postawił w dwuznacznym świetle nie tylko romantyczno-tyrtejski kult spiskowania i bezgranicznej ofiary, dostosowany do realiów walki z komunizmem, ale także postaci pokroju Wokulskiego czy Judyma.
Ten pierwszy miał zarabiać pieniądze, nawet w okolicznościach trochę niejasnych i nadawałby się zapewne do nowej rzeczywistości, czyli III Rzeczpospolitej Korupcyjnej, gdyby nie młodzieńcze spiskowe grzeszki, naiwne sentymentalizmy, trwonienie pieniędzy z powodu rozkapryszonej pannicy i biedaków. A taki Judym, który zamiast dobrze i bez skrupułów zarabiać, bawił się w idealizm, kolegom po fachu psuł interes (dzisiaj też nie byliby mu za to wdzięczni)? To przecież postać archaiczna i frajerska, by nie rzec – szkodliwa...
Z owego pomieszania starego i nowego nikt nie wyszedł z tarczą: ani poloniści, ani krytycy, ani współcześni pisarze, zwłaszcza tzw. roczniki sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. Pierwsi nie poradzili sobie z reinterpretacją klasyki w świetle wyzwań nowego czasu. Drudzy w większości pogubili się, bądź skapitulowali wobec cichego szantażu, że mogą się okazać niewspółcześni i nienowocześni, co skłaniało do pilnego zapoznania się z poglądami koryfeuszy postmodernizmu (lub bodaj ich streszczeniami), a także demonstrowania dystansu do prawd, uważanych dotychczas za prawdziwe.
Wreszcie młodzi pisarze, zwłaszcza prozaicy, demonstracyjnie porzucili poczucie współodpowiedzialności za otaczający świat, zanurzając się w egocentryzmie oraz niechęci do określenia swojej tożsamości. Górę wziął – jako narrator i bohater – typ wiecznego chłopca (puer aeternus), skłonnego do uprawiania nostalgicznej (szczególnie na obszarze „małej ojczyzny” dzieciństwa) mitologii, na przeciwległym biegunie zaś brutalizacji i obrzydzenia w stosunku do rzeczywistości (świat widziany jako ponury i absurdalny „wyścig szczurów”).
Towarzyszą temu jałowe popłuczyny formalne, „komplikacjonistyczne” wygibasy pokrywające nierzadko epistemologiczną i aksjologiczną pustkę, brak prawdziwej innowacyjności artystyczno-intelektualnej. Nie ma tu na ogół cienia sprzeciwu, o buncie społecznym czy moralnym nie mówiąc; to raczej dziecięce rozżalenie na paskudny świat, połączone z bezradnością i frustracją, bądź w znacznej mierze reżyserowany cynizm. W gruncie rzeczy mamy do czynienia z zaniechaniem życiowego i intelektualnego aktywizmu, z czymś w rodzaju literackiej choroby woli – abulii, modnej w okresie modernizmu przed wiekiem.
Pora na konkluzję. Nie będzie ona mimo wszystko katastroficzna, bo pojawiają się od czasu do czasu książki godne uwagi, choć jest ich o wiele za mało, by wieszczyć nadejście wiosny.
Niedawno z przyjemnością wręczyłem nagrodę Krakowskiej Książki Miesiąca Wojciechowi Kuczokowi, pisarzowi śląsko-podwawelskiemu, za prozę Gnój – krwistą, mądrą, choć pesymistyczną. Spotkania ze znanymi poetami nadal gromadzą wielu miłośników poezji. Są zatem – choćby ich nie było zbyt wielu – czytelnicy wierni dobrej literaturze oraz nieliczni krytycy, którzy pod żadnym pozorem nie podpisują się pod literacką mizerią, co czynią bez skrupułów różni pseudokrytycy oraz przypadkowi dziennikarze. Pozostały na placu boju wydawnictwa, które obok konieczności zarabiania pamiętają o poziomie: w Krakowie np. Wydawnictwo Literackie, Znak czy Zielona Sowa.
Ale nie powinniśmy się pocieszać w stylu: „Nie jest źle, i nie jest dobrze, a więc jest nieźle”, bo w sumie jest niedobrze. Trzeba, by pisarze, krytycy i literaturoznawcy uświadomili sobie, że o to, co dzieje się w literaturze trzeba walczyć – zamiast biadolić i pogrążać się w bezruchu, każdy wedle swojej skromnej możliwości. A więc nie godzić się nawet na bierny udział w promowaniu miernot, odmawiać uczestniczenia w różnych zabiegach wynoszących literacką marniznę, w jej wychwalaniu, tolerowaniu nachalności autorów minorum gentium, w przyznawaniu nagród i wyróżnień wedle „kolesiowatych” kryteriów.
To praktyki szkodliwe, zwłaszcza wobec postępującego zaniku wartości, a nawet poczucia przyzwoitości w świecie literatury i w tym, co ją otacza. Trzeba mieć odwagę powiedzenia – jak to czynił zmarły niedawno o. Stanisław Musiał – że „czarne jest czarne”, grafoman pozostaje grafomanem, nieudaczny humanista lub krytyk – nieudacznikiem, a o pozycji pisarza nie powinien przesądzać czyniony wokół niej hałas.
To nie jest wygórowany program, to tylko minimum uczciwości i poczucia elementarnego poczucia obowiązku ludzi pióra. Ale to i tak dużo, zwłaszcza gdyby było stosowane solidarnie i w miarę szeroko. Cóż nam zresztą innego pozostało, jeśli nie zachowanie godności własnej, a także całej sfery literatury, której powinniśmy strzec?
Jan Pieszczachowicz
|
|