|
|
Piotr Krywak
„Pełno nas,
a jakoby nikogo nie było…”
O tym, co jest, a czego nie ma, czyli o literaturze popularnej słów kilka
Niech mi wybaczy Ojciec Polskiej Poezji, Mistrz Jan z Czarnolasu, że fragment jednego z najpiękniejszych trenów, jakie wyszły spod Jego pióra, wykorzystuję — jakże niestosownie! — by nadać tytuł szkicowi o wiele mniej subtelnej literaturze poświęconemu! Cóż jednak począć, gdy pasuje, jak ulał, do tego, o czym piszę…
Upowszechnienie informacji zapoczątkowane przez wynalazek Gutenberga, a przyspieszone i zintensyfikowane dzięki postępowi technicznemu w kolejnych stuleciach, doprowadziło w połączeniu z rosnącym poziomem wykształcenia społeczeństw, a tym samym ze wzrostem szans na korzystanie z informacyjnych źródeł, nie tylko do umasowienia kultury, lecz również — w dalszej kolejności — do efektu zwanego przez socjologów homogenizacją.
Istota tego zjawiska — postrzeganego jako nieunikniony skutek umasowienia — polega, jak wiadomo, na tym, że składające się na kulturę osobliwości ulegają jakościowemu spłaszczeniu: między tworami o charakterze elitarnym a formami prymitywnymi rozciąga się coraz szerszy obszar zjawisk pośrednich, możliwych do skonsumowania przez większą niż dawniej, bo lepiej do tego przygotowaną część społeczeństwa. Niekonwencjonalne, szlachetne, lecz wciąż intelektualnie nie wszystkim dostępne formy ulegają pod presją umasowienia trywializacji, przybierając postać prostszą, dostępną percepcji maluczkich. Formy zaś schematyczne, ubogie, z natury eskapistyczne i kompensacyjne, nawiązują do części przyswajalnych już przez większość, wyrafinowanych wzorów kultury elitarnej, wznosząc się na wyższy od dotychczasowego poziom. Zjawiska biegunowo skrajne przenikają się, tworząc fakty pośrednie, lepsze lub gorsze, ani wysokie, ani niskie. W sferze kultury artystycznej jednych nie sposób określić mianem arcydzieł, innych opatrzyć etykietą kiczu.
Homogenizację kultury, tendencję do wyrównywania poziomu, widać dziś gołym okiem, gdyż daje o sobie znać ilością reprezentatywnych dla niej zjawisk. Wszelako masowość uśrednionych pod względem wartości tworów kultury, wywołując znużenie swym schematyzmem, powtarzalnością i monotonią, determinuje narodziny innych tendencji, tym razem odśrodkowych, jednako — biorąc pod uwagę rozmiary centrum — elitarnych, czy, bo i tak rzec można — jednako marginalnych. Na jednym biegunie lokuje się zatem kultura skrajnie wysublimowana, której proces umasowienia nie zdołał sprasować i wchłonąć, a która — broniąc się przed nim — ucieka od przeciętności, coraz bardziej się wszakże alienując; na drugim zaś — kultura zbyt prymitywna, by zaakceptowało ją centrum. To ostatnie skądinąd nie pozostaje, jak mogłoby się z pozoru wydawać, jednolite. Zjawiska dlań reprezentatywne charakteryzuje znaczne zróżnicowanie, jeśli wziąć pod uwagę głębokość skłonu ku pięknu, bądź brzydocie, ku wartościom lub ich brakowi. Kultura jako całość — zachowując nadal skrajności — zdaje się wszakże mimowolnie zapadać, uśredniać, wyrównywać, poszerzając ilość obszarów zazębiających się, jakościowo sobie bliskich. Maleje przez to wyrazistość i znaczenie biegunów.
Nic dziwnego, że w sferze zjawisk literackich znajdujemy odzwierciedlenie opisanych wyżej procesów: literatura jest przecież częścią kultury artystycznej. Polaryzacja dzieł sztuki słowa istniała zapewne od czasów, w których człowiek zauważył, iż tak układanie słów w ciągi, których porządku nie da się uzasadnić wyłącznie potrzebami komunikacji językowej, jak i czytanie uszeregowanych w ten sposób wyrazów przynosi mu zadowolenie, brzmią bowiem inaczej niż zwykle: ładniej i przyjemniej. Tak było w czasach starożytnych i w średniowieczu, kiedy to rodziły się dworskie poematy Chretiena de Troyes czy Roman de la Rose Wilhelma z Lorris i Jana z Meung, a równolegle — mieszczańska Opowieść o Lisie; tak było w wieku XVI, w dobie renesansu, gdy herosom z eposów Ariosta i Tassa oponował niemiecki Till Eulenspiegel. Tak było i później, aż po wiek XX. Z każdym jednak stuleciem ostrość dawnych przeciwieństw słabła, zarówno w następstwie upadku feudalizmu i zainicjowanych przez Rewolucję Francuską procesów demokratyzacyjnych, jak i skutkiem upowszechnienia oświaty czy postępu technicznego, sprzyjających powstawaniu uproszczonych „dzieł środka” i coraz szerzej otwierających przez nie masom dostęp do kultury. Zwiększała się ilość poziomów, na jakie wspinali się autorzy, a przejścia z poziomu na poziom stawały się coraz bardziej płynne.
Końcowym rezultatem przypomnianych tu przemian okazuje się stan aktualny: śledzimy działalność nielicznej grupy literatów ambitnych, wyjątkowo zdolnych, których twórczość wywołuje rezonans w kręgach specjalistów i koneserów oraz — równie słabym cieszące się oddźwiękiem — grafomańskie, często obsceniczne produkcje anonimowych autorów graffiti z kamienicznych murów i ścian WC. Pośrodku zaś rozlewa się morze literatury zhomogenizowanej — w miarę sprawnej warsztatowo, lecz intelektualnie niewyszukanej — ciążącej raz ku jednym, raz ku drugim.
Charakterystyczne dla kultury postmodernizmu „mieszanie wszystkiego ze wszystkim” nie jest zapewne wyłącznie efektem programowych idei jego teoretyków. Jest też, jak sądzę, skutkiem homogenizacji. Wystarczy sięgnąć po prozę Teodora Parnickiego, by w jakże awangardowej powieści historycznej dostrzec wpływy utworów kryminalnych i fantastycznonaukowych, wystarczy sięgnąć po teksty Lema i Dürrenmatta, by zauważyć to samo. Na tle współczesnych mechanizmów determinujących przebieg kariery w show businessie ukazał postać Owidiusza Jacek Bocheński (Nazo poeta). Z kolei w jednym z mniej znanych utworów science fiction Andrzej Niewiadowski doszukał się form narracyjnych, dla których wzorem miała być Miazga Jerzego Andrzejewskiego. A żaden z wymienionych autorów nie był postmodernistą.
Postać i jakość zjawisk literackich zdaje się w co najmniej równym stopniu zależeć od czynników społecznych a nawet genetycznych, od tego choćby, ilu geniuszy, ilu intelektualnych średniaków i ilu idiotów przychodzi na świat w danym pokoleniu, a — co za tym idzie — jak kształtuje się podaż i popyt na określone rodzaje twórczości literackiej. Rozkład ten, jak się zdaje, jest — niezależnie od generacji — podobny. Zarówno ilość talentów, jak i debili bywa ograniczona, podczas gdy zasadniczy trzon społeczności tworzą jednostki uzdolnione oraz wykształcone (kreatywnie i konsumpcyjnie) mniej lub bardziej przeciętnie. Z tej właśnie, coraz bardziej rozrastającej się grupy, wywodzi się większość twórców i głównych odbiorców dzisiejszej, zhomogenizowanej kultury.
Wniosek stąd, iż literaturę najwyższego lotu tworzyć będą w przyszłości coraz węższe i coraz bardziej oddalone od mas intelektualne elity i przez równie wąskie kręgi będzie ona pożytkowana. To samo, stosując wszakże pojęcie antyelit, powiedzieć można o kulturze prymitywnej. Jutro zdaje się należeć do centrum. Marzenie fantastów, że wraz z postępem cywilizacyjnym zwiększy się ilość wolnego czasu, który ludzkość przeznaczy na uprawianie lub konsumowanie sztuki, urzeczywistnia się tylko w przypadku form minorum gentium, zsymplifikowanych, popularnych. Geniusze i kretyni nie rodzą się na kamieniu.
Po przemianach ustrojowych, w latach transformacji zalała nas fala amerykańskich powieści sensacyjnych, starych i nowych kryminałów, romansów Harlequina, westernów, fantasy i science fiction. Wkrótce po nich usadowiły się na naszym rynku, tworząc nowe wzorce popularnych czytadeł, obyczajowe powieści Hermana Wouka, Jamesa Clavella, Williama Whartona i innych, podobnych, których nazwiska mówią czytelnikowi niewiele. Ostatnio dołączyli do nich literaci uprawiający prozę historyczno-obyczajowo-przygodową w stylu Wilbura Smitha. Na przyzwoitym poziomie, reprezentującą sprawne, choć pozbawione większych ambicji literackie rzemiosło. Będzie tych przekładów, bo wszystko niemal, co dotąd wydano, pochodzi z importu, znacznie więcej, a widząc komercyjne sukcesy tłumaczeń, w ślad za autorami anglojęzycznych bestsellerów podążą niebawem, o ile znajdą nakładców, rodzimi twórcy. Tych ostatnich będzie z kolei więcej niż literatów znajdujących się dziś — z racji ambitniejszych dokonań — na ustach krytyków.
Środowiska opiniotwórcze wciąż jednak ignorują fakty i perspektywy. W Okopach Świętej Trójcy uparcie czekają na geniuszy: na Mickiewiczów, Sienkiewiczów, Reymontów czy Miłoszów XXI wieku, im tylko pragnąc okazać podziw i zainteresowanie. Poszerzenie zakresu badań literackich dokonało się tylko o tyle, że ostatecznie doceniono dzieła o rodowodzie plebejskim, lecz dopiero w minionym bodaj stuleciu zainteresowano się poważnie piśmiennictwem dla dzieci i młodzieży, uznając je wreszcie za istotną część literatury narodowej. Utwory dla mas wciąż pozostają twórczością niedostrzeganą, niechcianą. Mało kto spośród profesjonalnych krytyków ma odwagę Stanisława Barańczaka, który w niezbyt po temu sprzyjających okolicznościach potrafił zabrać głos zarówno w sprawie poezji lingwistycznej, jak i powieści milicyjnej, a nawet pisać o treści, funkcji czy odbiorze haseł umieszczanych na transparentach przez piłkarskich kibiców!
Zauważmy: spośród licznych odmian prozy popularnej tylko fantastyka znajduje stałych, fachowych komentatorów i doczekała się kilku periodyków jej wyłącznie poświęconych (m.in.: „Nowa Fantastyka”, „Fenix”, „Fantasy”, „Science Fiction”). Inne nie znalazły uznania. Zawdzięcza to jednak inicjatywom swych entuzjastów, niegdyś amatorów, a nie uwadze profesjonalistów.
Wśród recenzji zamieszczanych na łamach czasopism coraz trudniej znaleźć opinie o nowościach z kręgu literatury „lekkiej, łatwej i przyjemnej”. Istnieją na szczęście „Nowe Książki”, lecz któż je — poza bibliotekarzami — czyta? Książka krytyczna, naukowa monografia o literaturze popularnej, to wciąż jeszcze rzadkość. Wrocławski Słownik literatury popularnej z 1997 r., pozycja nadzwyczaj cenna, bo pionierska, jedyny do dziś tego rodzaju leksykon krajowy, mocno się już zdezaktualizował. Tymczasem piśmiennictwo popularme rozwija się w zawrotnym tempie, z dnia na dzień tworząc i stając się historią. Jeszcze kilkanaście lat temu hitami wydawniczymi były książki Alistaire’a MacLeana. Lecz, kto dziś pamięta o kupowanych niegdyś „spod lady” Komandosach z Navarony, Tylko dla orłów czy Lalce na łańcuchu?! Kończy się era sukcesów Fredericka Forsythe’a, Roberta Ludluma, Stephena Coontsa, Toma Clancy’ego. Przemija chwała Kena Folleta, Michaela Crichtona i Johna Grishama. Nawet John Le Carré, przez wielu uznawany za najlepszego autora powieści szpiegowskich, przestał być oryginalny. Teraz triumfy święcą Alex Kava (Dotyk zła, W ułamku sekundy) i Dan Brown (Anioły i demony, Kod Leonarda da Vinci). Z pisarzy krajowych popularność traci coraz słabsza proza Joanny Chmielewskiej, a u szczytu powodzenia zdaje się być Andrzej Sapkowski (Narrenturm).
Ulotność sukcesu i ludyczne funkcje „dzieł środka” nie mogą być jednak kryteriami, na których opiera się dostrzeganie i rejestrowanie bądź usuwanie utworu z dziejów piśmiennictwa. Jako fakt artystyczny i przedmiot kultury materialnej książka popularna — mimo kosych spojrzeń, jakie rzucają na nią krytycy — prędzej czy później znajdzie dla siebie miejsce w badaniach historyczno- i teoretycznoliterackich, a także bibliologicznych. Bo to ona właśnie — tak w produkcji, jak i w odbiorze społecznym — dominuje. A niezależnie od tego, lepsza czy gorsza, jest przecież częścią Literatury i dokonaniem edytorskim. Choć na razie, trawestując Mistrza Jana, wciąż pełno jej, a jakoby nijakiej nie było…
Piotr Krywak
|
|