Reportaż 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Zobacz:
Z Czartoryskimi do korzeni (cz. 2)


Kazimierza Karolczaka podróże nie tylko naukowe...

Z Czartoryskimi do korzeni... (1)

 

Wschód fascynuje wszystkich, którzy chociażby zapragną go zrozumieć, ciekawi przypadkowych przybyszów, przyciąga też potomków dawnych mieszkańców tych ziem... Na rubieżach Pierwszej Rzeczypospolitej wyrosły przed wiekami potężne rody litewsko- -ruskie, kształtujące potem przez połowę tysiąclecia ich oblicze. Jednym z nich byli wywodzący się z dynastycznego rodu litewskich Olgierdowiczów Czartoryscy, którzy największe wpływy uzyskali w XVIII wieku, a więc w końcowym okresie istnienia państwa polsko-litewskiego

Na Wschodzie pozostały ślady ich wielkości: zamki, pałace, kościoły, a przede wszystkim groby przodków. Ginąca kultura nieobecnych... Kultura absolutnie obca, a i niezrozumiała dla obecnych mieszkańców tych ziem, wyrosłych głównie w kręgu kultury ludowej. Ratowaniu pamiątek przeszłości nie sprzyjała też w ostatnim półwieczu oficjalna polityka władz państwowych na terenie ziem ukraińskich i białoruskich, szczególnie w okresie sowieckim.

Ziemia nasiąknięta krwią, ale ileż z nią wiąże się wspomnień... Wielu z nas wraca do niej myślami ilekroć pyta samego siebie: skąd nasz ród? gdzie nasze korzenie? Na chwilę wrócić postanowili też Czartoryscy... W wyprawie przygotowanej przez Związek Rodzinny udział wzięło kilkanaście osób, reprezentujących kilka pokoleń rodu. Najstarsi zdążyli jeszcze poznać i zapamiętać atmosferę panującą przed II wojną światową w rodzinnych pałacach w Żurawnie i Konarzewie, najmłodsi znają ją już tylko z opowiadań Dziadków. W żyłach wszystkich płynie krew Czartoryskich, mimo iż padają nazwiska Golińskich, Kraińskich, Potockich, Radziwiłłów, Rostworowskich, Rybińskich...

Fot. 1
Krzysztof Czartoryski, Wojtek Rostworowski, Maryś Radziwiłłowa

Stare koligacje i przyjacielskie związki z innym wielkim rodem spowodowały, że Dzieduszyccy „odstąpili mnie” na kilka dni Czartoryskim. Zaproszenie prezesującej Związkowi Rodzinnemu Barbary Czartoryskiej przyjąłem z radością, mimo że na wytyczonej trasie znalazły się jedynie cztery nieznane mi obiekty. Nie one były tu jednak najważniejsze, ale ludzie, z którymi miałem je oglądać. Bliskie powiązania dawnej arystokracji sprawiły bowiem, że spotykałem oto potomków bohaterów moich książek i artykułów, jako że współcześni Czartoryscy reprezentują w ogromnej większości wiedeńską gałąź Konstantego Adama, zawdzięczającą swoje liczne trwanie przede wszystkim Jadwisi Dzieduszyckiej, która poślubiając ks. Witolda urodziła mu aż dziewięciu męskich potomków! To właśnie sprawiło — jak sądzę — że „dzieduszyckologa” (nowa dyscyplina naukowa oficjalnie wyodrębniona przez dr Barbarę Czartoryską) przyjęto ciepło, z odrobiną „intelektualnej uszczypliwości właściwej jednostkom inteligentnym” (cyt. za Panią Prezes). Pojawiała się ona zazwyczaj podczas konfrontowania „minionych zasług” różnych rodów i nie dotyczyło to tylko relacji Czartoryskich z Dzieduszyckimi. Wkrótce miałem się przekonać, że równie ciekawe (i subtelne) są „wycieczki” w stronę Radziwiłłów czy Potockich. Dodało to bez wątpienia niezwykłego kolorytu dyskusjom toczonym tak „w drodze, jak i na popasach”!

Wyruszyliśmy symbolicznie: spod warszawskiego Pałacu Kultury, daru — nomen omen — Związku Sowieckiego! Nasza precyzyjnie wytyczona trasa wiodła przez Wołyń i Podole, a entuzjazm obecnych wzbudziła drobna korekta, dokonana już na samym początku przez „grupę trzymającą władzę”: zaczynamy od Czartoryska! Lepszą decyzję trudno sobie wyobrazić, to przecież kolebka rodu i nieważne, że obecnie po Czartoryskich nic tam nie pozostało. Zachował się jednak cudowny widok ze wzgórza na równinę, po której wije się wstęga rzeki, tworząc w miękkim podłożu łagodne zakola.

Fot. 2
Barbara Czartoryska, Maryjka Golińska, Krzysztof Czartoryski, kierowca Stec z Bielska, Maryś Radziwiłłowa

Na nocleg w Łucku zajechaliśmy spóźnieni. Znalazłem się w towarzystwie Wojtka Rostworowskiego (z wyglądu klasyczny wojewoda ruski z połowy XVII wieku: ładny owal pięknie wygolonej czaszki, przyozdobionej u dołu długą brodą) i Krzysztofa Czartoryskiego z Kanady (modelowy arystokrata z końca XIX wieku: niewysoki, o ładnie zarysowanym, szlachetnym profilu twarzy, z pełną siwizną głowy i pasującą do jego wyglądu, zadbaną brodą). Niektórzy obawiają się problemów językowych (nie każdy przecież uczył się rosyjskiego), ale nasza trójka świadomie wybiera rodzinę posługującą się jedynie językiem rosyjskim: w tym składzie damy sobie radę. Krzysztof mówi wprawdzie kilkoma językami, ale jego repertuar na Wschodzie okazał się bezużyteczny. Praktyczniejszą umiejętnością wykazuje się Wojtek, którego słownictwo rosyjskie poszerza się w miarę konwersacji przy suto zastawionym stole naszej gospodyni. Wdowa po pułkowniku wojsk rakietowych, wywieziona jako dziewczynka z rodzicami do Kazachstanu, przyjmuje nas z ponadstandardową gościnnością. Specjalnie przygotowane potrawy i to w ilości budzącej nasze przerażenie, okazały się nie tylko zjadliwe, ale naprawdę smaczne! Obok nich na stole pojawiła się obowiązkowo butelka wódki (na Wschodzie zastępuje ona zazwyczaj zarówno zimne, jak i gorące napoje), co mnie (bywałego w tych stronach) nie zdziwiło, ale już piwem, a zwłaszcza winem, byłem co najmniej zaskoczony. Najwyraźniej nasza sympatyczna wdowa nie była pewna upodobań swoich gości.

Już pierwszy wieczór zapowiadał niezwykle interesujące dyskusje i nie zawiodłem się. Kontakt nawiązany pierwszego wieczora okazał się trwały. Z Krzysztofem, prof. ASP z Vancouver — ku mojej radości — stanowiliśmy noclegowy duet do ostatniego dnia, a w razie potrzeby wspierał nas filozoficznie usposobiony Wojtek i tryskający życiem Piotr Goliński (z wszelkimi zadatkami na wspaniały typ jowialnego szlachcica). Trudno sobie wyobrazić lepszych kompanów i ciekawsze nocne rozmowy. Nie wiem, czy nie były one ważniejsze od wielu murów, zwłaszcza tych widzianych kolejny raz...

Fot. 3
Krzysztof Czartoryski, Wojtek Rostworowski

W Łucku śladów po Czartoryskich niewiele, jako że nawet baszta nosząca ich miano tyle ma z nimi wspólnego, że wybudowano ją kiedyś na ich gruncie. Od czego jednak koligacje rodzinne... Przy centralnej ulicy zamienionej obecnie w ciąg handlowo-spacerowy napotykamy cerkiew prawosławną, na którą w XIX wieku zamieniono dawny kościół Św. Trójcy, wybudowany przez... Radziwiłła! Nikomu z nas nie udało się jednak zobaczyć wnętrza, bo na dziedzińcu soborowym trwał wiec „banderowców”, w rocznicę wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Pojawienie się tam Polaków uznano by pewnie za prowokację, a na tym nam najmniej zależało. Spotkania z „weteranami” formacji tragicznie wpisanych w stosunki ukraińsko-polskie nawet po 60-u latach nie należą do przyjemnych. W Łucku, na Wołyniu, wspomnienia łatwo odżywają i niestety rzadko zbliżają obie nacje.

Łuck to przede wszystkim katedra, spotkanie z jednym z legendarnych już księży na tym terenie, wikariuszem generalnym diecezji — Łotyszem Mendysem, znakomicie władającym językiem polskim. Przyjął nas w gabinecie nieobecnego tego dnia biskupa, co dla mnie — posadzonego w fotelu ordynariusza — stanowiło pamiętne przeżycie. Ks. Mendys okazał się poza tym niezwykle mądrym człowiekiem, a wszystkich zaskoczył zaproszeniem do swojego prywatnego królestwa w pomieszczeniach na górze katedry. Wśród tysięcy mniej lub bardziej ciekawych drobiazgów, ogromnej ilości książek w kilku językach, odkrył przed nami największą pasję swojego życia: ornaty. Nie kilka, ale dziesiątki bogato zdobionych ornatów uratowanych przed laty z zamykanych kościołów, usuwanych w ostatnich latach z czynnych już świątyń (najwięcej z katedry lwowskiej) przez „nowoczesnych” duszpasterzy preferujących lżejsze i bardziej przewiewne materiały. To zbiór zaiste imponujący, godny publicznego pokazania.

Łuck nie jest może najpiękniejszym miastem, ale po spotkaniu z księdzem Mendysem wydał się fascynujący. Raz jeszcze przekonałem się, że nie same mury tworzą atmosferę, ale ludzie w nich mieszkający. Jeden skromny, mądry człowiek znaczy często więcej, aniżeli najstarsza budowla. A mądrość księdza Mendysa bywa wyrażana słowami prostymi, wypowiadanymi spokojnie, ze swoistą filozofią świadczącą o głębokiej równowadze wewnętrznej, o pogodzeniu się z prawami świata. Żałuję, że zawodna pamięć nie pozwoliła mi utrwalić tych „perełek”, wypowiadanych w sposób tak naturalny, że dla nieuważnego rozmówcy wręcz niedostrzegalny. Ilu z nas, świadomych życiowego powodzenia, potrafi sobie powiedzieć: „trzeba wiedzieć, kiedy odejść, by nie przekroczyć granicy śmieszności?” Raczej chcielibyśmy te słowa kierować do innych: do polityka (bo nie ta opcja), do pryncypała (bo zagradza nam drogę do kariery), do szacownego przodka ciągle trzymającego się steru rodzinnego interesu... Ksiądz Mendys tymi słowami skwitował pytanie o swoją przyszłość... Jakiż to kontrast z setkami „niezastąpionych”!

Łuck to pierwsze zderzenie (w następnych dniach będzie ich więcej) zachodnich standardów higienicznych ze wschodnią rzeczywistością. Dla mnie (akceptującego od lat Ukrainę taką, jaka jest) normalne, ale zdecydowana większość naszej grupy pojawiła się tu po raz pierwszy i — mimo przestróg rozsyłanych wcześniej drogą internetową przez starającego się myśleć za wszystkich Jerzego Potockiego — była zaskoczona. Cóż, w przygotowanej instrukcji znalazło się wprawdzie ostrzeżenie: „ukraińskie warunki sanitarne mogą odbiegać od tego, co znamy z domu, więc nie należy zapomnieć o własnym papierze toaletowym, ręczniku, mydle etc.”, ale nawet penetrujący afrykańskie bezdroża Jerzy Potocki nie przewidział, że na Ukrainie może najzwyczajniej w świecie brakować w domu wody! A już ciepłej latem to na pewno (no bo niby po co, przecież jest ciepło?)! Kto trafił na zapobiegliwą gospodynię (jak my), to już o szóstej rano miał w łazience wielkie wiadro gorącej wody (kiedy i jak ona to zagrzała?), kto miał mniej szczęścia, szukał nawet tej zimnej.

Przygotowany wewnętrznie na owe uciążliwości codziennego życia Krzysztof Czartoryski („no wiesz, ja już byłem w Polsce przed dwudziestu kilku laty i pamiętam, jak tu się żyje, pamiętam smutnych, szarych ludzi...”) starał się nie okazywać emocji i zdziwienia w zetknięciu z urządzeniami z założenia mającymi służyć higienie, szybko się przystosowywał (bądź udawał, że tak jest), to jednak musiał doznać szoku, gdy zmuszony koniecznością skorzystał z toalety w małej knajpce w centrum Łucka. Wrócił dziwnie zmieniony, z trudem zachowując spokój, w obecności swej kuzynki Radziwiłłowej powstrzymał się od komentarza, a jedynie wyszeptał: „to nieprawdopodobne!” Gwałtownie zareagował dopiero, gdy któraś z pozostałych czterech osób zapytała go po chwili o toaletę. „Tu nie można...” Po chwili siedzieliśmy w taksówce podążając do „prywatnej cywilizacji” na naszej kwaterze. Tu wprawdzie rdza sypała się ze skorodowanych rur (jak wszędzie), ale było w miarę czysto, a i deska klozetowa dumnie stała w kącie czekając na swojego amatora...

Prawdziwie sentymentalna podróż do korzeni zaczęła się po opuszczeniu Łucka. Nie wszyscy jeszcze zdawali sobie sprawę, czym dla rodu była niewiele dziś znacząca miejscowość Klewań, położona przy trasie do Równego. Wcześniej mijamy jednak drogę na Ołykę... Kierownictwo wyprawy, emocjonalnie przygotowane już na Klewań, godzi się ostatecznie na niewielkie (i krótkie — jak zapowiada) zboczenie z kursu. Trzeba. Radziwiłłowie by nam tego nie wybaczyli, a jak niebezpiecznie z nimi zadzierać, boleśnie przekonało się w przeszłości wiele rodów. „Nasi Radziwiłłowie” są usatysfakcjonowani! Zosia wchodzi niemal pod sklepienie pięknego kiedyś, a dziś zrujnowanego kościoła, zaglądamy do pustych dziś krypt grobowych, oglądamy stojący obok, najstarszy na Wołyniu maleńki kościółek. Wszędzie życzliwie prowadzą nas miejscowe dzieci, których matka stara się, jak może, opiekować świątynią. Na szczęście zaczęto odprawiać w niej nabożeństwa (prawosławne), co być może uchroni ją od całkowitej zagłady. Na zabudowania pałacowe rzucamy już tylko okiem, ponaglani przez energicznie dyscyplinującą nas czasowo Barbarę Czartoryską. Jeszcze tylko cukierki dla dzieci (o dziwo nie chcą brać!) i do Klewania. Wśród osób lepiej znających przeszłość swojej rodziny wyraźnie rośnie napięcie...

Kazimierz Karolczak

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka