|
Miejsca wspólne |
|
Artykuły z poprzednich |
Stanisław JasionowiczCzas ciałaStosunek współczesnej kultury do ciała jest złożony, a nawet niejasny. Nasze myślenie o ciele jest rozpięte pomiędzy dążeniem do jego unicestwienia z niezgody na to, że jesteśmy organizmami — jak meduzy czy pszczoły — a skłonnością do ubóstwienia biologicznej powłoki jako naszej jedynej, niepodważalnej własności Zdziwienie człowieka własną cielesnością to nie nowość. Zaskoczony niezwykłym planem Bożym święty Augustyn pisał: inter urinam et faecis nascimur. Bardzo dosłowna interpretacja chrześcijańskiej pogardy dla ciała prowadziła do daleko idących działań, sprzecznych z podstawowymi zasadami higieny (vide: włosienica i rezygnacja ze środków czystości). Podczas gdy asceza, jako sublimacja cielesności, służyć miała oderwaniu umysłu od ziemskich przywiązań, współczesne przejawy abnegacji służą raczej „ukaraniu” ciała za to, że jest i że przemija. Właśnie przemijanie ciała było kiedyś „oswajane”, choćby tańcami śmierci, pocieszającymi przez ukazanie równości wszystkich ludzi w ich cielesnej poniewierce. Współczesna kultura oswaja nas z cielesnością bez dania nadziei na wyzwolenie się z jej mocy. Niezgoda na cielesność i fascynacja ciałem to istotne tematy współczesnej sztuki, to także jedna z głównych manii cywilizacji zachodniej i zasadnicza treść kultury masowej w ostatnich dziesięcioleciach. „Wszystko, co ludzkie, jest nam obce” — tak próbowali zaklinać swoją cielesność liczni artyści i myśliciele XX wieku. Inni zaś mierzyli się ze swym ciałem, próbując traktować je jak obiekt sztuki. Trudno zliczyć tego rodzaju próby. Na przełomie lat 80. i 90. minionego stulecia francuska artystka Orlane rzeźbiła swoje ciało za pomocą rejestrowanych na wideo operacji plastycznych. Kreowała historyczne postaci, pokazywała też fizyczne cierpienie, prowadzące ją do zamierzonych efektów. Pewna Amerykanka, również dzięki serii operacji, upodobniła się do lalki Barbie, jednej z ikon kultury masowej. To interesujące działanie zostało jednak potraktowane jako przejaw zwyrodnienia amerykańskiego społeczeństwa i nie trafiło, o dziwo, do annałów współczesnej sztuki. U wielu ludzi tego rodzaju działania wywołują odruch obrzydzenia, ale jednocześnie sztukę tę uprawiają miliony innych, którzy dopasowują obraz swojego ciała do obrazów stworzonych medialnie w ramach budowy Nowego, Wspaniałego Świata z reklam i programów o życiu gwiazd szołbiznesu. Ale czemu się dziwić? Cóż naprawdę własnego nam pozostało? Nasze ciało. Wolność dysponowania swoim ciałem oraz iluzja, że każdy może (a nawet powinien) stać się kimś innym, żeby być sobą, zawładnęła wyobraźnią całych społeczeństw. Za pomocą karty kredytowej każdy może osiągnąć to, na co kompletnie go nie stać, a co wydaje się być jego cywilizacyjnym obowiązkiem. W dzisiejszych czasach człowieka można zrobić ze wszystkiego. Niedawno widziałem wystawę dwojga współczesnych artystów, którzy pokazali kupę śmieci i szpargałów, ułożoną tak kunsztownie, że po odpowiednim jej oświetleniu, na ścianie ukazywały się cienie, będące zdumiewająco wiernymi autoportretami twórców. Czy nasz stosunek do ciała zmienia się jakościowo, czy też jedynie media bardziej bezwzględnie eksploatują antropologicznie uwarunkowaną zasadę utożsamiania wartości człowieka z jego fizycznym wyglądem? Zwierzątko z bujniejszą grzywą, czy bardziej lśniącym futerkiem ma większe szanse na przeżycie, lepsze kąski, czy większy sukces rozrodczy. Siła fizyczna i uroda oraz ich protezy — pieniądz i władza tworzą mieszankę wybuchową, która jest siłą napędową także ludzkiego świata. Dziś, w kręgu cywilizacji euroatlantyckiej, każdy może być piękny i bogaty i uzyskać, choćby na kredyt, wygląd gwiazdy, lub tym podobne fizyczne atrybuty prestiżu. Marzenie o innym, lepszym ciele, to marzenie o lepszym świecie, to obecnie jakby zastępcza forma metafizyki. Dziś nie mówi się już, jak mawiały nasze babcie i mamy: „dobrze sobie wygląda” o kimś, kto z dzisiejszego punktu widzenia jest po prostu otyły. Minęły też czasy, kiedy bogacz-kapitalista charakteryzował się opasłym brzuchem, a atrybutem powodzenia było zgromadzenie solidnego zapasu tłuszczu. Obecnie wysokość konta jest odwrotnie proporcjonalna do wymiarów ciała. Tak więc przeciętny zjadacz chleba (a raczej: hamburgera) jest otyły, bo wmawia mu się, że zwiększona konsumpcja dóbr jest dowodem jego wzrastającego dobrobytu. A tymczasem bogaci chudną do granic fizycznej wytrzymałości. Biedni biedacy będąc otyli hamburgerowym złudzeniem powodzenia, widzą w telewizji i w brukowcach pięknych bogaczy, którzy… są chudzi. Bogaci znów wydrą im pieniądze na „cudowne kuracje”, które pozwolą stracić „zbędne kilogramy”. Ubóstwienie cudzego lub własnego ciała prowadziło nieraz do niezwykłych wzlotów ducha, można więc sądzić, że droga do ducha wiedzie przez doświadczenie ciała. Ubóstwienie ciała może oznaczać na poziomie wyobraźni dążenie do ideału, do pełni. Jednak na przeszkodzie zwykle staje doświadczenie czasu, które powoduje, że na nic zdają się próby utożsamienia fizyczności z nieprzemijalnym. Doświadczenie cielesności nie może być więc jedynie walką z czasem, niezgodą na jego niszczącą potęgę. Uszanować czas ciała — to jedyny sposób przeżywania cielesności, który jest w stanie ją transcendować. Dlatego, być może, to właśnie w doświadczeniu przemijalności, w pojmowaniu życia jako unikalnego, wartościowego procesu przemijania kultura zachodnia mogłaby odnaleźć sens bycia w ciele, bycia ciałem. Przeżywanie swojej cielesności w zdziwieniu, szacunku i pokorze… Chyba nic lepszego nie da się na razie wymyślić. Stanisław Jasionowicz |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka |