Wspomnienia 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Stanisław Burkot

Moje kontakty z Wincentym Dankiem

 

Urodził się 8 października 1907 roku w Krzeszowicach. Ukończył gimnazjum w Krakowie, a studia na Wydziale Filozoficznym UJ rozpoczął w 1926 roku. Lewicowe przekonania, bliskie PPS, spowodowały, że nie znalazł zatrudnienia w szkołach państwowych; w latach 1931–1939 pracował w gimnazjach prywatnych w Kolbuszowej, Krakowie i Toruniu. W 1934 roku obronił pracę doktorską napisaną pod kierunkiem profesora Ignacego Chrzanowskiego. W 1934 roku zdał także egzamin nauczycielski upoważniający do nauczania języka polskiego i łaciny. Wykonywany zawód stał się jego życiową pasją i prawdziwym powołaniem.

Okupację spędził w Krzeszowicach, pracując jako urzędnik w kamieniołomach w Miękini. Prowadził prywatne tajne nauczanie, za co w grudniu 1944 roku został aresztowany podczas pisemnej matury i osadzony w więzieniu na Montelupich. Natychmiast po wyzwoleniu przystąpił do organizowania gimnazjum w Krzeszowicach. Dziś szkoła ta nosi jego imię. W 1947 roku został dyrektorem IV gimnazjum w Krakowie, następnie naczelnikiem wydziału szkół średnich i kuratorem okręgu szkolnego. Usunięty z urzędu rozpoczął w 1951 roku pracę w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Był organizatorem Studium Zaocznego dla Pracujących, którego celem było uzupełnienie wyższego wykształcenia nauczycieli o niepełnych kwalifikacjach, których było wielu po wojnie. Dr Wincenty Danek został Dziekanem Wydziału Zaocznego, zaś praca Poglądy pedagogiczne Adolfa Dygasińskiego pozwoliła mu na uzyskanie w 1954 roku tytułu docenta (nie było wówczas habilitacji).

W. Danek
Wincenty Danek

W 1956 roku wybrano go rektorem WSP i funkcję tę pełnił przez lat piętnaście. Po złożeniu urzędu został dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej, kierownikiem Katedry Metodyki Nauczania, przewodniczącym Rady Naukowej IBL w Warszawie, redaktorem naczelnym „Ruchu Literackiego”. Od 1957 roku jego publikacje naukowe dotyczyły twórczości Józefa Ignacego Kraszewskiego; był znakomitym komentatorem jego dzieł, znawcą biografii, wydawcą listów. Badania profesora Danka nad twórczością Kraszewskiego zachowują do dziś wszystkie walory poznawcze; niemożliwa jest jakakolwiek kontynuacja bez odwołań do jego ustaleń.

Jakim był człowiekiem? Najważniejszą cechą osobowości Profesora Danka była solidność, rygorystyczne poczucie obowiązku, niezwykły talent organizacyjny, bezinteresowna praca dla rozwoju oświaty i macierzystej uczelni, która nadawała sens jego życiu. Nie dbał o własne korzyści materialne.

Jestem jego uczniem i nieraz miałem okazję doświadczyć życzliwości swojego Mistrza. W stosunku do młodszych kolegów utrzymywał dystans, co wyrażało się w formie zwracania się — nigdy poufałe „ty”, także nie „pan” (zarezerwowane dla obcych), lecz nieco patriarchalne „wy”. Zdarzało mi się jeździć z Profesorem na wakacje, chodzić na mecze piłki nożnej, wyprawiać się na piesze wędrówki w góry, ale granica „wy” nigdy nie została przekroczona. Jakim był mistrzem? Nigdy niczego nie nakazywał, nie decydował o wyborze zadań badawczych. Tylko temat pracy magisterskiej został mi podarowany (Powstanie styczniowe w powieściach J.I. Kraszewskiego). Sam ustaliłem temat pracy doktorskiej, także pracy habilitacyjnej. Do Mistrza trzeba było przyjść z gotową tezą, pomysłem, i dopiero od tego momentu zaczynała się jego rzetelna pomoc. Kontrolował szczegółowe koncepcje, mówił „tak” lub „nie”, nigdy jednak nie komentował złośliwie pomyłek. Byłem niepokornym uczniem — w badaniach nad Kraszewskim zdarzało mi się „mieć inne zdanie”, zawsze — po przedyskutowaniu — pozostawiał mi ostateczną decyzję. Nie gromadził z tego powodu niechęci, wręcz przeciwnie — dawało mu to widoczną satysfakcję.

Jedną z ujmujących cech jego osobowości była niechęć do form patetycznych, do wszelkich deklamacji ideowych i politycznych, do akcentowania swoich zasług. Skrywał się najczęściej za rubasznością, specyficznym, pozornie prostym, w istocie wyrafinowanym humorem. Oto jak została mi opowiedziana historia aresztowania przez Niemców w czasie matury w 1944 roku. Temat, jaki zadał uczniom brzmiał: Straty kultury polskiej spowodowane przez okupanta. A opowieść Profesora zaczęła się w czasie jazdy na mecz w Chorzowie, gdy zatrzymaliśmy się w Krzeszowicach. Do samochodu podeszła elegancka pani, by ukłonić się Profesorowi i zamienić z nim kilka zdań. Okazało się, że była jedną z uczennic owej konspiracyjnej matury. Niemcy przeprowadzali szczegółową rewizję; najpierw zebrali pisemne prace, które odłożyli na stół, Profesor zdążył je włożyć do kaflowego pieca, ale zostały znalezione i znów odłożone na stół. Ponowne ukrycie okazało się skuteczne. Prace pisemne schował profesor w… majtkach tejże właśnie kłaniającej się uczennicy. Nasze półuśmieszki wywołały dopowiedzenie: „Dziś ta pani ma troje dzieci”. Na co ja: „Wcale się nie dziwię”. Przyjęte to zostało z uznaniem i w nagrodę usłyszałem relację z pobytu w więzieniu na Montelupich. To było przed świętami Bożego Narodzenia. W odwiedziny do więźnia — z odpowiednimi paczkami żywnościowymi — przyszły dwie panny. Niemcy pozbawieni byli całkowicie taktu: przed rozmównicą stanęły bowiem równocześnie obie narzeczone więźnia, które nic o sobie nie wiedziały…

To, że zostałem dostrzeżony i wybrany przez Profesora, jest osobną historią. Słuchałem jego wykładów z romantyzmu — były solidnie obudowane faktami, datami, tytułami, miały wyrazisty porządek. Przed wakacjami w 1953 roku wiedziałem, że zostanę zatrudniony w Uczelni. Rzecz nie została jednak formalnie załatwiona. Absolwentów obowiązywały wówczas „nakazy pracy”. Miałem przed 15 sierpnia zgłosić się w kuratorium rzeszowskim i podjąć pracę w gimnazjum w Kańczudze. Nie zgłosiłem się i przyszedł po mnie do domu rodzinnego milicjant z odpowiednim nakazem. Pojechałem do Krakowa, aby wszystko wyjaśnić. Na Uczelni dyżur miał tylko dr Wincenty Danek. Napisał pismo do kuratora w Rzeszowie, które brzmiało: „Wyjaśnia się, że ob. Stanisław Burkot nie zgłosił się do pracy i nadal się nie zgłosi”. I podpis. Za to aroganckie pismo zostałem karnie przeniesiony z Kańczugi do Kolbuszowej. Zobaczyłem prawdziwą radość w oczach Profesora, było to bowiem jego pierwsze miejsce pracy.

Kolbuszowa odegrała psychologicznie pewną rolę w wyborze podopiecznego. Bo kiedy z woli ówczesnych władz nie dostałem pozwolenia na kontynuowanie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim, otrzymałem natychmiast temat pracy magisterskiej od Profesora. W tym samym czasie rozpoczynał on własne studia nad Kraszewskim. Wcześniej był przede wszystkim nauczycielem. Chodziło mu zawsze o nauczycielską szkołę akademicką, przygotowującą do pracy z młodzieżą — zarówno na poziomie podstawowym, jak i średnim. W szkoleniu nauczyciela ważne było przygotowanie merytoryczne w zakresie wybranego przedmiotu na najwyższym poziomie oraz ukształtowanie sprawności dydaktycznych. Zwracał uwagę na predyspozycje psychiczne kandydatów na studia nauczycielskie.

Wspomnienia o Profesorze Wincentym Danku są dla mnie trudne z powodu trwałych emocji. Chciałbym na zakończenie — na prawach wspomnienia — opowiedzieć o pewnym zdarzeniu. Do dziś wstydzę się tego, co zrobiłem swojemu Mistrzowi. Po doktorze Lesławie Eustachiewiczu, znakomitym wykładowcy, odziedziczyłem pewną nieudaną studentkę zaoczną. Przy jej siódmym egzaminacyjnym podejściu bardzo się dr Eustachiewicz zdenerwował, omal nie doszło do „przemocy”, skończyło się na głośno wykrzyczanych określeniach. Egzaminator zrezygnował z pracy i przeniósł się do Warszawy, a ja jeszcze trzy razy ją egzaminowałem — bez powodzenia. Złożyła na mnie skargę w Komitecie Wojewódzkim PZPR; kierownik odpowiedniego „wydziału” zadzwonił do rektora, który mnie poprosił, abym pro forma przepytał ją jeszcze raz. A adiunkt Burkot uparł się i odmówił rektorowi. Zaproponowałem jednak, choć nie było takiej formy, egzamin komisyjny. Rektor w listopadową pluchę przyjechał tramwajem z ul. Rydla, gdzie mieszkał, na ul. Podbrzezie, gdzie mieściła się polonistyka. Zaczął się egzamin z literatury współczesnej. Mnie jednak wpadł do głowy głupi pomysł. Zadałem pierwsze pytanie: „Proszę pani, kto napisał Pana Tadeusza?” Na co delikwentka: „Pana Tadeusza? Zaraz, zaraz, ja sobie przypomnę”. Rektor Danek popatrzył tylko na mnie, wstał i wyszedł bez słowa. Miał prawo się obrazić: przez cały tydzień nie rozmawiał ze mną w Bibliotece Jagiellońskiej, nie chodziliśmy razem do bufetu na kawę. Po tygodniu stanął nad moim stołem, sięgnął do kieszeni, rzekł: „Macie tu cukierka, chodźcie na kawę”. Niby drobny incydent, ale odbija się w nim, jak w lustrze, osobowość uczonego o niezwykłym charakterze i wielkiej wyrozumiałości dla innych.

Pokolenie, do którego należał, miało swój styl bycia — trwale wyrobione poczucie obowiązku, pracy dla dobra zbiorowości. Spłacało swój dług wobec poprzedników, bo było pierwszym pokoleniem rozwijającym się i pracującym w niepodległej Polsce. Ale ten odrębny styl przejawiał się także prywatnie — w specyficznym poczuciu humoru, w zabawie, w „zrzucaniu togi dostojeństwa”. Profesor Wincenty Danek i jego bliski przyjaciel — profesor Kazimierz Wyka — byli najwierniejszymi kibicami Cracovii. Na meczach zachowywali się jak inni ówcześni kibice: były okrzyki, żarty, była zabawa. Nie było agresji. Ale to inne czasy i inni ludzie.

Stanisław Burkot

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka