|
|
Hubert Schneider
Centrum Przeciw Wypędzeniom
a stosunki niemiecko-polskie
Rozwój niemiecko-polskich stosunków po 1989 r. na pewno można określić jako sukces. Słusznie mawia się, że stosunki te nie były na przestrzeni wieków nigdy tak dobre, jak na przełomie XX i XXI w. Rozwój stosunków niemiecko-polskich po 1989 r. jest jednym z najszczęśliwszych doświadczeń minionego wieku. Takiego biegu rzeczy nie można uważać za sam przez się zrozumiały, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę korzystną sytuację międzynarodową i ponad trzydziestoletnią pracę przygotowawczą różnych grup i osób. Jeżeli chcielibyśmy zjawisko to mierzyć miarą tempa przemian historycznych, można powiedzieć, że w tym przypadku wydarzył się jednak mały cud.
Mimo to należy stawiać sobie także inne pytanie: Na ile to nowe partnerstwo jest odporne na kryzysy? Ostatnie lata pokazały, że obok postępu mogą pojawiać się nawroty ku dawnemu i problemy, o których sądzono, że zostały już przezwyciężone.
Spójrzmy na aktualne przykłady. Jak na bliskich sąsiadów, Niemcy i Polska porozumiewały się w ostatnich miesiącach wyjątkowo źle. Do konfliktu w sprawie wojny w Iraku i debaty wokół konstytucji europejskiej doszedł jeszcze spór o historię. Plan utworzenia w Berlinie Centrum Przeciw Wypędzeniom wywołał w Polsce wielkie zdumienie i nie mniejsze rozgoryczenie. Powstała obawa, że ponad dziesięć lat działań na rzecz pojednania zostanie zniweczone, jeżeli Niemcy w Berlinie, dawnym centrum państwa kierującego narodowo-socjalistyczną wojną totalną, podejmą próbę przedstawiania się w charakterze ofiar tej wojny. Emocje zaczęły zżerać wszystko to, co dotąd osiągnięto na płaszczyźnie stosunków niemiecko-polskich. (...)
Do napięć w stosunkach między naszymi krajami dochodziło w minionym czasie często: rezolucja w sprawie wypędzonych, nieporozumienia i konflikty interesów w sprawie odszkodowań dla robotników przymusowych, zwrot dóbr kultury utraconych na skutek działań wojennych, polska dyskusja w sprawie Jedwabnego i jej rezonans w Niemczech. Z drugiej strony występują jak najbardziej aktualne problemy: problem zakupu ziemi przez cudzoziemców w Polsce, emigracja Polaków w poszukiwaniu pracy na Zachodzie lub działające ponad granicami struktury kryminalne. W takiej sytuacji emocje rosły błyskawicznie, przerażająco szybko reaktywowano dawne uprzedzenia i już mieliśmy gotowy konflikt.
W przeciwieństwie do lat dziewięćdziesiątych, mamy obecnie do czynienia z problemami większego kalibru. Spójrzmy choćby na problem Centrum Przeciw Wypędzeniom. Już w nazwie wskazano niewłaściwy kierunek oskarżenia. Równie dobrze można by proponować centrum przeciw aneksjom terytorialnym, przeciw śmierci żołnierzy, masakrom ludności cywilnej i bombardowaniom, pracy przymusowej, obozom jenieckim, głodowi i tyfusowi. Wszystkie te zjawiska spowodowały dużo więcej ofiar śmiertelnych niż ucieczka i wypędzenie. Wszystkie były fatalnymi następstwami wojny. Jeżeli chce się potępiać następstwa, a nie przyczyny, dotyka się problemu w sposób ograniczony i budzi iluzje. Sugeruje się, że można unikać konsekwencji wojen agresywnych. W tym przypadku konsekwencją było wypędzenie niemieckiej ludności, która w większości chciała wojny i popierała ją. (...)
Ktoś, kto niegdyś kapitulował bezwarunkowo, nie powinien rozpoczynać po połowie stulecia stawiania warunków. Alianci mylili się w jednym, ważnym punkcie. „Przeniesienie niemieckiej ludności w sposób humanitarny i zgodny z prawem”, jak przewidywano w traktacie poczdamskim, było w krajach wschodnich, naznaczonych traumatycznymi przeżyciami spowodowanymi przez Niemców w trakcie II wojny światowej, zjawiskiem, którego nie należało się spodziewać. Mniemanie, że po bezlitosnych czynach narodowych socjalistów i okrucieństwach ustaw, mogli Polacy po dniu kapitulacji wykazać łagodność i działania praworządne, jest całkowicie oderwane od rzeczywistości. Ktoś, kto myśli w ten sposób, nie tylko oczekuje od ludzi ponadludzkiej gotowości do wybaczenia i pojednania, ale ignoruje fakt, że najhaniebniejsze krzywdy wojenne, które wyrządza się wrogowi, powodują także jego demoralizację. (...) Camus pisał: „Kto jest długo prześladowany — będzie winny”. Wehrmacht, SS i wszystkie instytucje nazistowskie prześladowały Polaków, Rosjan i Czechów, jak też inne europejskie narody tak długo, aż żądza zemsty uczyniła część z tych narodów winnymi wykroczeń. Dlatego uważam niemieckie dążenia do uzyskania odszkodowań za niesłuszne. Prezydent Havel przeprosił za ekscesy związane z wysiedleniami, ale nie za same wysiedlenia, a germanista František Černy, który był po przełomie najpopularniejszym czeskim ambasadorem w Niemczech mówi: „Myślę, że właściwie nie było innego rozwiązania. Ewentualnie można było czekać aż nienawiść i emocjonalny obraz wroga zostaną usunięte. Jak jednak mieliby Niemcy tutaj żyć? Byli wtedy, nie tylko u nas, pariasami i to na długi czas”. (...)
Zwolennicy Centrum Przeciw Wypędzeniom powołują się od początku na podstawy prawne. Jak dotąd, na płaszczyźnie polityczno-prawnej nie miało miejsca całkowite potępienie wysiedleń. W uchwalonym w Rzymie w roku 1998 statucie Międzynarodowego Sądu Karnego jako przestępstwa wojenne zostały napiętnowane jedynie te wypędzenia, które przebiegają niezgodnie z prawem. Na przyszłość, moim zdaniem, wynika z tego nie to, co nierealne — czyli zakaz wysiedleń po wojnach, lecz raczej zasada, że narody, które nie chcą być dotknięte wypędzeniami, powinny w odpowiednim momencie chwytać za rękę swoich polityków, jeżeli ci zdradzają ciągoty wojenne. Nie potrzeba nam Centrum Przeciw Wypędzeniom. Potrzebujemy Centrum Przeciwko Wojnie. Każdy rodzaj wspomnianych już powyżej cierpień może znaleźć tu swoje miejsce. W tym kontekście miałby także swoje miejsce temat ucieczki i wypędzeń.
Historycy są zdania, że więcej niż 2/3 z 15 milionów Niemców, którzy utracili swoją ojczyznę, zostało zmuszonych do ucieczki przez własny rząd. Dla poszkodowanych jest to być może mało ważne, jednak dla historiografii ma niezmierne znaczenie. Należy mieć nadzieję, że w przyszłych centrach dokumentacji fakt ten zostanie dokładnie wyeksponowany.
O co więc w zasadzie chodzi w sprawie Centrum Przeciw Wypędzeniom? Czy rzeczywiście o prawo do własnej „ściany płaczu”, o zrozumienie i pojednanie, a może raczej o „przesunięcie” poczucia winy i bezprawia w kierunku Europy Wschodniej, z zamiarem przewartościowania świadomości? Doświadczenie wypędzenia nie musi prowadzić do samoidentyfikacji w duchu związków wypędzonych w Niemczech. To wynika na przykład ze stanowiska niemieckiego ministra spraw zagranicznych Joschki Fischera. W jednym z wywiadów odrzucił pojęcie wypędzenia i mówił o procesie niemieckiego samounicestwienia. Na pytanie, czy sam czuje się ofiarą, odpowiedział: „Nie, upadek narodowego socjalizmu był wyzwoleniem, także i przede wszystkim dla Niemców”.
Zjawiskiem, które ostatnio można zaobserwować w świadomości historycznej w Republice Federalnej Niemiec jest zmiana „kultury wspomnień” pewnej grupy społecznej — związków wypędzonych — stająca się punktem odniesienia dla pamięci całego narodu. Zgoda na to, by „ucieczkę i wypędzenie” stawiać w początku XXI wieku na równi z Oświęcimiem, albo przynajmniej by na zasadzie budowy ogólnoniemieckiego miejsca pamięci uzyskać faktor budujący wspólną świadomość, może irytować. Formę instytucjonalną ma znaleźć owa idea właśnie w Centrum Przeciw Wypędzeniom. (...) Gdyby projekt Centrum został rzeczywiście zrealizowany, to alternatywny sposób traktowania pamięci o Holocauście na zasadzie rozliczenia i wyrównania win zyskałby konkretne miejsce, które implikowałoby relatywizację problemu winy i przesuwałoby pozycję berlińskiego pomnika Holocaustu w symbolicznym krajobrazie niemieckiej pamięci. Centrum Przeciw Wypędzeniom ma być wyrazem tego, że związki wypędzonych będą mogły występować w polityce pamięci historycznej jako czynnik równoprawny z Centralną Radą Żydów w Niemczech.
Książki Güntera Grassa, programy telewizyjne np. Wielka ucieczka — los wypędzonych Guido Knoppsa, zeszyt tematyczny z serii Spiegla Wypędzenie ze Wschodu, jak też magazyny popularnonaukowe zintensyfikowały w 2002 roku dyskursy nad „ucieczką i wypędzeniem” do rozmiarów kompleksu o wielkiej sile medialnej. Nawet jeżeli nie powstanie Centrum Przeciw Wypędzeniom w zaplanowanej formie, to obrazy wypędzenia stoją już teraz w świadomości historycznej Niemców, obok tych dotyczących Holocaustu.
Niemiecka debata ukazuje godną uwagi tendencję w polityce kształtowania pamięci historycznej. „Przezwyciężanie przeszłości” stało się samo przez się zrozumiałe i zgodne z logiką rynku medialnego wymagającego ciągle nowych tematów. Coraz bardziej odchodzi się od dotychczasowych metod podejścia, polegających na krytycznym badaniu i zadawaniu sobie pytań. Obecnie chodzi o to, by kuszące, nadające się dla mediów tematy historyczne stawiać na forum medialnym. Zapowiedzi na temat „powrotu wygnanych”, tematów dotychczas „stanowiących tabu”, „przemilczanych”, tworzą w pewnym sensie prolog uzasadniający takie działania, chociaż przy temacie „ucieczki i wypędzenia”, absolutnie nie można mówić o milczeniu czy przemilczaniu.
W tych krajach europejskich, które po 1945 r. widziały w sobie ofiarę narodowego socjalizmu (a były to praktycznie wszystkie z wyjątkiem Republiki Federalnej Niemiec), jak też od lat dziewięćdziesiątych w krajach byłego Paktu Warszawskiego, debaty na temat winy i współwiny w odniesieniu do zbrodni reżimu nazistowskiego oraz krytyka wypędzeń i czystek etnicznych po zakończeniu wojny, spowodowały dyskusje wokół przeszłości. Republika Federalna Niemiec natomiast wydaje się pozostawiać za sobą konfrontację z własną przeszłością, która od lat osiemdziesiątych przebiegała pod znakiem pytania o poczucie winy.
Niemiecka dyskusja wokół Centrum Przeciwko Wypędzeniom spowodowała w Polsce silne reakcje, które doprowadziły do realnego obciążenia stosunków pomiędzy obydwoma krajami. W Niemczech szczególne zaskoczenie wywołała intensywność polskich reakcji. W aspekcie obecnych dyskusji stawiam sobie pytanie: Czy rozpoczęty na wielu płaszczyznach, od czasu słynnego uklęknięcia Willy’ego Brandta w Warszawie, proces pojednania był daremny? To pytanie ma dla mnie bardzo osobisty charakter, dotyczy także moich wysiłków, by do tego procesu dodać jeszcze maleńką cząstkę. Chodzi w zasadzie o to, by młodych ludzi obydwóch krajów kontaktować ze sobą. W ramach naukowych seminariów naświetla się aspekty niemiecko-polskich stosunków. Celem było zawsze to, żeby młodzi ludzie w Niemczech i w Polsce zostali zachęceni i popchnięci ku temu, by w wiedzy o przeszłości w czasie teraźniejszym produktywnie działać dla wspólnej przyszłości. Janusz Reiter odpowiada na pytanie, które sobie stawiam w jednym z wywiadów dla „Süddeutsche Zeitung” — „Nie. Jeżeli nie byłoby tej pracy, Europa wyglądałaby zupełnie inaczej i wcale nie lepiej”.
Z całą pewnością zmieniły się warunki i kulisy stosunków niemiecko-polskich. Nie istnieje już sytuacja, że jeden kraj ubiega się o przyjęcie do Unii Europejskiej, a drugi popiera jego starania jako adwokat. Obecnie mamy sytuację, kiedy dwa państwa członkowskie Unii Europejskiej muszą uzgadniać swoje interesy. Być może nie jest to zaskakujące, że akurat teraz doszło do kryzysu we wzajemnych stosunkach. Niemcy i Polska muszą obecnie przedefiniować reguły gry tak, by te odpowiadały nowej sytuacji. Muszą się uczyć, jak żyć wspólnie również z odrębnymi interesami, a wątpliwości i problemy nie będą łatwiejsze, raczej trudniejsze.
W tej sytuacji, tak dzisiaj, jak i w przyszłości, konieczne jest zwalczanie nieufności i uprzedzeń pomiędzy obydwoma narodami. Także projekty wymiany studenckiej, jak ten który stał się już tradycją pomiędzy studentami historii Krakowa i Bochum, będą miały swoje miejsce w przyszłości. Czy należy je kontynuować w niezmienionej formie, czy też szukać nowych dróg, to problem na inną dyskusję.
Hubert Schneider
Tłumaczył Marek Wilczyński
Fragment większej całości
|
|