|
Nauczyciele wspominają |
|
|
Bożena BarańskaZ perspektywy praktykaJęzyka polskiego uczę (kiedyś w szkole podstawowej, a dziś w gimnazjum) od 13 lat. Kiedy przypominam sobie początki swojej pracy, widzę siebie często bezradną wobec tekstu i — co w związku z tym zrozumiałe — całkowicie pozbawioną jakiegokolwiek pomysłu na lekcję. Jakby tego było mało, długo towarzyszyło mi przekonanie, że jeżeli coś stało się już oczywiste dla mnie, takie jest również dla moich uczniów. Musiałam otrzymać wiele lekcji pokory (jest tak zresztą do dziś!) udzielanych mi przez teksty, które trzeba było najpierw oswoić, przejść okres bezkrytycznego zachłyśnięcia się metodami aktywizującymi, wreszcie przyjąć do wiadomości, iż to, co zachwyca mnie, nie musi zachwycać uczniów. Pamiętam także, jak surowo egzekwowałam znajomość koniugacji, deklinacji, rozbiorów zdań. Że nie miała ta wiedza żadnego przełożenia na życie i umiejętności dzieci? Nieważne! Ważne, że umiały. Teraz wiem, że przeniosłam do swojej pracy obraz szkoły i sposobu nauczania, jakie zapamiętałam z własnego doświadczenia: koniecznie historia literatury, omawianie tekstów, których już wtedy wielu z nas nie czytało, więc rozmowy siłą rzeczy musiały być ogólnikowe i oddalone od tekstu, poparte „złotymi myślami” z podręczników. I choć niektórzy moi nauczyciele byli wspaniałymi osobowościami, to przecież musieli uczyć z jedynego obowiązującego podręcznika i według jedynego słusznego programu. Chociaż po studiach dość dobrze znałam różne metody nauczania i formy lekcji, była to wiedza jedynie teoretyczna. A od teorii do praktyki bardzo daleka droga. Pamiętam, z jakim mozołem przekładałam podręcznikowy opis metody na konkretną lekcję, z jakim trudem przychodziło mi wybranie sposobu rozmowy o tekście, jak często wreszcie forma lekcji przerastała jej treść. MistrzowieMiałam ogromne szczęście, że zajęcia z metodyki prowadziła dla mojej grupy cudowna Pani prof. Maria Jędrychowska, która wtedy (lata 80.) — gdy wizja szkoły i ucznia, dziś proponowana przez krakowski zespół „To lubię!”, była jedynie marzeniem — potrafiła swoim studentom pokazać, że można uczyć inaczej. Miałam również szczęście, że gdy uświadomiłam sobie, iż najważniejsze nauczycielskie pytanie brzmi: „w jakim celu to robię?”, spotkałam na swojej drodze wspaniałe osoby: dr Halinę Mrazek, dr Barbarę Dyduch, dr Izabellę Zeller. To one, obserwując ze studentami moje lekcje, chwaliły, ganiły, krytykowały, ale i podpowiadały nowe rozwiązania. To dzięki Pani dr Barbarze Dyduch dowiedziałam się, że obraz to także tekst i należy go z uczniami czytać. Publikacje źródełWiem, że tak pracuje się ze studentami w krakowskiej Akademii Pedagogicznej. Żal mi jedynie, że studenci mają tak mało czasu, aby z tych wskazówek korzystać, ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Wiem, że praktykę nabywa się latami, że nauczyciel wciąż uczy się, jak z uczniami rozmawiać, że kurs metodyki siłą rzeczy nie może studentom dać wszystkich niezbędnych umiejętności. Kiedy jednak patrzę na młode osoby, które często przed lekcją z przerażeniem pytają: „to co ja mam zrobić?”, rozumiem je. Nietrudno przecież pojąć ich obawy, jeżeli się wie, że w ciągu roku mogą przeprowadzić dwie, trzy lekcje. A przecież oni także mają swoje, nie zawsze dobre szkolne nawyki, od których nie potrafią się uwolnić, wobec których trudno im się zdystansować. Studia są czasem, w którym młodzi ludzie mają szansę dojrzeć do tego, jakimi nauczycielami chcieliby być i jak wyobrażają sobie własną pracę z uczniami. Jeżeli spotkają na swojej drodze nauczycieli–mistrzów, którzy pozwolą im na własne poszukiwania, jednocześnie będąc uważnymi obserwatorami i rozważnymi przewodnikami, z pewnością odnajdą własny styl pracy. Ale takie poszukiwanie, dojrzewanie, dystansowanie się wobec własnych doświadczeń wyniesionych ze szkoły z wiedzą teoretyczną i wyobrażeniem o byciu nauczycielem, wymaga czasu. I tego właśnie czasu, jak sądzę, brakuje studentom. Może łatwiej by im było obserwować siebie, wyciągać wnioski z sukcesów i porażek, jakie zdarzają się na każdej lekcji, gdyby ciągła praktyka pedagogiczna trwała dłużej niż trzy tygodnie? Odnoszę wrażenie, że w pośpiechu, jaki narzuca obecny system praktyk, niektórzy studenci wciąż widzą siebie bardziej jako uczniów niż nauczycieli. W stronę wychowaniaOd szkoły oczekuje się, że będzie nie tylko uczyć, ale i wychowywać. Wychowywać, czyli stawiać uczniowi wymagania, konsekwentnie je egzekwować, dając mu jednocześnie prawo wyboru. To bardzo trudne zadanie, zwłaszcza w gimnazjum, które „dzięki” reformie systemu szkolnictwa stało się miejscem gromadzącym młodzież w najtrudniejszym chyba wieku. Uczniowie, którzy przychodzą tu jedynie na trzy lata, chcą wywalczyć swoje miejsce, zaistnieć w grupie, często wszelkimi możliwymi sposobami. Jak rozmawiać z takim nastolatkiem, jak kształtować jego postawę, jak reagować na agresję, a często nawet zachowania z pogranicza kodeksu karnego? Oczywiście, nie ma na te pytania jedynej, słusznej i gotowej odpowiedzi, bo każdy uczeń jest inny i inne ma problemy. Myślę jednak, że gdyby moje zajęcia z psychologii i pedagogiki na studiach nie były jedynie wykładem o historii tych dwu dziedzin, a miały raczej charakter warsztatów, popełniłabym może w swojej pracy mniej błędów. Oczywiście, rozmowy ze starszymi i bardziej doświadczonymi koleżankami są bardzo cenne, można znaleźć różne kursy i szkolenia prowadzone przez poradnie psychologiczne, ale uczelnia pedagogiczna powinna swoim absolwentom dawać rzetelne podstawy do pracy wychowawcy. A bardzo trudna to praca w dzisiejszej sytuacji braku autorytetów i coraz luźniejszych norm w zachowaniu. Myślę więc, że studenci powinni otrzymać naprawdę fachowe przygotowanie do radzenia sobie z różnymi, często bardzo trudnymi problemami. Myślę też, że dobrze byłoby, gdyby mieli oni możliwość poznania także zasad pracy z osobami dorosłymi. Często rozmowy z rodzicami są bardzo trudne, jednak dla dobra dziecka nauczyciel musi dążyć do nawiązania kontaktu z opiekunami. Ten wspólny „front” jest konieczny, jeżeli myślimy o uczciwym wychowywaniu naszych uczniów. Nie może więc być tak, że nauczyciel wchodzi na spotkanie z rodzicami, zupełnie nie mając wiedzy o tym, jak można i powinno się z nimi rozmawiać. Wiem, jak bardzo mnie tej wiedzy brakowało i brakuje, a coraz częściej mam wrażenie, że ważniejsza staje się we współczesnej szkole praca wychowawcza, niż wiedza, którą szkoła daje uczniom.
Bożena Barańska |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka |