|
Esej |
|
|
Jacek ChrobaczyńskiKonteksty roku 1944Są w historii daty ważne i mniej ważne. O tych ważnych powiadamy niekiedy, że to cezury zwrotne. Czy rok 1944 był taką właśnie cezurą? Okrągła rocznica skłania do refleksji i zadumy, już to z perspektywy historycznej, już pamięci/niepamięci, ale też i „przyspieszenia” roku 1989. Czasem relatywizujemy proces historyczny i historyczną prawdę, czasem ją instrumentalizujemy, często też bywa historia wykorzystywana w politycznych afektach, sejmowych czy publicystycznych połajankach, pouczeniach, zawstydzających nie tylko nas, swarach. Zazwyczaj bowiem to zwycięzcy w Polsce „piszą” historię, a później inni zwycięzcy o nią się spierają, poprawiają, powiadając, że teraz już jest jedynie słuszna i prawdziwa A historia bywa też fetyszem, szczególnie ta nieodległa, postrzegana jeszcze pamięcią i ideologiczno-politycznym refleksem. Jej konteksty bywają złudne, bywają niekiedy nadzieją, ale też i głośną tromtadracją, polityczno- -patriotycznym, a nawet religijnym zacietrzewieniem, „naszym” zwycięstwem a „ich” klęską, ułudą. Czy w tej przestrzeni mieści się polski — i nie tylko — rok 1944? Nie sposób oczywiście zapomnieć, iż już raz mieliśmy owo słynne i do dziś różnie postrzegane „a imię jego czterdzieści i cztery”. Symbolika, obrzęd, a może właśnie fetysz? Jak dziś, z dość odległej perspektywy, ale też i po niełatwych PRL-owskich doświadczeniach, także z kłamliwą historiografią, po kilkunastu latach III RP, w społeczeństwie które w ponad 3/4 urodziło się w PRL-u, jawi się ta data — zderzenie dwu jakby porządków — symboli: powstania warszawskiego i Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego? Nie chciałbym postrzegać tu procesu historycznego tylko w tak zarysowanej dychotomii, czarno-białym kontekście, choć jawi się on wyraziście. Może warto zastanowić się nieco szerzej nad tym „skąd i dokąd”, a przede wszystkim „dlaczego”, tak a nie inaczej, prowadził dramatyczny rok 1944? To egzystencjalne pytanie: „skąd i dokąd”, zdaje się być fundamentem naszej drogi tu i teraz, a z kolei: „dlaczego”, to najważniejsze pytanie jakie procesowi historycznemu i źródłom stawia historyk. Może zatem warto rozważyć ten problem tak właśnie, jak go zatytułowałem: konteksty roku 1944? * W liście do jednej z „towarzyszek” datowanym: Jerozolima 2 I 1944, Władysław Broniewski napisał: „Szanowna Towarzyszko. List Wasz sprawił mi dużą przyjemność, nie obyło się jednak i bez przykrości. Miło mi słyszeć, że moja poezja była dla Was niejako wstępem do światopoglądu socjalistycznego. Wyrażacie jednak obawę, czy wyparłem się lub zapomniałem o dawnych ideałach. Ta Wasza wątpliwość mnie boli. Otóż stwierdzam: nie wyparłem się i nie mam zamiaru wypierać żadnego z moich wierszy. To, co teraz piszę, jest pod znakiem walki o byt polityczny i po prostu biologiczny mojego narodu. To, o co walczę, jest warunkiem wstępnym do wszystkiego co będzie potem. Oczywiście będzie walka klasowa i, być może, moje wiersze znów mnie zaprowadzą do kryminału. Jak widzicie, chcę, żeby między mną, autorem, a tak wdzięczną jak Wy czytelniczką nie było nieporozumień. Dodam więc jeszcze coś, czego nie wyraziliście jasno w liście, a czego się domyślam. Stosunek do Rosji. Otóż spędziłem w tym kraju blisko dwa lata w więzieniu i doszedłem do pewnych politycznych wniosków, dość niepopularnych w Palestynie. Mianowicie sądzę, że ten kraj przestał być nosicielem idei socrealizmu. Jest to państwo rządzone terrorem i despotyzmem, zaprzeczające wszelkiej wolności, a w pierwszym rzędzie wolności sumienia. Pomyślcie nad znaczeniem kilku kolejnych posunięć politycznych Moskwy; wprowadzenie hierarchii militarnej wraz ze znienawidzonymi niegdyś złotemi epoletami; ordery im. Suworowa (rzeź Pragi!) i Kutuzowa; wprowadzenie synodu prawosławnego; rozwiązanie Kominternu; wreszcie wycofanie z obiegu pieśni Komuny Paryskiej Międzynarodówki. Przewiduję, że obecna Rosja pójdzie po drodze imperializmu rosyjskiego, jakiegoś nowego bonapartyzmu z aneksjami i blagą tak zręcznie dziś w świecie lansowaną. Nie chcę, żeby polskie miasta Lwów i Wilno należały do Rosji. I mówię Wam to wszystko właśnie dlatego, że ani na chwilę nie zapomniałem, że jestem socjalistą. Ja się nie zmieniłem, to tam się dużo zmieniło”. Zdaje się, że mimowolnie, wybitny, choć błądzący poeta, zawarł to, co było niezwykłym doświadczeniem sporego pokolenia Polaków, doświadczeniem wojenno-okupacyjnym, tułaczym i emigracyjnym, obozowo-łagrowym, ale też i dorobkiewiczowskim, szmalcowniczym, zdradzieckim i haniebnym, choć zawsze trzeba pamiętać o proporcjach, typowości zjawisk społecznych itd. Te słowa z początku 1944 roku doskonale też obrazują zjawisko szersze — dotychczasowe doświadczenie społeczeństwa, jego postawy i zachowania, wreszcie oczekiwania. Polacy bowiem zaczynali kolejny już rok wojenny i okupacyjny z coraz bardziej rysującą się nadzieją, że może wojenny koszmar już się skończy, że przyjdzie czas budowania, spokoju i bezpieczeństwa. Sporo już krwi stracili, sporo terytorium, ale też i wiedzieli już nieco więcej niż w, zdawałoby się strasznie odległym wrześniu 1939, kiedy to ciągle słyszeli, że „nie oddamy nawet guzika, a zwycięstwo będzie, bo musi być, nasze”. Geografia pobytu „wojennych” Polaków sięga niemal każdego zakątka ziemi. Tułaczy los, wojenny dramat, ale też i nadzieja, że może teraz już będzie inaczej, lepiej, sprawiedliwiej. Gdzieś, właśnie w tych odniesieniach chciałbym doszukiwać się całego skomplikowanego splotu tego, co w literaturze przedmiotu zwykło się nazywać polskim finałem II wojny światowej. Rok 1944 był jednym z ważnych ogniw tego finału. Ale zanim do tego doszło, po koszmarze wrześniowej klęski i klęski wiosennej 1940 roku (tzw. moment Compiegne), kiedy to w haniebny sposób padła Francja, a Anglia ledwo, ledwo trzymała się, przyszły okresy mniejszej lub większej nadziei. W roku 1941 do wojny przystąpiły Ameryka oraz Związek Sowiecki. Rok 1941 zmieniał też zasadniczo optykę wojenną — wojna stała się już rzeczywiście światową, często ponad przedwojennymi animozjami, ale przecież z niezapomnianymi doświadczeniami, dla społeczeństwa polskiego szczególnymi. Oto po agresji 17 września, współwinie w rozpętaniu II wojny światowej przez Stalina, dwuletniej krwawej okupacji, z gułagiem jako osią okupacyjnego znamienia, Związek Sowiecki jawił się już nie jako agresor i współwinny, ale jako ofiara napaści. Już nie pakt Stalin — Hitler był ważny, choć jego ofiary nadal rąbały tajgę, ale trójporozumienie: amerykańsko — angielsko — sowieckie. Na równych prawach! I z zapomnieniem tego jak to dotychczas bywało, a bardziej z nadzieją, że wspólnie pokonamy Hitlera. Ta data, niełatwa w polskich dziejach, wymagała spolaryzowania dotychczasowych postaw i zachowań, zmiany hierarchii wartości i hierarchii wrogów, a także postawienia pytania: czy przyjaciele naszych przyjaciół też są i naszymi przyjaciółmi? Nie było to łatwe po doświadczeniach 1939–1941. Ale to właśnie gdzieś tutaj tkwiła przesłanka tego, co obok innych scenariuszy mogły wschodnie wydarzenia wojenne przynieść. Niektórzy upajali się klęskami bosej Armii Czerwonej, inni próbowali „dowodzić”, że obaj „bandyci” zniszczą się wzajemnie, a wtedy my i sojusznicy... Pamiętano jeszcze nie najgorzej pierwszowojenne doświadczenia, rozstrzygnięcia i układy. Nie doceniano Związku Sowieckiego, determinacji jego sojuszników, pomocy gospodarczej. Nie doceniano w Polsce Stalina! Co prawda sporo się zaczęło zmieniać — armia gen. Andersa, nowy wymiar wzajemnych stosunków, próba naprawy krzywd wyrządzonych po 17 września itd. Ale najważniejsze było jeszcze przed tym społeczeństwem. Tym najważniejszym był Stalingrad — strategiczna klęska Wehrmachtu, jak mówią wojskowi historycy. Poza wojskowym wymiarem tego krwawego zwycięstwa czerwonoarmistów najistotniejszym był jego wymiar polityczno-ideologiczny. Bo okazało się, że ta bosonoga Armia, już jest inna, lepiej dowodzona, choć nadal szafująca bez opamiętania ludzkim życiem („jednostka niczym, masy wszystkim”), a przede wszystkim zwycięża. A jak zwycięża, to stawia warunki, wspiera rewolucję i bolszewizm i zaczyna myśleć o tym, jak będzie już po wojnie. Stalingrad to najważniejsza cezura na tym teatrze wojennym. Nietrudno dostrzec w kalendarium jego „polskie” następstwa — wzmożony, przyspieszający ruch w szeregach PPR-u (mała, marcowa 1943 roku, deklaracja O co walczymy), nowa jakość polska w Związku Sowieckim po wyjściu (ucieczce jak mawiała sowiecka propaganda) armii gen. Andersa — armia zdrajcy Berlinga, inna, choć jej główny ludzki potencjał stanowili „spóźnieni do Andersa”, dramat katyński, dramat AK-owski (aresztowanie gen. Grota) i dramat polski (katastrofa gibraltarska). Druga połowa dramatycznego roku 1943 też nie była łatwiejsza — rząd Mikołajczyka już nie posiadał takich atutów jak rząd Sikorskiego, w kraju komuniści domagali się współudziału w Delegaturze Rządu RP na Kraj, a gdy się to nie udało, ogłosili dużą deklarację . Oznaczało to, że już myślą o realnej władzy i legitymizacji swych poczynań, pomimo zdradzieckiej działalności, także w swoich szeregach, niesuwerenności i pomimo dramatu z KPP. Trzeci garnitur polskich zawodowych rewolucjonistów (Gomułka, Bierut, Jóźwiak i in.) wraz ze Związkiem Patriotów Polskich, ale też i partyjnym wojskiem (Gwardia/Armia Ludowa), to były etapy budowania przyszłości w sprawowaniu władzy. A po Stalingradzie było też wiadomo, że wyzwolenie przyjdzie ze Wschodu. I nadchodziło, na początku stycznia 1944 roku Armia Czerwona przekroczyła przedwojenną granicę polsko-sowiecką. Wraz z nią „szła” dramatycznym i krwawym (przegrane Lenino) szlakiem od Oki, wraz z politycznymi komisarzami sowieckimi i w większości takimiż dowódcami, armia Berlinga. To również oznaczało „nowe” dla państwa podziemnego, rządu na wychodźstwie, wreszcie społeczeństwa. Tym bardziej, że w międzyczasie zaszły znamienne wydarzenia, o których wiedziano dość pobieżnie i bez szczegółów, a te okazały się ważne. Konferencja Wielkiej Trójki w Teheranie (XI–XII 1943), jak się okazało, podjęła strategiczne, powojenne (obok wojennych) decyzje. Z perspektywy Polski i nie tylko, oznaczało to w języku dyplomatycznym: za powojenne bezpieczeństwo w Europie Środkowej i Wschodniej już po wojnie będzie odpowiadał Związek Sowiecki. Dziś wiemy, że także i jego armia oraz tajna policja polityczna i partia komunistyczna (partia = państwo). Co prawda tajna prasa, ale też i tak zwana „gadzinowa” donosiły, że gdzieś w Europie i na teatrze dalekowschodnim sporo się dzieje, że zbliżają się sojusznicy, że niektóre regiony już zostały wyzwolone, że Monte Cassino i drugi front, gen. Maczek, spadochroniarze gen. Sosabowskiego. Ale pierwsza połowa 1944 roku w okupowanym kraju dzieliła go na dwie wyraziste i różne części, stale zresztą się zmieniające — tę okupowaną krwawo przez Niemców, po Holocauście, ale nadal z Auschwitz, Pawiakiem, Montelupich i setkami innych miejsc kaźni, łapankami, wysyłaniem na roboty, publicznymi egzekucjami, ale i z państwem podziemnym niemal codziennie zaznaczającym swą wojskową i polityczno-ideowoą obecność. I część drugą, gdzie wprawdzie nie było już Niemców, ale pojawiło się „nowe”, sowieckie władze, sowieccy komisarze, administracja. Odbierano to jako powtórkę z okupacji pierwszej i często nazywano okupacją drugą, dość zasadnie, jeżeli chodzi o emocje i powszechne postawy, ale raczej nietrafnie, gdy chodzi o rzetelną analizę procesu historycznego (Teheran). Teren okupacji/nieokupacji sowieckiej z każdym dniem się powiększał, tak jak i ponowne aresztowania, rozbrajanie polskich oddziałów partyzanckich tam operujących. A w tle pozostawał krwawy konflikt narodowościowy na kresach — Wołyń i Małopolska Wschodnia. Nie wróżyło to niczego dobrego. To w takich właśnie uwarunkowaniach zbliżały się rozstrzygnięcia letnie 1944 roku. Miały dwa wymiary: „Burza” (powstanie) i PKWN. Warto się im przyjrzeć nieco dokładniej, bo dziś wiemy, że klęska jednego była siłą napędową drugiego. Zaś czynnik zewnętrzny odegrał tu rolę rozstrzygającą. Spróbujmy wczuć się w sytuację. Do Warszawy zbliżają się (na odległość 20–30 km) wojska sowieckie. Trwa „Burza”, która ma wkomponowane dwa zasadnicze cele realizacyjne — powstanie oraz wystąpienie wobec wkraczających Sowietów w roli prawowitego gospodarza kraju. Oba oznaczają konfrontację i krawawy konflikt, a dla społeczeństwa polaryzację postaw i politycznych zachowań, także wyborów. Żołnierze AK — bardziej nawet szeregowcy niż generałowie — rwą się do boju. Także, pomimo dramatycznego przebiegu akcji scalającej, żołnierze BCh i LSB, NOW/NSZ, również i innych formacji zbrojnego podziemia. W Lublinie tymczasem zainstalował się rząd/komitet komunistyczny — co z tego, że w świetle prawa nielegalny, niereprezentatywny, bez społecznego zaplecza. Ale korzysta skwapliwie z poparcia Sowietów, rzecz jasna „w imię Polski i Polaków”, co trąci hańbą narodowej zdrady. Ale organizuje (fakty dokonane) „swoją” administrację na terenach wyzwalanych, organizuje też pobór do „swojego” wojska, wydaje dekrety i podpisuje umowy, w tym i tę najbardziej haniebną, w świetle której za niecały rok w Moskwie będzie sądzonych 16-tu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Wydaje się zatem, że krótkotrwała demonstracja zbrojna połączona z wyzwoleniem strolicy kraju (pomimo dramatycznych doświadczeń z Armią Czerwoną, a przede wszystkim z NKWD na kresach oraz w dopiero co zakończonej wileńskiej operacji „Ostra Brama”) może być ważnym atutem w dalszym rozwoju sprawy polskiej. Warunkiem była skuteczność tej akcji zbrojnej: zdobycie Warszawy i utrzymanie jej do nadejścia wojsk sowieckich, a przede wszystkim solidne wsparcie sojuszników. Ci jednak związani byli ustaleniami konferencji teherańskiej, mieli też swój krwawy drugi front. I to dlatego założenia planowanej w Warszawie akcji powstańczej od początku nie miały raczej szans na powodzenie, tak militarne, jak i polityczne. Niestety. 1 sierpnia 1944 roku w Warszawie o godzinie 17.00 wybuchło powstanie (nazywane początkowo powstaniem sierpniowym lub bitwą warszawską, a nieco później powstaniem warszawskim). Do walki przystąpiło 23 tys. żołnierzy AK (do pozostałych rozkaz o wybuchu powstania nie dotarł). Pierwsze potyczki z Niemcami rozpoczęły się jeszcze przed godziną „W”. Całością sił powstańczych dowodził komendant Okręgu Warszawa AK, płk. dypl. Antoni Chruściel ps. Monter. Walki toczyły się w ośmiu obwodach: Śródmieście, Żoliborz, Wola, Ochota, Mokotów, Praga, Powiat Warszawski, Okęcie. Skoncentrowane oddziały AK zaatakowały ważniejsze punkty strategiczne miasta. Chodziło o ich opanowanie i utrzymanie do momentu nadejścia oddziałów sowieckich. W tym samym czasie nacierająca na stolicę sowiecka 1 Armia Gwardii otrzymała rozkaz przejścia do działań obronnych. W dwu następnych dniach Stalin zatrzymał też działania Armii Czerwonej praktycznie na całym froncie warszawskim, zaś interwencje polskie u zachodnich aliantów, wcześniej — prawda — niepowiadamianych o zamiarze wywołania powstania w Warszawie, zakończyły się fiaskiem, co już w pierwszych jego dniach przesądziło o klęsce, dramacie walczących żołnierzy, dramacie mieszkańców i miasta. To były zasadnicze powody klęski. Jej wynikiem militarnym był akt kapitulacji powstańców, podpisany o godz. 2.00 nad ranem 2/3 października w kwaterze gen. von den Bacha w Ożarowie (Układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie). Powstańcy, którzy złożyli broń, mieli korzystać z praw kombatanckich jeńców wojennych (prawami kombatanckimi objęto też „osoby niewalczące, ale towarzyszące AK”). Kobietom–jeńcom przysługiwały te same prawa, ale mogły zdecydować o ewakuacji wraz z ludnością cywilną stolicy. Straty niemieckie w powstaniu warszawskim: ok. 10 tys. zabitych, ponad 20 tys. zaginionych i 9 tys. rannych. Straty polskie w powstaniu warszawskim: ok. 18 tys. zabitych, ponad 20 tys. rannych, 15 tys. (w tym dowództwo wraz z Komendantem Głównym Armii Krajowej gen. Tadeuszem Komorowskim „Borem”) dostało się do niewoli. Szacunkowe straty wśród ludności cywilnej Warszawy: ponad 150 tys. zabitych, ponad 50 tys. wywiezionych do obozów koncentracyjnych, ok. 150 tys. skierowanych na roboty przymusowe w Rzeszy. Pozostałą część ludności cywilnej stolicy wypędzono na tereny Kielecczyzny i w Krakowskie. Na rozkaz dowódcy SS Heinricha Himmlera Warszawę zrównano z ziemią — rozkaz ten był konsekwentnie realizowany aż do stycznia 1945 roku, tj. do wkroczenia do Warszawy oddziałów sowieckich. Oceny i dyskusje wokół kwestii wybuchu, przebiegu i klęski powstania warszawskiego, rozpoczęły się jeszcze w jego trakcie. Ten dyskurs trwa nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Powstanie, to nadal jedna z największych traum nowoczesnego społeczeństwa polskiego. Powstanie było jedną z największych bitew miejskich w II wojnie światowej, wzbudzało i wzbudza szereg kontrowersji natury militarnej, moralnej, politycznej i społecznej. Jego tragiczny finał był też poglądową lekcją polityki, realnej polityki. Powstanie ma swych bezkrytycznych apologetów, ma też zdecydowanych krytyków, coraz częściej jednak jest przyjmowane obojętnie, bo zmieniające się pokolenia coraz mniej oglądają się na historię, szczególnie tę przegraną, a coraz bardziej spoglądają na dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Historia powstania przeżywała różne powojenne okresy: komunistycznej nagonki ideologicznej, represji jego żołnierzy, wyzwisk wobec dowódców, politykierstwa domorosłych historyków partyjnych, a później nieco więcej szacunku od demokratycznej już Polski. Jeszcze w 1945 roku, gdy świeża powstańcza rana krwawiła Wiesław Wohnout napisał: „Powstanie warszawskie było błędem politycznym, nonsensem militarnym i koniecznością psychologiczną”, a Wojciech Kętrzyński określił je jako „zbiorowy uraz psychiczny”. Po tylu latach można powiedzieć: nic dodać nic ująć. Każde pokolenie ma prawo do własnego kwestionariusza pytań historycznych, własnej postawy, własnej świadomości historycznej i własnego spojrzenia na proces historyczny. Powstanie warszawskie będzie przedmiotem jeszcze wielu polemik, sporów i namiętności. Tegoroczna rocznica też zapewne nie będzie wolna od nich. Kontrtezą powstania pozostawał zawsze, szczególnie w okresie PRL-owskim, ale także i w III RP, choć w nieco innej perspektywie, PKWN i jego Manifest z 22 lipca 1944 roku. Był nie tylko faktem dokonanym o znamiennym znaczeniu i konsekwencji, dziś to wiemy, na długie lata. Polska Ludowa to kilka pokoleń Polaków, dziś w różnym wieku, z różnym dorobkiem i biografią — losem. Ale wtedy, w 1944/45 roku te dwa wydarzenia/zderzenia miały niezwykły wpływ na społeczeństwo polskie i jego postawy, zachowania, nastroje wobec nieuchronnie zbliżającego się końca wojny. To również, obok powstańczej klęski, znamienny kontekst roku 1944. Jego istotą było niewątpliwie rozdroże politycznych, ideowych i życiowych wyborów, na jakim znalazła się znacząca część społeczeństwa polskiego przełomu okupacji i wyzwolenia, czy jak mówili niektórzy, jednak niezbyt zasadnie, drugiej okupacji sowieckiej. Tam bowiem, gdzie rozsypują się stare formy i jednocześnie tworzone są nowe, musiało zaistnieć stadium wahań i niepewności. Zawirowania polityczno-ideologiczne — powstanie Polskiej Partii Robotniczej, Krajowej Rady Narodowej, Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego jako naturalnej konsekwencji tej sekwencji faktów dokonanych, ale też, wspomniane już decyzje teherańsko-jałtańskie, dramat powstania, spowodowały w wielu środowiskach zauważalny proces polaryzacji postaw politycznych i społeczno-ustrojowych. Nie stanowiło to dużego zaskoczenia, jednakże w przypadku Polski ostrość podziałów społecznych objęła też kwestie ideologiczne, takie jak stosunek do komunizmu (bolszewizmu/stalinizmu) i komunistów (władze PPR, Armia Czerwona, Manifest PKWN, itp.). To ostro dzieliło, podziały zaś przebiegały dość różnorodnie — niekiedy w rodzinie, w grupach zawodowych i społecznych, nie mówiąc już o lokalnych czy regionalnych społecznościach czy narodowościach. Gdzieś w tle dostrzec też można pogłębiające się w społeczeństwie polskim procesy radykalizacyjne i demokratyzacyjne. Zrozumiałe jest, że każde pokolenie dąży do zmian. Podobnie było w okresie okupacji. Wzrosło znaczenie programów politycznych, gdyż „specyficzne warunki państwa pod okupacją” (także i specyficznego tworu jakim było państwo w konspiracji, tj. Polskie Państwo Podziemne) „sprzyjają iluzjom, ograniczają zaś możliwości dostarczenia masowej informacji dla konkurencji partyjnej i zmniejszają zasięg konstruktywnej agitacji”. W konspiracji uformowane zostały zręby politycznej orientacji wobec wyzwolonej Polski. To również ważny kontekst. Rozpoczęła się bowiem tym samym polityczna walka o władzę, która już od połowy 1944 roku została przez komunistów przekształcona w walkę o monopol władzy, na wzór sowiecki. Sprzyjały jej dwa zasadnicze elementy. Powszechne raczej zrozumienie przez społeczeństwo istoty ustroju politycznego i roli, jaką on odgrywa, spowodowało dość znaczny wzrost zainteresowania samą przebudową ustroju i jej kierunkami. I płaszczyzna druga, to wspomniane już procesy radykalizacyjne i demokratyzacyjne zachodzące w okupowanym społeczeństwie. Stanowiły one ważne tło polityczne programów, umożliwiały ich prezentację i po części, na miarę wojennych warunków, agitację na rzecz ich poparcia. Ale wpływ na społeczne postawy w końcowej fazie okupacji miały również i czynniki psycho-społeczne: wycieńczenie okupacją, stres psychiczny, stan anomii itp. To one właśnie rodziły postawę, którą pamiętnikarze odnotowują często jako: „niech będzie gorzej, byle było inaczej”. Jej główną przesłanką była bez wątpienia myśl: najważniejsze jest wyjście z okupacji niemieckiej. Jeżeli dopomogą w tym Sowiety (a rzeczywista sytuacja na froncie, nawet najbardziej zaangażowanych idealistów, którzy wierzyli niezmiennie, że wejdą do Polski alianci zachodni, racjonalizowała w postawach i zachowaniach) — to również będzie to wyzwolenie. Właśnie wyzwolenie, a nie jakaś ponowna okupacja. To była pierwsza myśl, powszechna i nadrzędna, wynikająca z oceny emocjonalnej, z potrzeby obrony życia przed niemiecką brutalną praktyką okupacyjną. Typową postawą Polaka w tym czasie nie było ani myślenie rewolucyjne (komunizm ponad wszystko, nawet socjalizm, choć i wyznawcy tych idei w polskich środowiskach się znajdowali), ani myślenie ideologiczne czy magiczne. Postawą typową było myślenie dość zracjonalizowane, rzec można życiowe; przeżyć te ostatnie miesiące i tygodnie niemieckiej okupacji, doczekać jej końca i wyzwolenia. W praktyce to oczekiwanie oznaczało swobodną już po wojnie możliwość wyjścia na ulicę, bez lęku i strachu, że łapanka, egzekucje, tajna policja, aresztowania, obóz. Oznaczało, że dzieci pójdą na normalną lekcję, z lasu powrócą najbliżsi, a także ci, których losy wojny rzuciły we wszystkie niemal strony świata. Oznaczało też, że można będzie uporządkować groby i cmentarze, a przede wszystkim odbudować domostwa, mieszkanie, wieś i miasto, kraj. To była postawa i oczekiwanie powszechne, najbardziej typowe, i powtórzmy, po ludzku zrozumiałe. Jeszcze bowiem nie docierały powszechnie do świadomości aresztowania NKWD i rodzimego PKWN-owskiego (komunistycznego) aparatu terroru. Jeszcze nie w sposób powszechny, choć tu i ówdzie wspominała o tym prasa, potwierdzały radiowe nasłuchy, „szeptanka”. Ale chęć życia i przeżycia, doczekania końca wojennego koszmaru była silniejsza, i była ponad tym nowym, zbliżającym się strachem, zideologizowanym, innym niż niemiecki, ale też będącym skutkiem przemocy, gwałtu i konfliktu. Zaczęto też poszeptywać o nowej, trzeciej wojnie, cywilizowanego demokratycznego świata przeciw „azjatyckiej hordzie nadciągającej ze Wschodu”. Ale w odczuciu większości to było jeszcze gdzieś daleko, jawiło się jako nierealne, a to co było widoczne tu i teraz, to fakt, że ta „horda” ze Wschodu gromiła Niemców i parła szybko na Zachód, w konsekwencji przynosząc wolność. * Mamy dziś inny czas, inne refleksy i doświadczenia historyczne. Mamy też inne społeczeństwo. Ale nie mamy za sobą innej historii, tylko tę samą, choć postrzeganą i interpretowaną dziś zgodnie z wymogami tej dyscypliny naukowej. Ale też niewolną od sporów, zaognionych historycznych i quasi historycznych dyskursów, wręcz waśni. Mocujemy i prawujemy się z tą naszą historią, nie zawsze wyciągając z niej właściwe wnioski. Zdawać by się mogło, że tak zawsze było, że to nic nowego, że historia jest przecież nadal „nauczycielką życia”. Osobiście mam co do tego poważne wątpliwości. Ale procesu historycznego nie możemy zmienić, tak jak i historycznego doświadczenia i historycznej świadomości. Także i tej płynącej z kontekstów roku 1944. Może „okrągła”, choć jeszcze nieodległa, sześćdziesiąta rocznica polskiej traumy 1944, traumy przegranych zwycięzców, stanie się impulsem do spokojnego dyskursu, bez politycznego zacietrzewienia, niekiedy wręcz głupoty i politykierstwa przemieszanego z najgorszym modelem partyniactwa. Wtedy może będziemy mogli powiedzieć, my, także przecież uczestnicy procesu historycznego, że historia magistra vitae est. Jacek Chrobaczyński |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, sierpień-wrzesień 2004 . Statystyka |