Polemiki 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

 

Jarosław Rafa

Ignoranci w Sieci

 

W numerze 16/17 „Konspektu” ukazał się mój tekst dotyczący pewnej ogólnie znanej sieci komputerowej, z której wszyscy korzystamy. Niestety, jej nazwa — którą, jak nazwie własnej przystało, zapisałem wielką literą — została „poprawiona” przez redakcję na małą literę. Moje oburzenie z tego powodu wywarło, jak widać, wrażenie na redakcji i uznała ona za stosowne „podeprzeć” swoje stanowisko w tej kwestii zamieszczoną w kolejnym numerze wypowiedzią „mistrza polskiej ortografii”. Będąc zatem niejako „wywołany do tablicy”, nie mogę powstrzymać się od głosu polemicznego, bardzo jednak proszę redakcję, aby tym razem pohamowała swój zapęd do „poprawiania” pisowni słowa „Internet”, gdyż z całą świadomością jest ono pisane raz wielką, a raz małą literą, i ma to swój głęboki sens.

Pozwolę sobie zacytować końcowe zdanie z wypowiedzi opublikowanej w „Konspekcie” nr 18, które moim zdaniem jest kluczowe dla problemu: „Uważam, że należy pisać internet (przez małe „i”) [...] albowiem użytkownik na co dzień nie wnika w to, że korzysta z sieci, która nazywa się Internetem [...]”.

Otóż właśnie. Od kilku lat rozpleniła się koszmarna moda — skutecznie ugruntowywana zresztą przez media — na korzystanie z Internetu bez pojęcia czym on jest i jak działa. Ubolewają nad tym wszyscy ci, którzy tej sieci używają od dawna, bowiem efektem takiej postawy jest powszechne „zdziczenie obyczajów” w Internecie. Nie chodzi tu o zdziczenie w sensie ogólnokulturowym, choć i to jest wyraźnie widoczne (np. bluzgi na forach dyskusyjnych), lecz specyficznie internetowym. Rzesze użytkowników-ignorantów korzystają z usług internetowych w sposób niezgodny, a często wręcz sprzeczny z przeznaczeniem, przypominający przysłowiowe wbijanie gwoździ mikroskopem (koronny przykład to wysyłanie pocztą elektroniczną plików o wielkości wielu megabajtów, podczas gdy do transmisji tak dużych plików zdecydowanie należy wykorzystywać inne usługi internetowe, lepiej do tego celu dostosowane). Powoduje to niepotrzebne obciążenie łączy, serwerów, dodaje zbytecznej pracy administratorom i wywołuje ból głowy u bardziej zaawansowanych internautów, którzy zetkną się z taką działalnością. O problemie ignorancji użytkowników pisałem już w 1997 roku, w felietonie zamieszczonym na łamach „Magazynu Internet” (tekst ten jest dostępny w Internecie pod adresem: www.ap.krakow.pl/papers/f_lamer.html — zachęcam do jego przeczytania!), niestety jednak od tego czasu nic się nie zmieniło, a nawet można powiedzieć, że jest coraz gorzej. Tak zwane środowiska opiniotwórcze, zamiast piętnować postawę użytkowników-ignorantów, jeszcze jej przyklaskują, chociażby poprzez „namaszczenie” pisowni słowa „internet” małą literą. Czymże to jest, jak nie oficjalną akceptacją dla ignorancji przeciętnego użytkownika tejże sieci? Zacytowana powyżej wypowiedź mówi wszak o tym wprost!

Nie potrafię zgodzić się na to, aby o jakimkolwiek elemencie życia publicznego — choćby tak drobnym (ale dla mnie ważnym), jak pisownia słowa „Internet” — decydowała ignorancja. Dlatego zabieram głos w tej sprawie, zwłaszcza że w tym przypadku mam szansę faktycznie na coś wpłynąć (w przeciwieństwie np. do głupich i szkodliwych decyzji, jakimi raczą nas politycy).

Wróćmy zatem do naszego „mistrza ortografii”. Uważa on, że „internet” należy pisać małą literą jako nazwę nowego medium, uznając zarazem, że Internet w sensie technicznym — czyli jako nazwę sieci komputerowej — pisze się wielką literą. Czy jednak można rozgraniczać „internet jako medium” od „Internetu jako sieci”? Czym właściwie jest Internet?

Otóż nie wiem, czy nasi specjaliści od ortografii są tego świadomi, ale istnieje oficjalna, opublikowana w dokumentach RFC (które dla Internetu pełnią mniej więcej taką rolę, jak dla państwa konstytucja i ustawy) definicja Internetu. Warto tutaj ją przytoczyć, gdyż zawiera pewien istotny element, który umknął wszystkim „mistrzom ortografii”.

Zgodnie z dokumentem RFC 1462, na Internet składają się trzy elementy:
  — sieć złożona z połączonych ze sobą sieci korzystających z protokołu TCP/IP;
  — społeczność użytkowników, która korzysta z tych sieci i rozwija je;
  — zbiór zasobów informacyjnych, które są dostępne za pośrednictwem tych sieci.

Oficjalna definicja wyraźnie zatem akcentuje fakt, że „Internet jako sieć” (pierwszy z powyższych punktów) i „internet jako medium” (ostatni) są nieodłączne. Co więcej, pojawia się w tej definicji jeszcze jeden, bodaj najistotniejszy element: Internet jako społeczność użytkowników. To właśnie ten element najczęściej traci z oczu — czy też nie jest go w ogóle świadom — współczesny użytkownik-ignorant. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że gdzieś tam, po drugiej stronie kabla, jest ogromna grupa ludzi, którzy całymi latami wspólnym wysiłkiem tworzyli to „coś”, z czego on teraz korzysta. I stworzyli nie tylko podwaliny techniczne, ale także pewne obyczaje, zwane netykietą. Wchodząc w tę społeczność, wypadałoby te obyczaje poznać i się do nich stosować — zwłaszcza że wymyślono je po to, aby szanować czas i wysiłek wszystkich użytkowników Internetu, bo wszyscy oni zależą nawzajem od siebie. Ale skąd ma o tym wiedzieć ktoś, komu wmówiono, że aby móc korzystać z globalnej sieci, nie trzeba się niczego o niej nauczyć? Dziwne, że bez większych oporów akceptujemy konieczność nauki w przypadku posługiwania się dużo mniej skomplikowanymi narzędziami, takimi jak np. samochód, a do najbardziej złożonej konstrukcji technicznej, stworzonej dotychczas przez człowieka, podchodzimy z nastawieniem „jakoś to będzie”...

Do tego typu zachowań skłania po części traktowanie Internetu jako kolejnego, nowego medium. Choć niewątpliwie po części słuszne, podejście takie powoduje, że użytkownicy przenoszą na Internet swoje przyzwyczajenia i postawy z klasycznych mediów, takich jak prasa czy telewizja, gdzie nie mamy do czynienia ze społecznością użytkowników, lecz rzeszą biernych konsumentów przeciwstawioną wąskiej grupie nadawców informacji. Taką właśnie typowo konsumencką postawę prezentują „nowi” użytkownicy Internetu: posługują się nim w taki sposób, w jaki im jest wygodnie (lub w jedyny, jaki potrafią), nie myśląc przy tym specjalnie o komforcie innych.

Telewizji nie szkodzi bowiem, jeżeli używam telewizora w sposób niezgodny z instrukcją obsługi. Nie zaszkodzę redakcji gazety, ani innym czytelnikom, jeżeli zamiast tę gazetę czytać, zapakuję w nią buty. Takimi działaniami mogę, co najwyżej, zaszkodzić sobie. W przypadku Internetu natomiast, zachowując się w sposób niezgodny z netykietą (a także czymś, co można by nazwać „technicznym zdrowym rozsądkiem”, a czego niestety wiele osób nie posiada), szkodzę innym użytkownikom i sieci jako całości.

Dlatego tak bardzo szkodliwe jest — moim zdaniem — akceptowanie postawy typu „użytkownik nie wnika w to, z czego korzysta”. Dlatego powinniśmy, gdzie się da, publicznie wyrażać dezaprobatę dla korzystania z Internetu bez posiadania choćby podstawowej wiedzy o zasadach jego funkcjonowania. Dlatego — jeżeli już mówimy o Internecie jako o medium — to akcentujmy to, że jest to medium istotnie nowe, całkowicie odmienne od dotychczasowych i wymagające zupełnie innego podejścia. A jeszcze lepiej — zamiast mówić o Internecie jako o medium — mówmy o nim jako o społeczności!

I to właśnie ta społeczność — nikt inny — ma największe moralne prawo do ustalenia, jak należy pisać słowo „Internet”. Bo w końcu to ona jest Internetem, jak stanowi RFC 1462. Już dawno temu uznała, że należy tę nazwę pisać właśnie tak, jak w poprzednim zdaniu. Dlaczego nie należący do tej społeczności (bo sami wykluczający się przez swoją „antyspołeczną” postawę) ignoranci mają jej narzucać swoją wolę?

Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec-sierpień 2004 . Statystyka