|
Reportaż Konspektu |
|
Artykuły z poprzednich numerów: |
Kazimierza Karolczaka podróże nie tylko naukowe...Moja Ameryka... (3)Zaczynam akceptować popularną sieć restauracji Roadhouse, chociaż początkowo drażniły mnie panujące tam zwyczaje. Na każdym stoliku znajduje się pojemnik z peanuts, nazywane w Georgii „małpimi orzeszkami”, które obiera się bezpośrednio na stolik i zrzuca na podłogę. Obserwuję ludzi. Niektórzy czynią to z ostentacyjną radością i wręcz z rozmachem... tak po amerykańsku! Nie zawracają sobie głowy konwersacją, wyszukanymi daniami. Jedzą szybko, dużo, kalorycznie... Efekty? Tak dużej ilości przesadnie otyłych ludzi nie widziałem dotąd przez całe swoje życie! Nasze „rodzime grubasy” nie robią już na mnie wrażenia: to zaledwie niewielka nadwaga! Trzeba jednak dużego samozaparcia, by nie zamawiać największego steku („Porterhouse”), a zadowolić się połową delikatnego „Fillet mignon” i to bez ziemniaka. Ów ziemniak był dla mnie największym zaskoczeniem.
Polakowi, w dodatku wychowanemu na kuchni wielkopolskiej, trudno sobie wyobrazić obiad bez ziemniaków... A więc zamawiam stek z ziemniakiem: jednym? — tak wynika z karty. Cóż, pewnie się nie najem... Dostaję ziemniaka wielkiego, jak ów stek: w łupinie, nacięty wszerz i wzdłuż, lekko rozchylony i wypełniony bitą śmietaną, masłem, sproszkowanym boczkiem i różnymi przyprawami! Jak smakował? Inaczej... ale więcej go już nie zamówiłem. Zażyczyłem sobie za to piwo, a kelner uprzejmie zażądał ode mnie dokumentu tożsamości! Zaniemówiłem: jestem absolutnie trzeźwy, więc... kelner musi mieć wątpliwość co do mojej pełnoletniości. W pewnym wieku taka konstatacja może sprawiać już przyjemność, gdyby nie pechowy (akurat tego dnia) brak w mojej kieszeni prawa jazdy! Piwo ostatecznie wypiłem, ale dopiero, gdy znalazłem z kelnerem wspólne, europejskie korzenie (był Włochem) i dla świętego spokoju przyznałem, że lubię „polskie pierogi”. Do dziś zastanawiam się, jak takie pierogi smakują, bo jako żywo żadne ze znanych mi tego typu specjałów (a znam i jadam wiele) nie przypominają tych z opisu kelnera! W dodatku uchodzą jeszcze za „polskie”, ale to pewnie z tej samej przyczyny, jak nieznane wschodnim nacjom „pierogi ruskie”! Tego dnia dowiedziałem się jednak, że kupując czy zamawiając alkohol (piwo, wino, likier itd.) powinienem się wylegitymować i to bez względu na wiek. Czym wylegitymować? Nie ma znaczenia, byle była wpisana tam data urodzenia. Tak naprawdę, to nikt tego nie czyta. Podobnie jak policjant, któremu wylegitymowałem się polskim dowodem osobistym, a on z ciekawości zapytał, w którym stanie wydano to prawo jazdy!
Powróćmy jednak do ziemniaka. Ten specjalny, wielki gatunek, uprawia się tylko w Idaho, który to stan specjalizuje się właśnie w ziemniakach. Cała Ameryka w czymś się specjalizuje i tylko częściowo zależy to od warunków klimatycznych, jak w Kalifornii (przemysł warzywno-owocowy, winnice) i Georgii (bawełna, „małpie orzeszki”). Stany nieobdarzone tak hojnie przez naturę przyciągają innymi atrakcjami. Pustynna Nevada otrzymała od rządu federalnego pozwolenie na prowadzenie domów gry (Las Vegas); Floryda, pokryta do niedawna dżunglą, staje się powoli jednym wielkim parkiem rozrywki (hotele, plaże), w którym do rangi symbolu urasta Disney World w Orlando; malutki stan Delaware nad Atlantykiem (takie amerykańskie Monaco) stworzył najlepsze w USA warunki rejestrowania korporacji, przez co znany jest większości aktywnych gospodarczo Amerykanów, mimo że nigdy tam osobiście nie byli. Cóż, w tej dziwnej Ameryce wystarczy wysłać pocztą jedno pismo (np. do urzędu w Delaware), by uruchomić własną firmę... I nic nie zależy od „dobrej woli urzędników”...
Stany Zjednoczone posiadają wiele atrakcji przyrodniczych, ale już zabytków historycznych jak na lekarstwo. Trudno bowiem oczekiwać, by Europejczyk zachwycał się dziewiętnastowiecznymi budowlami... W centrum Atlanty do refleksji skłania jednak zabudowana stara rampa kolejowa, na której jeszcze w połowie XIX wieku handlowano niewolnikami. Dziś mieszczą się tam ciągi spacerowe z galeriami handlowymi, restauracjami, a o niechlubnej przeszłości przypominają jedynie zdjęcia i zamieszczone pod nimi opisy. Jak wiele zmieniło się od tego czasu... Pod spływającą po ścianie wodą siedzi na kamiennej ławeczce zadumany dawny niewolnik... także kamienny! Najwięcej pamiątek przeszłości odwołuje się — co zrozumiałe — do wojny secesyjnej. Wokół wyróżniającej się z daleka pozłacaną kopułą siedziby gubernatora ustawiono kilka różnych pomników przypominających tamte — tragiczne dla Georgii — wydarzenia. Obelisk postawiono też żołnierzom pochodzącym z tego stanu, a poległym w wielkich wojnach toczonych na całym świecie. Na jego szczycie płonie wieczny ogień, a napisy na każdej z czterech stron upamiętniają poległych w I i II wojnie światowej, w wojnie koreańskiej i wietnamskiej. Na najnowszym z pomników stanął najmłodszy „bohater Georgii”: Jimmy Carter, wielki tutejszy plantator „małpich orzeszków”, a w niedalekiej przeszłości gubernator stanu (1971–75) i prezydent USA (1977–81).
Dumą mieszkańców Atlanty jest niewielki Park Olimpijski, z alejkami wyłożonymi cegiełkami, na których wyryto nazwiska sponsorów przeprowadzonych tu w 1996 roku letnich Igrzysk Olimpijskich. Wystarczyło wpłacić wtedy zaledwie 20$, by przejść do historii... Tylko czy dla Amerykanów jest to ważne? Tu spogląda się raczej w przyszłość, podkreśla, że Atlanta jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się miast w USA, siedzibą central wielkich koncernów, np. Coca Coli, czy stacji telewizyjnej CNN. W centrum przytłaczają ogromne budynki, poraża mała ilość zieleni. Nowoczesna technika nie ma litości dla przyrody... Dokąd zmierzasz Ameryko? Z owymi zachowaniami kontrastują wysiłki na rzecz udomowienia wielu gatunków zwierząt. W podmiejskich rezydencjach, w otoczeniu człowieka pozostają już nie tylko psy i koty, ale i trochę większe zabawki, jak konie, strusie, lamy. Oryginalnym jest kojarzenie poszczególnych posiadłości z dzikimi zwierzętami spacerującymi w zagrodzie od strony drogi. Na rancho Evy było to 6 emu i rodzina sarnia. Odnosiłem wrażenie, że miłość do egzotycznych zwierząt sprowadzanych do Georgii jest równie silna, jak chęć wytępienia rodzimych okazów. Sympatyczna wiewiórka uchodzi tam wręcz za szkodnika i ze zdumieniem wysłuchiwałem opowieści, jak to „stada” (!) tych zwierzątek dewastują drewniane domy i muszą być tępione! Na swoich posiadłościach Amerykanie mogą zgodnie z prawem rozwiązywać swoje problemy, a więc niektórzy strzelają do wiewiórek, inni, kochając ptaszki, celują w tym samym celu do kotów! Mieszkam w posiadłości „typowej” (określenie właścicielki Evy) dla tego terenu. Na dwie osoby przypadały 4 konie, 5 psów, 6 emu itd., a wszystko to dla rozrywki. Drzewa poobwieszane specjalnymi karmnikami dla różnych gatunków ptaków, z których najefektowniej prezentują się tzw. kardynały (duże ptaki z czerwonym upierzeniem), ale najweselsze są koliberki, pojone wodą z cukrem. W jeziorze pełno ryb, żółwi, dzikie kaczki. Od początku mam wątpliwości, co do „dzikości” tych ostatnich. Moje pojawienie się na pomoście nad jeziorem stawało się zawsze sygnałem do wielkiego wrzasku i po chwili płynęło do mnie stado kaczek. O ich dzikości świadczyło jedynie trzymanie szyku: płynęły w kluczu po swoją codzienną porcję suchej karmy. Początkowo byłem przekonany, że owe kaczki nie odlatują w inne miejsce, bo tu są dokarmiane, ale wkrótce odkryłem amerykański „przepis na dzikie kaczki”. Otóż dzikie kaczki zamawia się telefonicznie na drugim końcu USA (!), skąd zostają zaraz po wykluciu zapakowane w paczkę z otworami i przesłane pocztą. Do adresata docierają w ciągu 24 godz., po czym są pielęgnowane podobnie jak nasze domowe kaczuszki. Tyle tylko, że po dorośnięciu nie trafiają do piekarnika, a na jezioro! Ot i cała ich dzikość! Gdzie one mają odlecieć? Do wylęgarni? Jezioro i otaczający je las były także domem dla wielu innych, mniejszych bądź większych zwierząt. Z ciekawością odkrywałem je prawie codziennie, zachwycałem się ich „innością”, dopytywałem o nazwy. Znajomo zabrzmiała natomiast sensacyjna wiadomość przyniesiona przez przerażoną Heidi, że w jeziorze jest krokodyl. Następnego dnia poinformowała o swoich przypuszczeniach kowala, który przyjechał ścinać koniom kopyta. Ten zszedł nad jezioro, pooglądał, poskrobał się po głowie i pogardliwie zawyrokował: „jaki tam krokodyl, to tylko aligator”! Po czym spokojnie wrócił do swojej roboty! Najbardziej psotnymi stworzeniami okazały się szopy pracze. Ich wrodzona ciekawość i sprytne paluszki stawały się przyczyną wielu drobnych, ale uciążliwych szkód. Suchą karmę dla „towarzystwa” z jeziora trzeba było zamykać w specjalnej skrzyni ze skomplikowanym zamkiem, bo inaczej wszystko byłoby w nocy wyrzucone. Wystawienie śmieci przed posesję w przeddzień ich wywożenia groziło totalnym bałaganem przy drodze, gdyż te sympatyczne zwierzątka rozrywały worki, chcąc poznać zawartość. Zastanawiam się nad fenomenem naukowym Ameryki. Próbuję dociec przyczyn sukcesu. Pieniądze? Na pewno, ale to nie wystarczy. System edukacji? Rozmawiam z nastoletnim synem dopiero co poznanej rodziny o szkole. Zaczął trzecią klasę szkoły średniej (zdumienie: sierpień, a oni już chodzą do szkoły!), ma wszystkiego 6 przedmiotów: język angielski, matematyka, geografia, informatyka, muzyka i wychowanie fizyczne. Szkoła ponoć bardzo dobra, ale pytam o historię: nie ma. Na tym etapie edukacji jest już daleko posunięta specjalizacja. W takiej, jak ta, klasie informatycznej wiedza historyczna ograniczyła się do jednego roku poznania wybranych wydarzeń z historii Stanów Zjednoczonych! Podobną wiedzę o przeszłości ma większość Amerykanów. Statystyczny Polak na pewno ma większą wiedzę ogólną od rówieśnika w USA, ale... dużo mniejszą specjalistyczną! Nie nabywa też wielu praktycznych umiejętności, pozwalających swobodnie poruszać się w coraz bardziej skomplikowanym świecie. Refleksja: można żyć bez historii... i to całkiem nieźle! Czy tylko tam, gdzie najdalej sięga się zazwyczaj do XVIII wieku? Poznaję ludzi. Jak wszędzie: bardziej i mniej ciekawi. Na ogół skoncentrowani na swoich sprawach, niewykazujący dużego entuzjazmu dla rzeczy mało praktycznych. Praca pochłania ich bez reszty, na odrobinę luzu pozostaje wieczorne spotkanie ze znajomymi, ale nie częściej, jak raz w tygodniu. Mocno identyfikują się ze swoim krajem. Bardzo przeżyli atak terrorystyczny z 11 września 2001 roku. Większość — bez względu na pochodzenie etniczne — wywiesiła na stałe przed swoimi domami amerykańskie flagi. To swoisty symbol solidarności Amerykanów w walce z terroryzmem. Nie oznacza to jednak bezwarunkowego poparcia dla obecności armii USA w Afganistanie czy w Iraku. Odnosiłem wrażenie, że my w Polsce bardziej byliśmy przekonani (przynajmniej początkowo) o konieczności wysłania wojska do Iraku, niż Amerykanie. No cóż, może im spowszedniała już ta mocarstwowość, a my tak byśmy chcieli... Polaków w Atlancie nie ma tak wielu, jak w Chicago, czy Nowym Jorku, ale są bardzo „amerykańscy”. Nie tworzą zamkniętej grupy narodowościowej, ale otwarcie funkcjonują — i to na ogół z sukcesami — w szeroko rozumianym społeczeństwie. Dzięki Evie poznaję i zaprzyjaźniam się z rodziną, z którą szybko znajdujemy wspólne tematy. Krysia okazuje się absolwentką krakowskiej Politechniki, a jej mąż Rafał — pedagogiki na WSP! Emigranci z okresu stanu wojennego, po 20 latach nieźle już urządzeni i zakotwiczeni chyba na stałe... Próbowali wrócić na początku lat 90-tych, ale jak przyznają „nie potrafili się już zaadaptować” do odmiennej — mimo przełomu 1989 roku — rzeczywistości. Przez nich poznaję kilka innych rodzin. Prawie wszyscy dobrze wykształceni, prowadzą własne firmy, bądź pracują jako specjaliści na dobrze płatnych posadach. Są wśród nich elektronicy, którzy wyruszyli na emigrację zaraz po ukończeniu studiów jeszcze w pierwszej połowie lat 70., są „szczęśliwie losujący zielone karty” 20 lat później... Jedni wyjeżdżali przed laty z Polski z pustymi kieszeniami, inni sprzedawali domy, porzucali „bezpieczne posady” nad Wisłą, wszyscy zaczynali życie na nowo. Czy było warto? Czy nie żałują? Spotkałem ludzi dobrze zaadaptowanych, szczęśliwych (przynajmniej na zewnątrz), mówiących „po amerykańsku” tylko o sukcesach... Polscy Amerykanie... W miasteczku Rome (z pomnikiem wilczycy podarowanym przed II wojną światową przez Mussoliniego!) odwiedziłem architekta Tadeusza Janowskiego, legendę Polonii w Georgii, oryginała, żyjącego we własnym, baśniowym niemal świecie, w domu–studio (muzeum?) wybudowanym na kompletnym odludziu... W swoje 80-te urodziny, ten malarz architektury Jagiellonów, kreślił przede mną przedziwne momentami obrazy własnego życia... Kazimierz Karolczak |
|
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, lipiec-sierpień 2004 . Statystyka |