Esej |
||
|
Jan TrąbkaPrzeżywanie i poznanie — źródła świadomościByło to podobnoć tak... Przed około 50 tysięcy lat w genie FOXP2 człowieka neandertalskiego nastąpiła mutacja, dzięki której wykształciła się mowa ludzka Według R. Kleina z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Stanford neandertalczyk, boczna i uschła gałąź genealogicznego drzewa dzisiejszego gatunku homo sapiens, posługiwał się komunikacją prewerbalną; nie mówił płynnie, nie rozróżniał głosek, piszczał, skrzeczał, co nie wymagało aby dysponował regułami gramatycznymi. Jeszcze bowiem nie wykształcił się aparat artykulacyjny, czyli mięśnie twarzy i języka nie współpracowały ze sobą. Po prostu brakowało im koordynacji, aby mógł powstać narząd. A narząd mowy to nie ewolucyjny drobiazg, ale warunek decydujący o emergencji — narodzinach ludzkości[1].
Według neurologów współczesnych synchronizacja muskulatury wokalnej to istny cud świata — misterium, ponieważ dla prawidłowego funkcjonowania mowy, do mięśni aparatu artykulacyjnego musi docierać aż 200–300 impulsów na minutę i najważniejsza rzecz, według wcześniej ustalonej z góry kolejności. Aprioryczny porządek sprawia, że na terenie tego aparatu musi spontanicznie wynurzyć się szereg traktorowo-fraktalowych ośrodków, tak aby np. na 3–7 mm przed tylną ścianą zębów szczęki górnej zatrzymywał się koniec języka w czasie mówienia, w przeciwnym razie mówca będzie seplenił (prawdopodobnie T. Boy-Żeleński był nosicielem tego afatycznego defektu). A więc mamy tu do czynienia z wyjątkowym, ewidentnie cudownym zjawiskiem, bo przekraczającym granicę ludzkiej wyobraźni oraz zwykłe naturalne możliwości operacyjne. Niemowlęciu potrzeba na opanowanie sztuki mowy przeciętnie trzy lata. Mutacja wspomnianego wyżej genu zapoczątkowała u wymarłych przodków należących do gatunku neandertalno-münsterskiego rozwój inteligencji i umiejętności malarskich. Tak głosi mitologia tworzona przez naukę współczesną, bo paleologiczne znaleziska mówią, że na ścianach jaskiń w Cromagne są wykonane z artyzmem obrazy przedstawiające sceny polowania na zwierzęta, co jednoznacznie przemawia za faktem, że praludzie neandertalu posiadali uzdolnienia malarskie i zmysł estetyczny. A twierdzenie, że nie byli zdolni do abstrakcji i długotrwałego planowania przeszłości, to wierutna naukowa bzdura, skoro byli pierwszymi żywymi okazami, które grzebały ciała swoich zmarłych. Iluż dzisiejszych przedstawicieli homo sapiens myśli na krótszą metę, bo tylko po grób, choć i owa perspektywa znika z horyzontu myślowego u wielu sceptyków i agnostyków. Przecież neandertalczycy posługiwali się muzyką — najwyższym stopniem abstrakcji, jak świadczą znaleziska jaskiniowe pierwotnych instrumentów: piszczałek, kości i rogów. Muzyka jako sztuka oparta na semantyce i estetyce, była wcześniejszym niż mowa sposobem łączności między praczłowiekiem a otoczeniem. I wydaje się, że nie była to potrzeba serca praczłowieka, lecz wymóg otoczenia — muzyczny, symboliczny kontakt. Zrozumienie tego, co działo się w epoce praludzkiej zostało jedynie skutecznie rozsadzone lingwistyczną miną, nazwaną przez Gibsona affordance[2]. To trudno przetłumaczalne słowo stało się źródłem typowych, ale jakże trudno zauważalnych błędów (I can afford it — mogę to znieść), i odnosiło się do znaczeniowego postulatu otoczenia względem wszystkich stworzeń żyjących, a nie odwrotnie. Rośliny, zwierzęta i przedludzie „niemowy” musiały znosić to, czego wymagały warunki zewnętrzne, o ile chciały przeżyć, zaadoptować się i udoskonalić. A wniosek, że nazwa homo sapiens brzmi przesadnie a nawet perwersyjnie, że nastąpiło rozstanie się z prawdziwą mądrością — przedstawię później. Najpierw podam hipotetyczny stan faktyczny. A to musiało być tak... Tak poważne zaburzenia linii ewolucyjnej nie mogły zależeć od jednego genu nawet zmutowanego, ale owa mutacja musiała przetasować cały genotyp neandertalski, osadzony na nietrwałym gruncie, jakby na mydle, gdzie usunięcie jednej płytki, zmiana konformacji jednego genu wprowadziła przekształcenie całej architektury genomu, co skutkowało narodzinami pragmatyki, egzystencjalizacji, czyli czynników koniecznych dla uzewnętrznienia się podmiotu dotąd zawsze zinternalizowanego. Życie wcale nie wprowadziło podwójnej buchalterii, ale zadowalało się tylko przeżywaniem wewnętrznym. A więc wszelka obserwacja, a zwłaszcza powtarzalne manipulacje, wymagające wyprowadzenia selfu, czyli przeżywającego podmiotu na zewnątrz, z naturalnego punktu widzenia byłyby bez sensu. Ile gatunków z królestwa zwierząt i roślin wzbogaciło mądrość świata, bez potrzeby wyczyniania racjonalnych meandrów intelektualnych. Cele skierowane były na precyzyjniejsze wmontowanie siebie w globalną sieć związków znaczeniowych — merytorycznych, nie wymagających żadnej formalnej oprawy. Ewolucji zależało bowiem nie tylko na biernym drylowaniu, ale na najpełniejszym przystosowaniu się czynnym, czyli na właściwym podłączeniu się do globalnej puli mądrości, która emitowała pola morfogenetyczne — znaczeniowe przekazy i wszelkiego rodzaju tropizmy. W polu uniwersalnej radiacji Ziemia wraz z neandertalskimi mózgami stanowiła tylko jeden z wielu odbiorczych, „percepujących” punktów węzłowych. Najzwyklejsze promienie słońca transferowały nie tylko energię fizyczną, ale także „sugerowały” sposób jej zagospodarowywania. O obecności w promieniowaniu elementów poza- czyli metafizycznych świadczy fenomen kondensacji na polu Bosego–Einsteina. Także połączenia wewnątrz organizmów i ich urządzenia nadawczo-odbiorcze w postaci systemu kanalikowo-tubulinowego umożliwiały integrowanie się z kosmicznymi sieciami merytorycznie spokrewnionymi, koherentnymi związkami, nie dającymi się umiejscowić ani w przestrzeni ani w czasie. Jak podają rzymskie historie (Strabon, Pliniusz Starszy), ojciec medycyny Hipokrates w Świątyni Eskulapa znalazł przepis jak leczyć światłem. Źródło siły leczniczej światła upatrywano nie tylko w energii termicznej, ale w mocy pochodzącej z różnych poziomów mistycznych, nie wyłączając Boga. Wielu badaczy mogło przez moment wzdrygać się, że podobnoć we wszechświecie tylko 20% masy świeci, a przeważają tzw. masy ciemne, odkrywane w pierścieniach wokół galaktyk. Ale okazuje się, że także masy ciemne jak czarne dziury są źródłem fluktuacji, które mogłyby być zainstalowane do nowatorskiej hipotezy o fraktalach masy i o soczewkach grawitacyjnych. Biada filozofom, którzy swą wiedzę o życiu i o „mądrości ciała” ograniczają do biologii, do nauki o życiu. A gdzie przyrodoznawstwo, gdzie filozofia elan vital, którą powinni exprofessione reprezentować, aby nie kompromitować etykiety homo sapiens? Biada filozofom, którym przylepiono etykietę etatowych miłośników prawdy, którzy fałszywie swój ród wywodzą od platońskiego Timaiosa, a swoim krótkowzrocznym spojrzeniem w starożytność nie dosięgają czasów dalszych niż myśli Arystotelejska, kodeks Hammurabiego i prawodawstwo Aśoki. Filozofia nie mówi nic o ogromnym bagażu światowej mądrości, posługującej się zerową skalą apeironu a spisaną w Biblii, zaczynającą się od Księgi Rodzaju: „Nad odmętami wód unosił się duch Boży” — chodziło tu o pierwszy impuls organizacyjny — „Ruah”, o nakręcenie mechanizmu zegarowego Jamesa Jeansa, a raczej o lepiej oddający realia — mechanizm uruchomienia katarynki z kręcącymi się figurkami. O ducha, który jak wiatr „tchnie kędy chce”, o chaos, który niesie w sobie pamięć przeszłości, wrażenie teraźniejszości i wyobraźnię przyszłości. Nic więcej w przeżyciach nie działo się, nie dzieje się i nie będzie działo się na świecie. W chwili oddawania do druku mojej książki Odwieczny chaos a tworzenie się świata[3], nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile realiów, a ile mistyfikacji ów tytuł kryje; ile zawiera w sobie bombastycznych, profetycznych zapowiedzi, które dopiero przyszłość ma zweryfikować, a ile istotnych szczegółów pomija i zaniedbuje. „Odwieczność” oznacza dzieje bez początku i końca. Początek (arche) w owym kontekście nie może dotyczyć historycznego punktu na osi czasu, ale raczej zasad panujących w królestwie boga Aiona (apeironu). Dzisiaj jesteśmy już bardziej oswojeni z bezczasową rzeczywistością wirtualną, czyli ontologią rzeczy możliwych, która oczywiście trwa gdzieś tam i jakoś tam poza matrycą czasową i poza metryką przestrzenną[4]. Wszechświat roi się od bytów potencjalnych, od natchnień, hipotez, paradygmatów, które są jedynie przeżyciami, majaczeniami czy to dziennymi, czy sennymi, ale nie przekraczającymi granic świadomości wewnętrznej, którą lepiej byłoby nazwać jaźnią, a która nigdy nie zdołała okryć się zewnętrznym płaszczem egzystencji[5]. Chaotyczna natura — podobnie jak Bóg — nie ukazuje swego oblicza, ale daje o sobie znać za pośrednictwem objawień i emergencji. To uniemożliwia egzystencyjne poznanie. Wielkie zasługi poniósł A.N. Whitehead, który dla obiektywizmu i subiektywizmu próbował rozmyć i zatrzeć linię demarkacyjną[6]. Pomimo gwałtownych ataków, odwieczność równająca się z filozoficznym pojęciem nieskończoności–infinitezymalności, pozostała w umysłowości jako nieobyczajny cierń i nieujarzmiony eschatologiczny smok. Pomimo że idea laplasowskiej gładzi, wykluczająca hamiltonowską oporność, także została potrzaskana, pomimo że znaleziono pierwotne ślady w monolitowym głazie Natury, pomimo że destrukcjonizm Deleuze’a starł wszystko dokoła na fraktalowy proszek[7], odwieczność jako ciągłość i trwałość z jednej strony, a z drugiej — jako efemeryczna zmienność, niczym oścień utkwiła w naturze i jątrzy ją bez końca. Na koncepcji chaosu zaciążyło jednostronne, wadliwe rozumienie tego stanu, jako wyłącznie bezładu i nieporządku. Echa tego pierwszego, nie do końca postawionego kroku przy stworzeniu świata nadal docierają ze wszystkich stron. Nasłuchuje go Anaksogoras, który odkrył chaos. W ramach późniejszych, ludzkich alienacji chaosowi przyprawiono gębę bałaganu, ale obecnie — pomimo wszelkich możliwych uprzedzeń — znaleziono objawy stabilizacji fraktalowo-holistycznej. Na jakiej podstawie przypuszczamy, że kwiatek na łące czy drzewo w lesie, zwierzęta czy ludność Neandertalu nie miały własnego modelu świata, czyli abstrakcyjnego obrazu swego otoczenia? Zwłaszcza, że także na początku stworzonego heksameronu pojawiła się druga komenda „niech stanie się światło”, czyli słońce — rzeźbiarz świata, o roli którego wzmiankowałem już wyżej. Wydaje się, że immanentnym celem chaotycznego, stworzonego świata było lepsze przystosowanie żyjących stworzeń do nieustannie zmiennych warunków zewnętrznych. Nie zawsze ów cel adaptacyjny można było zrealizować i dlatego niektóre gatunki musiały bezpowrotnie zejść ze światowej sceny. Podobny los spotkał homo neandertalensis, znanego dzisiaj jedynie z wykopalisk archeologicznych. Są hipotezy, że został wyeliminowany przez człowieka współczesnego, który nazwał siebie „mądrym”. Wszystkie byty utrzymywały między sobą ożywione wewnętrzne stosunki intymne, które gwarantowały jakieś przeżycia indywidualne, a jednocześnie semantycznie uogólniające się na grupę i na to „prowokacyjne otoczenie”. Dawniej ową znaczeniową spójność określano eufeministycznie jako wyraz zasady przekory lub pokory, która mogła być rozumiana jako biologiczna transwestycja czysto fizycznej „siły bezwładności”. Tu przejawia się grubo coś więcej, ponieważ zjawiska życiowe nie dadzą się osadzić tylko w warunkach fizycznych. Przecież nie od dziś wiemy, że prawa fizyki, jako naukowy wytwór–wymysł, kłamią. W naturalnych dziejach świata przypuszczalnie musiało się wydarzać się coś nadzwyczajnego, niekoniecznie zgodnego z dotychczasową linią rozwoju, coś czego sama mutacja genu nie mogła wytłumaczyć, zwłaszcza gdy okazało się, że nie tylko cechy gatunkowe, filogenetyczne, ale i ontogenetyczne, nabyte odciskają się w konstelacjach genomu. Nie dysponujemy żadnymi przesłankami, które wytłumaczyć mogłyby, dlaczego rozwój ewolucyjny „zdecydował się” na uzewnętrznienie subiektywnych przeżyć, na wynicowanie swojego wnętrza. Aliści ukazywanie garnituru od strony podszewki, nie daje pełnego wyobrażenia o wyglądzie ubioru. Wydaje się, że to wynicowanie selfu, czyli egzystencjalizacja, polegało na większej racjonalizacji i ograniczeniu mechanizmów emocjonalno-motywacyjnych kosztem refleksyjnych iteracji. Dlaczego jakaś interwencja zamieniła self, ukryte życie, kierujące się stopniem naturalnego pokrewieństwa, respektującego równowagę koherencji i dekoherencji, na świadomość wnoszącą arbitralność, czyli wymyślony, egoistyczny porządek, nie według naturalnych racji, ale pragmatycznych przesłanek? Dlaczego esencjonalną mądrość życiową zamienił człowiek na naukową przebiegłość i przechytrzanie? Dlaczego nie poprzestał na mądrości ciała, serca i mózgu, i zdecydował się na egzystencję, czyli na kainizm i satanizm, powołujący aksjologię, ekologię, moralność i etykę? Niemniej dopiero teraz po uzewnętrznieniu w psychice tego, co dzieje się spontanicznie w mózgu, możemy powiedzieć o prawdziwym poznaniu, czyli zderzeniu się osobowości z otoczeniem zewnętrznym[8]. Poznanie na przedczłowieczym etapie rozwoju nie miałoby sensu. Wszechświat sam w sposób bezpośredni odbijał się w „selfie” neandertalczyka; nie trzeba było stosować żadnych narzędzi poznawczych, poza naturalnymi zmysłami; w kontaktach międzyosobniczych zbyteczne było ogniwo pośrednie: kody i szyfry językowe. Przekazy — treści przenikały bez pośrednictwa od nadawcy do odbiorcy i nie wymagały żadnych interpretacji ani opisów, sprowadzających prawdziwe kłopoty wraz z zapanowaniem świadomości egzystencyjnej. Zboże rosło i plonowało jak dawniej, natomiast nauka wielokrotnie skazywała się na omłot pustej słomy. W okresie preegzystencyjnym należałoby wrócić do psychoneurofizji selfu, a nie do świadomości, rozmyślającej nad powstawaniem światów równoległych, z których nie ma i nigdy nie było prostej drogi powrotu na Ziemię. Z całego dorobku cywilizacyjno-kulturowego jedynych wskazówek pomocnych w po wrocie na łono natury można doszukać się w myśleniu dubeltowo krytycznym Immanuela Kanta. Przekazy, którymi posługiwał się wszechświat przed pojawieniem się „mądrego”, naukowo mądrego człowieka, były najbardziej podobne do chmur pojęciowych bez granic i bez formy, którym z punktu widzenia fizyki mogłyby odpowiadać tylko zmiany fazowe fal elektromagnetycznych. Tu nasuwa się pod pióro góralska anegdota opowiadana przez Stefana Kisielewskiego: napotkany przez turystę gazda podsumowywał dysputę powiedzeniem „Panie, tacyście mądrzy ażeście głupi”. W swej absolutnej oryginalności Kant sugerował zwrotność, czyli powrót do „rzeczy samej w sobie”, czyli do noumenów — czystej istoty bytów bez ozdobników i obciążeń naukowych. Ów pomysł zaowocował w koncepcji selfu (jaźni). „Myję się” — czynność powraca na podmiot, od którego wyszła. Zamiast więc liniowego ciągu proponuje się tu cykl kołowy, dzięki któremu konstruuje się pojęcia, które przecież odbijają nie świat zewnętrzny, ale wewnętrzną strukturę natury. „Gdyby nie można byłoby z pojęciem nic począć, aż do chwili, gdy się je zdefiniuje, to byłoby źle z wszelkim filozofowaniem”[9]. Nie muszą to być nawet definicje, wystarczą bowiem tylko przybliżenia, czyli gama różnych sprzężeń zaoferowanych przez cybernetyka Norberta Wienera. Najcenniejszym kantowskim przyczynkiem wydaje się koncepcja oglądu (Anschaug), która kładzie nacisk nie na pobudzenie zmysłowe, nie na reakcję receptorową, ale na transcendencję, dzięki której umysł może wytłumaczyć wszystko, co dotyczy danego sensualnego bodźca. Jako neurolog nie jeden raz przekonałem się, że lepiej znam reakcję mózgową niż pozornie sprawczą sytuację bodźcową. W Klinice Otologicznej Krakowskiej Akademii Medycznej[10] wraz z kolegami badałem efekt Bezolda–Brückego, który polegał na celowym eliminowaniu z bodźca akustycznego częstotliwości, warunkującej według wiedzy podręcznikowej wysokość tonu. Pomimo usunięcia ze spektrum owej częstotliwości, badany nadal ów ton słyszał; potrafił go sobie „dośpiewać” zgodnie z partyturą zapisaną w pamięci mózgowej i oglądaną w intelekcie. Okazuje się bowiem, że percepcja bodźca słuchowego zależy od zespolonej funkcji trzech parametrów; któregoś może brakować a mimo to badany go odbiera. Należy tu znów przywołać Kanta, który odkrył cenny rodzaj poznania umysłowo-zmysłowego (wewnętrzno-zewnętrznego), które pod wpływem kartezjańskim zostało z wielką szkodą wyparte z granic nauki na rzecz kierunku analityczno-pozytywistycznego. Jedynym, który doceniał kantowski typ poznania, był Johann Wolfgang Goethe w swoich rozprawach przyrodniczych. O wszystkim, co potem o procesach poznawczych pisano nie warto wspominać. A pisano wiele, nie ma prawie ani jednej szkoły, ani pojedynczego filozofa, aby nie zaczynał od poznania, ale też szybko na poznaniu kończył, jakby to była jedna jedyna funkcja mózgu. Mitologia i metodologia epistemologiczna, będąca niewiele wartym dziełem klasycznych nauk i filozofów, będzie tematem osobnego opracowania. Obecnie staraliśmy się uchwycić jedynie przyczółki dla psychoneurologicznych procesów poznawczych. Być może na miejsce fatamorgany, czyli wielu naukowych uogólnień, uda się uratować choćby jeden świat, ale naturalny, prawdziwy, aby zdać kłam fikcjonalizmowi H. Vaihingera, autora koncepcji „als, ob” (tak jakbym... widział, czy słyszał). Zdaniem tego filozofa przecież nauka nie była dotąd w stanie wygenerować ani jednego dowodu na istnienie rzeczywistego świata[11]. Opinie uczonych są podzielone. Jedni przyjmują, że pierwszym poruszeniem był biblijny Ruah, który w tłumaczeniu luźnym przekłada się na „genezyjne tchnienie” lub „ducha”, a we współczesnej interpretacji „na chaotyczną emergencję, a w sensie fizycznym na różnicowy, spontaniczny rozkład energii dysypatywnej. Owa energia rozproszona warunkuje powstawanie koherencji i dekoherencji, tzn. spójności (pokrewieństwa) i rozpraszania, czyli ośrodków sił przyciągania i odpychania, nazywanych atraktorami i repilerami. Chaotyczny ruch przyrodniczy i psychiczny odbywał się bez potrzeby zaglądania do słownika. Deliberacyjne rozkołysana wyobraźnia sugeruje, że narodziny pierwszego impulsu motoryczno-ruchowego były pojedynczym samoczynnym zdarzeniem, które w trakcie gnozyjnego, zdroworozsądkowego procedowania rozdziela się na dwa równoległe strumienie: przeżywania i poznawania. Żaden ze strumieni nie może w sposób satysfakcjonujący funkcjonować, a dopiero ich kompilacja daje w przybliżeniu wyobrażenia naturalnej pełni”[12]. Druga grupa badaczy wierzących, że „na początku było słowo”, deklaruje, że „beresit-bara” obdarzone zostało mocą sprawczą i zdolnościami werbalnego opisu skutków swego magicznego działania. Wątpliwym jednak wydaje się, aby udało się kiedykolwiek zdobyć jednoznaczną odpowiedź, co było pierwsze: fizyczno-biologiczno-psychiczny ruch, czy duchowo stygmatyzowane słowo. Niemniej nie ulega wątpliwości, że prazasadą — „arche” Natury było przeżywanie dwoistości zewnętrznej formy i wewnętrznej treści (znaczenia) układu w walce ostrych, dialektycznych przeciwieństw lub w meandrycznych wzorcach łagodnego komplementaryzmu. To mniej lub bardziej drastyczne rozdzieranie Natury lub spokojne jej rozwarstwianie, dokonujące się w poszukiwaniu pierwotnych śladów i rysów w monolitowym bloku naturalnym, wydaje się konieczne dla indukowania kontrastu przy powstawaniu jeszcze esencyjnego, atraktarowo-repilerowego krajobrazu wszechświata, a przede wszystkim dla konstruktywnej, już egzystencyjnej fraktalowo-holistycznej sylwetki neuropsychicznej wszystkich żyjących stworzeń, a zwłaszcza człowieka. Z tego właśnie względu opisy świata są przesadnie redundancyjnie, programowo konfabulacyjnie rozdęte z jednej strony, a z drugiej — słownie — chciałoby się rzec — z „drugiego podania” — zawsze będą zawierać gorszące redukcje, pragmatycznie niedopatrzenia i zaniedbania, które świadczyłyby niesłusznie o mankamentach lub brakach w Naturze. Z pojawieniem się człowieka pojawiło się wiele nowości, a patrząc z innej perspektywy konstatujemy, że nie zaistniało prawie nic nowego na Ziemi. Pojawił się egzystencyjny strach a jednocześnie esencyjny zachwyt i uwielbienie; objawił się Bóg jako wielka Miłość, choć jednocześnie z Szatanem, z którym podzielił się rządami nad światem, bo wylęgło się zło. Zjadając jabłko z rajskiego drzewa „wiedzy dobra i zła”, człowiek zaczął grzeszyć. Kainizm to pierwszy gorzki owoc poczęty przez pierwszych nieposłusznych rodziców. Dobro i zło nie mają osobowego aspektu, pomimo to na świecie zapanowała wiara w Aniołów i Diabłów, choć są jedynie personalistycznymi ideami przenikającymi egzystencję ludzką. Musiała więc narodzić się koncepcja aksjomatyki, etyki i moralności. Człowiek zamiast przeżywać, czyli robić bezpośrednio użytek z życia, jak wszystkie stworzenia pod słońcem, zmuszony był prowadzić podwójną buchalterię, mierzyć, szacować, sądzić i dokonywać trudnych wyborów. A rozpoczynając historyczny wyścig z nową, nieznaną zwierzętom kategorią — czasem, wprowadził pomiarowe instrumentarium z zegarami na widocznych miejscach oraz parametryzował przestrzeń, aby nie stracić orientacji w stronach świata ani pozycji własnego ciała względem otaczających przedmiotów po uprzednim znalezieniu punktów odniesienia. Troska o ich odszukanie dotyczy zarówno czasu i przestrzeni. Historia jak widać, to duży pożytek i wielki kłopot, bez których żadne poznanie nie byłoby możliwe. Stworzenia przedludzkie nie potrzebowały wykształcać specjalnych poznawczych procedur ani urządzeń kodująco-pośredniczących, czyli swego rodzaju manipulacji przedmiotami zewnętrznymi, ponieważ tkwiły autonomicznie i spontanicznie ukryte w wewnętrznym porządku natury; wystarczyło im przeżywać związki sympatii lub krwawe animozje i wrogość. Zwierzęta przeżywają swój świat tylko sercem i mózgiem, o ile ewolucja zdążyła wyposażyć je już owymi organami, choćby w formie rudymentarnego zawiązku. Dopiero człowiek zainaugurował poznanie w całej okazałości przez to, że przesunął punkt ciężkości na mózg manifestujący się dominacją rozumu. Ale to nie znaczy, że serce przestało funkcjonować. Wystarczy zacytować zdanie najmądrzejszego z ludzi Blaise Pascala, że „rozum nie musi znać wszystkich racji, którymi kieruje się serce człowieka”. To nie figura poetycka, ale najbardziej autentyczna rzeczywistość. Z drugiej strony także przedludzkie istoty żywe, choć nie prowadzą rachunkowości sumienia, ani bilansów uczynków dobrych i złych, prezentują wielokrotnie swój duży rozum swoim zdumiewająco mądrym zachowaniem. Co więc zdarzyło się podczas tego przeskoku na ewolucyjnej drabinie? Dużo dobrego i dużo złego. Człowiek częściowo wynicował swoje wnętrze, czyli z naturalnego kontekstu selfu (świadomości wewnętrznej, zwierzęcej, biologicznie posadowionej) wysekwestrował, wyprowadził na zewnątrz i ukonstytuował podmiot zdolny do poznawania, rozpoczynając odmienny typ bytowania, określany jako egzystencja, obecna także w poronnej, rudymentarnej postaci u zwierząt. Nowy styl bytowania nie okazał się ani lepszy, ani gorszy, ale zdecydowanie odmienny. Toto genere inny. Obok świadomości (we właściwym tego słowa znaczeniu) zauważone zostało drugie ja (alter ego) powołane głównie na użytek bliźniego, a prze de wszystkim trzeba było wyróżnić i wyemancypować podświadomość — zdaniem neurocybernetyków — biokomputer, zabezpieczający zjawisko życia, nawet z wykluczeniem świadomych ingerencji. Dopiero teraz w sytuacjach egzystencyjnych możemy sensownie mówić o poznaniu, czyli kolizji ludzkiej mądrości i duchowości z otaczającym światem, jako przedmiotem. Dopiero teraz należało wykształcić komunikację w formie mowy ludzkiej, dopiero teraz pojawił się pragmatyczny stosunek do otoczenia, oglądany przez pryzmat egoistycznych celów poznającego podmiotu, czyli jak to ująłem w uprzednich moich pracach, druga pochodna rzeczywistości, obliczana kosztem pierwszej pochodnej, obejmującej bezpośrednio przyswajane cechy świata. Druga pochodna rzeczywistości znalazła swój naukowy wyraz w teorii grup oraz teorii reprezentacji. Niestety poznanie ludzkie zaburzyło symetrię między dobrem a złem, między naturalną mądrością a naukową przebiegłością i chytrością. Było to nieuniknione fatum. Bo refleksja człowieka nie poprzestaje na zwierzęcej rozumności, tylko ludzkość gnana wyobrażeniem sukcesu zaczęła przekłamywać naturę, oczywiście alienując samą siebie. A więc w sposób nieobyczajny zaczęła przestrajać na swój styl wszystko dokoła i zaglądać pod podszewkę drugiemu człowiekowi. Tworzyć stosy więdnących z upływem czasu hipotez. Co się tyczy mojej ukochanej działki neurologii, to muszę przyznać, że P. Lloyd był bardziej radykalny, niż E. Bobula, deklarując, że wszystko co wiecie, to bzdura i błąd[13]. Jak tu leczyć pacjentów z tak marną świadomością naukową? Trzeba więc w sztuce, magii i w czarach szukać wsparcia. Specyfiką ludzkiego poznania stało się notoryczne przekłamywanie, czyli dualizm epistemologiczny. Z jednej strony drobne rysy w jednolitym bloku Natury człowiek pogłębiał i wyolbrzymiał, aby lepiej skontrastować w swoim umyśle tło dla interesujących go szczegółów, a z drugiej strony „zahipnotyzowany” przepaściami, rzeczywistych pęknięć i zdecydowanych różnic albo nie zauważał bezwiednie, albo dążył do ich programowego zacierania. Apogeum tego pragmatycznego poznania egzystencjalnego, czyli kodowania i szyfrowania świata nie oglądanego bezpośrednio, ale tylko relacjonowanego, powierzchownie i tandetnie opisywanego, tendencyjnego i zapełnionego upiorami propagandy, znalazło swój pełny wyraz w naukach, a zwłaszcza w filozofii. Niestety to przekłamanie fatalne, choć bezgrzeszne, bo niezawinione, nie ominęło zasad antropoicznych. Skutki stosowania jawnego antropocentryzmu były korzystne i szkodliwe; dobre i złe, jak wszystko, co musiało przejść przez filtry ludzkiego poznania. Na rezultaty pomyślne złożyły się wspaniałe osiągnięcia naukowe szczególnie w sferze aplikacyjnej, ponieważ ich realizacje były dodatkowym sitem, które odrzucało plewy fantastyki od ziarna. Zechciejmy zauważyć, że człowiek — co nie brzmi już tak dumnie, jak opiewała poezja — bombą atomową zamieniał gęsto zaludnione miasta w cmentarzyska, choć nie znał do końca kwantowo-kwarkowej istoty procesów śródjądrowych atomów. Aplikacyjność może stwarzać pozory i sztuczne wyobrażenia o sile odkryć naukowych. Dla ratowania ludzkiej twarzy, która — jak każdy może poświadczyć — przemienia się w barbarzyńską maskę; dla uniknięcia globalnej zagłady ekologicznej rajskiego Edenu na Ziemi, dla odroczenia totalnej śmierci z powodu wyczerpania naturalnych zasobów élan vital; dla położenia kresu napuszonej bezkrytycznie ludzkiej głupocie, która niszczy przyrodzoną mądrość mózgu i całego ciała — należy przyjąć chaotyczną emergencję ducha, który nieustannie w walce ze złem przebóstwia świat. Z tego ducha wydzieliły się osobowe, indywidualne dusze, zasiedlające bezczasowy, wirtualny, ale przeżywany wszechświat, i jednocześnie monitorujące — dzięki poznaniu — egzystencjalny los pojedynczego człowieka od samego początku czasu historycznego w związku z wykreowaniem się komunikacji słownej. Największy błąd popełniają nauki z filozofią na czele przez to, że zapatrzone w siebie i zaślepione uzurpatorską wszechmocą stwórczą stawiają w swej naiwności i pozornej skuteczności tamę nigdy nie cofającym się dziejom i bezwzględnej fatalistycznej kolejności bezkresu (apeironu) bez początku i końca, a przeżywanym jedynie tu i teraz przez wszystkie istoty żywe, rozumne i rozumujące na swój użytek i w sobie właściwej skali. Dzieje naturalne w sposób autonomiczny i spontaniczny zostają utkane z wątków pamięci uniwersalnej, genetycznej i „zapisanej w gwiazdach” oraz z osnowy wyobraźni zakotwiczonej na krańcach kosmosu. Ludzie wzbogacili rozumowanie przez refleksję i umiejętność repetycji, które w sposób chwalebny i ważny umożliwiły im eksperymentowanie i wprowadzanie różnych relacji kołowych (sprzężonych) obok liniowych. Natomiast historia — kronika egzystowania ludzkiego — rozpatruje dzieje wszechświata od tyłu, jakby z playbacku, czyli tak jak w kolejności spadały z antropoicznego warsztatu naukowego — Jacques Maritain powiedziałby: „par ordre du naissance”. Podczas gdy ewolucja dzięki własnemu napędowi rozwija się w przeciwnym kierunku: od objawienia, czyli emergencji, do wytworzenia aktualnych krajobrazów fraktalowo-holistycznych. Radykalni wyznawcy zasad antropoicznych — oczywiście w warstwie egzystencjalnej — nie widzą potrzeby respektowania esencjonalnych aspektów rozwoju naturalnego, które jak natrętny cień towarzyszą ludzkiemu istnieniu. Kierunki filozofii analitycznej, redukcyjnej, pozytywistycznej programowo, aczkolwiek niesłusznie odcinały się od metafizyki (w najbardziej literalnym tego słowa znaczeniu), czyli od przeżyć subiektywnych, realizowanych przez „mechanizmy” emocjonalno-motywacyjne. Czysty egzystencjalizm ponosi odpowiedzialność za prawie hermetyczną izolację od żywej natury. I skutki tego izolacjonizmu okazały się opłakane. Wyobcowany człowiek z wyżyn swojej sparadygmatyzowanej naukowości, z chmur wyrafinowanej spekulacji — jak nawet się okazuje — nie może powrócić na ziemię, do konkretnej rzeczywistości. Człowiek zatrzasnął się w swojej wieży z kości słoniowej; stał się monadą bez drzwi i okien; nieopatrznie wyzbył się wszelkiego pokrewieństwa i wszelkich związków z naturą. W ostateczności poczuł się nieswojo i samotnie i dla ratowania zerwanych więzów postanowił odnaleźć utracony kontakt z życiem „z krwi i kości”, porzucając naukowe fatamorgany. Próby nawiązania łączności „z rajem utraconym” polegały na powołaniu czegoś pośredniego między esencyjnym pojęciem, żywym i ciągle obrastającym nowymi i oryginalnymi znaczeniami, a ideą — zeschłym badylem, któremu wydawało się, że bez esencyjnej biologicznej podkładki i bez życiodajnych soków, potrafił egzystować w nieskończoność. A okazuje się, że to tylko do niechybnej śmierci. To pośrednictwo miało być zapewnione przez odkrycie symbolu. Według Paula Ricouera: „symbol daje dużo do myślenia”, gorzej z praktyką i aplikacją symboliki w konkretnych realizacjach wychodzących z pracowni naukowych14. W lepszej sytuacji znalazły symboliczne kreacje w atelier sztuki. Druga próba, z którą wiązano nadzieję szczęśliwego powrotu z nieba abstrakcji na ziemię konkretu, czyli odbudowania związków między ideą a pojęciem, polegała na zainstalowaniu hermeneutyki. Hermeneutyka sprawia wrażenie miękkiego, „połowicznego myślenia” (half thinking Maxa Plancka) i spełnia potrzebę wyjaśniania i tłumaczenia jednego wyboru spośród wielu możliwych oraz wydawania wyroków i sądów w oparciu o wielowartościową logikę. „Ja sądzę” — nie równoważy powiedzenia: „ja twierdzę”, czyli myślę bez wahań i bez światłocieni. Najbardziej przemyślaną próbę przerzucenia pomostu między wirtualnością, czyli ontologią rzeczy możliwych, czyli koherencją, a rzeczywistością konkretu, czyli dekoherencją, dyspersją przedstawił R. Penrose[15] ze swoją „zorkiestrowaną redukcją obiektywną”. Wysiłki intelektualne nie kończyły się tylko na próbach filozoficzno-matematycznych. Neurofizjologia w ujęciu najwybitniejszego uczonego wszechczasów J.C. Ecclesa opracowała teorię korowych, fantazyjnych „pól związkowych”, które według zamysłów autora nie miały być niczym innym jak lotniskami, gdzie miały lądować psychiczne, abstrakcyjne idee zanim wprawią się w neutralny, pojęciowy kontekst. K. Pribram, którego werwa polemiczna wpada w rezonans z lekturą E. Bobuli Przeformowanie świata[16], proponuje Przemyślenia (Rethinking) koncepcji dendronów i psychonów, za pośrednictwem których neurologia tworzyłaby synapsy z psychiatrią. O ile aluzyjne sugestie neurofizjologiczne nie zdobyły pełnego kredytu wśród uczonych, to jednak trafiały się w literaturze przedmiotu bardziej bezpośrednie i bezceremonialne pozycje, które mogą szokować jeszcze bardziej, niż światoburczy pomysł wspomnianego wyżej neurologa P. Llyoda. Nic do tego krytycznego osądu nie można dodać ani ująć, co się tyczy neurofizjologii poznania. Okazuje się bowiem, że analizator wzrokowy w biegunie potylicznym półkuli mózgu, do którego dociera podobno 90% bodźców z otoczenia nie tak wiele ma do czynienia z procesami poznawczymi, jak dotychczas przypuszczaliśmy. Agnozja, czyli deficyt poznania wiąże się raczej z płatem skroniowym, a ściślej z tzw. stykiem (gyrus supramarginalis i lingualis, gdzie spotyka się kilka modalności). Natomiast kora jądra analizatora wzrokowego zawiaduje monitorowaniem wzrokowym wykonawczego ruchu[17]. Tego typu gruntownych korektur wymaga obecnie wiele poglądów na neurofizjologię procesów poznawczych. Ortodoksja w wyznawaniu zasad antropoicznych wcale nie znikła i także może poszczycić się wieloma pozytywnymi rezultatami. Dość powszechnie utrzymuje się pogląd, że filozofia jako korona nauk powinna szczególnie pieczołowicie posługiwać się jednoznacznymi ideami, podlegającymi kodowym konwencjom i logicznym uporządkowaniom, w odróżnieniu od sztuki, która łamie wszystkie kody i ze swojego fraktalowego pyłu tworzy alegorie i metafory. Im bardziej dziwny ulepi twór np. jakiegoś Feniksa, czy coś podobnego, tym poezja staje bardziej górnolotna i piękniejsza; bardziej cieszy serce i rozum. Sztuka faktycznie kieruje się innymi zasadami, a właściwie to ich brakiem, i tak rodzi się alchemia słowa. Nauki, które w swoim menu karmią ludzi ideami sztancowanymi i „ostrociętymi żyletkami” — w przeciwieństwie do sztuki — respektują to rozróżnienie bezwzględnie i narzucają rygorystyczny porządek intelektualny nie bacząc, co powie na to kwiatek na łące, czy ryczący lew. Życie autentycznie anuluje wszelkie zakazy, a w konsekwencji w literaturze może rodzić się poezja w równej mierze na bazie filozoficznej, jak też nieformalnych przeżyć i pojęć należących do kreatywnej sztuki. Oczywiście poezja krocząca na „dwóch nogach” wydaje się trudniejsza w obronie, bo intelekt zaczyna „orbitować”. Na Olimpie często słychać spory bogów, ale nigdy echa kłótni Melpomeny z Pallas Athene nie docierają do człowieka. Dlatego na nieporozumienie zakrawa krytyka literacka nawet wybitnych znawców, którzy refleksję nad mądrością i pięknem Tryptyku Rzymskiego Jana Pawła II, uważają za nieprawomocną, ponieważ tam idee naukowo-filozoficzne mieszają się, są „za pan brat” z pojęciami sztuki. Życie faktycznie nie znosi sztucznych, aliści niepochodzących od sztuki, separacji wprowadzanych przez uczoną poetykę. Uczeni nie liczą się z tą prawdą, że każda nawet najczystsza formalizacja w sposób utajony tkwi głęboko korzeniami w glebie przyrodniczo-duchowej mądrości, nawet bez wiedzy i przyzwolenia ze strony krytyków literatury i kognitywistyki. Mnie obecnie rysuje się koncepcja, że życie intelektualne to warkocz spleciony z przeżywania i poznania, których kosmki można wyraźniej odróżnić, ale nie należy ich rozdzielać i separować od siebie jak sobie życzy kognitywistyka, pochodna egzystencjalizmu, albo religie Dalekiego Wschodu, utopione w solipsyzmie, intencjonalizmie i wirtualności. Nie ma poznania solowego; ale zawsze procedury poznawcze są zespolone ze swą podszewką, czyli przeżywaniem. I dopiero razem jako synteza filozofii i sztuki, dokonywana przez naturę w mózgu człowieka, tworzą pełny nurt życia. Dla przykładu przytoczę fragment z własnego życiorysu. Należałem do tego pechowego, nieszczęsnego rocznika, który pierwszy otrzymał indeks z Akademii Medycznej po jej wyłączeniu z odwiecznej, tradycyjnej struktury Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nie chodziło wtedy tylko o zmianę szyldu, o etykietowanie, choć i to było przeogromnie ważną i niebagatelną sprawą, która od początku obciążona została szkodliwymi, bo krzywdzącymi konsekwencjami. Dyplomy wydawane przez Akademię Medyczną zawierały aberrację, błąd i stwierdzały nieprawdę. Ze względów ideologicznych wprowadzono celowo brak: w miejsce dawnej uniwersyteckiej redakcji uświęconej tradycją wieków De arte et scientia medendi („Ze Sztuki i Nauki Leczenia”), wyrzucona została sztuka i pozostała tylko: De scientia medendi. Tu głupia korektura objawiła w całej okazałości bezczelność i perfidię reformatorów. Proszę przeczytać pełną urokliwego piękna i znakomitej erudycji książkę Andrzeja Szczeklika Catharsis, poświęconą przeważnie sztuce i magii leczenia[18]. Do jej przeczytania zachęcam wszystkich, z wyjątkiem samego autora, renomowanego Uczonego, ponieważ znał osobiście głównego a nieuczciwego reformatora, godnego „oczyszczenia”… sidolem lub arielem. Nieuczciwość pseudokomunistów — reformatorów polegała na fakcie, że do nowych wadliwie zmienionych indeksów pchnęli plebs, tzn. wszystkich absolwentów, ale sami zadbali o to, aby sobie i swojej mafii, czyli „ostatkom Izajasza Proroka” zachować stare, „ujotowskie” indeksy. Wątek o „ostatkach” lub o „reszcie” samozwańczego Narodu Wybranego ciągnie się poprzez Biblię od Sodomy i Gomory począwszy, aż po czasy Chrystusa i po dzień dzisiejszy. Dopiero po „rykowisku”, czyli po przekoziołkowaniu władzy na szczycie, gdy czerwony żubrawiec zastąpił purpurowego żubrawca, wystarczyło tylko trochę inaczej się nadstawić ze swoim szlachetnym „obliczem”, a dla medycyny krakowskiej nastały lepsze czasy. Z pełnym uznaniem należy podkreślić, że prof. A. Szczeklik, jakkolwiek nie jedyny, położył główne zasługi, aby naprawić haniebną reformę z przeszłości i z powrotem włączyć Akademię Medyczną do Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dziesięć lat wcześniej identyczny postulat umieściłem jako pierwszy punkt w mojej odezwie Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, do którego miałem zaszczyt należeć. Bo już św. Tomasz z Akwinu monitował, aby nie patrzeć tylko na to, „co się głosi, ale także kto głosi i kiedy”. Podkreślając rolę sztuki, dysponującej mocą uzdrawiającą, ani przez moment nie wolno badaczowi zapomnieć o osiągnięciach nauki. Stąd płynie wniosek, że doraźnego dualizmu zdroworozsądkowego nie należy się wyzbywać, ale można go — pod życiową presją — zamieniać w gnozyjny monizm, rezultat jednoczesnego przeżywania i poznawania. Recepta na uzdrowienie brzmi więc: aby przeżywając poznawać, a równocześnie poznając przeżywać. Jan Trąbka
1 J. Trąbka, Dusza Mózgu, Kraków 2000, s. 219–289. |
![]() |
|
Copyright © "Konspekt". Kraków, listopad-grudzień 2003 Statystyka |