Esej 

 

Następny artykuł
Poprzedni artykuł
Strona główna

A. Kulawik

Adam Kulawik – Absolwent UJ, uczeń prof. Marii Dłuskiej. Kierownik Katedry Teorii Literatury w Instytucie Filologii Polskiej AP w Krakowie. W latach 1964-1968 redaktor w krakowskim oddziale Wydawnictwa Ossolineum. Przez wiele lat profesor literatury i języka polskiego we Francji (uniwersytety w Aix-en-Provence i Caen). Autor uniwersyteckiego podręcznika poetyki, twórca alternatywnej teorii wiersza. Wersolog zainteresowany teorią języka polskiego. Wydał m.in. Zarys poetyki (współautor); Poetyka. Wstęp do teorii dzieła literackiego, Wersologia


 
Adam Kulawik

O potrzebie poezji

 

Nie lada kłopot prokuruje sobie ten, kto tak lekkomyślnie jak ja zdecydował się mówić o tej jakże specyficznej i jakże ludzkiej potrzebie poezji. A kłopot polega na tym, że według szacunków Wisławy Szymborskiej poezję lubi jakieś dwa promille czytającej społeczności. Z kolei według szacunków Czesława Miłosza więcej jest piszących o poezji niż ją tworzących. Najgorsze jednak jest to, że sam nie bardzo wiem, co to poezja. Powie ktoś: to zwróć się do poetów, oni powinni wiedzieć. Zwróciłem się już dawno i niewiele mi to dało, bo niemal każdy poeta ma jej własną formułę, a niektórzy poeci nawet po kilka, często bardzo odmiennych

Od Horacego można się dowiedzieć, na przykład, że poezja to sposób na przetrwanie w pamięci potomnych: non omnis moriar, nie wszystek umrę. Poeta ten twierdził, że pamięć o nim trwać będzie, dopóki kapłan z milczącą westalką będzie wstępował po schodach Kapitolu, by złożyć bogom ofiarę. Jakże pięknie pomylił się Quintus Horatius Flaccus! Ten kapłan nie składa już ofiar od siedemnastu wieków, a poezja Horacego żyje, a on w niej. Jan Kochanowski myślał tak samo. Mickiewicz pisał: „Płomień rozgryzie malowane dzieje, Skarby mieczowi spustoszą złodzieje, Pieśń ujdzie cało”. No ale dzisiejsi poeci utracili przekonanie, że w tej postaci przetrwają. Już w roku 1946 Gałczyński antycypował to powszechne raczej dziś przekonanie, pisząc:

Nasz każdy wiersz zaorzą pługiem,
Będą kartofle, potem wódka,
Bo nasze życie za długie,
A sztuka za krótka.

I on się na szczęście pomylił: pół wieku po jego śmierci obchodzimy Rok Gałczyńskiego! Ale przekonanie zostało zapisane. Autor Notatek z nieudanych rekolekcji paryskich odwracając formułę Horacego praktycznie ją odrzucił, a postąpił tak stojąc na gruzach Europy tuż po drugiej światowej apokalipsie, która wykazała skandaliczną słabość naszej kultury. Mówię „słabość”, a powinienem powiedzieć „kompromitacja”.

To przeobrażenie świadomości poetów Miłosz uzasadnia w następujący sposób: „Akt poetycki zmienia się zależnie od tego, ile rzeczywistości jako tła obejmuje świadomość poety”. Od siebie dodałbym: Akt poetycki zmienia się również od tego, doświadczenie jakiej rzeczywistości stanowi poetycką inspirację, bo jak wiadomo, przemija postać świata i rzeczywistość wciąż inna atakuje ludzką wrażliwość tak mocno, że usiłuje ona z przeżycia rzeczywistości zdać sprawę wiedząc, że zwykła codzienna mowa do tego nie wystarcza. Dlatego poeta powie: „Rytm święty, mowa inna, poezja”. Ale i ta mowa — święta, inna, rytmiczna — też nie wystarcza. Władysław Sebyła pytał równie naiwnie co retorycznie: „Poezjo! Czy jesteś tylko słów igraszką?” Zaś Bolesław Leśmian sarkastycznie konstatował:

A słowa się po niebie włóczą i łajdaczą
I udają, że znaczą coś więcej, niż znaczą.

Bo istotnie poeta wymaga od słowa, aby nie udawało, że znaczy więcej, ale żeby rzeczywiście było znaczeniowo bogatsze! Musi więc wydusić ze słów tyle znaczenia, aby dać nam to olśniewające złudzenie, że udało mu się zmieścić w nich jakiś fragment nieogarnionej rzeczywistości. I tylko prawdziwi poeci wiedzą, jaki to trud. No ale komu tu wierzyć? Czyją formułę poezji uznać za prawdziwą, bo przecież w rozumieniu poezji zapisany jest obraz potrzeb.

Na dobrą sprawę słowa przywołanych tu poetów zdają sprawę z poetyckiej porażki, tyle że fenomen poezji polega również na tym, że może ona stanowić wartość poznawczą i estetyczną nawet wtedy, gdy poeta wyznaje swoją bezradność i niemoc w trudzie, który Norwid nazwał: „Odpowiednie dać rzeczy słowo”. Bo rzetelna poetycka robota daje rzetelny poetycki efekt, o którym noblista mówi: „Więcej waży jedna dobra strofa niż ciężar wielu pracowitych stronic”.

Mógłby ktoś nieobyty ze słowem i robotą w słowie pomyśleć, że poeta to niemal masochista, skoro wszystko, co może stworzyć, to złudzenie epistemologicznego sukcesu, będącego w rzeczy samej epistemologiczną porażką, która pcha go do kolejnych, równie wątpliwych prób i usiłowań. Zamiast słowa „masochizm” stawiam inne: niezmożone pragnienie poznania świata, którego poeta jest cząstką. Świata i jego tajemnic.

Mądra Szymborska, która nota bene też nie wie, co to poezja, i twierdzi, że trzyma się tej niewiedzy jak zbawiennej poręczy, mówiła w Sztokholmie: „Poeta, jeśli jest prawdziwym poetą, musi ciągle powtarzać sobie «nie wiem». Każdym swoim utworem próbuje na to odpowiedzieć, ale kiedy tylko postawi kropkę, już ogarnia go wahanie, już zaczyna zdawać sobie sprawę, że jest to odpowiedź tymczasowa i absolutnie niewystarczająca. Więc próbuje jeszcze raz, i jeszcze raz, a potem te kolejne dowody jego niezadowolenia z siebie historycy literatury zepną wielkim spinaczem i nazywać będą «dorobkiem»”. A mądrej Szymborskiej wtóruje wielki Miłosz: „Wszelkie próby zamknięcia świata w słowie są i będą daremne; istnieje zasadnicza niewspółmierność pomiędzy naszym językiem i rzeczywistością”. I dodaje: „Poeta występuje więc jako człowiek zakochany w świecie, ale skazany na wieczne nienasycenie, bo za pomocą słów chciałby w sam rdzeń rzeczywistości przeniknąć, ciągle ma na nowo nadzieję i ciągle jest mu to odmówione”.

Jeśli w micie o Syzyfie dostrzegacie Państwo prefigurację kondycji poety, to dodam, że jest to również prefiguracja losu każdego badacza i naukowca, bo żadne odkrycie naukowe nie było i nie będzie odkryciem ostatecznym, bo każde ostatnie prowokuje do stawiania nowych pytań i zmusza do nowego wysiłku badawczego. Naukowiec wszelako jest o tyle w szczęśliwszym położeniu, że każde odkrycie jest kolejnym stopniem poznania. Naukowiec może powtórzyć za Augustynem biskupem Hippony: „Widzimy dalej niż nasi poprzednicy. Ale dalej dlatego, że weszliśmy na barki olbrzymów”. Poeta zaś jest o tyle w gorszym położeniu, że w sztuce postępu nie ma, a postmodernizm każe nam nawet powątpiewać, czy istnieje coś takiego jak oryginalność. Poeta wstąpiwszy na barki olbrzymów może co najwyżej popełnić plagiat!

Los poetów nie jest więc ich tylko losem, z czego wynika, że mit Syzyfa opowiada o każdym ludzkim losie, prefiguruje każdy wysiłek poznawczy, każdą próbę wydarcia światu tajemnicy, przeto poetę cechuje również: pragnienie poznania i nieustępliwość w wydzieraniu światu tajemnic.

Z morza tekstów poetyckich wyłowiłem jeden, stawiający tezę, mówiącą, że poetyckość i człowieczeństwo pojawiają się jednocześnie. Wiersz, który teraz przytoczę, napisał przed wojną jeszcze Antoni Słonimski i nosi on tytuł Na czaszkę antropoidy. Oto on:

Ty, któryś pierwszy umiał
Głowę odrzucić w tył,
By sięgnąć oczami błękitu,
Mój bracie z Broken Hill,
Synu paleolitu,
Przed mroczną stojąc jaskinią
Z krzemienną dzidą,
Czyś drżał, gdyś ujrzał nad pustynią
Gwiazdy na niebie Rodezji?
Pierwszy antropoido,
Ojcze poezji.
Serce zwierzęce strułeś niepokojem.
To ty mi każesz słabe wznosić ręce,
Gdy przed mroczną życia jaskinią
Pod niebem gwiaździstym stoję.

Wiersz Słonimskiego został zainspirowany znaleziskiem w dzisiejszej Zambii. Miasto Broken Hill również zdążyło zmienić nazwę na Kwabe. Osobnik, do którego należała wykopana tam z ziemi czaszka, stanowi jakieś ogniwo w porwanym, trudnym do połączenia i uzupełnienia łańcuchu antropogenezy. W ówczesnym stanie wiedzy — być może, jest to teza obowiązująca jeszcze dziś — owego osobnika uznano za ogniwo pośrednie między homo erectus a homo sapiens. O tym, czy ta teza odpowiada rzeczywistości, niech rozstrzygają antropologowie, bo do ich obowiązków należy znalezienie brakujących ogniw łańcucha naszych praprzodków i ustalenia, w którym z nich nasz ludzki początek. Wątpię, czy podołają swemu zadaniu, bo ziemia zazdrosna o swe tajemnice zdążyła zmineralizować szczątki antropoidów, a jeśli nawet zdołają skompletować ów łańcuch ewolucyjny, to czy będzie można wskazać w nim tego pierwszego człowieka? Czy wystarczy do tego określenie zespołu cech anatomicznych, kształt czaszki i przeciwstawny kciuk?

Ale nie z powodu wątpliwości, o których tu mowa, zabrał głos nasz skamandryta. Słonimski wie, że tego, co stanowi o istocie naszego człowieczeństwa, nie da się ustalić na podstawie znalezionych w ziemi szkieletów zwierząt z gatunku naczelnych. Słonimski stawia tezę, której udowadniać nie musi, i która dowodów zasadności nie potrzebuje. Jeśli ja jestem człowiekiem — wydaje się utrzymywać poeta — to w przestrzeni mojego człowieczeństwa złożonej zapewne z wielości cech obecnych w tysiącach, a może w dziesiątkach tysięcy pokoleń, istnieć musi jakaś dominanta gatunkowa sprowadzająca się może do świadomości naszej ludzkiej kondycji, a może tylko do umiejętności zdumiewania się.

Przy takim podejściu przestaje być ważne, ile tysięcy lat temu ta umiejętność zdumiewania się, umiejętność postrzegania swojej w świecie odrębności się pojawia. Ważne jest to, że tego, który pierwszy uświadomił sobie tę swoją osobność w świecie, możemy nazwać bratem. Ale nazywając go również ojcem poezji, Słonimski wskazuje na ten warunek człowieczeństwa, który manifestuje się nie jakąkolwiek świadomością świata i siebie w świecie, lecz taką, która jest źródłem cierpienia. Antropoid dlatego mógł być nazwany ojcem poezji, ponieważ „struł serce niepokojem”, co można również wyrazić inaczej: wyzbył się zwierzęcego strachu, a odczuł ludzki lęk. Lęk czego? A no tego, wobec czego i my go dzisiaj odczuwamy: niezgłębionej tajemnicy bytu, ogromu kosmosu i naszej w nim samotności. A że lękamy się niewiadomego, nieznanego, niepojętego, przeto stawiamy pytania o to przerażające i pragniemy na nie odpowiedzieć. I w tym momencie pojawiają się potrzeby, z których jedna nazywa się poezja. Najpierw nawet nie tyle jako narzędzie do rozeznania porządku świata, ile jako ekspresja naszej ludzkiej niedoli intensyfikowanej tkwiącym w naszej naturze przymusem stawiania owych pytań najbardziej zasadniczych: o sens i celowość świata, o sens naszego w nim istnienia, o sens i powody cierpienia — unde malum? — pyta od swego początku człowiek i wie, że na niepodobna znaleźć zadowalającą odpowiedź.

Jeżeli tyle uwagi poświęciłem piętnastu wersom utworu Słonimskiego, a przecież należałoby jeszcze nie bez związku z główną myślą tego tekstu zwrócić uwagę na te jego fragmenty, które odsyłają nas, z jednej strony, do jaskini Platona jako figury naszych możliwości czy raczej niemożliwości poznania świata, a z drugiej — do nieba gwiaździstego nad nami, a więc do I. Kanta, do nieba konotującego w tym kontekście ludzkie i tylko ludzkie poczucie imperatywu moralnego, otóż jeżeli tyle uwagi mu poświęcam, to dlatego, że jego temat: „geneza poezji” realizuje Słonimski w taki sposób, iż stanowi ów temat samo centrum problematyki antropologicznej.

Jestem pewien, że dostrzegliście Państwo, iż swoją treścią tekst Na czaszkę antropoidy spokrewniony jest — i to zawarte w nim sądy, a także ich konotacje w jakiś sposób uwierzytelnia — z mezopotamsko-hebrajsko-biblijnym mitem o Adamie, którego egzystencjalny dyskomfort był wynikiem spożycia przez niego owocu z drzewa wiadomości, a więc owocu świadomości tout court. Mit ten mówi, że Adam zapłacił za świadomość świata i świadomość siebie w świecie cierpieniem i śmiercią. I choć ten mit skłania nas do kiwania z dezaprobatą głową nad tą transakcją Adama, to jednak nie uważamy, że cena za nasze człowieczeństwo była wygórowana. I choć poeta — tym razem K.I. Gałczyński — powiada: „Komu się nie podoba, może wyjść przez okno, prosto w niebo, każdy za swoją potrzebą”, to jednak wydaje nam się, że wartość naszego trudnego, ale świadomego bytowania co najmniej równoważy okropności świata. Odsetek populacji skłonny popełnić samobójstwo jest niewielki, a odsetek popełniających je jeszcze mniejszy. Widać przymus życia łączy się poprzez zyskaną świadomość z przymusem dawania świadectwa światu i człowieczeństwu.

To świadectwo światu człowiek daje na rozmaite sposoby, także swoją twórczością w zakresie innych sztuk, bo różnymi językami chcemy mówić o świecie i wyrazić swoją w nim dolę-niedolę, a wielość dokonań składająca się na całą naszą kulturę dowodzi, że podołać temu zadaniu nie jesteśmy w stanie i pozostajemy permanentnie nienasyceni i niezaspokojeni. A korzyść z tego dla człowieka taka — i to wcale nie jest mało — że tworzy piękno. Jedno z największych dokonań poetyckich XX wieku, poemat Niobe Gałczyńskiego, zawiera przekonująco i pięknie wyartykułowaną tezę, że sztuka rodzi się z ludzkiego cierpienia.

Czy popełniamy błąd podejrzewając, że nasza ludzka świadomość, również ta, która wyraża się w języku poetyckim i w wielości literackich form i konwencji, jest może jedyną świadomością wszechświata usiłującą go uporządkować. Że bez niej kosmos jest monstrualnym rumowiskiem, a świat nas otaczający tylko jednym więcej w nim śmieciem? Czym moglibyśmy być w takim świecie? Tak! Człowiek swoim wysiłkiem poznawczym — bez względu na efektywność tego wysiłku — uzyskuje godność! Również i tej godności poezja we wszelkich jej przejawach pragnie dawać świadectwo.

Przestrzeń penetrowana i oswajana przez człowieka w trybie poetycko-poznawczym, tak samo jak w każdym innym trybie, zamyka się — jeśli to słowo jest tutaj na miejscu — między nim człowiekiem, a granicami wszechświata, jeśli wszechświat je ma, a więc między mikro- a makrokosmosem. Leopold Staff tę dążność poznawczą przedstawił obrazowo:

Chcę się dostać do nieba,
Lecz mam za krótką drabinę. O co ją oprzeć nad ziemią?
Ach, byle dotrzeć do chmur.

Ten poetycki obraz ze swojska drabiną przedstawia odwieczne ludzkie pragnienie wydarcia bogom tajemnicy. Pragnienie Syzyfa! Tadeusz Różewicz podejmuje ze Staffem dialog:

nie chcę się dostać do nieba
nie mam drabiny (...)
Ach! Byle dotrzeć do siebie!
Pożyczę drabinę od Junga!
o boże! Też jest za krótka!

Jakże pięknie włącza się do tej rozmowy dwu klasyków — żyjącego i nieżyjącego — Wisława Szymborska:

Wielkie to szczęście
nie wiedzieć dokładnie,
na jakim świecie się żyje.
Trzeba by było
istnieć bardzo długo, stanowczo dłużej
niż istnieje on.
Choćby dla porównania
poznać inne światy.
Unieść się ponad ciało,
które niczego tak dobrze nie potrafi,
jak ograniczać

i stwarzać trudności.
Dla dobra badań,
jasności obrazu
i ostatecznych wniosków
wzbić się ponad czas,
w którym to wszystko pędzi i wiruje.
Z tej perspektywy
żegnajcie na zawsze
szczegóły i epizody.
Liczenie dni tygodnia
musiałoby się wydać
czynnością bez sensu,
wrzucenie listu do skrzynki
wybrykiem głupiej młodości,
napis: nie deptać trawy
napisem szalonym.

Cudownie przewrotna jest w tym wierszu Szymborska! Powierzchowne odczytanie tego tekstu ukazuje paradoksalność efektów poznania: warunkiem naszego poznania świata jest przestać być człowiekiem — „unieść się ponad ciało” i „wzbić się ponad czas” — a gdyby nam się to nawet udało, to i tak nic nam z tego, bo nie bylibyśmy już ludźmi! Ale na takim odczytaniu nie można poprzestać, bo byt istniejący poza czasem i przestrzenią jest bytem transcendentalnym. Potocznie nazywamy go Bogiem. I to z jego perspektywy musi się świat wydawać szalonym, podczas gdy my ludzie uporczywie usiłujemy nadawać mu sens. I w tym nasze człowieczeństwo!

Poezja, co zupełnie zrozumiałe, wyraża rozmaite sądy o świecie, które mieszczą się w jego krańcowych ocenach. Poprzestanę na skromnej ilustracji tego banalnego stwierdzenia. Leśmian formułuje opinię krańcowo negatywną: „Takiż to świat! Niedobry świat! Czemóż innego nie ma świata!” A przywoływany tu już Gałczyński w jakże odmiennej stylistyce, ale o tym samym świecie: „Ten świat to stary drań, któremu ufać nie można”. Z kolei dla Szymborskiej świat jawi się jako „jarmark cudów”, ich pospolitość i mnogość. Wymienię za poetką tylko niektóre:

Cud pospolity: to, że dzieje się wiele cudów
                                             pospolitych.
Cud zwykły: w ciszy nocnej szczekanie
niewidzialnych psów.
Kilka cudów w jednym:
olcha w wodzie odbita
i to, że odwrócona ze strony lewej na prawą,
i to, że rośnie tam koroną w dół
i wcale dna nie sięga,
choć woda jest płytka.
Cud, no bo jak to nazwać:
słońce dziś wzeszło o trzeciej czternaście
a zajdzie o dwudziestej zero jeden.

Zdając z kolei sprawę z poetyckiego rozpoznania człowieczeństwa, trzeba stwierdzić, że i tutaj mamy do czynienia z jego ogromną skalą, co jest ilustracją naszego krańcowego doświadczenia. Stojąc na gruzach europejskiej kultury Gałczyński powiada o człowieku:

Pełna problemów, niepokoju,
Z zegarkiem wielka kupa gnoju.

Nie można bardziej pejoratywnie i bardziej dosadnie, ale trzeba pamiętać, że mówi to człowiek, który jak całe jego pokolenie, ba, całe narody, doświadczył niewyobrażalnego wyczynu człowieka i jego niewyobrażalnego dotąd sponiewierania. Dla równowagi jeszcze raz musi się tutaj pojawić Szymborska, której opinia o człowieku stanowi dla opinii Gałczyńskiego kontrapunkt:

Zachciało mu się szczęścia,
zachciało mu się prawdy,
zachciało mu się wieczności
patrzcie go!
Ledwie rozróżnił sen od jawy,
ledwie domyślił się, że on to on,
ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem
krzesiwo i rakietę,
łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć,
oczami tylko widzi,
uszami tylko słyszy,
rekordem jego mowy jest tryb warunkowy,
rozumem gani rozum,
słowem: prawie nikt,
ale wolność mu w głowie, wszechświat i byt
poza niemądrym mięsem,
patrzcie go!

Ta przygana, sformułowana w konwencji antyironii, jest od czasów Sofoklesa — być może — największą pochwałą człowieka. W Antygonie Sofokles napisał: „Siła jest dziwów, lecz nad wszystkie sięga dziwy człowieka potęga”. Z mojego dotychczasowego wywodu powinno wynikać, że poezja jest funkcją ludzkiego heroizmu w potyczce ze światem i potrzebą dokumentowania jej. Ale historia poezji dokumentuje okresy mniej heroiczne, by nie powiedzieć okresy zwątpienia i rezygnacji z wysiłku sprawozdawania rzeczywistości. Miłosz stwierdza: „Oczywiście, są poeci, którzy słowa odnoszą do słów, nie do ich pierwowzorów w rzeczach” — i tych skazuje na artystyczną porażkę. Przyczynę takich praktyk dostrzega w „osłabieniu wiary w rzeczywistość istniejącą obiektywnie, poza naszymi percepcjami”. Jeśli mi wolno postawić swoją własną diagnozę, to dwudziestowieczną zapaść poezji tłumaczyłbym najpierw wyczerpaniem pomysłowości poetów w dawaniu rzeczom odpowiednich słów i demonstracyjnym zwątpieniem w możliwości intelektualnego, wyrażonego w języku opanowania rzeczywistości. I wtedy poeta — jak powiada Gałczyński — „Wsparty na Watermanie odchodzi w otchłań absolutnego zwątpienia”, „owijając się w nieprzeniknioną syntaxis”. I gdyby to nie był dramat, można by odnieść do nich to, co Słowacki żartobliwie powiedział o swoich niektórych utworach:

A to wszystko są nonsensa,
Te moje wierszyki nowe,
Gdzie mój język się wałęsa
I bawi zęby trzonowe.

Natomiast drugim powodem zapaści było porażenie przez świat, który miał nieszczęście wypaść w dwudziestym wieku z formy. Jeśli trwamy w przekonaniu, że świat ją kiedykolwiek miał.

A wszystko zaczęło się całkiem niewinnie. Kiedy Paul Verlaine rzucił hasło de la musique avant toute chose, nie było jeszcze wiadome, jakiemu procesowi daje początek. Umuzycznienie mowy poetyckiej nie było niczym nowym, okazjonalnie realizowane było od zawsze. Mowa poetycka bierze przecież swój początek ze związków z muzyką, ale umuzycznienie tekstu, którego dokonywać się ma kosztem semantyki, to już oznaka bezradności i wyczerpania. Ten symptom dostrzegamy ówcześnie i w innych sztukach, bo jeśli poeci szukali wsparcia dla swej ekspresji w muzyce, to kompozytorzy podobnie poszukujący zaczęli tworzyć muzykę programową, która z czasem miała się przemienić w muzykę konkretną. W sztuce dało się zauważyć wówczas rozmnożenie -izmów, w których coraz mniej orientował się dotychczasowy odbiorca, a odbiorcą dzieł staje się historyk sztuki i jej teoretyk. Ortega y Gasset nazwał to narastające w dwudziestym wieku i upowszechniające się zjawisko „dehumanizacją sztuki”. Następstwem propozycji Mallarmégo i Verlaine’a naturalną koleją rzeczy stały się „słowa na wolności”, „zaumnyj jazyk”, dadaistyczny bełkot, surrealistyczne składanki słów powycinanych z gazet, ecriture automatique, a już za pamięci najmłodszego pokolenia programy komputerowe do tworzenia — mój Boże! — bo dlaczegóż by nie, „poezji komputerowej”. Jeśli mowa — według słów Miłosza — gdziekolwiek „sama siebie obrządza”, to właśnie tutaj.

Wszystkie te praktyki Miłosz nazywa schizmą. Schizma znaczy „rozszczepienie” (i tylko w niektórych kręgach religijnych słowo to ma konotacje negatywne, nawet obraźliwe). Miłosz jednak odnotowuje po prostu osobny nurt poezji, ale czy produkty tego nurtu zasługują na tę nazwę? Być może uznacie mnie państwo za zacofanego konserwatystę, ale według mnie nie zasługują one nawet na miano elukubracji. Niektórzy badacze nazywają te zjawiska bardziej oględnie „poezja dla IBL-u”. W tej sytuacji oczywiście trudno mówić o zaspokajaniu przez poezję jakichkolwiek potrzeb.

Ale wiek XX postawił człowieka w sytuacjach wielkiego zapotrzebowania na poezję, a poezja zawiodła. Nie znalazła, w każdym razie nie od razu, sposobu, aby zdać sprawę z tego, co nas spotkało. Ludzka wrażliwość została porażona tak, jak zostali porażeni ludzie. Dziesiątki milionów ludzi. Świadomość, że to „ludzie ludziom zgotowali ten los”, nie mogła znaleźć środków wyrazu. Przywoływany tu raz po raz Miłosz, wielki twórca i wielki świadek epoki, przypomina postać Anny Świrszczyńskiej, która potrzebowała trzydzieści lat na wypracowanie takiego języka, którym mogła opowiedzieć w sposób wiarygodny o swoich przeżyciach w dniach powstania warszawskiego. Miron Białoszewski niewiele mniej, bo ćwierć wieku. Theodor Adorno stwierdził, że po drugiej wojnie światowej poezja jest niemożliwa. Co sądzić o świecie, który zabijał poetów, zanim spróbował swoimi okropnościami zabić poezję i wymordować całe narody? Nie odpowiem na to pytanie. Wiem jednak, że świat bez poezji byłby jeszcze gorszy. Adorno na szczęście nie miał racji. Gdyby ją miał, znaczyłoby to, że człowiek został okaleczony w samym swoim jestestwie, że został pozbawiony tego, do czego chyba został powołany: prawa dawania światu świadectwa. Znaczyłoby to, że świat przed samym sobą chce ukryć swe zbrodnie. I wtedy człowiek naprawdę przestałby być człowiekiem. Na szczęście takiej zbrodni nie udało się popełnić. Choć nie wolno zapominać, że zamiary popełnienia jej były.

Z kataklizmów dwudziestowiecznych wyszła poezja odmieniona w swoim kształcie i jakby spokorniała. Zabarwiła się sarkazmem, pesymizmem, goryczą. Jej sądy o świecie i człowieku pełne są zwątpienia i ironii. Trudno, aby była inna, skoro poeci zeszli — jak całe społeczności do piekła. Nie do piekła Dantego, ale do prawdziwego! W obliczu oszałamiającej technologii, prawda, że służącej także pożytkowi człowieka, ale przecież zagrażającej również w najwyższym stopniu całej ludzkości, a nawet planecie, w obliczu świata, który niebezpiecznie się skurczył, bo zintensyfikowały się w nim ludzkie trudne sprawy i nawet najdalsze z nich nie są dla najodleglejszych odległe i nieważne, w obliczu takiego wciąż za trudnego dla nas świata poezja próbuje znaleźć swoje miejsce, ale jej potrzeby i zadania pozostają wciąż te same. Na stare pytanie: „Czemu się tak trudzisz, Leonardo?”, w którym jest tyle samo zwątpienia co determinacji, poeta odpowiada wciąż jednako, choć w jakże różnych stylach i poetykach. Twórca, który odmienił język poezji i który jak chyba nikt inny pozbawiony jest złudzeń, ale daleko mu również do rozpaczy, na postawione sobie pytanie: „Dlaczego piszę?” odpowiada:

czasem życie zasłania
To
co jest większe od życia
Czasem góry przesłaniają
To
co jest za górami
trzeba więc przesunąć góry
ale ja nie mam potrzebnych
środków technicznych
ani siły
ani wiary
która przenosi góry
więc nie zobaczysz tego
nigdy
wiem o tym
i dlatego
piszę.

To są słowa Tadeusza Różewicza.

Adam Kulawik  

 
Do góry strony
Copyright © "Konspekt". Kraków, listopad-grudzień 2003 Statystyka